Pucharek wina? Białe, czerwone? Wina jakich krain zwykł pan pijać o tej porze?
Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata

Dzisiejsza duża publiczna degustacja burgundów w ramach RPB – dziewięć gevrey-chambertin 2007 – napełniła mnie smętnymi myślami. Nie tak od razu, po paru godzinach. Sama degustacja była, owszem, ciekawa. W podręcznikowy sposób ujawniały się różnice między mocnymi, ostrzejszymi winami villages (od dobrych producentów, Serafina i Bruno Claira), Clos Prieur z grupy premier cru, usytuowanej tuż obok pasma grand cru – tu wina są dosyć łagodne, miękkie, Combe au Moine, Champeaux i słynnego Clos Saint-Jacques, z grupy premier cru usytuowanej nad przynoszącym zimne powietrze wąwozem Combe de Lavaut – winami surowymi, mocno rozbudowanymi, wreszcie Clos de Bère i Chambertin – dwoma grand cru, sąsiadującymi ze sobą, lecz odmiennymi jak Flip i Flap, jak Pat i Pataszon, jak lob (to Clos-de-Bèze) i serw (to Chambertin). Ale nad wszystkim unosił się duch dość słabego rocznika, jakim był 2007, przeto miało się poczucie, że degustujemy wina zakrojone na pół-gwizdka, owszem, dobre, niektóre nawet bardzo dobre, lecz nie tak wspaniałe, jak mogłyby być.

No nic, zjadło się obiad, popiło rosso piceno (dobre, ale nie smakowało), po chwili côtes-du-rhône (dobrze zrobione, ale nie smakowało), wróciło się do domu, otworzyło się hiszpański monastrell (dobrze zrobiony, ale nie smakował), przeszło się na kupaż tempranillo-merlot z Navarry (dobrze zrobiony, ale nie smakował), otworzyło się przeto collioure (dobrze zrobione, lecz nie smakowało), i dalej się zrezygnowało.

I, choć cztery godziny spędziło się rano przy burgundach i na chwilę miało się dość, zrozumiało się ku własnej zgrozie, że tak naprawdę nie chce się niczego innego pić i poczuło się tęsknotę za gevrey-chambertin, nawet z kiepskiego rocznika, a może i przede wszystkim z kiepskiego rocznika, gdyż poranne wina nie miały tego, co chwilami w zbyt dobrych burgundach ze zbyt dobrych roczników przeszkadza: wrażenia nadmiernej słodyczy.. i dalej uzmysłowiło sobie, ku pewnemu przerażeniu, że już tak niewiele win może nas nęcić, gdy wie się, że są burgundy.

Wzięło się Bułhakowa, żeby coś sprawdzić, wlazło się znowu w tę powieść i cofnęło się z nią gdzieś głęboko i pomyślało się: mistrz daleko idzie. I to samo o burgundach: burgundy daleko idą.

 

Tags: ,

Aldo Conterno, Langhe 2009 – 52 zł

Dr Loosen, Riesling (feinherb) 2010 – 30 zł (przez tydzień 26 zł) jeśli dwie butelki

Roger Sabon, Lirac 2009 – 33 zł (jeśli 6 butelek)

Roger Sabon, Côtes-du-Rhône Village 2009 – 34 zł

Roger Sabon, Châteauneuf-du-pape Réserve 2009 – 103 zł (jeśli dwie butelki)

Domaine Gralevan, Châteauneuf-du-pape 2009 (R.Parker 91-93+) – 86 zł

Giuseppe Mascarello, Dolcetto d’Alba Santo Stefano di Perno – 42 zł (jeśli sześć butelek)

Giuseppe Mascarello, Barbera d’Alba Santo Stefano di Perno – 52 zł (jeśli sześć butelek)

Altesini, Brunello di Montalcino 2005 – 68 zł

San Silvestro – Barolo Patres 2007 – 35 zł (przez cztery dni, później 45 zł)

San Silvestro – Barbaresco Magno 2007 – 34 zł

Pelissero, Barbaresco Nubbiola 2007 (R.Parker 92) – 52 zł (przez 3 dni – 40 zł).

Collosorbo, Rosso di Montalcino 2009 – 30 zł (jeśli sześć butelek)

Collosorbo, Brunello di Montalcino 2006 – 65 zł (jeśli sześć butelek)

Di Majo Norante Sangiovese IGT 2008 (R.Parker 90+) – 20 zł (jeśli trzy butelki)

Di Majo Norante, Ramitello 2008 (R.Parker 92) – 30 zł

Lagunilla Rioja Crianza 2008 – 19 zł

Ramon Bilbao Rioja Crianza 2008 – 21 zł

 

To tylko mała część wypisu z moich duńskich wakacji. Wokół miasteczka Ballerup, jeżdżąc do marketu wielkości Bomi. Podaję ceny win w przeliczeniu na złotówki. Wszystkie ceny są promocyjne. Mniej więcej po tygodniu wracają do normy, czyli o ok 30-40% wyżej, niekiedy 50%. Nie mówię, że to są wielkie, pyszne wina. Oceny Parkera (przez jego włoskiego wysłannika) dla Majo Norante uważam za skandaliczne (dla mojego gustu rzecz jasna). Ale to nie są anonimowe wina ściemy. A kilka jest doprawdy dobrych. Coś się psuje w państwie duńskim, jak mawiał Szekspir. Już wiem co. Humor polskiego winomana szukającego win w supermarketach. Mimo Leclerca na Ursynowie.

 

Tags: ,

W suplemencie wakacyjnym do ostatniego numeru MW słów kilka i głośne olé. Dla miasta Santander.

Do samego Santander dla wina się nie jeździ i trafiłem tam na chwilę dzięki Czesławowi Miłoszowi, a nie w poszukiwaniu reserv i crianz. Ale dziś już bym tam wrócił bez poezji w głowie. I od razu skierował kroki do knajpy w centrum zwanej Bodegas Le Conveniente. Poszedłbym najpóźniej na 19.15. Miejsce otwierają o 19, podają jeść od 20, lecz o 20 już się tam nie wejdzie, nawet w dzień powszedni, nawet jak gra Real z Barceloną. Nie wejdzie i nie zasiądzie się na ławach bez oparcia przy drewnianych stołach, nieopodal pustych, wielkich kadzi, starych jak świat, i wśród zapachu, który raczej jest zapaszkiem, pomieszanym zapaszkiem wina i uryny, i może anchois. Nie wejdzie się i będzie się stało w długiej kolejce wychodzącej na ulice i smętnie patrzyło na pijących i jedzących. Czy zauważyliście kiedyś, jaka jest różnica w spojrzeniu klienta spożywającego i klienta oczekującego? Pojedźcie do Le Conveniente, to dopiero zrozumiecie.

Le Conveniente czyli rozliczne tapas w bardzo dobrych cenach i najdziwniejsza karta win, jaką widziałem. Około 15 rioj reserv z 1994 roku. I tyle. Nagłówek karty: Rioja rsrv 94. Do tego są 2 ribery z 1995.

Zatem reservy 1994. Ceny od 18 do 25, w paru przypadkach 30 euro. Myślałem najpierw panikarsko, że za kieliszek, nie mogłem uwierzyć, że to są ceny za siedemnastoletnie wina podawane w knajpie, która przecież coś narzuca, u nas na przykład skromne 200-300%. 15-25 euro to dziś sklepowy ceny co bardziej cenionych reserv z 2004 czy 2005.

Wzięliśmy na początek, za namową kelnera, Riscala. Za 18. Dobre. Niezbyt duża ewolucja, nieco krótkie i puste w drugiej części ust, ale dobre. Beczka wtopiona. Potem Contino, za 25. Pyszne. Głębsze, mniej bezpośrednie, szlachetniejsze. Beczka wtopiona. Później Ardanzę za 30 euro. Dobre, bardzo dobre, ale beczka niewtopiona w pełni. Owszem, jak najbardziej do przyjęcia, w końcu tradycyjna rioja, ale słodyczy ciut za dużo. Wychodziliśmy około jedenastej, kolejka jak stała tak stała. Ty, co się tak patrzysz….

Apendyks do suplementu: dnia następnego cud sprawił, że Mercedes spotkała znajomą z mężem; zaprosili nas do jednej z najlepszych knajp w mieście, pan mąż wiedział o mej pasji i zaordynował drogo, żeby Hiszpania dobrze wypadła. Dzień wcześniej Real grał z Barceloną, polecieliśmy do telewizora wprost z Le Conveniente, Hiszpania wypadła korzystnie. Do świetlicy hotelowej, gdzie mecz oglądaliśmy, przyjechała policja po jednego kibica Barcelony, który wydzierał się jak diabeł wcielony; reszta była z Andaluzji, kibicowali Realowi. Ich nie zabrali.

Modliłem się, żeby pan mąż zamówił Viña del Olivo (Contino) i wymodliłem, zamówił, jakby czytał w moich myślach albo Miłosza, może zresztą czytał… trzy butelki, 2005 i 2004. 2004 lepszy. Oba roczniki jeszcze bardzo beczkowe, trochę szkoda pić teraz. Oczywiście świetne, ale na razie i może w ogóle za gładkie, zatęskniłem do zwykłej reservy Contino z 94. I pomyślałem: jeśli beczka się za 10 lat nie wtopi, to będzie to – jak mawiał Talleyrand – coś gorszego niż zbrodnia: błąd. Bo jakość owocu (ze starych krzewów) była tak fantastyczna, że świat by stracił. I pomyślałem, że nadmierna beczka to hiszpańska ucieczka od wolności. Czyli od cudu czystego owocu. Myśl mi się spodobała po trzecim kieliszku, ale już teraz, tylko po kawie, podoba mi się mniej.

Wracam do suplementu. Kolejnej nocy w ośmiu barach, a w każdym ścisk jak w słoiku z anchois. Anszuasy to tutejsza specjalność. Fantastyczne i drogie. Bar piąty zwał się Bodega Cigalena. Pod nazwą małymi literami: museo del vino. Na ulicy Daoiz i Velandre nr 19. Czegoś takiego w zwykłym wine barze nie widziałem. Tylu win sprzed drugiej wojny. Sprzed 1920. Sprzed 1900.

Nie tylko riojy, choć przede wszystkim. Stare butelki poutykane wszędzie, za kratkami w ścianach, przy podłodze, pod sufitami, jak śpiące nietoperze. I napis: „nie mamy nic przeciwko ofiarowaniu nam starych butelek”. Niektórzy ofiarowują, bo czują, że miejsce jest niezwykłe. Później zobaczyłem w nim jeszcze jedną rzecz. Też niezwykłą, aż mi serce zadrżało. Opowiem przy okazji.

Tags: , , ,

Moje życie z Philippem Charlopin ogranicza się do kilku razy. Kiedy dawno temu, jeszcze w latach 90., zaczynałem czytać przewodniki Bettane’a i Desseauve’a, ich entuzjastyczne oceny jego win zbiegły się w czasie ze szczęśliwym przypadkiem. W Gourmet Lafayette, luksusowym sklepie winiarskim, nieprzytomny personel przykleił do jego gevrey-chambertin kod zwykłego burgunda; to było ponad 60 franków różnicy, przez trzy dni wyniosłem niemal wszystko. Wiele lat później podczas degustacji Grands Jours de Bourgogne prowadziłem przyjaciół od razu do jego stolika, obawiając się, że później się już nie dopchamy. Minęły kolejne lata, w grudniu 2010, podczas prestiżowej degustacji francuskich gwiazd winiarskich w Paryżu znowu go ujrzałem; tym razem podszedłem do jego stolika już bez pośpiechu i zbytnich oczekiwań, gorączka przez lata zdążyła opaść. Serwował pierwsze roczniki swego chablis z nowej posiadłości. – Uwaga, bardzo beczkowe! – ostrzegł z jowialnym, pół złośliwym, pół szyderczym uśmiechem – Może nie smakować! Nie smakowało; uśmiechnął się jeszcze szerzej, rozkładając bezradnie ramiona.

Charlopin wygląda nieco jak Józef Skrzek albo Robert Charlebois, którego starsi Polacy pamiętają z festiwalu w Sopocie; niestety dla młodych nie mam odpowiedniego porównania. Jego burgundy są bardzo drogie, bardzo okrzyczane, ale już dawno temu przestałem do nich tęsknić. Lecz oto zobaczyłem wywiad z Charlopinem we francuskiej prasie i wspomnienia wróciły. W wywiadzie Charlopin opowiada o swojej zawodowej drodze. O tym, że robił burgundy, ale wolał pić bordeaux, zwłaszcza Cos d’Estournel (czyli, jak wiadomo, najbardziej hedonistyczne wino z wielkich medoków); kiedy jednak poznał Henri Jayera i skosztował jego Cros Parentoux, uwierzył w pinot noir. Wraz z Denisem Mortet (świętej pamięci), Josephem Roty i innymi stanął na czele burgundzkiej rewolucji: chcieli wytwarzać kompletnie inny typ burgunda, ciemniejszy i mocniejszy. „Wszystkiego próbowaliśmy – mówi – dodawaliśmy garbników, dokwaszaliśmy, dowalaliśmy, ile się dało, nowej beczki, nie szukaliśmy równowagi, przesadzaliśmy”. Parker dał Charlopinowi od razu bardzo wysokie noty i ten szybko stanął na swoim. Na początku nie było mu wszak łatwo, pierwsze lata były stracone, gdyż winnice, które odziedziczył, sadzone były na kiepskich podkładkach – Rousseau czy Dugat (wielokrotnie już o tym czytałem) zawdzięczają wielkość swych win „dobrze” odziedziczonym krzewom, sadzonym na lepszych podkładkach.

Nie minęło dużo wiele, przyszedł rok 2011 i Charlopin po raz pierwszy przedstawił dziennikarzom próbki win, do których produkcji w ogóle nie użył nowej beczki; o ile rozumiem nawet w przypadku grand cru. W wywiadzie składa rodzaj delikatnej samokrytyki: kiedyś wybrał niepotrzebnie styl dominujący wino, tłamszący je, poszedł za daleko. Jego syn (lepszy od niego winiarz, jak twierdzi Philippe, zwłaszcza w wypadku win białych), tak jak syn Morteta już tego rodzaju win nie wytrzymują i on, stary, zgadza się z młodymi, trzeba powstrzymać wodze.

Nie wspominam tego wywiadu po to tylko, by znowu mówić o nadużyciach nowej beczki i o kolejnym słynnym winiarzu, który się z niej wycofuje – choć ciekawy jest fakt, że to młodzi głoszą pochwałę win harmonijnych, lżejszych, bardziej wyciszonych, mniej krzykliwych (Charlopin uważa, że syn świętej pamięci Dagueneau, loarskiego „artysty”, jak o nim mówi, też robi większe wina od swego ojca). Bardziej interesujące jest to, że w świetle tej opowieści najnowsza historia wina układa się – przy zachowaniu wszelkich proporcji rzecz jasna – jak historia sztuki czy literatury w XX wieku: przychodzi awangarda, która kompletnie zrywa z przeszłością, pojawiają się wizjonerzy jak Henri Jayer i jego duchowi spadkobiercy jak Charlopin, i jest to etap niejako konieczny, by kolejne pokolenie dokonało na awangardzie korekty. Awangarda potrzebuje swoich krytyków – w Polsce na początku lat 60. mówiono o „krytykach towarzyszących” prądom literackim, zwłaszcza Nowej Fali, których rolą było głoszenie światu dobrej nowiny, wyjaśniania odbiorcom nowej estetyki. Kimś takim, „krytykiem towarzyszącym” dla win francuskich był Parker, był Bettane, choć z dzisiejszego punktu widzenia, punktu widzenia postawangardowego mylili się. Albo, mówiąc dialektycznie, mieli rację, myląc się (gorzej, że Parker myli się jeszcze dzisiaj, Bettane w większym stopniu zmienił gusta). Kiedy sam Charlopin otwiera wielkie bordeaux sprzed 30 lat (zwłaszcza Lynch-Bages) wynoszone przez Parkera pod niebiosa, widzi teraz, cytuję, jak bardzo Bob błądził…

Rola towarzyszącego krytyka winiarskiego jest godna oddzielnych rozważań. W Polsce ci, którzy piszą od dziesięciu ponad lat o winie, będąc daleko od winnic, daleko od pewnej konkretnej wiedzy, przyjęli postawę przede wszystkim pedagogiczną i cała kwestia jest mniej istotna, choć i o naszej roli w przekazie wiedzy o winie chciałoby się głębiej pogadać. Zostawiam to na inny raz, a ten wpis kończę dwoma jeszcze wyimkami z wywiadu Charlopina, które powinny być miłe Ruchowi Poparcia Burgunda. Pierwszy to krótka definicja różnicy między charakterami winiarzami Bordeaux i Burgundii. „W Burgundi powiada się, że wszystko można na miejscu zdegustować, lecz niczego nie można kupić. W Bordeaux wszystko jest do kupienia i nie ma niczego do zdegustowania” (przepraszam za użycie tego słowa, „zdegustować”, źle brzmi, ale zaczynam się przyzwyczajać).

A druga rzecz to najkrótsza definicja wielkich terroir w Burgundii. Charlopin opowiada o swoim niedawnym spacerze z facetami u Unesco (szykuje się nowe dziedzictwo światowe) po Chambolle-Musigny Było dość chłodno, lecz gdy doszli do Les Amoureuses, zaczęli po prostu szczękać zębami. Bo wielkie terroir w Burgundii, mówi Charlopin, z natury są zawsze zimne. Co mi przypomina o ogromnych jak na tak małą przestrzeń różnicach w temperaturach poszczególnych burgundzkich miejsc. O jednym z nich (jakaś parcela bodaj w Saint-Aubin, zapomniałem która) mówiono mi, że w pewnych godzinach robi się tam nagle tak ciepło, że lepiej tamtędy nie przechodzić: zewsząd przypełzają żmije.

Tags: , , , , , ,

Wydawca win

Francuska spółka Winetree, której siedzibą matką jest dość znane Château Beaupré w Prowansji, rozprowadza wina z kilku wybranych posiadłości w całej Francji. W swoim motto głosi wielką miłość do terroir, a siebie samą nazywa Wydawcą Wina. Piękne określenie, zwłaszcza dla kogoś, jak wyżej podpisany, komu litery zbyt często mylą się ze smakami (no, nie jestem pierwszy). Na Vinexpo 2009 Wydawca Wina przygotował cuvée zwaną Eclectique. Tłumaczyć nie trzeba, ale coś szczeknąć, owszem.

Szczeknę za chwilę, najpierw informacja. Eklektyk 2009 jest mieszanką (trudno nawet użyć słowa „blend”) trzech win: châteauneuf-du-pape, prowansalskiego coteaux d’aix i pauillaca znanego z nazwy, i to w miarę nawet medialnej: Château Fonbadet. Cena 30-35 euro. Bez apelacji naturalnie, jedyne oznaczenie: Vin de France. Znam jedną opinię o tym winie, pozytywną, Jean-Marca Quarina. Daje mu 15,75, co jest u niego doprawdy sporo. Quarin ogólnie, no nie, będę sprawiedliwy, nie sika może ze szczęścia, ale poci się z wrażenia. W każdym razie idea mu się podoba. „I pomyśleć – dodaje – że któregoś pięknego dnia smak może się okazać ważniejszy od AOC”.

Eklektyk nie jest może pierwszą rzeczą, czy raczej pierwszym winem, nad którym chciałbym się zastanawiać po powrocie z wakacji, ale stało się: i jestem… wkurzony.?… czy raczej smutny…?…. może tylko zamyślony?

Bo też czytając o Eklektyku, więcej, myśląc o możliwej jego degustacji, czuję opór tak silny, że nawet sobie mówię: za żadne skarby nigdy tego nie bierz do ust. Nie przyjmuj do wiadomości. Niech to Cię nie interesuje… Tak, zapewne w degustacji w ślepo mógłbym to wino wysoko ocenić. Niewykluczone, że miałbym z kieliszka, albo i z całej butelki dużą przyjemność. Ale czuję, na wyrost, wszak dogłębnie, jak moje ciało wzdryga się, gdy podnoszę kieliszek Eklektyka do ust. Jakbym pił mieć coś znienawidzonego. Dajmy na to mleko z miodem, i masłem, przekleństwo mego dzieciństwa.

Stary, łysy konserwatysta, zramolały dziad, reakcjonista i terytorialny rasista, hipokryta ślepy na smaki, zapyziały strażnik stacji, z której pociągi wkrótce przestają odjeżdżać, Piotr Płaczkin czy inny zawiadowca bez sensu, jak ten Murzyn w filmie Herzoga „Fitzcarraldo”? Okej, biorę wszystko na siebie, ale póki co, tej granicy nie umiem przekroczyć. To by było tak, jak wyrzec się narodowości. Albo rodziny. Na dzisiejszą chwilę wolę słabszego pauillaca i słabsze châteauneuf-du-pape oddzielnie niż lepsze razem. „Lepsze” nie może być ostatecznym kryterium, nawet jeśli jest istotnie lepsze. Kto mówił, że przy winie ma być tylko fajnie?

Tags: , ,

Pisane kredą

16,75-17 punktów. To pierwsza znana mi (od trzech tygodni zresztą) nota przyznana bordoskiemu winu 2010 degustowanemu en primeur. Chodzi o Château La Lagune (Haut-Médoc); notę przyznał Jean-Marc Quarin, o którym i w MW, i na stronie www była mowa i który po wielu latach zdaje się coraz bardziej na świecie ceniony; w każdym razie jego oceny zaczynają się pojawiać w prasie angielskojęzycznej. Quarin ma bzika na paru punktach, lecz zwłaszcza na jednym: garbnikach.

Niedawno poświęcił artykuł znanej posiadłości Domaine de l’A (Côtes-de-Castillon) Stéphana Dérénoncourt (dla niewiedzących: najbardziej rozchwytywanego dziś latającego winemakera; doradzającego w około 100 posiadłościach), którego nazywa „wielkim winifikatorem na glebach wapienno-gliniastych”, ponieważ przywrócił on tutejszym garbnikom utraconą finezję. Czyli obwieścił Stéphana królem Prawego Brzegu; widocznie jego wysiłków na Lewym Brzegu Quarin jeszcze tak wysoko nie ocenia. W każdym razie część opisu jest poświęcona garbnikom i mineralności.

Ach, mineralność. Czyż to słowo dziś, po tylu latach używania, nie szeleści jak znoszona pończoszka na udzie kurtyzany… Sam Quarin, jak wyznaje, używa go mało w odniesieniu do bordeaux, no ale podczas degustacji Stéphane rzucił mu nim w twarz. Quarin zrozumiał wreszcie, o co chodzi (mówimy tu tylko o winach czerwonych). Otóż – w tym ze Stéphanem się zgadzają – chodzi o końcową nutę, którą przynoszą w trakcie degustacji garbniki. Tyle że Stéphane nazywa ją „mineralną”, podczas gdy Quarin nazywa ją od dawna „crayeuse”, czyli kredową. I obaj się zgadzają, że wytwarzają ją gleby wapienne, choć nie w każdym roczniku. Przy czym nie chodzi o smak garbników, jak rozumiem, lecz bardziej o ich fakturę, czyli rodzaj delikatnej grudkowatości, jaka cechuje kredę.

Dawno już nie miałem kredy w ustach, ostatnio chyba w II a, kiedy to kolega Kierzkowski, obywatel drugoroczny i postrach szkoły, wepchnął mi ją w usta na znak protestu wobec mojej odmowy podzielenia się kanapką z szynką (ten, kto pamięta lata 60., łatwo tę odmowę pojmie); wspomnienie jest nieodparte. Słowo „kredowy”zatem mnie interesuje, tym bardziej, że sam go wielokrotnie używałem, opisując finisze win bordoskich, przede wszystkim medokańskich, zdominowych przez cabernet sauvignon, który akurat nie rośnie w Medoku na wapniu wapieniu, oraz loarskich, powstałych z cabernet franc, który z kolei na wapniu wapieniu często tam rośnie. Dość długie bowiem obcowanie z medokami i chinonami nauczyło mnie, że końcówka wielu win wydaje się dziwnym stopem dwóch smaków: zwierzęcych (widzę je jako kolor czerwony) i kredowych (widzę je oczywiście jako kolor biały); wielbiłem przez długie lata to doznanie – może z głębi podświadomości przemawiała w ten sposób we mnie kreda wciśnięta przez Kierzkowskiego. Muszę jednak wyznać, że ten rodzaj finiszu zaczął mnie od dość już dawna nużyć (podświadomość się wreszcie wyzwoliła) i przybliżać duchowo do burgundów, gdzie – mimo gleb wapiennych – spotyka się go o wiele mniej, prawie nigdy.

Quarin podkreśla, że nie chodzi o smak, lecz o gruzełkowatość garbników, więc mój problem z garbnikami bordoskimi, a zwłaszcza medokańskimi, muszę jeszcze przemyśleć; niezupełnie umiem oddzielić smak kredy od struktury kredy i nie do końca pojmuję myśl Quarina. Póki co, 2010 (genialny! wspaniały! historyczny!) w Château La Lagune zapowiada się nadzwyczajnie: ponoć to zasługa merlotów, które udały się lepiej niż w 2009. Co na to Chińczycy?

Parę miesięcy temu Jancis Robinson rzuciła słynny już apel, by dziennikarze nie stawiali ocen rocznikowi 2010, póki właściciele nie ogłoszą cen. Bardzo szlachetne i bardzo utopijne wezwanie, od tego poniedziałku punkty będą leciały z łączy szybciej niż atomy w przyśpieszaczu. Więc na dzisiejszy sobotni wieczór otwieram sobie pommarda 2005, na pohybel Kierzkowskiemu.

Tags: , , , , , ,

Po dłuższym przedwiosennym śnie Ruch Poparcia Burgunda otworzył jedno oko, zanurzywszy usta w trzynastoletnim, z kiepskiego rocznika, kiepsko przechowywanym, od drugoligowego producenta, z drugoligowej apelacji burgundzie (Pernand-Vergelesses 1998, Laleure-Piot), po czym stwierdziwszy ku swemu zdumieniu, że daje się wypić, ruszył otworzyć – wraz z otwarciem dla grona burgudundzkich zwolenników piętnastu burgundów z pobocznych apelacji – drugie oko, co nie obudziło go całkowicie, gdyż większość win czerwonych z chudego 2008 roku nadto zakwasiła wejście w rzeczywistość, którego nie zdołały odtarasować nieliczne ciepłe i urocze burgundy z 2009 ani koronkowe Bouzeron Aligoté od Auberta de Vilaine z Domaine Romanée Conti, śliczne przy całych oganiczeniach tej odmiany, wychyliwszy zatem w półśnie owych win piętnaście, RPB ruszył dalej się dobudzać w cieplejsze okolice i trafił rzecz jasna na Powązki, gdzie chłopcy i inni z Douro prezentowali świeże roczniki, i obudził się niemal kompletnie (bo spało jeszcze serce) przy degustacji Character 2008 i zdecydowanie najlepszego wina wieczoru, Pintasa 2008, które sprawiło, że zaczął się przepraszać z Douro, i że serce przestało ziewać, skoro za winem tym stoi idolka moich wspomnień Sandra Tavares, co prawda z mężem, obecnym na degustacji i miłym, podczas gdy Sandra pielęgnuje świeżo narodzone dwojaczki, i gdy już wraz z dobudzonym sercem i korpusem niemal w pionie wrócił tegoż wieczora do domu, wpadł na artykuł Andrew Jefforda i już kompletnie przy jego lekturze porzucił łono Morfeusza, skoro Jefford, po roku pobytu w Australii pojechał do Burgundii odwiedzić Dugat-Py i kosztując próbek win czerwonych z 2009 roku, tak opowiedział o swej degustacji: „This is a great vintage – I thought at first after a pristine Pommard Vieilles Vignes and a seductively velvety Vosne-Romanée. Twenty minutes later, marvelling at the textures of his fleshy graceful Charmes-Chambertin, I thought <<these are the best red Burgundies I’ve ever tasted>>. As the hour drew to a close with an aroma-studded Mazis-Chambertin and a somptuosly forceful Chambertin, I thought <<there are the best wines I’ve ever tasted>>”, a kończył swą opowieść zdaniem, że “Burgundia jest terroir duszy”, które, cokolwiek miałoby znaczyć, popchnęło RPB do dalszych lektur, z których wyłuskał – dedykując go z wiadomych, muzyczno-winiarskich względów Andrzejowi Daszkiewiczowi – wiersz Tomasza Różyckiego, świetnego poety, z jego najnowszego cyklu „Księga obrotów”i postanowił wiersz ten (czwarty spośród osiemdziesięciu ośmiu) tu przytoczyć, i tak go przytaczając, przyrzec sobie nie spać aż do kolejnej zimy:

4. Ile muzyki (Liquors & Wine)

Ile muzyki, no ile muzyki
z tych neonów, feromonów, spomiędzy
warg szansonistki, zewsząd. I jak myślisz,
czego chcę się dziś napić? Bez pieniędzy
nic nie zwojuję, co najwyżej whisky lub
tani rodan, ażeby udręce
pokazać piękny film i wejść w tym filmie
w owtarte usta nocy, jeśli przyjmie
pani taki podatek. Ach, Ludwiku,
nie przytrafiła ci się kiedyś miłość?
przynajmniej jedno: granice języka
są gdzieś w zaświatach – kilka razy byłem
w tym sklepie, to wiem: można po nim bzykać
tam i z powrotem, wszędzie skrzynki wina
i szansonistka. Dzisiaj degustacja,
spróbuj jednego tylko, a przepadłeś.

Tags:

O Philippie de Givenchy była już na magazynowych blogach mowa, o nim, o jego malutkim sklepiku w centrum Warszawy, w którym zawsze czekają jakieś otwarte butelki. Philippe nie kryje, że nie jest łatwy. Nie tak dawno temu zaprosiłem do go ursynowskiej Regal, francuskiej ambitnej restauracji, ciekaw byłem jego zdania – przez lata był kucharzem, najpierw u słynnego trójgwiazdkowca Alaina Senderensa, później w knajpie własnej, jednogwiazdkowej. Wykręcał się najpierw, wiesz, jaki jestem, mówił, nieprzyjemnie szczery i trudny, nic mi się nie podoba, lepiej mnie nie zabieraj. Poszedł, to i owo skrytykował, lecz to i owo pochwalił, na szczęście bardzo smakowały mu przegrzebki, których jako Bretończyk nie mógł nie zamówić: najlepsze, jakie jadłem od lat, wyznał i wyszedł raczej zadowolony. Dałem mu wtedy do wyboru dwa wina: madiran Bouscassé Vieilles Vignes Alaina Brumonta i Morgon Marcela Lapierre’a, dwa razy tańszy. Wybrał oczywiście Lapierre’a, gdyż Brumonta kiedyś pił i wydał mu się „sparkeryzowany”, a wina w stylu Lapierre’a – bez beczki, niekiedy bez siarki, interesują go najbardziej.

Istotnie, w jego sklepie tego typu wina przeważają. Przewaga vin de pays, tanich, lecz bardzo długo wybieranych. Przy drzwiach jednego producenta, opowiadał, warował cztery godziny, zanim ten mu w końcu otworzył. Niewiele miał gość do sprzedania, bo prawie wszystko wykupili Japończycy, którzy jakimś psim węchem również go wyniuchali, ale Philippe wyciągnął od niego gamay vin de pays d’ardèche oraz grenache i muszę powiedzieć, że zrobiły na mnie duże wrażenie, zwłaszcza to pierwsze. Philippe ma też z tych okolic bardzo ciekawe, rustykalne, nieortodoksyjne pinot noir, ma też między innymi bardzo dobrą i znaną nadloarską Domaine des Sablonnettes. Tamtejsze chenin robione na sposób jurajski, metodą utlenioną, zwące się Les Murmures (oczywiście bez prawa do apelacji, po prostu vin de table de france) pije się bardzo, bardzo dobrze.

Wspominam wszak o tym po to przede wszystkim, by przytoczyć credo Philippe’a. Mówi on wprost: wolę wino z wadami, które ma osobowość, niż wino bez wad, które jest nikim. To credo światopoglądowe, lecz wyznacza ono styl importu, bardzo mocno sprofilowanego. Wspomniane przed chwilą gamay z pewnością w wielu degustacjach konkursowych mogłoby zostać odrzucone, ale ja je piłem, a właściwie sączyłem, jak rewelację: bo miało coś. Czułem, że dochodzi do spotkania z jakimś smakiem, którego poszukuję; może nie było to spotkanie całkiem wprost, ale pokazywało mi, którędy wiedzie do niego droga. Sporo butelek u Philippe’a to wina, które on nazywa brut de decuvage; innymi słowy wina, które trochę poleżały w kadzi po skończonej fermentacji i usumięciu wytłoczyn, i tyle. Istotnie, wina brutalne, nie poddane żadnej pracy ugładzania; wina, które beczkę widziały co najwyżej w śnie. Wina bękarty, wina kundle, wina dzikie psy wobec rasowych dogów i buldogów.

Powiada się często, że wino najlepiej smakuje jeszcze z kadzi. Czasami mi się wydaje, że to, co dzieje się później, to istotnie proces utraty. Oczywiście nie można sobie wyobrazić win, w niektórych przynajmniej regionach, bez cywilizacyjnej obróbki przez beczkę. Ale nawet te największe, które dzięki beczce po latach stają się arcydzielami – pomyślałem sobie – coś po drodze tracą; zyskują i tracą jednocześnie – tracą ten pierwotny, brutalny smak.

A tymczasem, zagrzebany w brutalności, degustujący nie tak wiele ostatnio burgundów (ale dobrych, domaine Chavy 2008, białe, styl strzelisty, rocznik chyba wielki), Ruch Poparcia Burgundów zanurzył się w lekturze Bruce’a Chatwina i znalazł coś dziwnego. Powieść o zwariowanym praskim kolekcjonerze miśnieńskiej porcelany nazwiskiem Utz dzieje się w Pradze, lecz główny bohater lubi Francję i jej kuchnię. „W dniu, w którym gestapo zabrało go na przesłuchanie, nie mógł się jakoś skoncentrować na myśleniu o śmierci czy deportacji; myślał jedynie o pewnym daniu z zielonej fasolki, jakie podano mu w Prowansji, w restauracji przy wąskiej, białej drodze”.

Już po wojnie Utz trafia do Vichy, gdzie studiuje przewodnik gastronomiczny. Czyta w nim między innymi o „trudnym do zdobycia Château Grillet, o którym mówią, że smakuje kwieciem winogron i migdałami – i zachowuje się jakm młoda, rozkapryszona dama”. Wreszcie Utz sam udaje się do restuaracji. Zamawia dania, podchodzi kelner z kartą win:

„Et comme vin, Monsieur?

- Co by mi pan zaproponował?

Kelner zajmujący się winem wziął Utza za ignoranta i wskazał na dwa najdroższe wina w karcie: Montrachet i Clos Morgeot.

- A czy macie Château Grillet?

- Nie, Monsieur.

- Trudno – powiedział Utz potulnie – niech mi pan coś wybierze”.

Jasny gwint, skąd ten Clos Morgeot? Aż tak drogi? Dopiero po czasie zaczęło mi świtać, że chodzi o premier cru z gminy Chassagne-Montrachet. Ale zwie się owe premier cru tylko Morgeot, nie Clos Morgeot. Morgeot obejmuje aż 55 ha, wewnątrz niego są inne premier cru, które mogą mieć własne nazwy, na ogół występują jednak jako Morgeot. Co prawda wewnątrz tego cru zdarzają się clos, jak Clos Pitois czy Clos Chareau, wreszcie Tête du Clos czy Les Grands Clos, ale z Clos Morgeot w literaturze się nie spotkałem. W dalekiej, dziewiętnastowiecznej przeszłości wino z Morgeot, pisane jeszcze jako Morjot, cieszyło się dużą renomą; dzisiaj nie uchodzi już bynajmniej za jakiś szczyt burgundzkiej możliwości. Jednak dzięki Chatwickowi zaczęło mi się nagle wydawać czymś niezwykłym i zaczynam sobie wyobrażać, że istniało – bo może istniało? – niezwykłe wino Clos Morgeot, na poziomie Montracheta, i już zaczynam, jak każdy młody i rozkapryszony, o nim marzyć, bo o niczym nie marzy się tak dobrze, jako o czymś, czego nie ma.

Tags: , , , ,

Od kolegów redakcyjnych dostałem w prezencie koszulkę z napisem: „Głosowałem na Torresa Mas del Plana”. Doprawdy ją lubię; zakładam ją czasem, żeby rozweselić ludzi, sąsiadka na jej widok nieomal spadła ze schodów („nie, tylko nie ty”, szepnęła), listonosz dostał spazmów od rechotu, piekarz chichocze się, jak tylko przekraczam próg w biegu po kajzerkę… Mas La Plana… ja nie mogę… prycha, dokładając razowego. No cóż, muszę ponieść karę za tak dyskretne ujawnienie mojej wpadki podczas degustacji Grand Prix. Choć, szczerze mówiąc, nadmiernie się nie wstydzę, wśród świeżo otworzonych, niezdekantowanych win Torres był dla mnie jedynym winem, w którym owoc zdołał przedrzeć się przez beczkę.

Ale parę dni temu pomyślałem, że właściwie mógłbym podobną koszulkę przygotować i ofiarować tym, którzy w tymże konkursie nie głosowali na chablis od Christiana Moreau. „Nie głosowałem na Chablis Les Clos”, dla jednych S, dla innych M, co kto woli, L i XL bodaj w tym towarzystwie nie ma.. Degustowałem Les Clos ponownie w większym gronie Popierających Burgunda; wszystkich uwiodło nazdwyczajnie – choć było doprawdy wiele dobrych win. I dwa okrzyczone sauvignon: pouilly-fumé 2008 Dagueneau, które piliśmy in memoriam (pierwszy rocznik winifikowany już przez syna) oraz Sancerre les Monts Damnés od P. Cotat, i świetne, świetne Chassagne Montrachet Les Enceignères 2007 od J-C.Bachelet (z parcelki, która leży bezpośrednio pod Bâtard-Montrachet, choć nie klasyfikowanej nawet jako premier cru), i bardzo dobre chardonnay Cuvée Juline od Ganevat (Jura), nie mówiąc o Chablis 2008 Dauvissata (dla mnie piękne wino), i Les Vaillons 2009 również od Moreau. Wiele imion ma chardonnay we Francji. Ale tamtego wieczoru Les Clos było ponad wszystko.

Jednak nie tylko o nim w związku z tym wieczorem chciałem mówić. Na koniec był Zind-Humbrecht (wieczór przed Wigilią, wszystkie wina białe), 2004, rocznik ciekawy, ale bardzo mało win słodkich. Ze swej słynnej parceli Clos Saint-Urbain wchodzącej w skład GC Rangen de Thann Olivier Zind-Humbrecht zrobił wina wytrawne; piliśmy Pinot Gris. Bez cukru resztkowego, 16% alkoholu. Po raz kolejny przyszło się zmierzyć z tym winem, po raz kolejny zdziwić się wysokością alkoholu – ukrytego jak skarb templariuszy (typowano od 11 do 14%) i po raz kolejny zadumać nad trudnością tego wina oraz, od razu, nad stanem sztuki w późnej ponowczesności. Ktoś słusznie zauważył, że ze względu na skrajną intensywność nie jest to wino przyjemne, nie jest to właściwie wina do picia. Doprowadzając owoc do fantastycznej dojrzałości (dojrzałości, nie przejrzałości), wyciągając z wulkanicznych gleb Rangen, jak się wydaje, wszystko, co można, Zind stworzył wino właściwie bardziej do powieszenia w muzeum niż do spożycia w domu. To dzieło kogoś (mówiliśmy sobie), kto doszedł do kresu drogi twórczej; wykorzystując cały swój warsztat, całe swoje doświadczenie, zbudował coś, co wieńczy artystyczne doświadczenie i przy okazji wieńczy sposób ekspresji – dalej pójść nie można.

Przypomniała mi się niedawno widziana wystawa Pete Mondriana. Najpierw „normalny” okres figuralny, później stan pośredni (może najbardziej atrakcyjny dla widza) między figurą a abstrakcją, później słynny kolorowe linie i kwadraty, zwieńczenie tego malarstwa, osiągnięcie własnego maksimum. Czy skojarzenie z literaturą, z Joyce’m oczywiście, a później z innymi pisarzami, którzy doszli do radykalności (proza bez przecinków itd). No i myśl o Cage’u, o tej jego parominutowej ciszy.

Wino Zinda była wspaniałe i nieznośne, wielkie i niedotykalne, nagie i nie do wzięcia, obecne jak cholera i zarazem nie bardzo do picia. Po godzinie zaczęło się może lekko przystosowywać do świata, łagodnieć, ale problem pozostał. W nowym roczniku Olivier Zind-Humbrecht zapowiada zresztą nową manierę swych win. Ruch Poparcia Burgundów życzy jemu i nam wszystkim odwagi i dalszej inwencji. I dużo takich butelek jak Les Clos 2008 Christiana Moreau.

Tags: , , ,

Czas temu opowiadałem o drzemiącej na Ziemiach Odzyskanych, w mieście Szczecin, kolekcji starych burgundów, sygnowanej przez Nicolasa Potela. Ruch Poparcia Burgundów zebrał się w dziewięć osób w wine barze – czy jak to nazwać – ŻuŻu sprawdzić jej stan i zawyrokować o własnej głupocie.

Sprawdził i zawyrokował: jest wielka. Wina z kolekcji Potela trafiły do szczecińskiego 101win kilka lat temu. Kosztowały po około trzysta złotych i czekały sobie na klienta, wystawione na stronie www; później, stopniowo, ceny rosły. W tym czasie większość win – jak opowiedział Michał Popielski – została wykupiona przez Japończyków, Malezyjczyków i innych przedstawicieli zdrowego rozsądku. Którzy prawdopodobnie wystawili je na aukcje. Kolekcja od samego początku była niewielka, po kilkaset butelek maksimum w każdej apelacji; całość nadawała się do spekulacji już na pierwszy rzut oka (niestety, nie naszego).

Ale też do degustacji. Byliśmy zdumieni. Zdumieni świeżością i pięknem, bo tego słowa trzeba użyć, tych dwudziesto- i trzydziestopięcioletnich win. Może nie wielkością samą w sobie, lecz właśnie pięknem, jakie przynieść może wino stare. Chwytaliśmy o jedenastej rano Pana Boga burgundów za nogi i było dobrze. Oczywiście pojawiły się żale i utyskiwanie nad własną beztroskością, nad błędem zaniechania: dlaczego tyle się zwlekało, dlaczego nie wykupiło tych win wcześniej, tylko pozwoliło im się odpłynąć za góry i morza, tam, gdzie słońce wschodzi i dobrze na tym zarabia.

Nicolas Potel wyszukał w Burgundii u znajomych winiarzy stare wina z dobrych roczników, odłożone do domowych piwnic, opatrzył je nowymi etykietkami, niekiedy przekorkował i puścił w świat. Obawiałem się przez kilka lat, że wina będą za stare; głupstwo, głupstwo. Potel wykonał świetną robotę, wybrał wina, które zestarzały się ze stylem i – wedle real feeling- okazały niebywale sprężyste i dziarskie. Chapeau, panie Potel, i pełny szacun.

Wszystkie trzy wina czerwone miały swój oddzielny styl, charakter, zgodnie z miejscem pochodzenia i rocznikiem. Pommard Les Rugiens 1988 (rocznik uznawany za wielki, z potężną kwasowością) miał to, co to żelaziste premier cru zawsze obiecuje: powagę, strzelistość, siłę, pewną surowość; kwasowość moża była zbyt duża, odklejała się od owocu, sprawiała, że wino było nieco jednowymiarowe, ale – jeśli ktoś dał się ponieść – porywające. Najmniejszych oznak starości w bukiecie. Volnay Santenots 1976, z rocznika nie tak medialnego, cieplejszego miało więcej ciała i miękkości; delikatniejszy charakter Volnay ujawnił się w nim dość mocno, ale też dawały o sobie znać cechy Santenots (premier cru leżącego już w gminie Meursault; powstają tu również wina białe, oznaczane jako meursault), które zbliżają tutejsze wina do pommardów: długość, siła. Trzydziestoczteroletnie wino w świetnej formie, mucha nie siada. Pommard Rugiens 1976 jako jedyne wino miało już zewoluowany bukiet, natomiast usta znakomicie młode; pełniejsze niż jego o dwanaście lat młodszy brat. No i jedyne białe w tym towarzystwie, Meursault Perrières – mineralne jak kopalnia w Wieliczce, bez cienia oksydacji, delikatne i stanowcze zarazem, niestety z leciutką nutą korkową (jak mi się wydawało, nie wszyscy byli zgodni).

Jak to się stało, że wina tak znakomicie zniosły drogę przez czas? Podczas gdy tyle innych burgundów z lat 90-tych cierpi na sklerozę i haluksy? Trudno powiedzieć; jednym z powodów jest na pewno to, że przez trzydzieści niemal lat leżały spokojnie w piwnicy producenta i nie skakały z jednych rąk do drugich jak odpędzane muchy. Czy innym powodem jest to, że wina powstały przed nadejściem nowoczesności, przed prefermentacją na zimno, przed imperatywem odszypułkowania, przed zielonymi zbiorami itd? Nie wiem.

W każdym razie degustowane przy nich trzy burgundy z XXI wieku nie wypadły nadzwyczajnie. GC Corton 2002 od Tollot-Beaut, mimo dobrego rocznika, pustawy; jest w nim siła gron, lecz nie ma wina. Na 87 punktów. GC Charmes-Chambertin 2004 od wielkiego Armanda Rousseau, jednego z czterech filarów boskiej karety w Côte-de-Nuits (Aubert de Vilaine z DRC, Mme Lalou Bise-Leroy z Domaine d’Auvenay, Georges Roumier) nie porwał; wydaje się, że słabości rocznika, braku owoców i aromatów, nie udało się tu przezwyciężyć, choć wino oczywiście bardzo długie, na 90-91; na razie trzeba czekać. Chambolle-Musigny Premier Cru 2000 (grona w większości pochodzą z młodych krzewów GC Musigny) od Comte de Voguë jeszcze za młody, nieco beczkowy; widać rasę i czerpie się przyjemność z krągłości, lecz przewaga drzewa nad owocem każe czekać parę lat lub dać spokój; 89-90 bez uniesienia.

Czy warto zatem czekać na stare burgundy? Nicolas Potel pokazał, że warto. Czy nowocześniejsze, dzisiejsze burgundy dobrze się zestarzeją? Nie wiem, kieruję pytanie do ogródków jordanowskich i innych piaskownic; niech milusińscy odpowiedzą za trzydzieści cztery lata.

A skoro o Potelu mowa, to dodam, że wyszła właśnie w wydawnictwie Znak książka Jean-Yves Potela „Koniec niewinności”; promocja we wtorek wieczór w ŻIH-u. Wbrew tytułowi z winem nie ma to nic wspólnego, choć Jean-Yves, niegdyś attaché kulturalny w Warszawie, lubi się napić, zwłaszcza z Polakami.

« Older entries