Burgundia

You are currently browsing the archive for the Burgundia category.

Pucharek wina? Białe, czerwone? Wina jakich krain zwykł pan pijać o tej porze?
Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata

Dzisiejsza duża publiczna degustacja burgundów w ramach RPB – dziewięć gevrey-chambertin 2007 – napełniła mnie smętnymi myślami. Nie tak od razu, po paru godzinach. Sama degustacja była, owszem, ciekawa. W podręcznikowy sposób ujawniały się różnice między mocnymi, ostrzejszymi winami villages (od dobrych producentów, Serafina i Bruno Claira), Clos Prieur z grupy premier cru, usytuowanej tuż obok pasma grand cru – tu wina są dosyć łagodne, miękkie, Combe au Moine, Champeaux i słynnego Clos Saint-Jacques, z grupy premier cru usytuowanej nad przynoszącym zimne powietrze wąwozem Combe de Lavaut – winami surowymi, mocno rozbudowanymi, wreszcie Clos de Bère i Chambertin – dwoma grand cru, sąsiadującymi ze sobą, lecz odmiennymi jak Flip i Flap, jak Pat i Pataszon, jak lob (to Clos-de-Bèze) i serw (to Chambertin). Ale nad wszystkim unosił się duch dość słabego rocznika, jakim był 2007, przeto miało się poczucie, że degustujemy wina zakrojone na pół-gwizdka, owszem, dobre, niektóre nawet bardzo dobre, lecz nie tak wspaniałe, jak mogłyby być.

No nic, zjadło się obiad, popiło rosso piceno (dobre, ale nie smakowało), po chwili côtes-du-rhône (dobrze zrobione, ale nie smakowało), wróciło się do domu, otworzyło się hiszpański monastrell (dobrze zrobiony, ale nie smakował), przeszło się na kupaż tempranillo-merlot z Navarry (dobrze zrobiony, ale nie smakował), otworzyło się przeto collioure (dobrze zrobione, lecz nie smakowało), i dalej się zrezygnowało.

I, choć cztery godziny spędziło się rano przy burgundach i na chwilę miało się dość, zrozumiało się ku własnej zgrozie, że tak naprawdę nie chce się niczego innego pić i poczuło się tęsknotę za gevrey-chambertin, nawet z kiepskiego rocznika, a może i przede wszystkim z kiepskiego rocznika, gdyż poranne wina nie miały tego, co chwilami w zbyt dobrych burgundach ze zbyt dobrych roczników przeszkadza: wrażenia nadmiernej słodyczy.. i dalej uzmysłowiło sobie, ku pewnemu przerażeniu, że już tak niewiele win może nas nęcić, gdy wie się, że są burgundy.

Wzięło się Bułhakowa, żeby coś sprawdzić, wlazło się znowu w tę powieść i cofnęło się z nią gdzieś głęboko i pomyślało się: mistrz daleko idzie. I to samo o burgundach: burgundy daleko idą.

 

Tags: ,

Moje życie z Philippem Charlopin ogranicza się do kilku razy. Kiedy dawno temu, jeszcze w latach 90., zaczynałem czytać przewodniki Bettane’a i Desseauve’a, ich entuzjastyczne oceny jego win zbiegły się w czasie ze szczęśliwym przypadkiem. W Gourmet Lafayette, luksusowym sklepie winiarskim, nieprzytomny personel przykleił do jego gevrey-chambertin kod zwykłego burgunda; to było ponad 60 franków różnicy, przez trzy dni wyniosłem niemal wszystko. Wiele lat później podczas degustacji Grands Jours de Bourgogne prowadziłem przyjaciół od razu do jego stolika, obawiając się, że później się już nie dopchamy. Minęły kolejne lata, w grudniu 2010, podczas prestiżowej degustacji francuskich gwiazd winiarskich w Paryżu znowu go ujrzałem; tym razem podszedłem do jego stolika już bez pośpiechu i zbytnich oczekiwań, gorączka przez lata zdążyła opaść. Serwował pierwsze roczniki swego chablis z nowej posiadłości. – Uwaga, bardzo beczkowe! – ostrzegł z jowialnym, pół złośliwym, pół szyderczym uśmiechem – Może nie smakować! Nie smakowało; uśmiechnął się jeszcze szerzej, rozkładając bezradnie ramiona.

Charlopin wygląda nieco jak Józef Skrzek albo Robert Charlebois, którego starsi Polacy pamiętają z festiwalu w Sopocie; niestety dla młodych nie mam odpowiedniego porównania. Jego burgundy są bardzo drogie, bardzo okrzyczane, ale już dawno temu przestałem do nich tęsknić. Lecz oto zobaczyłem wywiad z Charlopinem we francuskiej prasie i wspomnienia wróciły. W wywiadzie Charlopin opowiada o swojej zawodowej drodze. O tym, że robił burgundy, ale wolał pić bordeaux, zwłaszcza Cos d’Estournel (czyli, jak wiadomo, najbardziej hedonistyczne wino z wielkich medoków); kiedy jednak poznał Henri Jayera i skosztował jego Cros Parentoux, uwierzył w pinot noir. Wraz z Denisem Mortet (świętej pamięci), Josephem Roty i innymi stanął na czele burgundzkiej rewolucji: chcieli wytwarzać kompletnie inny typ burgunda, ciemniejszy i mocniejszy. „Wszystkiego próbowaliśmy – mówi – dodawaliśmy garbników, dokwaszaliśmy, dowalaliśmy, ile się dało, nowej beczki, nie szukaliśmy równowagi, przesadzaliśmy”. Parker dał Charlopinowi od razu bardzo wysokie noty i ten szybko stanął na swoim. Na początku nie było mu wszak łatwo, pierwsze lata były stracone, gdyż winnice, które odziedziczył, sadzone były na kiepskich podkładkach – Rousseau czy Dugat (wielokrotnie już o tym czytałem) zawdzięczają wielkość swych win „dobrze” odziedziczonym krzewom, sadzonym na lepszych podkładkach.

Nie minęło dużo wiele, przyszedł rok 2011 i Charlopin po raz pierwszy przedstawił dziennikarzom próbki win, do których produkcji w ogóle nie użył nowej beczki; o ile rozumiem nawet w przypadku grand cru. W wywiadzie składa rodzaj delikatnej samokrytyki: kiedyś wybrał niepotrzebnie styl dominujący wino, tłamszący je, poszedł za daleko. Jego syn (lepszy od niego winiarz, jak twierdzi Philippe, zwłaszcza w wypadku win białych), tak jak syn Morteta już tego rodzaju win nie wytrzymują i on, stary, zgadza się z młodymi, trzeba powstrzymać wodze.

Nie wspominam tego wywiadu po to tylko, by znowu mówić o nadużyciach nowej beczki i o kolejnym słynnym winiarzu, który się z niej wycofuje – choć ciekawy jest fakt, że to młodzi głoszą pochwałę win harmonijnych, lżejszych, bardziej wyciszonych, mniej krzykliwych (Charlopin uważa, że syn świętej pamięci Dagueneau, loarskiego „artysty”, jak o nim mówi, też robi większe wina od swego ojca). Bardziej interesujące jest to, że w świetle tej opowieści najnowsza historia wina układa się – przy zachowaniu wszelkich proporcji rzecz jasna – jak historia sztuki czy literatury w XX wieku: przychodzi awangarda, która kompletnie zrywa z przeszłością, pojawiają się wizjonerzy jak Henri Jayer i jego duchowi spadkobiercy jak Charlopin, i jest to etap niejako konieczny, by kolejne pokolenie dokonało na awangardzie korekty. Awangarda potrzebuje swoich krytyków – w Polsce na początku lat 60. mówiono o „krytykach towarzyszących” prądom literackim, zwłaszcza Nowej Fali, których rolą było głoszenie światu dobrej nowiny, wyjaśniania odbiorcom nowej estetyki. Kimś takim, „krytykiem towarzyszącym” dla win francuskich był Parker, był Bettane, choć z dzisiejszego punktu widzenia, punktu widzenia postawangardowego mylili się. Albo, mówiąc dialektycznie, mieli rację, myląc się (gorzej, że Parker myli się jeszcze dzisiaj, Bettane w większym stopniu zmienił gusta). Kiedy sam Charlopin otwiera wielkie bordeaux sprzed 30 lat (zwłaszcza Lynch-Bages) wynoszone przez Parkera pod niebiosa, widzi teraz, cytuję, jak bardzo Bob błądził…

Rola towarzyszącego krytyka winiarskiego jest godna oddzielnych rozważań. W Polsce ci, którzy piszą od dziesięciu ponad lat o winie, będąc daleko od winnic, daleko od pewnej konkretnej wiedzy, przyjęli postawę przede wszystkim pedagogiczną i cała kwestia jest mniej istotna, choć i o naszej roli w przekazie wiedzy o winie chciałoby się głębiej pogadać. Zostawiam to na inny raz, a ten wpis kończę dwoma jeszcze wyimkami z wywiadu Charlopina, które powinny być miłe Ruchowi Poparcia Burgunda. Pierwszy to krótka definicja różnicy między charakterami winiarzami Bordeaux i Burgundii. „W Burgundi powiada się, że wszystko można na miejscu zdegustować, lecz niczego nie można kupić. W Bordeaux wszystko jest do kupienia i nie ma niczego do zdegustowania” (przepraszam za użycie tego słowa, „zdegustować”, źle brzmi, ale zaczynam się przyzwyczajać).

A druga rzecz to najkrótsza definicja wielkich terroir w Burgundii. Charlopin opowiada o swoim niedawnym spacerze z facetami u Unesco (szykuje się nowe dziedzictwo światowe) po Chambolle-Musigny Było dość chłodno, lecz gdy doszli do Les Amoureuses, zaczęli po prostu szczękać zębami. Bo wielkie terroir w Burgundii, mówi Charlopin, z natury są zawsze zimne. Co mi przypomina o ogromnych jak na tak małą przestrzeń różnicach w temperaturach poszczególnych burgundzkich miejsc. O jednym z nich (jakaś parcela bodaj w Saint-Aubin, zapomniałem która) mówiono mi, że w pewnych godzinach robi się tam nagle tak ciepło, że lepiej tamtędy nie przechodzić: zewsząd przypełzają żmije.

Tags: , , , , , ,

Po dłuższym przedwiosennym śnie Ruch Poparcia Burgunda otworzył jedno oko, zanurzywszy usta w trzynastoletnim, z kiepskiego rocznika, kiepsko przechowywanym, od drugoligowego producenta, z drugoligowej apelacji burgundzie (Pernand-Vergelesses 1998, Laleure-Piot), po czym stwierdziwszy ku swemu zdumieniu, że daje się wypić, ruszył otworzyć – wraz z otwarciem dla grona burgudundzkich zwolenników piętnastu burgundów z pobocznych apelacji – drugie oko, co nie obudziło go całkowicie, gdyż większość win czerwonych z chudego 2008 roku nadto zakwasiła wejście w rzeczywistość, którego nie zdołały odtarasować nieliczne ciepłe i urocze burgundy z 2009 ani koronkowe Bouzeron Aligoté od Auberta de Vilaine z Domaine Romanée Conti, śliczne przy całych oganiczeniach tej odmiany, wychyliwszy zatem w półśnie owych win piętnaście, RPB ruszył dalej się dobudzać w cieplejsze okolice i trafił rzecz jasna na Powązki, gdzie chłopcy i inni z Douro prezentowali świeże roczniki, i obudził się niemal kompletnie (bo spało jeszcze serce) przy degustacji Character 2008 i zdecydowanie najlepszego wina wieczoru, Pintasa 2008, które sprawiło, że zaczął się przepraszać z Douro, i że serce przestało ziewać, skoro za winem tym stoi idolka moich wspomnień Sandra Tavares, co prawda z mężem, obecnym na degustacji i miłym, podczas gdy Sandra pielęgnuje świeżo narodzone dwojaczki, i gdy już wraz z dobudzonym sercem i korpusem niemal w pionie wrócił tegoż wieczora do domu, wpadł na artykuł Andrew Jefforda i już kompletnie przy jego lekturze porzucił łono Morfeusza, skoro Jefford, po roku pobytu w Australii pojechał do Burgundii odwiedzić Dugat-Py i kosztując próbek win czerwonych z 2009 roku, tak opowiedział o swej degustacji: „This is a great vintage – I thought at first after a pristine Pommard Vieilles Vignes and a seductively velvety Vosne-Romanée. Twenty minutes later, marvelling at the textures of his fleshy graceful Charmes-Chambertin, I thought <<these are the best red Burgundies I’ve ever tasted>>. As the hour drew to a close with an aroma-studded Mazis-Chambertin and a somptuosly forceful Chambertin, I thought <<there are the best wines I’ve ever tasted>>”, a kończył swą opowieść zdaniem, że “Burgundia jest terroir duszy”, które, cokolwiek miałoby znaczyć, popchnęło RPB do dalszych lektur, z których wyłuskał – dedykując go z wiadomych, muzyczno-winiarskich względów Andrzejowi Daszkiewiczowi – wiersz Tomasza Różyckiego, świetnego poety, z jego najnowszego cyklu „Księga obrotów”i postanowił wiersz ten (czwarty spośród osiemdziesięciu ośmiu) tu przytoczyć, i tak go przytaczając, przyrzec sobie nie spać aż do kolejnej zimy:

4. Ile muzyki (Liquors & Wine)

Ile muzyki, no ile muzyki
z tych neonów, feromonów, spomiędzy
warg szansonistki, zewsząd. I jak myślisz,
czego chcę się dziś napić? Bez pieniędzy
nic nie zwojuję, co najwyżej whisky lub
tani rodan, ażeby udręce
pokazać piękny film i wejść w tym filmie
w owtarte usta nocy, jeśli przyjmie
pani taki podatek. Ach, Ludwiku,
nie przytrafiła ci się kiedyś miłość?
przynajmniej jedno: granice języka
są gdzieś w zaświatach – kilka razy byłem
w tym sklepie, to wiem: można po nim bzykać
tam i z powrotem, wszędzie skrzynki wina
i szansonistka. Dzisiaj degustacja,
spróbuj jednego tylko, a przepadłeś.

Tags:

O Philippie de Givenchy była już na magazynowych blogach mowa, o nim, o jego malutkim sklepiku w centrum Warszawy, w którym zawsze czekają jakieś otwarte butelki. Philippe nie kryje, że nie jest łatwy. Nie tak dawno temu zaprosiłem do go ursynowskiej Regal, francuskiej ambitnej restauracji, ciekaw byłem jego zdania – przez lata był kucharzem, najpierw u słynnego trójgwiazdkowca Alaina Senderensa, później w knajpie własnej, jednogwiazdkowej. Wykręcał się najpierw, wiesz, jaki jestem, mówił, nieprzyjemnie szczery i trudny, nic mi się nie podoba, lepiej mnie nie zabieraj. Poszedł, to i owo skrytykował, lecz to i owo pochwalił, na szczęście bardzo smakowały mu przegrzebki, których jako Bretończyk nie mógł nie zamówić: najlepsze, jakie jadłem od lat, wyznał i wyszedł raczej zadowolony. Dałem mu wtedy do wyboru dwa wina: madiran Bouscassé Vieilles Vignes Alaina Brumonta i Morgon Marcela Lapierre’a, dwa razy tańszy. Wybrał oczywiście Lapierre’a, gdyż Brumonta kiedyś pił i wydał mu się „sparkeryzowany”, a wina w stylu Lapierre’a – bez beczki, niekiedy bez siarki, interesują go najbardziej.

Istotnie, w jego sklepie tego typu wina przeważają. Przewaga vin de pays, tanich, lecz bardzo długo wybieranych. Przy drzwiach jednego producenta, opowiadał, warował cztery godziny, zanim ten mu w końcu otworzył. Niewiele miał gość do sprzedania, bo prawie wszystko wykupili Japończycy, którzy jakimś psim węchem również go wyniuchali, ale Philippe wyciągnął od niego gamay vin de pays d’ardèche oraz grenache i muszę powiedzieć, że zrobiły na mnie duże wrażenie, zwłaszcza to pierwsze. Philippe ma też z tych okolic bardzo ciekawe, rustykalne, nieortodoksyjne pinot noir, ma też między innymi bardzo dobrą i znaną nadloarską Domaine des Sablonnettes. Tamtejsze chenin robione na sposób jurajski, metodą utlenioną, zwące się Les Murmures (oczywiście bez prawa do apelacji, po prostu vin de table de france) pije się bardzo, bardzo dobrze.

Wspominam wszak o tym po to przede wszystkim, by przytoczyć credo Philippe’a. Mówi on wprost: wolę wino z wadami, które ma osobowość, niż wino bez wad, które jest nikim. To credo światopoglądowe, lecz wyznacza ono styl importu, bardzo mocno sprofilowanego. Wspomniane przed chwilą gamay z pewnością w wielu degustacjach konkursowych mogłoby zostać odrzucone, ale ja je piłem, a właściwie sączyłem, jak rewelację: bo miało coś. Czułem, że dochodzi do spotkania z jakimś smakiem, którego poszukuję; może nie było to spotkanie całkiem wprost, ale pokazywało mi, którędy wiedzie do niego droga. Sporo butelek u Philippe’a to wina, które on nazywa brut de decuvage; innymi słowy wina, które trochę poleżały w kadzi po skończonej fermentacji i usumięciu wytłoczyn, i tyle. Istotnie, wina brutalne, nie poddane żadnej pracy ugładzania; wina, które beczkę widziały co najwyżej w śnie. Wina bękarty, wina kundle, wina dzikie psy wobec rasowych dogów i buldogów.

Powiada się często, że wino najlepiej smakuje jeszcze z kadzi. Czasami mi się wydaje, że to, co dzieje się później, to istotnie proces utraty. Oczywiście nie można sobie wyobrazić win, w niektórych przynajmniej regionach, bez cywilizacyjnej obróbki przez beczkę. Ale nawet te największe, które dzięki beczce po latach stają się arcydzielami – pomyślałem sobie – coś po drodze tracą; zyskują i tracą jednocześnie – tracą ten pierwotny, brutalny smak.

A tymczasem, zagrzebany w brutalności, degustujący nie tak wiele ostatnio burgundów (ale dobrych, domaine Chavy 2008, białe, styl strzelisty, rocznik chyba wielki), Ruch Poparcia Burgundów zanurzył się w lekturze Bruce’a Chatwina i znalazł coś dziwnego. Powieść o zwariowanym praskim kolekcjonerze miśnieńskiej porcelany nazwiskiem Utz dzieje się w Pradze, lecz główny bohater lubi Francję i jej kuchnię. „W dniu, w którym gestapo zabrało go na przesłuchanie, nie mógł się jakoś skoncentrować na myśleniu o śmierci czy deportacji; myślał jedynie o pewnym daniu z zielonej fasolki, jakie podano mu w Prowansji, w restauracji przy wąskiej, białej drodze”.

Już po wojnie Utz trafia do Vichy, gdzie studiuje przewodnik gastronomiczny. Czyta w nim między innymi o „trudnym do zdobycia Château Grillet, o którym mówią, że smakuje kwieciem winogron i migdałami – i zachowuje się jakm młoda, rozkapryszona dama”. Wreszcie Utz sam udaje się do restuaracji. Zamawia dania, podchodzi kelner z kartą win:

„Et comme vin, Monsieur?

- Co by mi pan zaproponował?

Kelner zajmujący się winem wziął Utza za ignoranta i wskazał na dwa najdroższe wina w karcie: Montrachet i Clos Morgeot.

- A czy macie Château Grillet?

- Nie, Monsieur.

- Trudno – powiedział Utz potulnie – niech mi pan coś wybierze”.

Jasny gwint, skąd ten Clos Morgeot? Aż tak drogi? Dopiero po czasie zaczęło mi świtać, że chodzi o premier cru z gminy Chassagne-Montrachet. Ale zwie się owe premier cru tylko Morgeot, nie Clos Morgeot. Morgeot obejmuje aż 55 ha, wewnątrz niego są inne premier cru, które mogą mieć własne nazwy, na ogół występują jednak jako Morgeot. Co prawda wewnątrz tego cru zdarzają się clos, jak Clos Pitois czy Clos Chareau, wreszcie Tête du Clos czy Les Grands Clos, ale z Clos Morgeot w literaturze się nie spotkałem. W dalekiej, dziewiętnastowiecznej przeszłości wino z Morgeot, pisane jeszcze jako Morjot, cieszyło się dużą renomą; dzisiaj nie uchodzi już bynajmniej za jakiś szczyt burgundzkiej możliwości. Jednak dzięki Chatwickowi zaczęło mi się nagle wydawać czymś niezwykłym i zaczynam sobie wyobrażać, że istniało – bo może istniało? – niezwykłe wino Clos Morgeot, na poziomie Montracheta, i już zaczynam, jak każdy młody i rozkapryszony, o nim marzyć, bo o niczym nie marzy się tak dobrze, jako o czymś, czego nie ma.

Tags: , , , ,

Od kolegów redakcyjnych dostałem w prezencie koszulkę z napisem: „Głosowałem na Torresa Mas del Plana”. Doprawdy ją lubię; zakładam ją czasem, żeby rozweselić ludzi, sąsiadka na jej widok nieomal spadła ze schodów („nie, tylko nie ty”, szepnęła), listonosz dostał spazmów od rechotu, piekarz chichocze się, jak tylko przekraczam próg w biegu po kajzerkę… Mas La Plana… ja nie mogę… prycha, dokładając razowego. No cóż, muszę ponieść karę za tak dyskretne ujawnienie mojej wpadki podczas degustacji Grand Prix. Choć, szczerze mówiąc, nadmiernie się nie wstydzę, wśród świeżo otworzonych, niezdekantowanych win Torres był dla mnie jedynym winem, w którym owoc zdołał przedrzeć się przez beczkę.

Ale parę dni temu pomyślałem, że właściwie mógłbym podobną koszulkę przygotować i ofiarować tym, którzy w tymże konkursie nie głosowali na chablis od Christiana Moreau. „Nie głosowałem na Chablis Les Clos”, dla jednych S, dla innych M, co kto woli, L i XL bodaj w tym towarzystwie nie ma.. Degustowałem Les Clos ponownie w większym gronie Popierających Burgunda; wszystkich uwiodło nazdwyczajnie – choć było doprawdy wiele dobrych win. I dwa okrzyczone sauvignon: pouilly-fumé 2008 Dagueneau, które piliśmy in memoriam (pierwszy rocznik winifikowany już przez syna) oraz Sancerre les Monts Damnés od P. Cotat, i świetne, świetne Chassagne Montrachet Les Enceignères 2007 od J-C.Bachelet (z parcelki, która leży bezpośrednio pod Bâtard-Montrachet, choć nie klasyfikowanej nawet jako premier cru), i bardzo dobre chardonnay Cuvée Juline od Ganevat (Jura), nie mówiąc o Chablis 2008 Dauvissata (dla mnie piękne wino), i Les Vaillons 2009 również od Moreau. Wiele imion ma chardonnay we Francji. Ale tamtego wieczoru Les Clos było ponad wszystko.

Jednak nie tylko o nim w związku z tym wieczorem chciałem mówić. Na koniec był Zind-Humbrecht (wieczór przed Wigilią, wszystkie wina białe), 2004, rocznik ciekawy, ale bardzo mało win słodkich. Ze swej słynnej parceli Clos Saint-Urbain wchodzącej w skład GC Rangen de Thann Olivier Zind-Humbrecht zrobił wina wytrawne; piliśmy Pinot Gris. Bez cukru resztkowego, 16% alkoholu. Po raz kolejny przyszło się zmierzyć z tym winem, po raz kolejny zdziwić się wysokością alkoholu – ukrytego jak skarb templariuszy (typowano od 11 do 14%) i po raz kolejny zadumać nad trudnością tego wina oraz, od razu, nad stanem sztuki w późnej ponowczesności. Ktoś słusznie zauważył, że ze względu na skrajną intensywność nie jest to wino przyjemne, nie jest to właściwie wina do picia. Doprowadzając owoc do fantastycznej dojrzałości (dojrzałości, nie przejrzałości), wyciągając z wulkanicznych gleb Rangen, jak się wydaje, wszystko, co można, Zind stworzył wino właściwie bardziej do powieszenia w muzeum niż do spożycia w domu. To dzieło kogoś (mówiliśmy sobie), kto doszedł do kresu drogi twórczej; wykorzystując cały swój warsztat, całe swoje doświadczenie, zbudował coś, co wieńczy artystyczne doświadczenie i przy okazji wieńczy sposób ekspresji – dalej pójść nie można.

Przypomniała mi się niedawno widziana wystawa Pete Mondriana. Najpierw „normalny” okres figuralny, później stan pośredni (może najbardziej atrakcyjny dla widza) między figurą a abstrakcją, później słynny kolorowe linie i kwadraty, zwieńczenie tego malarstwa, osiągnięcie własnego maksimum. Czy skojarzenie z literaturą, z Joyce’m oczywiście, a później z innymi pisarzami, którzy doszli do radykalności (proza bez przecinków itd). No i myśl o Cage’u, o tej jego parominutowej ciszy.

Wino Zinda była wspaniałe i nieznośne, wielkie i niedotykalne, nagie i nie do wzięcia, obecne jak cholera i zarazem nie bardzo do picia. Po godzinie zaczęło się może lekko przystosowywać do świata, łagodnieć, ale problem pozostał. W nowym roczniku Olivier Zind-Humbrecht zapowiada zresztą nową manierę swych win. Ruch Poparcia Burgundów życzy jemu i nam wszystkim odwagi i dalszej inwencji. I dużo takich butelek jak Les Clos 2008 Christiana Moreau.

Tags: , , ,

Czas temu opowiadałem o drzemiącej na Ziemiach Odzyskanych, w mieście Szczecin, kolekcji starych burgundów, sygnowanej przez Nicolasa Potela. Ruch Poparcia Burgundów zebrał się w dziewięć osób w wine barze – czy jak to nazwać – ŻuŻu sprawdzić jej stan i zawyrokować o własnej głupocie.

Sprawdził i zawyrokował: jest wielka. Wina z kolekcji Potela trafiły do szczecińskiego 101win kilka lat temu. Kosztowały po około trzysta złotych i czekały sobie na klienta, wystawione na stronie www; później, stopniowo, ceny rosły. W tym czasie większość win – jak opowiedział Michał Popielski – została wykupiona przez Japończyków, Malezyjczyków i innych przedstawicieli zdrowego rozsądku. Którzy prawdopodobnie wystawili je na aukcje. Kolekcja od samego początku była niewielka, po kilkaset butelek maksimum w każdej apelacji; całość nadawała się do spekulacji już na pierwszy rzut oka (niestety, nie naszego).

Ale też do degustacji. Byliśmy zdumieni. Zdumieni świeżością i pięknem, bo tego słowa trzeba użyć, tych dwudziesto- i trzydziestopięcioletnich win. Może nie wielkością samą w sobie, lecz właśnie pięknem, jakie przynieść może wino stare. Chwytaliśmy o jedenastej rano Pana Boga burgundów za nogi i było dobrze. Oczywiście pojawiły się żale i utyskiwanie nad własną beztroskością, nad błędem zaniechania: dlaczego tyle się zwlekało, dlaczego nie wykupiło tych win wcześniej, tylko pozwoliło im się odpłynąć za góry i morza, tam, gdzie słońce wschodzi i dobrze na tym zarabia.

Nicolas Potel wyszukał w Burgundii u znajomych winiarzy stare wina z dobrych roczników, odłożone do domowych piwnic, opatrzył je nowymi etykietkami, niekiedy przekorkował i puścił w świat. Obawiałem się przez kilka lat, że wina będą za stare; głupstwo, głupstwo. Potel wykonał świetną robotę, wybrał wina, które zestarzały się ze stylem i – wedle real feeling- okazały niebywale sprężyste i dziarskie. Chapeau, panie Potel, i pełny szacun.

Wszystkie trzy wina czerwone miały swój oddzielny styl, charakter, zgodnie z miejscem pochodzenia i rocznikiem. Pommard Les Rugiens 1988 (rocznik uznawany za wielki, z potężną kwasowością) miał to, co to żelaziste premier cru zawsze obiecuje: powagę, strzelistość, siłę, pewną surowość; kwasowość moża była zbyt duża, odklejała się od owocu, sprawiała, że wino było nieco jednowymiarowe, ale – jeśli ktoś dał się ponieść – porywające. Najmniejszych oznak starości w bukiecie. Volnay Santenots 1976, z rocznika nie tak medialnego, cieplejszego miało więcej ciała i miękkości; delikatniejszy charakter Volnay ujawnił się w nim dość mocno, ale też dawały o sobie znać cechy Santenots (premier cru leżącego już w gminie Meursault; powstają tu również wina białe, oznaczane jako meursault), które zbliżają tutejsze wina do pommardów: długość, siła. Trzydziestoczteroletnie wino w świetnej formie, mucha nie siada. Pommard Rugiens 1976 jako jedyne wino miało już zewoluowany bukiet, natomiast usta znakomicie młode; pełniejsze niż jego o dwanaście lat młodszy brat. No i jedyne białe w tym towarzystwie, Meursault Perrières – mineralne jak kopalnia w Wieliczce, bez cienia oksydacji, delikatne i stanowcze zarazem, niestety z leciutką nutą korkową (jak mi się wydawało, nie wszyscy byli zgodni).

Jak to się stało, że wina tak znakomicie zniosły drogę przez czas? Podczas gdy tyle innych burgundów z lat 90-tych cierpi na sklerozę i haluksy? Trudno powiedzieć; jednym z powodów jest na pewno to, że przez trzydzieści niemal lat leżały spokojnie w piwnicy producenta i nie skakały z jednych rąk do drugich jak odpędzane muchy. Czy innym powodem jest to, że wina powstały przed nadejściem nowoczesności, przed prefermentacją na zimno, przed imperatywem odszypułkowania, przed zielonymi zbiorami itd? Nie wiem.

W każdym razie degustowane przy nich trzy burgundy z XXI wieku nie wypadły nadzwyczajnie. GC Corton 2002 od Tollot-Beaut, mimo dobrego rocznika, pustawy; jest w nim siła gron, lecz nie ma wina. Na 87 punktów. GC Charmes-Chambertin 2004 od wielkiego Armanda Rousseau, jednego z czterech filarów boskiej karety w Côte-de-Nuits (Aubert de Vilaine z DRC, Mme Lalou Bise-Leroy z Domaine d’Auvenay, Georges Roumier) nie porwał; wydaje się, że słabości rocznika, braku owoców i aromatów, nie udało się tu przezwyciężyć, choć wino oczywiście bardzo długie, na 90-91; na razie trzeba czekać. Chambolle-Musigny Premier Cru 2000 (grona w większości pochodzą z młodych krzewów GC Musigny) od Comte de Voguë jeszcze za młody, nieco beczkowy; widać rasę i czerpie się przyjemność z krągłości, lecz przewaga drzewa nad owocem każe czekać parę lat lub dać spokój; 89-90 bez uniesienia.

Czy warto zatem czekać na stare burgundy? Nicolas Potel pokazał, że warto. Czy nowocześniejsze, dzisiejsze burgundy dobrze się zestarzeją? Nie wiem, kieruję pytanie do ogródków jordanowskich i innych piaskownic; niech milusińscy odpowiedzą za trzydzieści cztery lata.

A skoro o Potelu mowa, to dodam, że wyszła właśnie w wydawnictwie Znak książka Jean-Yves Potela „Koniec niewinności”; promocja we wtorek wieczór w ŻIH-u. Wbrew tytułowi z winem nie ma to nic wspólnego, choć Jean-Yves, niegdyś attaché kulturalny w Warszawie, lubi się napić, zwłaszcza z Polakami.

Ruch Poparcia Burgundów, wysłany do Paryża przez masonów RP, dotarł, nie tracąc czasu na podziwianie Katedry Notre-Dame, do nowego sklepu pana Bruno Quenioux, który przez wiele lat zarządzał winami w słynnym sklepie w Galeries Lafayette i wprowadzał tam masowo wina ekologiczne, w tym wina swojego brata z nadloarskiej Domaine du Veilloux, którą kiedyś zachwycił się nawet bloger Wojtek, a teraz otworzył, tenże Bruno, małą piwnicę Philovino w piątej dzielnicy, z winami (wybór staranny, lecz niezbyt duży) wyłącznie eko i biodynamo. Adres: 33, rue Claude Bernard. Ceny: dość wysokie. Dygresja: ceny w Paryżu zwariowały, zwłaszcza na wina, o których się wie; taniej kupować we francuskich sklepach w Berlinie. Atmosfera: przednia, jeśli da się pogadać. Wino skosztowane na miejscu: Beaujolais Nouveau od Jean-Paul Bruna z domaine Terres Dorées. Producent występuje w pewnym przewodniku. Znaki szczególne wina: nie smakuje jak beuajolais nouveau. Drugie znaki szczególne: smakuje jak dobre beaujolais, bez banana i landrynki. Trzecie znaki szczególne: pochodzi ono z kadzi nadzorowanej przez samego Bruno Quenioux. Kolejne znaki szczególne: J-P. Brun uważa, że jest to najlepsza kadź i najlepsze beaujolais nouveau w tym roku, lepsze niż to, które zrobił sam. Przyszła pani, madame gruba, po kolejne butelki – mówię o tym, gdyż wciąż tam kolejną gdzinę sterczałem – bo już od przedwczoraj wypoiła z żigolakami dwanaście. Nadawała by się jako model dla fotografa czeskiego Saudka. Domyślacie się, o czym mówię, a jak nie, to sięgnijcie po nową książkę Mariusza Szczygła Zrób sobie raj. Najepiej sięgając jednocześnie po kieliszek wymienionego lub okolicznego wina, ale na sucho też jest dobrze.

Dlaczego takie dobre i inne, niet banana, niet landrynki? – pytam wytwórcę i właściciela sklepu. Bo 21 dni w kadzi bez maceracji węglowej. Bo to jest, proszę pana z Polski, prawdziwe beaujolais czyli burgund. Jak niegdyś bywało. Niegdyś, czyli w czasach, gdy nie stosowano maceracji węglowej, którą wymyślili faceci w krawatach i białych fartuchach na ulicy obok, w tym instytucie ze szklaną ścianą. I która zabija wino w winie, dając powierzchniowe aromaty i likwidując mineralność. I dalej długo przemawiał Bruno o swoim sprzeciwie wobec maceracji węglowej, która nie pozwala enzymom zawartym w gronach się rozwinąć i wyzwolić mineralność. Bo mineralność, proszę pan z Polski, się ujawnia dopiero w kadzi, jeśli ktoś chce ją uwolnić, a nie w smaku gron: wszystkie, czy to z Morgon, czy z Givvry czy z Volany na polu smakują tak samo. Pytam o Marcela Lapierre’a, w końcu winiarza sławnego dla niepokornych i bardzo bardzo eko i bio. – Nie – kiwa Bruno głową i cmoka, nie i nie. Nigdy nie brałem od niego win, bo ta maceracja węglowa. Tylko Château des Jacques od Jadota nie stosuje węglowej, bo też u Jadota wiedzą, że beaujolais to burgund, tylko lepszy (no, nie gorszy) jak niegdyś uważano. I, owszem pigeage (tu długi wywód o tym, czym jest naprawdę pigeage, a nie jest bynajmniej instrumentem ekstrakcji), lecz nigdy węglowa.

Tak to zatem wygląda w tej nowej pieczarze u Bruno, od wtorku do soboty, jeśli wpadniecie na niego, i się dogadacie co do zasad, szybko z piwnicy nie wyjdziecie; Bruno opowiada jak natchniony, uśmiech nie schodzi mu z ust, ale kiedy zaczyna się wydawać, że wykłada magię, przechodzi na szczegóły chemiczne, a w tym jest bardzo mocny. Długo nie zapomnę jego wykładu o tym, czym jest finisz win prawdziwie mineralnych. Szybko zatem ze sklepu nie wyjdziecie, co jest oczywiście podstawowym celem chodzenia po sklepach, gdyż nie może być żadnym celem korzystanie z internetu przy zakupach (oczywiście też korzystam), internetu, który będąc naszym przyjacielem, jest też niejako wrogiem nas wszystkich, pogodnym alfonsem, ole i amen.

Tags: , ,

Wspomniałem ostatnio o moim idolu, Georgesie Roumier, którego chambolle-musigny wydało mi się cudne, jeszcze bardziej niż kosztowane kilka lat temu, cudne, cudowne, ACH, bo zawsze trzeba sobie wyobrażać „coś więcej”, choćby i z przesadą, a tu spotykam Erica z Kalifornii, który jest wine directorem (takim który nie tylko doradza klientowi, lecz układa kartę) w dużej i znanej włoskiej restauracji Donato, CA. Eric, Francuz z pochodzenia, opowiada, że zanim zaczął pracować w restauracji, był winemakerem w jednej z bardziej znanych posiadłości kalifornijskich, w której powstawały pinot noir i chardonnay. Nie chce powiedzieć w jakiej, natomiast dość dokładnie mówi o sposobie produkcji: bardzo późny zbiór, grona w stanie gotowym (śmieje się) do produkcji amarone. Do kadzi wraz z gronami trafiało parę enzymów i woda, która rozcieńczała sok i obniżała alkohol. Półtora roku później – dodaje Eric – 97 punktów w Wine Spectatorze. A Musigny Roumiera – znowu się śmieje – 92 punkty. What the hell… zaczyna następne zdanie i znowu się śmieje. W każdym razie Eric szybko zrozumiał, że w Kalifornii nie da się naśladować, z różnych względów, od terroir po sposoby produkcji, Roumiera, i rzucił całą tę zabawę w czorty. Bo był rok w Burgundii, widział i pokochał Roumiera, i stwierdził, że poza Burgundią sam nie będzie już niczego winifikował, a w Burgundii nie ma to szans. Więc koniec z piwnicą, teraz doradza klientom, co wziąć pod T-Bone. Dostał honorową legitymację Ruchu Poparcia Burgunda.

Jakie wino doradza? Myślę, że nie jest to Tormaresca, wino z posiadłości Antinorich w Apulii. Powiem od razu: dawno takiego wieczoru nie przeżyłem. Zbierało się przez cały dzień, Amerykanie głodni, Amerykanie zmęczeni, Amerykanie by chcieli coś innego, wyjść na miasto, a tu stanęły przed nimi w pięknej sali wina Tormaresca z primitivo, negroamaro i innych; wśród nich trebicchierowate Boca di Lupe Bocca di Lupo. Jedne podobne do drugich jak krople wody. Zagdakane przez drzewo, wykastrowane z garbników, coś nagle Jankesów – a było ich paru – wzięło. Jak nie zaczną krzyczeć jeden przez drugiego, jak nie zaczną narzekać, wypominać, a za nimi nagle ośmieleni włoscy dziennikarze – widziałem różne krytyki w obecności producentów wina, lecz takiej ostrej jeszcze nigdy. No barrique! No barrique! No barrique! Jeszcze chwila i wszyscy byśmy się chwycili za ręce i zatańczyli rewolucyjnego oberka wokół Boca di Lupi i próbującego się uśmiechać miłego Przedstawiciela; miałem wrażenie, że nagle na wierzch wypłynęło całe dziennikarskie stłumienie, wszystkie te przemilczenia, wszystkie te myśli chowane do środka, by nikogo nie obrazić. A później, w ramach ciosu ostatecznego, coup de grâce, w Złotej Księdze, gdzie obok nazwiska widniała rubryka do wpisania ulubionego wina wieczoru, wszyscy jak jeden mąż wpisali taniutkie, leciutkie, przeznaczone do picia w niskiej temperaturze, niemal różowe w kolorze negroamoro zwane Fichimori. Też wpisałem; człowiek nie zna litości.

Jeszcze do tego wieczoru wrócę, ale mając go wciąż przed oczyma dziś, pamiętając tę nagłą erupcję uczuć, miałbym ochotę powiedzieć – na wzór Joanny Szczepkowskiej oznajmiającej w pamiętnym czerwcu 1989, że komunizm właśnie umarł w Polsce – barrique is dead. Barrique is dead w listopadzie 2010 roku.

A kiedy tak myślę o tamtych słowach Joanny Szczepkowskiej i o moich Amerykanach, przypomina mi się jeszcze inny wieczór sprzed ponad trzydziestu lat, we Wrocławiu, podczas spotkania teatrów otwartych (dziś się mówi alternatywnych). Przyszła wiadomość, że umarł dyktaror Franco, co usłyszawszy, na stół zastawiony śledziem i wódką wskoczyła gruba Amerykanka z jakimś dziadkiem w kowbojskim kapeluszu, który grał na drumli, a panna otyła rytmicznie podskakiwała, unosząc ponad śledzie swoje 120 kilo i melorecytowała: I am so glad, Franco is dead.

W apuliańskiej winiarni śpiewałaby: I am so glad, barrique is dead i nad jej głową unosiłyby się białe, żółte i pastelowe gołębie.

Tags: , ,

Balsam i ból

Ruch Poparcia Burgundów przeżywa nadal ciężkie chwile. Nie dość, że jego przewodniczący i rewident w jednej osobie rozbił sobie ciężko łeb podczas gry w ping-ponga, godzinę po zakończeniu degustacji Grand Prix Magazynu Wino, i miast szperać po piwnicy, biega po lekarzach, to jedyna przyjemność, jaka mogła w tych dniach zrównoważyć jego biedę, mianowicie cztery burgundy 2001 z gminy Gevrey-Chambertin, okazały się w zmowie z wrogami tego Nieustraszonego Sportowca i spłyną w niepamięć niczym zeszłoroczne śniegi.

Pierwszy: Gverey-Chambertin od Rossignol-Trapet był korkowy, i w sposób tak intensywny, że pokój, w którym zostawiłem zainfekowany korek, pachniał tymże przez kolejne dwie doby. Drugi, Gevrey Chambertin PC Clos Prieur od Drouhin-Laroze’a, najgorszy był nazajutrz, gdy beczka wychynęła śmiało na powietrze jak niemiecki u-boot u wybrzeży Normandii. Ale muszę oddać mu sprawiedliwość (i to jest pierwszy powód tego wpisu): przez dosłownie trzy-pięć minut po nalaniu miał przepiękną wiśniową nutę w bukiecie. I przez niewiele dłuższy czas podobną, czystą nutę w ustach. Później wszystko diabli wzięli, zwłaszcza gdy wino na próbę trafiło do karafki. I to jest mój wkład w dyskusję: dekantować burgundy czy nie. Dekantować tylko wówczas, gdy tak zalecają producenci (tyle że nie zawsze da się tego dowiedzieć). W przeciwnym razie wszystko, co stanowi o ulotnym pięknie wina, może pójść z dymem. Z dymem i z tlenem. Choć narzekam, to czuję jednak, że dla tych trzech minut może warto było, że ta jedna nutka zbawiła Drouhin-Laroze’a

Clos Prieur 2001 od Rossignol-Trapeta, głębsze, ale mniej aromatyczne, miało chudawe ciało, przypominało chłopca, który wciąga portki, ale te mu jednak wciąż opadają. Z kolei GC Latricières-Chambertin od Nicolasa Potela miało zbyt słabą materię, by wytrzymać winifkacyjną dobrą robotę, w winie za mało było wina.

Na szczęście jest drugi jeszcze powód (nie licząc mego łba) dzisiejszego wpisu. W tej kupie nieszczęść zdarzyło się Zdarzenie, o którym piszę z dużej litery, choć nie trwało długo. Dobry człowiek doniósł mi (72 godziny po otwarciu) kieliszek prostego (by tak rzec) chambolley-musigny 2003 od Roumiera. Aromaty już zdążyły się zestarzeć, utlenić, ale reszta – w tym gorącym roczniku – nadzwyczajna. Ten dotyk wina, ten smak, i to coś nienazwane. Wszystko, co pojawia się niekiedy, bardzo rzadko, w winach, o których mówimy: to jest inna bajka. To była inna bajka. Purpura w szarym pokoju. Balsam w rozbitej głowie.

Do której przychodzą od razu takie głupie myśli: napić się Musigny od Roumiera i nic, więcej już nic.

Z powodów pozawiniarskich musiałem wrócić dziś na chwilę do Alberta Camusa, odpocząć od butelek, i oczywiście od razu wpadłem w sidła wina. Wyrzuć coś oknem, a wleci drzwiami. Do Camusa mam raczej uczucia nostalgiczne niż gorące, pisałem o nim magisterkę, nie mając wówczas pojęcia, że główny bohater Obcego zamiast kojarzyć się z egzystencjalizmem i trudną tożsamością, połączy się z Burgundią i znajdzie zasłużone miejsce w archiwum Ruchu Poparcia Burgundów. Z jednego rzecz jasna powodu: nazwiska.

Nigdy nie udało mi się do końca przebadać, dlaczego Camus wybrał dla swego bohatera to nazwisko, Mersault. Ani dlaczego do niewydanej za jego życia pierwszej powieści, Szczęśliwa śmierć, wprowadził, jeśli pamięć mnie nie zawodzi, prototyp tegoż, nazwany jeszcze lepiej: Meursault. Czy uwiodła go nazwa wina (i wioski)? Czy pisząc, miał akurat na stole butelkę meursault i, szukając nazwiska dla bohatera, spojrzał przypadkiem na etykietkę? I tak już – Meursault – zostało, tyle że później, w Obcym, wycofał jedną samogłoskę.

Kiedy zaczynałem się winem interesować, a dokładniej kiedy zaczynałem sią interesować Burgundią, tę jedną nazwą wina znałem więc na pamięć, w końcu byłem magistrem od Me(u)rsault. Bardzo mi się podobało wymawiać „meursault” i podoba mi się do dzisiaj; to bodaj moja ulubiona do wymowy burgundzka apelacja. Podobało mi sę tak bardzo, że pierwszym burgundem, jaki sobie kupiłem, za dobre sto franków francuskich, był właśnie meursault.

Tyle że czerwony. Jak widać, moja wiedza o burgundach była jednak bardzo niska: zacząłem od jakiegoś dziwoląga, kupiłem meursault, lecz nie białe! Strzeliłem byka, którego pamiętam i żałuję do dziś, sto franków francuskich, no jednak! Co za byk, co za fatalny błąd założycielski dla późniejszego pasjonata burgundów!

Więc owszem, istnieje czerwone meursault, lecz kto o nim pamięta? W 2006: 475 hl zabutelkowanych jako village i nawet 160 jako premier cru. Podczas gdy białego meursault 18000 hl. Czerwone meursault nie ma znaczenia i nikogo nie obchodzi. Pamiętam, że zaniosłem Mojego Pierwszego Burgunda do mojego greckiego przyjaciela w Paryżu, Lakisa, który drogich win nie pija i tłumaczyłem mu, co za wspaniałość – burgunda za 100 franków !! – przytargałem. Kiwał głową, zszedł w rozmowie na literaturę.

Mimo założycielskiej wpadki miłość do meursault – już sam nie wiem: do wina bardziej, czy do słowa – pozostała. W literaturze podręcznikowej przytacza się słynne powiedzenie kardynała de Bernisa, który żądał meursault do odprawienia mszy, gdyż nie chciał, by Pan Najwyższy widział na jego twarzy grymas; niezła przypowieść. Albo wyjaśnia się pochodzenie nazw niektórych climat i premier cru: Les Gouttes d’Or (Złote Krople) mówią o kolorze wina po latach; Les Bouchères (Bouche Chère, czyli Drogie Usta) o cenie wina. Mnie zawsze bawiła nazwa Les Clous Dessous, czyli, dosłownie, Gwoździe Pod Spodem. Słowem, wino dla fakira.

Chciałem nawet otworzyć dzisiaj jakąś butelkę meursault, żeby rzeczywistość wtargnęła na tę stronę, żeby Pan nie widział, jak się krzywię, ale mam anginę i nie czuję nic. Pozostał mi na dziś wieczór Camus i Mersault. Zaraz pójdzie na plażę (jeśli ktoś pamięta) i będzie strzelał.

Tags: ,

« Older entries