Jesus Riesling Superstar

Kłącza szparagów już powoli zaczynają spoglądać z nadzieją w stronę Słońca przykrytego na razie zimowym wieńcem gleby i śniegu. Ich nieodziane łodygi drżą na myśl kąpieli w ciepłych strugach kwietniowego deszczu, chłeptania tej chłodnej ambrozji prosto z nieba. Jesteśmy na polach południowej Saksonii, gdzie na dotyk plazmy z eksplozji termojądrowych ze źródła życia niesłusznie mylonego z bogiem, kłącza tańczą w niedostrzegalnym rytmie, równo i powoli. Dróg tutaj nie pokonują poprzecinane ciężarówki rodzin Joadów szukających pieniądza i szczęścia, tu wszystko jest na miejscu. Pędy skapią się wczesnym latem w potokach białego wina, szparagi zgotowane na prędki i giętki posiłek posilą się maślanymi sosami i kwasowym sylvanerem, i kwiatowym rieslingiem. Zatańczą raz jeszcze i raz ostatni.

Taki jest sezonowy kierat warzyw i owoców, i wina. Kupujemy szampana na sylwestra, a rieslinga w połowie kwietnia. Rezygnując z radości jaką daje szampan poza czasem zmiany dat i z czułości nut moreli, gruszki, papai, czułości mozelskich łupków nasłonecznionych hojnością Sauli i jej dzbana wylewającego potoki światła na lustrzaną powłokę rzeki i szaleńczo stromych stoków. Dzban z równą powściągliwością traktuje nas Słowian, jak i mieszkających w krainie szparagów winogrodników z Hesji, Palatynatu, Turyngii, Saary. Nasze żołądki są równo obdzielane kapustą i kiełbasą, wieprzowiną i zimowymi przetworami. Słodycz dojrzałego rieslinga ratuje kwasowość berberysu i rokitnika, ratuje porzeczkę i ałyczę. Witamina C posiadła bardziej ludzkie oblicze. Starte ziemniaki, por i boczek z musem jabłkowym, doppekooche alias babka ziemniaczana, kuchnia nizin społecznych, prostego wina i czerstwego chleba żytniego. Nawet w Bordeaux ludzie kupują wino w plastikowych bukłakach prosto z kadzi, często przyjeżdżając po nie rowerem. Chyba że trafią na domkniętą bramę parkerowskiego buhaja rozdętego od beczki i alkoholu arystokraty domagającego się miętowego listka, only a tiny little thin one.

Podczas sprawdzania możliwie ciekawych połączeń smakowych do takich dań jak śledź z pianą ogórkową, czy wywar ze sfermentowanego chleba i wędzonej śliwki nieustannie wracam szparagową drogą z Luneburga do Brunszwiku, ale to tylko 1/3 trasy, która się kończy w środkowej Mozeli koło Bernkastel. Cztery zakręty Mozeli mówią więcej o winie niż wszystkie chenal z Lewego Brzegu, krótkie czterowersowe haiku zamiast rozdętego trzynastozgłoskowca. Dr. Loosen i Schloss Lieser, na tle domów z ciemnego łupku, ściana z tego samego tworzywa – Bernkasteler Doctor, potem już w rzędzie Domprobst, Sonnenuhr, za winklem Wurzgarten i Treppchen. Nazwy wywołują ciarki. Poniżej, równolegle zasilająca Ren – Nahe, z czystą ekspresją ziemi i Słońca jaką zasilałem pokłady charyzmy, ta ekspresja to Dorsheimer Goldloch Sekt od Armina Diela z 2007 roku. Na razie znajduje się w pierwszej trójce najbardziej emocjonujących win jakie próbowałem, bo wypiłem trzy kieliszki, które wryły mi się w moją substantia grisea jak rozpędzony motocyklista w objęcia tira.

Nie mogłem pojąć jak zwykłe wino może być tak tkliwe, ulotne i jednocześnie niemal niezniszczalne, tak jak nie mogłem pojąć kiedy drzewo papierówki w domowym ogrodzie rodziło tylko 3-4 owoce, które smakiem wykraczały w region absolutu, poza wszelkie normy dla jabłek, o ile takie istnieją. Taka hojność z natury, chcecie to macie, tylko zrywać. Riesling musi tylko przełamywać lata czarnego PR-u uosobione w podłużnej butelce o kolorze dojrzałego denaturatu z po-brzemienną pannicą na okładce, liebfraumilch, najlepiej to przecedzić przez kromkę chleba jak sugeruje kolor butelki. Dziś szczep utożsamiany nadal z winem kwaśnym lub zbyt słodkim, odurza aromatami i często w pierwszej próbnej degustacji przy stole, po dekapitacji jest zawracany do lodówki. Jakże niesłusznie. Dziś niuansów się nie docenia, lepsi są winni celebryci, butelkowe grycanki.  Jakie czasy takie obyczaje.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Powrót Ściery 3

Pokusiło. Pokusiła jak Frotunata beczka amontillado, schowana przez Montresora w piwnicy bez wyjścia. I dla Franciszka Pieczki w polskim wykonaniu, i dla mnie – ze zgubnym skutkiem; jego zamurował niegodny przyjaciel, mnie – poczucie upodlenia, coś jak leżenie na podłodze w świeżo wylizolowanym szpitalnym korytarzu utkanym z zielonego gumolitu, będąc kołysanym przez stukot konowałowych drewniaków. Spotkanie ze ścierą miało pozory kultury i nawet szlachectwa, nobliwy odetkany plebejską świńską, spiralną końcówką trybuszona korek. Przetarta szyjka serwetką, wkręt, pisk, wykręt, pyk. Głośny pyk to punkt mniej, bez pyku – punkt więcej, jednak kto wie co się czai we friuliańskich odmętach? Lepiej się akustycznie zaanonsować. Wychodzę z założenia, że jak nazwa okręgu winiarskiego lub winorośli brzmi jak nazwa planety z filmu sci-fi (Frulia, Paarl, Tzaxolina), ostrożności nigdy dosyć. No i poszło, zajrzałem dyskretnie do środka, nie wyleciał embrion Obcego, ale trybuszon trzymałem w pozycji bojowej, bo zapachy były nad wyraz podejrzane, może embrion był wcześniej ale zdążył się ewakuować. Są momenty że wolałbym to robić w dwie osoby, jak Colin Mochrie i Ryan Stiles w „helping hands”, wtedy bym ubezpieczał szóstą godzinę. Ale tym razem stałem na posterunku sam.

Przelałem bursztynową ciecz do kieliszka, spojrzałem pod światło, czy mimo wszystko nie lewitują w płynie jakieś mikroorganizmy, nie lewitowały. Odwagi! Pierwszy nos rozwiał wątpliwości, sosnowa żywica i lekko amoniakalny swąd kojarzący się ze szpitalną miską pod łóżkiem nosiciela salmonelli. Czyli znów NFZ, może to lekarstwo? Woody Allen w „Śpiochu” jak jadł zmutowaną galaretkę, uznał to za produkt tak niedobry, że zrobił by na nim fortunę w sklepie ze zdrową żywnością. W tej wyjątkowej palecie aromatów dominował kolor pomarańczowy, ale to zbytnie uproszczenie, nagromadzeniem doznań przypominała obrazy Jacksona Pollocka. Miód akacjowy przemieszany z herbatą darjeeling oraz dżemem morelowym, wszystko pozbawione cukru, ale niepozbawione pewnej lekkości kwiatowego bukietu, rumianek, melisa, trawa cytrynowa. Tą chmurą polnego zapachu Kaplija Podversica, bo o nim/niej mowa, różni się od ostrej jak brzeszczot Ribolli Gialli, która przecina gardło zardzewiałym ostrzem. To bardziej zmysłowe wcielenie friulańskiego Aliena, to Sigourney Weaver, ale dopiero od trzeciej części, czyli kupaż, mieszanka DNA.

Nie dookreśliłem się nadal wobec tego fenomenu, pociąga ściera i kusi, ale spotkanie z nią jest randką w ciemno. To wina burgundzkie w swoim mięsno – zwierzęcym wcieleniu z nutami stajennymi zwykle wymagały podejścia love it or leave it, ale oranżady z Friuli stawiają naprawdę pod ścianą (albo bardziej pod ścierą). Fani domestosu będą zadowoleni, fani truskaweczek i limoneczek mniej.

Jeżeli wyobrażam sobie połączenie tego płynu ze stałym pożywieniem to przychodzi mi na myśl smażony bekon z sadzonym jajkiem, może fasola. Czy jest to więc wino śniadaniowe? Niekoniecznie, jest szansa jeszcze poromansować z mięsem z ogniska, takim co wpadło w popiół i trzeba je było wyciągać osmalone, pachnące dymem, kurzem i węglem. Raczej świnia lub owca niż mućka. Podoba mi się również pomysł połączenia tego z anyżem, np. z kaczką w glazurze miodowej i gruszkowo-anyżowym chutneyem, albo z sushi. Zresztą kuchnia japońska jest bogata w wyroby ścieropodobne typu zupa miso, szczyci się całym elementarzem morskich dziwadeł z równiny zalewowej. Anyż (i też lukrecja) jest bogaty w anethol, substancję obecną w absyncie, która rozpuszczona w etanolu zachodzi mgłą przy połączeniu z wodą. Jego związki są obecne w wielu ziołach, takich jak estragon, bazylia. To przyjaciel słoweńskich brzeszczotów. I absynt i Kaplija wpływają bardzo kreatywnie na wyobraźnię. Tylko nie można przesadzać, uszy nie odrastają.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

Ściera i dziegieć, dwaj koledzy.

Nuta ściery mnie prześladuje, od kiedy ją wywołałem z niebiańskiego letargu, niedostępną i głęboko zakonspirowaną, zaczyna hydra wielogłowa, śmierdzący bazyliszek uważać mnie za swojego przyjaciela. Nie mam lustra żeby się obronić, jak już wciągnę włochatą, kosmatą, mokrą, pozlepianą od aromatycznych kołtunów nutę, następuje odcinka. Ściera się wdziera, szmata kudłata, zaczynam ją lubić, tak jak lubi się siennik we więzieniu, który szczypie w lędźwie nierówno pociętą słomą i szorstką pledową fakturą. Tak jak lubię się zmęczyć, żeby potem móc odpocząć, schechłać żeby odespać.

Wykryłem, że Nuta, nazwijmy ją z dużej litery żeby nie wywoływać tej, której imienia nie można wywoływać, lubi się schować pod krzaczorem. W cieniu czegoś innego, żeby wywołać konfuzję, zaatakować niepodziewanie. Jak stara wyszminkowana ciotka na weselu, która cię łapie kościstymi szponami uzbrojonymi w tombakowe pierścienie za okolice uszu rozcapierzając palce i rozwierając chrapy transferuje szminę na naszą twarz. Niektórym się podoba, niektórym nie. Zależy od koloru pomadki i kąta rozcapierzenia. Lepszy większy, bo wtedy jeszcze coś słychać. Pachnąca kioskowym dezodorantem Nuta przyatakowała mnie z butelki alzackiego pinot gris, ok, może i szurkebarat i ribolla to podobne winogrona z ciemnej strony Mocy, w końcu sivi pinot Simcica to też prawie sekta oranżterrorystów, no ale proszę, Alzacja? Tam się schowałaś, szmato? Lekko żywiczna woń połączona z bukietem oblanych świecowym, komunijno – gromnicznym woskiem pęku pokrzyw. Do tego tłuste warzywne ragout w rybnym wywarze. To tło mi się narzucało jak pijak na przystanku. Po wywietrzeniu było trochę lepiej, nie u pijaka, u wina. Pojawiły się typowe zapachy szczepu, dojrzałe jabłka, miła kwiatowa woń wypełniła moje nozdrza. Nuta tylko pogroziła palcem, nie chciała zrobić krzywdy tylko dać do zrozumienia, że może. Przez chwilę pomyślałem że spotka mnie to co Hansa Castorpa i cygara Maria Mancini, że wino przestanie mieć tajemnicę i przynosić przyjemność.

Tajemnicę ocalił geniusz-sobowtór kapitana Jean-Luc Picarda ze Słowenii Ales Krstanic i jego LUNAR. Movia jest postrzegana przez oranżfanów trochę jako zły gliniarz, duża winnica, spore tradycje, kłóci się to z garażowym entouragem wielu awangardowych członków winiarskiej pomarańczowej alternatywy, ale przynajmniej nie śmierdzi hipsterską grzywką i zapinanym swetrem. Jest pewny siebie, zresztą mało który winiarz miałby na tyle self-esteemu żaby sprzedawać PURO, wino musujące jeszcze nie zdegorżowane. Robi się to w kuble w wodą, szał w Nowym Jorku już od paru lat, Jankesi się zakochali w Słowenii. Chodząc po restauracji z wiadrem wprowadzamy bez wątpienia poczucie estetycznego zdumienia w głowach gości. A jeszcze bardziej jak we wiadrze eksploduje szaro bura chmura drożdży. Rozdwojenie jaźni w restauracji, zresztą Ales powinien jako ambasadora zatrudnić Sama Rockwella z „Moona” – nie dosyć że rozdwojenie to jeszcze firma dla której pracował to…Lunar Enterprises. Jesteśmy w domu, czyli na księżycu.

Moja trudna miłość do księżycowych ścier trwa od pierwszej butelki Edi Simicica parę lat temu, to związek bez przyszłości, powtarzali, wina zbyt trudne. Ha! Wódkę single distillation też już podaje się ciepłą. O tempora, o mores, drogi Katylinie. Białe wino nie-białe i nie-zimne i nie-takie-jakbyśmy-chcieli-ale-takie-jakie-jest. Take it or leave it. Dodatkową szczyptą dziegciu jest obecność aromatu sosny. Dziegieć pełni rolę podwójna, jest aromatycznym koniem trojańskim – podczas 8 miesięcy maceracji skórek w Lunarze zdążył okrzepnąć w postaci aromatu sosny, ale występuje też w roli niemetaforycznej – po prostu jest jednym z aromatów w winie. Obok szarego mydła, rajskiego jabłka – kwasiora zerwanego z przydrogowego drzewa (trudno nazwać drzewem półtorametrowego pokurcza z pięcioma jabłkami ale niech mu będzie), i berberysu. Lunar zlewany jest do butelek w trakcie pełni księżyca, widać wtedy lepiej Sama Rockwella w przerośniętym dżipie na tle srebrnego globu, i jego alter ego. Wino białe które jest czerwone, albo czerwone, które chce być białe. Pomalujmy księżyc na pomarańczowo.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Dziennik pokładowy – Epernay – cofamy czas. Kpt. J-L.Picard

Pełznąłem powoli w trzewiach wybrzuszonej  jak od pogrochowego wzdęcia wielkiej betonowej dżdżownicy okulbaczony manelami na kółkach. Pomyślałem, przybywam do was sommelier z lasa, hopsasa, hopsasa…Opuściłem gościnne mury lotniska CDG w tempie wybitnie nie-dżdżowniczym, dyliżans grafitowy, miejsc – cztery, niezwykle jak dla tej marki, ja, Francuz, Andreas z Austrii i Geoffroy z Genewy. Start.

Po niemałej godzinie transferu kołowym Enterprisem – Epernay. Chateau wieńczyło wzgórze jak metalowy cypelek na rozpostartej parasolce, dookoła samo chardonnay, na podjeździe chrupotały pod kołami bialutkie kamyczki, wydając z siebie szumo-chrobot. Okoliczności przyrody wybitnie medytacyjne, ale może dla kontrrewolucjonistów o potrójnych nazwiskach 200 lat temu. W salonie na proletariuszy zaś czekał już jeroboam w blokach startowych i reszta sommelierów zerkających na nas z ciekawością przetykaną siatkówkową mgłą z wypitego już aperitifu. Non vintage bronił się dość dzielnie, nie bez przyczyny jest zdaje się najczęściej otwieraną butelką świata i jego korkowa zatyczka pstryka co parę minut, w Bombaju i w Szanghaju.

Do kolacji z Benoit Gouez’em zasiedliśmy w komplecie jak z Santa Maria delle Grazie, rąk z nożami było jednak więcej niż tylko św.Piotra. Ustawione z wypiętymi klatami kieliszki degustacyjne Moeta zwiastowały posiłek pełen napięcia.  Grand Vintage 2004, szampan nietuzinkowy, rocznik z dużymi zbiorami, ale przy zachowanej dobrej kwasowości. Świeżo zdegorżowany, zresztą te słowa „just degorged” będą nam towarzyszyć często i gęsto. 2004 jest bardzo aromatycznym pulsującym winem, jeszcze nadal młodym i żwawym, pomimo burgundzkiej melodii. Ale bardziej AC/DC niż Pink Floyd. Potem wraz z kolejnymi daniami cofamy się w czasie, 2000, 1993, 1983. Rocznik milenijny czuć słabszym charakterem, jest zamknięty, cierpki, pomimo wyższego niż zwykle, 9-gramowego dosage i niemal 40-procentowego udziału pinot noir. ’93 oraz ’83 to musująca śmietana, płynny jedwab – dania przy tych winach nie istniały, szampan dominował całkowicie. Zwłaszcza ’93 – doskonała ekspresja.

Kończący kolację 1983 zaskoczył mnie młodością, wino, pomimo pewnych oznak utlenienia, nadal zachowywało bardzo lekki, przejrzysty charakter. Nie mogłem oderwać nosa od brzegu kieliszka, po jego odłożeniu miałem odciśnięte wąsy sięgające łukiem do oczu. Aromaty dojrzałych jabłek, anyżu, wanilii, trawy cytrynowej.

Na sam koniec – 1973. Sztorm w aparacie zmysłowym. Notatki się urywają w kajecie.

Następnego dnia piwnica w Epernay, Thierry, który pracuje w piwnicy niemal od urodzenia w kącie dyskretnie degorżował nam do porównania na bieżąco butelki wina. Mieliśmy więc kilkanaście roczników już zabutelkowanych i po dosage oraz w wersji świeżo rozprutej, tuż po szoku oksydacyjnym degorżmentu. Jeżeli miałem wcześniej jakiś sentyment do naturalnych win pozbawionych dosage, tych wszystkich brut zero, non dosage – w Epernay się go pozbyłem. Roczniki sięgając od 2004, przez ’03, ’02, ’00, ’96, ’95, ’78 – każdy po kolei w dwóch wersjach, wynik bez bramki dla zerowców. Spośród nich – wiele win doskonale złożonych, o wysokiej naturalnej kwasowości szampana dopiero co pozbawionego osadu drożdżowego, sporo aromatów dojrzałego burgunda, wiele pięknych doznań. Niemniej – dosage zawsze wstawiał te same roczniki półkę wyżej co do złożoności, filigranowości smaków, natura z zimowego lasu przemieniała się we wiosenną polanę.

Pod koniec tego poznawczego eksperymentu wino leżakujące w pupitre 50 lat na osadzie, ostatni z roczników Moet et Chandon fermentowany w beczce dębowej. 1962 – świeżo zdregorżowany. Wina rocznikowe dojrzewają na osadzie nie pod (albo z czasem – nad) kapslem ale wyjątkowo – zatknięte korkiem, który jest dość ciekawą formą przypominającą smardza. Zarówno w 1978 jak i w 1962 dominacja pinot noir sięgająca 70-80 procent, i konstrukcja smakowa sięgająca gwiazd. Musujący absolut.

Gdybym miał wybierać spośród roczników, które mi najbardziej smakowały wymieniłbym bez wahania ’95 i ’96. Roczniki stare to zupełnie osobny świat win medytacyjnych, win, które nie muszą się starać by zachwycać. Rocznik 1978 zahaczający o mój dość niedaleko, będzie na pewno jednym z moich najciekawszych, bo niespodziewanych, doznań.

After all, Number One, we’re only mortal.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Ściera i psychoza

Ściera to w gwarze fanów skrót-pseudonim znakomitego gitarzysty basowego Krzysztofa Ścierańskiego, w którego w czasach ubiegłej młodości byłem mocno zapatrzony. Zwłaszcza w jego gitary, których gryfy emanowały przytłumionym odbiciem aluminiowego światła, bo Ściera grał na Kramerach o rozkraczonych zmysłowo główkach. Ściera to także sposób jaki mi zdradził jeden koleżka, kiedy zasklepi się korek w starej butelce, namoczona ciepłą wodą ściera ma pomóc, jakoby korek się roztkliwiał od tej ciepłoty i poddawał szybciej. Taki korek się przydarzył mnie w butelce Clos de Vougeot ostatnio, dłubałem w nim wkrętakiem trybuszona jak jakiś niedorozwinięty dzięcioł, bo tylko takie dłubią w beznadziejnie zasklepionym korku. Wydziubałem ze dwa centymetry, potem się wkręcałem, tak by chociaż zrobić małą dziurkę, udało się po 15 minutach. Potem gaza, przesiewanie wina i syfu z korka i serwis w karafce, a jakże. Klasa musi być. Niech mi ktoś potem powie, że to prosty zawód.

Od jakiegoś czasu historie z korkami zaczęły mnie prześladować jedna po drugiej, pierw zaczęły mi masowo pękać korki. Nie dlatego, że były suche i słabe, krzywo się wkręcałem. Jakbym się oduczył tej banalnej umiejętności, każda butelka nagle była zagadką, czystą kartą, którą nie wiedziałem jak zapisać, ani jak się do tego zabrać. Intelektualna niemoc, bo moc w prawicy była,  wyciągałem korki ekspresem, ale połamane. Popiszczały, popiszczały i wyskakiwały, a właściwie wyskakiwało to co z nich zostało, połowa, czasem trzy czwarte, a czasem jak u kolegi Burgunda – walka trwała kilkanaście minut. Gdy wybrzmiał ostatni gong walki z Faiveleyem próbowałem się dobrać do korka (w trakcie naszego intercoursu mówiłem do niego mniej grzecznie) przy pomocy łyżki, żeby nie dać za wygraną, ale za wygraną dała łyżka której trzonek uległ wertykalnej dezintegracji jak w Matrixie.

Niemoc trwała i trwała, dopóki nie wyrwała mnie z letargu ściera Gialla Ribolla.

Otwierałem Ribolla Gialla, Damiana Podversica. Na szczęście korek się nie połamał, choć już zacząłem rozważać, żeby mieć w zapasce kilka całych korków i dla ukrycia faktu, chować połamane i podawać na talerzyku całe. Taka desperacja.

Pierwszy węch i doznałem konfuzji, zapach nie przypominał wina, nurzałem nos w kieliszku mając nadzieję, że w końcu wyczuję coś podobnego do owoców, kwiatów. Ściera podlana lizolem, żywicą i butaprenem. Przelałem wino przerażony do karafki i odstawiłem do właściwej temperatury około 15 stopni w tym przypadku, po kilkunastu minutach nadal to samo, a nawet gorzej. Ale wino zaczynało się zmieniać, pojawiły się nuty owocowe, lekko tłustawe, maślano – waniliowe, ale wzmocnione taką energią mineralności, tanin i słono – pieprznej charyzmy, że obawiałem się czy kieliszek nie pęknie mi w dłoni. Wino pozostawiało przyjemny i intrygujący piach na podniebieniu, piach garbników jakiego nie powstydziłoby się niejedno wino czerwone. Ale jednocześnie było tak agresywne i narzucające swoją wolę, że klękajcie albo uciekajcie. Aromaty butaprenu na szczęście odeszły wraz ze złymi wspomnieniami, lizol i żywica pozostały, ale przestawały powoli mi przeszkadzać. Czasem coś jest piękne nie wiadomo dlaczego, są wina białe i wina z Friulii, są z Friulii i od Podversica.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

3 dni w C.K. monarchii i co z tego wynikło

1. Dlaczego lubimy unwooded chardonnay z Missouri?

Tuż po opuszczeniu granic stolicy, gdy serwetki wyschły nam od łez, z Andrzejem Strzelczykiem na backside i Piotrem i Tommym Lee na frontside w krótkich strzałach tego sommelierskiego debla przerzucamy się pytaniami i zagadkami. Jak nazywa się krzyżówka durezy i mondeuse blanche, co to desant z Zurichu, ile brix dla BA i ile dla TBA, jakie odmiany są w Tracji, gdzie oprócz Egeru leje się strumieniami bycza krew, gdzie jest ten zjazd z highwaya na Wiedeń i gdzie są moje halls’y. Synonimy blaufrankischa, lembergera, auxerrois, gdzie uprawia się humagne rouge, gdzie jest drugie oprócz beaujolais’owego Flerieu, trzy szczepy białe z Grecji na „A”, Andrzej weź tą nogę. Podczas tej nierównej walki (Tomasz jednocześnie odpowiada, zadaje pytanie, pije kawę i prowadzi samochód operując radiem w poszukiwaniu Abby) wychodzi na jaw ukrywana prawda o dostawcy win bazowych dla największych sławą apelacji tego świata. Missouri. Drugi po Kaliforni obszar upraw w USA, ale przepraszam, kto pił wina z Missouri, np. unoaked chardonnay albo white zinfandel? Dochodzimy do wniosku, że nikt i tajemnica leży w miastach portowych i spoczywa w beczkach w przestrzeniach magazynowych statków o podejrzanej banderze wiozącej wino do…no właśnie, gdzie?

2. Biegiem przez Wiedeń.

Jedziemy na szybką kolację w Wielkim Johnem i spotkanie z Thomasem Klingerem z Brundlmayera, droga do centrum zamiast 15 minut zajmuje 45, dziś wielki maraton, oczywiście. BIG JOHN to niestety nie J.Goodman ani Jeff Bridges walczący z niemieckimi nihilistami tylko wino. Podczas kolacji tuż po świeżym grunerze od J. Donabauma z Wachau odpalamy butelkę Big Johna, kupaż bordoski z Weingut Scheiblhofer z Neusiedlersee….Mocno załadowany beczką jak drabiniaste wozy snopami siana albo hinduskie autobusy Hindusami, dużo materii i atłasu, mało wina. To poczucie sycylijskiej dojrzałości i bliskiego spotkania z dębem towarzyszyć będzie jeszcze później przy kilku winach z Węgier. Nawet słynny Kopar Atilla Gere, wino dojrzałe, pełne (rocznik na eliminacjach był w blind tastingu podany 2003) został opisany przeze mnie jako „overwhelmed by toasted vanilla and oaky flavour with smoked plum, liquor cherry and asphalt, leather and cedar”. Wino niewątpliwej klasy, ale dość męczące i przytłaczające. Refreshment następuje wraz z przybyciem Thomasa i kilkoma butelkami Brundlmayera w winebarze Wein&Co. Zaczęliśmy jednak od Siller Sturm, nazwa jak imię austriackiej marki producenta czołgów oznacza młode, jeszcze pracujące wino. Jednym słowem, wszyscy mają mambę, mam i ja :)

Największe wrażenie wywarł na mnie Kaferberg Gruner Veltliner 2010. Z tym winem mógłbym spędzić cały wieczór i nie nudzić się przez sekundę. Z Thomasem też, niesamowity gość. Po grunerze nabraliśmy sił na ogarnianie małego stosu wurstów w przydworcowej budzie, przy której, o 2 w nocy stała kilkunastoosobowa kolejka.

3. Egipski bóg miłości – półfinały.

W położonym na uboczu hotelu, gdzie odbywają się mistrzostwa lądujemy w niedzielę, check-in zawodników już w pełnym rynsztunku zaczął się kilka minut przed naszym przybyciem, więc mamy okazję obejrzeć cały skład. Imponujące są uniformy sommelierów z Rumunii, co niektórzy mają po 3-4 różne rodzaje złotych winogronopodobnych przypinek, plus tastevin, plus naszywka z logo stowarzyszenia, również złota, plus brwi wydepilowane w kształt łopoczącego żagla. Zwłaszcza u jednego z bardziej charyzmatycznych kandydatów o aparycji bollywood top movie star. Wyglądaliśmy z Andrzejem raczej skromnie, no, Andrzej to przynajmniej miał przypinkę z winogronem, ja wteknąłem w kieszonkę fartucha długopis, zawsze to coś błyszczącego, co nie? Braku balejażu na brwiach nie zdążyliśmy nadrobić.

4. Zawody i WTF is Pearl of Moldova.

Test (jeszcze niedzielny) wyglądał bardzo tradycyjnie, pytania owszem dość mocno skupione na rejonie centralnej Europy, ale to zrozumiałe w przypadku Mistrzostw ograniczonych do tego regionu. Na 25 pytań około 3-4 z Francji (co to Grenouille na przykład), 2-3 z Włoch, 2 z Niemiec (jak jest primary rock w Kaiserstuhl w Badenii, minimalny poziom cukru dla Liebfraumilcha) i reszta z Węgier, Rumunii, Bułgarii. Przykładowo: najpowszechniej uprawiana czerwona odmiana na Węgrzech, jak nazywa się krzyżówka Aligote i Cabernet Sauvignon et cetera, et cetera. Trudność testu była zastanawiająca, ponieważ pytania były, jak wskazują powyższe, raczej łatwe. No może oprócz pytania, cóż to za cud jest nazywany „perłą Mołdawii”. Opis win podanych w trakcie eliminiacji jest w każdych zawodach bardzo ciekawą konkurencją i zawsze z niecierpliwością czekamy na ujawnienie win. Wino białe o gładkiej fakturze, pewnej tłustości, aromatach dojrzałych jabłek i gruszek, spora kwasowość sugerowała Europę centralną. Grauburgunder?Szurkebarat? Blisko – Pinot Grigio od Livio Fellugy z Friuli. Czerwona zagadka, o której było wyżej, czyli węgierski Kopar, już trudniej. Wino bardzo beczkowe, dymne, ale również eleganckie i zrównoważone. Strzelaliśmy z Andrzejem w blend bordoski, z tym , że Andrzej – Goriska Brda, a ja – Austria, więc cabernet/merlot, ale z dodatkiem zweigelta. Rocznik obydwoje typowaliśmy na 2004, okazał się rok starszy.

Następna dekantacja, bez niespodzianek, stół, wino, Goście, karafka i 6 minut do wykorzystania.

5. Czekanie, czekanie, czekanie

Wyników od razu nie było, dopiero na drugi dzień ujawniono nam, po pobycie w klasztorze Pannonhalma Apatsagi, skład finału, w którym miałem zaszczyt występować, razem z Julią Scavo z Rumunii oraz Jakubem Pribylem z Pragi. Dziewczyna pracuje w Nicei, Kuba wrócił z Prowansji, więc mimo presji na centralną Europę, mocno międzynarodowy finał. Konkurencji znacznie więcej, podawanie szampana, dekantacja, wychwytywanie błędów w karcie, dobór win do potraw oraz mały surprise na koniec – rozlanie magnum szampana do 13 kieliszków. Potem znów czekanie. Wyniki. Drugie miejsce, puchar. A jakże, złoty…Wygrała bezapelacyjnie Julia, z doskonałym serwisem i przygotowaniem teoretycznym. Złote oploty i biskupie pagony jednak nie są mierzalnym wyznacznikiem umiejętności, choć nie wiem, może ten długopis 50 Centa też mi trochę pomógł…

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

Really Rhein Riesling

„Nastawiam żagle na nieskończony wiatr” mawiał pewien jezuita. Ani jezuici, ani żeglarstwo nie są moją pasją, ale moją pasją są rieslingi, które dmą w żagle i nie wydaje się żeby to miało ustać. Poza silvanerami, które mnie bardzo zaciekawiły na premierowej degustacji VDP w Berlińskim Kulturforum, cel degustacji był oczywisty. Przytulić rieslingów ile się da, wywąchać co się da, zaczerpnąć charyzmy i wrócić.

Następnego dnia po finale Mistrzostw Polski sommelierów, przyjąć sto kwasiorów wydawało się w miarę rozsądnym wyjściem, alternatywą dla lodowego Moeta, albo białego pessaka Haut – Bailly. Czyli jednym słowem sponsorem dnia była literka R, jak riesling refreshment.

Na samo wejście czekał na nas nikt inny jak niekoronowany książe Wiltingen z Weingut Van Volxem, czyli Roman Niewodniczański. Same 2011, w tym Goldberg, bardzo świeży i czysty, perfekcyjny. Następnie Volz, bardziej przyjazny, mniej kwasowy, raczej skryty, ale czego się spodziewać po zabutelkowanym 3 tygodnie wcześniej winie, które winiarz radził dekantować przynajmniej 5 godzin, i to w przypadku wina 3 letniego, o roczniaku litościwie nie wspomniał. Potem emocje rosły, gdyż następny w kolejce prężył się Scharzhofberger „Pregentsknopp”, oleisty, rozpuszczony kamień, aromaty owocowe śladowe, trochę słodyczy ale niewiele cech saarskiej lekkości. No i last but not least Altenberg, miodowy melon, nuty petrolowe, mango, brzoskwinia i obezwładniająca mineralność, poczucie obcowania z uduchowionym bytem. Takim bytem jak zabierane na wizyty w Watykanie przez niemieckich kanclerzy butelki Van Volxem, może w celach inspiracji? Albo zaprezentowania tego czego tam szukają od 2 tysięcy lat, a w Mozeli już znaleźli. U Romana.

Spośród win mozelskich, które znajdowały się pierwsze na trasie Polska-Niemcy-Polska, udało się spróbować oczywiście winnic Heymann-Lowenstein z parcel Kirchberg, Stolzenberg, Rottgen, Uhlen Blaufüßer Lay, Uhlen Laubach. Wszystkie genialne, od lekkiej, owocowej równowagi w pierwszym, do długiej, łupkowej minieralności w dwóch ostatnich. Poza tym Weingut von Othegraven z interesującą cierpką nutą z parcel Bockstein (i bardzo ciekawym podstawowym gutswein – MAX Riesling, z iście barokową nutą owocową), win od Clemens – Busch, Reinhold Haart, Dr. Loosen.

Na koniec mozelskiej ścieżki Schloss Lieser, czy można być jednocześnie winem delikatnym, zrównoważonym i potężnym? W tym schlossie tak, Niederberg Helden, mineralna perfuma (jak za dużo słowa mineralna, to powiedzcie), gruszka, mango, lekko tłusty zapach świńskiego smalcu ( bardzo fajny ). Juffer Sonnenuhr, lżejszy (czy to wskazówki słonecznego zegara rzucają taki cień?) i lekko perlisty. Do picia na co dzień, minimum 2 butelki do obiadu, 1 do podwieczorku, 1 przed akcją.

Dalej w krainie równowagi, Nahe i lokalny cesarz – Helmut Donhoff, jak mówią amerykańskie podręczniki „legendary winemaker from Nahe region“. Tak, na pewno Amerykanie wiedzą gdzie jest Nahe. Ciekawe, czy Nahe im się myli z Mayhem. U Helmuta do zapamiętania jest doskonała jakość owocu, czyste jabłkowe, gruszkowe, brzoskwiniowe dominanty są obecne w każdym winie, od Felsenberg, przez Dellchen. Bombą jest Hermannshole, może nie V-1, ale siła rażenia jest ogromna, bardzo żwawe, lekko gryzące, jeszcze pracujące, niech pracuje. Nie było legendarnego Brucke, z którego spatlese auslese są opisywane jako „divine“, następnym razem.

Jeszcze w Nahe Weingut Kruger – Rumpf, jeden z moich ulubionych producentów. Pittersberg, doskonale zrównoważony, cierpki i naftowy. Dautenpflanzer, równie ascetyczny, owocowy na bogato, ale owoc daleko za plecami. Bardzo intrygujący weissburgunder w kategorii gutswein, cytrusowy, pełny, o kręgosłupie przyzwoitego pouilly-fuisse.

Rheinessen. Kuhling – Gillot, kolejny po Kruger – Rumpf faworyt dwuczłonowy z pierwszym słowem na „K“. Olberg (czerwony łupek), już nie barok, to już rokokoko, niemniej pod tym bogactwem owoców, miły, kwasowy smak szczepu. Rothenberg, krzewy nieszczepione, ponad siedemdziesięcioletnie, głęboka (w notesie napisałem „zaszczytna“ :) ) podbudowa, z kwasu oczywiście. Pettenthal to również czerwony łupek, oleista faktura, pełny, wytrawny smak, nuty naftowe, ananas, papaja. W Polsce brak importera.

Z kolei spośród grupy zaskoczeń ewidentnie wybijał się Weingut Wittmann, również z Rheinhessen. Aulerde uderzało bardzo wykwintnym perfumem, z dominującą nutą dojrzałych gruszek i papai. Wino z parceli Kirchsipel również wybijało się intrygującym zapachem, rocznik 2011 podziałał na nie bardzo tuningująco, bardziej powściągliwe było Morstein, kamienne i wyniosłe.

Takich delikatesów było wiele, w kolejce czekał Palatynat i Rheingau, więc po Manny Pacquaio przyszedł czas na Floyda Mayweathera Jr. Oby walka nie trwała 30 sekund.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Frankly? Franken

Coroczna premiera nowego rocznika win niemieckich o statusie Grosse Gewachs, czyli najlepszych etykiet każdego producenta zrzeszonego w VDP, czyli Verband Deutscher Qualitäts- und Prädikatsweingüter, jest planowana zawsze na początku września. Nazwa skrócona litościwie do VDP oznacza organizację, której 197 członków produkujących ilościowo ok.2% niemieckiego wina, stanowi czołówkę krajowego, i w wielu przypadkach – również światowego – winiarstwa.

Na początku września kiedy wina te są przez wielu zabutelkowane na 5 minut przed wyjazdem na premierę, zawartość butelek jest na etapie młodzieńczym i dobieranie się do nich, jak mówi winiarska metafora, to gastronomiczna pedofilia. Widać to było również po winiarzach, na twarzach których widać było litość dla nas, tych którzy próbowali wina na 5-7 lat przed ich właściwym terminem otwarcia. Na szczęście kilku z nich w przypływie braterskiej sympatii przyniosło starsze roczniki, które w większości przypadków (zwłaszcza tych zahaczających o 2002 rok) były spektakularne.

W ciągu 3 godzin udało mi się spróbować win około 20 producentów, z grupy, która należała do kategorii MUST TRY, czyli idoli, których wina siedzą mi w głowie od dłuższego czasu, głównie Schloss Lieser i Kruger Rumpf, ale w takiej kotłowaninie rieslingów nie było opcji na niespróbowanie czegoś wcześniej nieznanego.

Rieslingów powiedziałem? Nie tylko, okazało się że dla mnie osobiście najciekawszą tego dnia była degustacja silvanerów z Frankonii. Rządek bocksbeutlów był okazały. Na pierwszy ogień Weingut Johann Arnold (nie wiem dlaczego akurat Arnold pierwszy :-) . I od razu ciarki, Julius-Echter-Berg Erste Lage ‘11, wino słone, ziołowe (estragon, bazylia), ultra wytrawne, przepyszne. Moje szkliwo zawyło wprawdzie o litość i do dziś myję zęby tylko od wewnętrznej strony, ale było warto, naprawdę interesujące wino, zwłaszcza do jedzenia. Rocznik wcześniejszy tej samej etykiety, już bardziej rubensowski, trochę słodyczy daleko tam w gardle, piorunująca jakość owocu. Rok starsze 2009 to już wino prawie gotowe do picia (piłbym nawet 2011, ale nie umiem otwierać kapslów samymi dziąsłami), ewolucja w stronę budowania jakości wina na owocowej powściągliwości, bez utraty mineralno – słonego kręgosłupa, aromaty brzoskwini, zielonego jabłka ale i płatków soli Maldon. Gites.

Silvaner po raz drugi – Weingut Bernhard Hofler, przy którym książka degustacyjna jest upstrzona krzywymi (w jednej ręce długopis z kieliszkiem, w drugiej notes) wykrzyknikami. Wina klasy Erste Lage to parcela Apostelgarten w rocznikach 2011 i 2010. Młodszy, co ciekawe, mocno naznaczony cukrem resztkowym, zwłaszcza w nosie (nos to trzeci element sommelierskiego trójkąta po duecie długopis/kieliszek-notes), barokowy i jakiś taki nie-niemiecki. Zrehabilitował się w ustach, pełny, ściągający wytrawny charakter młodego wina, owocowy, tak, ale i silnie żrący swoją ledwo-co-zabutelkowaną kwasowością. Tak jakby wino było zaskoczone, że ktoś je przelał z beczki do bocksbeutla. W przypadku Hoflera interesujące również było wino kategorii Ortswein, niższego niż Erste Lage, zwłaszcza Michelbacher Riesling Kabinett (takoż bocksbeutel, zresztą kilku producentów miało bocksbeutle pojemności 0.5 oraz 0.375, które nijak wina nie przypominały tylko połączenie piersiówki z perfumem). Riesling tego producenta był czysty, zielony, mineralny, powściągliwy.

Silvaner po raz trzeci – Weingut Juliusspital Wurzburg, Erste Lage wszystkie wystąpiły w roczniku 2011, sama młodość. Trzy parcele – Stein, Julius-Echter-Berg oraz Karthauser ( ostatnia to weissburgunder, Stein podzielony na silvanera i rieslinga). Siła utkwiła tutaj w warzywnych, morskich nutach z elementami owocowości, które raczej uzupełniały tylko wrażenie mineralnych mięśni. Ze wszystkich najciekawszy weissburgunder, trzymany na osadzie do końca maja, butelkowany w czerwcu. Pełny burgundzkiej treści i melodii, zapakowany owocowymi aromatami po sam brzeg, ananas, gruszka, mango, czarny bez. Intrygujące.

Silvaner po raz czwarty – nikt inny jak tylko Horst Sauer, z polsko brzmiącą nazwą winnicy klasy Erste Lage – LUMP. Silvaner o bardzo dobrym dojrzałym owocu już w tak świeżym roczniku jak 2011, kwasowe rusztowanie bardzo silne, ale jednak owoc dominuje, dla bardziej gruszkolubnych fanów Frankonii. Riesling z Lump już bardziej mineralny, żwawy i kwasowy, nuty wapienne, aromaty zielonych jabłek i pigwy. TBA niestety nie zdążyłem spróbować ponieważ w kolejce czekały rieslingi, których rogi domagały się dłoni Ursusa.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Porco Rosso Manga Polacco

W swoim słynnym filmie anime „Porco Rosso” Hayao Miyazaki umieścił w czasach międzywojennych, w burzliwej przestrzeni powietrznej nad Adriatykiem, zaprzęgniętą do drążka Macchi M5 świnię. Chociaż nie do końca stuprocentową świnię – pilota Marco Pagota obłożonego klątwą i posiadającego świńską aparycję. Nie może on używać swojego prawdziwego imienia. Co jest dość ciekawe ponieważ w „Spirited Away” Hayao ukazał jak złośliwa czarownica sprawuje kontrolę nad bohaterką filmu właśnie zabierając jej oryginalne imię, które z czasem zapominane – jest przyczyną rozterek i zagubienia samej siebie.

Hayao zafascynowany wczesną awiacją ukazał w filmie co najmniej kilkanaście wżerających się w mieszaninę wodoru i tlenu samolotów wyjących silnikami, to prawdziwa uczta dla miłośników dolno- i górnopłatowców. Zresztą nazwa studia filmowego Ghibli, w którym geniusz japońskiej sztuki reżyserskiej wraz z Takahatą realizował swoje wizje jest również zaczerpnięta od nazwy włoskiego samolotu.

Ale wracajmy do świni, Porco walczy ze świńską gracją z piratami i grupami militarystów (twierdził zawsze, że woli być świnią niż faszystą) rozpruwając kadłuby wrażych statków powietrznych. Po bitwie przybija do przystani (jego samolot to tzw. flying boat) na wyspie i zakrywając dyskretnie szyję białym szalem przedwojennego pilota wypija espresso i odrobinę nafty z Pernoda.

Spoglądając na jego świński image nigdy nie potrafiłem wyrzucić z pamięci „twarzy” mangalicy – węgierskiej świni pastwiskowej, moim zdaniem jednym z najbrzydszych zwierząt na świecie. Wizualnie, ponieważ nie ulega wątpliwości, że smakowo i zdrowotnie ten wełniasty, pomarszczony karypel jest mistrzem świata, przynajmniej tego naddunajskiego. Jakość mięsa jest zdumiewająca, zawartość cholesterolu bardzo niska – manga (zdrobnijmy ją trochę w duchu anime Miyazakiego, jest taka brzydka że się jej należy) akceptuje tylko wolny chów rośnie bardzo powoli i tylko na wolnej przestrzeni. Trudniej ją złapać wtedy, ale mała przebieżka z siekierą po węgierskich stepach polepszy nasz bilans tlenowy.

Miałem okazję zajadać się kilka dni kiełbasą z mangi i takimże salcesonem (z dodatkiem ziaren nasturcji), salceson przywiódł mi od razu wspomnienia z podstawówki, kiedy po raz ostatni odkrywałem ten uroczy konglomerat różnych podrobów zaklęty w galaretowatą formę utkniętą pomiędzy pajdami szkolnych kanapek. Tym razem nie wahałem się tak długo jak wówczas przed zjedzeniem, kiełba i salceson były, a w zasadzie po chwili nie było ich. Pikantne, mięsne, i znakomite.

Bardzo mięsne, jakość tłuszczu dla nieprzyzwyczajonego kiełbasomaniaka na tyle wysoka, by zaskoczyć trochę kubki smakowe i wprowadzić je w stan przyjemnego odrętwienia. Poziom tanin w winie musi być stratosferyczny, czyli nie mamy wielkiego wyboru. Nebbiolo, Pinot Noir, Tannat może, ale raczej te dwa pierwsze. Nebbiolo oldskulowe albo kwasowy burgund. Takim tanicznym Gerlachem albo Pikiem Pobiedy jest na pewno barbaresco od Bruno Rocca, barbera zresztą żeby pozostać przy pogańskich nazwach też się spisze nienajgorzej. O ile nie jest to metroseksualna hybryda zleżała w barrique. Kwas, kwas, kwas, Panie. Jak by powiedział Porco Rosso: wolę być świnią niż pić dębowy budyń.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Żurrieq na Malcie

To może z powodzeniem być nazwa modernistycznej zupy na zakwasie ze słodowej whisky, ale nie jest. Żurrieq to jedno z najbardziej malownicznych miejsc na wyspie słynnych kawalerów rodyjskich, których próbowali wykorzenić z wyspy brodaci pra-pra-pradziadkowie talibów przy pomocy ognia i miecza w XVI wieku. Trochę się udało a trochę nie, jak mówił Bohdan Smoleń ” oni pierw napadną ale potem przeproszą”. Zagmatwane losy wyspy więc składały się w dużej mierze z okresów pierw panowania zakonników, a potem ich cichej bezdomności. Taka dziwna dychotomia funkcjonuje również w świecie maltańskich win, ponieważ one są, ale w sumie to ich nie ma. Wyspiarze dumni ze swojej wyspiarskowości wypijają wszystko sami. Zbiór rozpoczyna się pod koniec lipca, jak donosi Times of Malta, kiedy Minister Rolnictwa odwiedza największe winiarnie. Gazeta nie uściśla czy to na jego widok krzewy rodzą winogrona a jelenie gubią poroże z wrażenia, ale obecność ministra wpłynie być może stabilizująco na niepokojącą sytuację zawłaszczania winnic pod hotele i baseny, gdyż nawet pod okiem gospodarza zbiory są bardzo niewielkie, Marsovin, największy hurtownik ma pod swoją pieczą 1200 tumoli winnic, jest to prosty maltański przelicznik – 1 tumoli to 256 quasba. Czyli jakieś 2o hektarów. Pomimo posiadania lokalnych szczepów takich jak Gellewza oraz Ghirghetnina, winnice rodzą głównie caberneta, merlota i chardonnay. Czołowe wino, Cheval Franc 2009, które miałem okazję pić jest skomponowane z Cabernet Franc oraz Syrah.

 

Wino w dość sophiopodobnej acz zmysłowo wygiętej butelce było co najmniej bardzo dobre. Ziemiste aromaty dominującej odmiany, asfalt, żużel, śliwka przypominały dobre loarskie przykłady jak robić wino z tego szczepu. Pikantność syrah i jego owocowa agresja, której na codzień nie lubię bo mnie zawstydza, tym razem nie krępowała smukłych kształtów wina, lecz je podkreślała. Truskawkową Australią wino trochę pachniało dopiero w finiszu, kiedy radość już wystąpiła na scenę. Wino znaleźć niestety trudno, Ministerstwo chwali się, że w bieżącym roku 2012 może się uda po raz pierwszy eksportować wino do USA, więc co? Biuro podróży odpada, pozostaje kajak dla odważnych (blisko Sycylia) albo samolot dla wygodnych. Błękitna Grota czeka.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj