Ściera i dziegieć, dwaj koledzy.

Nuta ściery mnie prześladuje, od kiedy ją wywołałem z niebiańskiego letargu, niedostępną i głęboko zakonspirowaną, zaczyna hydra wielogłowa, śmierdzący bazyliszek uważać mnie za swojego przyjaciela. Nie mam lustra żeby się obronić, jak już wciągnę włochatą, kosmatą, mokrą, pozlepianą od aromatycznych kołtunów nutę, następuje odcinka. Ściera się wdziera, szmata kudłata, zaczynam ją lubić, tak jak lubi się siennik we więzieniu, który szczypie w lędźwie nierówno pociętą słomą i szorstką pledową fakturą. Tak jak lubię się zmęczyć, żeby potem móc odpocząć, schechłać żeby odespać.

Wykryłem, że Nuta, nazwijmy ją z dużej litery żeby nie wywoływać tej, której imienia nie można wywoływać, lubi się schować pod krzaczorem. W cieniu czegoś innego, żeby wywołać konfuzję, zaatakować niepodziewanie. Jak stara wyszminkowana ciotka na weselu, która cię łapie kościstymi szponami uzbrojonymi w tombakowe pierścienie za okolice uszu rozcapierzając palce i rozwierając chrapy transferuje szminę na naszą twarz. Niektórym się podoba, niektórym nie. Zależy od koloru pomadki i kąta rozcapierzenia. Lepszy większy, bo wtedy jeszcze coś słychać. Pachnąca kioskowym dezodorantem Nuta przyatakowała mnie z butelki alzackiego pinot gris, ok, może i szurkebarat i ribolla to podobne winogrona z ciemnej strony Mocy, w końcu sivi pinot Simcica to też prawie sekta oranżterrorystów, no ale proszę, Alzacja? Tam się schowałaś, szmato? Lekko żywiczna woń połączona z bukietem oblanych świecowym, komunijno – gromnicznym woskiem pęku pokrzyw. Do tego tłuste warzywne ragout w rybnym wywarze. To tło mi się narzucało jak pijak na przystanku. Po wywietrzeniu było trochę lepiej, nie u pijaka, u wina. Pojawiły się typowe zapachy szczepu, dojrzałe jabłka, miła kwiatowa woń wypełniła moje nozdrza. Nuta tylko pogroziła palcem, nie chciała zrobić krzywdy tylko dać do zrozumienia, że może. Przez chwilę pomyślałem że spotka mnie to co Hansa Castorpa i cygara Maria Mancini, że wino przestanie mieć tajemnicę i przynosić przyjemność.

Tajemnicę ocalił geniusz-sobowtór kapitana Jean-Luc Picarda ze Słowenii Ales Krstanic i jego LUNAR. Movia jest postrzegana przez oranżfanów trochę jako zły gliniarz, duża winnica, spore tradycje, kłóci się to z garażowym entouragem wielu awangardowych członków winiarskiej pomarańczowej alternatywy, ale przynajmniej nie śmierdzi hipsterską grzywką i zapinanym swetrem. Jest pewny siebie, zresztą mało który winiarz miałby na tyle self-esteemu żaby sprzedawać PURO, wino musujące jeszcze nie zdegorżowane. Robi się to w kuble w wodą, szał w Nowym Jorku już od paru lat, Jankesi się zakochali w Słowenii. Chodząc po restauracji z wiadrem wprowadzamy bez wątpienia poczucie estetycznego zdumienia w głowach gości. A jeszcze bardziej jak we wiadrze eksploduje szaro bura chmura drożdży. Rozdwojenie jaźni w restauracji, zresztą Ales powinien jako ambasadora zatrudnić Sama Rockwella z „Moona” – nie dosyć że rozdwojenie to jeszcze firma dla której pracował to…Lunar Enterprises. Jesteśmy w domu, czyli na księżycu.

Moja trudna miłość do księżycowych ścier trwa od pierwszej butelki Edi Simicica parę lat temu, to związek bez przyszłości, powtarzali, wina zbyt trudne. Ha! Wódkę single distillation też już podaje się ciepłą. O tempora, o mores, drogi Katylinie. Białe wino nie-białe i nie-zimne i nie-takie-jakbyśmy-chcieli-ale-takie-jakie-jest. Take it or leave it. Dodatkową szczyptą dziegciu jest obecność aromatu sosny. Dziegieć pełni rolę podwójna, jest aromatycznym koniem trojańskim – podczas 8 miesięcy maceracji skórek w Lunarze zdążył okrzepnąć w postaci aromatu sosny, ale występuje też w roli niemetaforycznej – po prostu jest jednym z aromatów w winie. Obok szarego mydła, rajskiego jabłka – kwasiora zerwanego z przydrogowego drzewa (trudno nazwać drzewem półtorametrowego pokurcza z pięcioma jabłkami ale niech mu będzie), i berberysu. Lunar zlewany jest do butelek w trakcie pełni księżyca, widać wtedy lepiej Sama Rockwella w przerośniętym dżipie na tle srebrnego globu, i jego alter ego. Wino białe które jest czerwone, albo czerwone, które chce być białe. Pomalujmy księżyc na pomarańczowo.

Informacje o pawelbialecki

Od kilku lat próbuję się dowiedzieć czy istnieje wino, które będzie mnie bardziej intrygowało niż to, które ostatnio mnie zaintrygowało. Edwin E. Aldrin podczas oglądania krajobrazu księżycowego w 1969 powiedział: "beautiful view...magnificent desolation" o nieskończonym pięknie, które jest puste i nie ma treści. To zjawisko jest odczuwalne również w świecie, w którym się poruszam jako sommelier, otwierając czasem i próbując butelki o dużej klasie ale mikrej duszy i rachitycznym kręgosłupie. Nauczyłem się żyć z tym poczuciem rozczarowania, czekając cierpliwie na emocjonalne wstrząsy, które wywołują często butelki z winiarskich peryferiów. Być może nadejdzie czas na: "beautiful view...magnificent personality"
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>