Degustacja

You are currently browsing the archive for the Degustacja category.

Pucharek wina? Białe, czerwone? Wina jakich krain zwykł pan pijać o tej porze?
Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata

Dzisiejsza duża publiczna degustacja burgundów w ramach RPB – dziewięć gevrey-chambertin 2007 – napełniła mnie smętnymi myślami. Nie tak od razu, po paru godzinach. Sama degustacja była, owszem, ciekawa. W podręcznikowy sposób ujawniały się różnice między mocnymi, ostrzejszymi winami villages (od dobrych producentów, Serafina i Bruno Claira), Clos Prieur z grupy premier cru, usytuowanej tuż obok pasma grand cru – tu wina są dosyć łagodne, miękkie, Combe au Moine, Champeaux i słynnego Clos Saint-Jacques, z grupy premier cru usytuowanej nad przynoszącym zimne powietrze wąwozem Combe de Lavaut – winami surowymi, mocno rozbudowanymi, wreszcie Clos de Bère i Chambertin – dwoma grand cru, sąsiadującymi ze sobą, lecz odmiennymi jak Flip i Flap, jak Pat i Pataszon, jak lob (to Clos-de-Bèze) i serw (to Chambertin). Ale nad wszystkim unosił się duch dość słabego rocznika, jakim był 2007, przeto miało się poczucie, że degustujemy wina zakrojone na pół-gwizdka, owszem, dobre, niektóre nawet bardzo dobre, lecz nie tak wspaniałe, jak mogłyby być.

No nic, zjadło się obiad, popiło rosso piceno (dobre, ale nie smakowało), po chwili côtes-du-rhône (dobrze zrobione, ale nie smakowało), wróciło się do domu, otworzyło się hiszpański monastrell (dobrze zrobiony, ale nie smakował), przeszło się na kupaż tempranillo-merlot z Navarry (dobrze zrobiony, ale nie smakował), otworzyło się przeto collioure (dobrze zrobione, lecz nie smakowało), i dalej się zrezygnowało.

I, choć cztery godziny spędziło się rano przy burgundach i na chwilę miało się dość, zrozumiało się ku własnej zgrozie, że tak naprawdę nie chce się niczego innego pić i poczuło się tęsknotę za gevrey-chambertin, nawet z kiepskiego rocznika, a może i przede wszystkim z kiepskiego rocznika, gdyż poranne wina nie miały tego, co chwilami w zbyt dobrych burgundach ze zbyt dobrych roczników przeszkadza: wrażenia nadmiernej słodyczy.. i dalej uzmysłowiło sobie, ku pewnemu przerażeniu, że już tak niewiele win może nas nęcić, gdy wie się, że są burgundy.

Wzięło się Bułhakowa, żeby coś sprawdzić, wlazło się znowu w tę powieść i cofnęło się z nią gdzieś głęboko i pomyślało się: mistrz daleko idzie. I to samo o burgundach: burgundy daleko idą.

 

Tags: ,

Czas temu opowiadałem o drzemiącej na Ziemiach Odzyskanych, w mieście Szczecin, kolekcji starych burgundów, sygnowanej przez Nicolasa Potela. Ruch Poparcia Burgundów zebrał się w dziewięć osób w wine barze – czy jak to nazwać – ŻuŻu sprawdzić jej stan i zawyrokować o własnej głupocie.

Sprawdził i zawyrokował: jest wielka. Wina z kolekcji Potela trafiły do szczecińskiego 101win kilka lat temu. Kosztowały po około trzysta złotych i czekały sobie na klienta, wystawione na stronie www; później, stopniowo, ceny rosły. W tym czasie większość win – jak opowiedział Michał Popielski – została wykupiona przez Japończyków, Malezyjczyków i innych przedstawicieli zdrowego rozsądku. Którzy prawdopodobnie wystawili je na aukcje. Kolekcja od samego początku była niewielka, po kilkaset butelek maksimum w każdej apelacji; całość nadawała się do spekulacji już na pierwszy rzut oka (niestety, nie naszego).

Ale też do degustacji. Byliśmy zdumieni. Zdumieni świeżością i pięknem, bo tego słowa trzeba użyć, tych dwudziesto- i trzydziestopięcioletnich win. Może nie wielkością samą w sobie, lecz właśnie pięknem, jakie przynieść może wino stare. Chwytaliśmy o jedenastej rano Pana Boga burgundów za nogi i było dobrze. Oczywiście pojawiły się żale i utyskiwanie nad własną beztroskością, nad błędem zaniechania: dlaczego tyle się zwlekało, dlaczego nie wykupiło tych win wcześniej, tylko pozwoliło im się odpłynąć za góry i morza, tam, gdzie słońce wschodzi i dobrze na tym zarabia.

Nicolas Potel wyszukał w Burgundii u znajomych winiarzy stare wina z dobrych roczników, odłożone do domowych piwnic, opatrzył je nowymi etykietkami, niekiedy przekorkował i puścił w świat. Obawiałem się przez kilka lat, że wina będą za stare; głupstwo, głupstwo. Potel wykonał świetną robotę, wybrał wina, które zestarzały się ze stylem i – wedle real feeling- okazały niebywale sprężyste i dziarskie. Chapeau, panie Potel, i pełny szacun.

Wszystkie trzy wina czerwone miały swój oddzielny styl, charakter, zgodnie z miejscem pochodzenia i rocznikiem. Pommard Les Rugiens 1988 (rocznik uznawany za wielki, z potężną kwasowością) miał to, co to żelaziste premier cru zawsze obiecuje: powagę, strzelistość, siłę, pewną surowość; kwasowość moża była zbyt duża, odklejała się od owocu, sprawiała, że wino było nieco jednowymiarowe, ale – jeśli ktoś dał się ponieść – porywające. Najmniejszych oznak starości w bukiecie. Volnay Santenots 1976, z rocznika nie tak medialnego, cieplejszego miało więcej ciała i miękkości; delikatniejszy charakter Volnay ujawnił się w nim dość mocno, ale też dawały o sobie znać cechy Santenots (premier cru leżącego już w gminie Meursault; powstają tu również wina białe, oznaczane jako meursault), które zbliżają tutejsze wina do pommardów: długość, siła. Trzydziestoczteroletnie wino w świetnej formie, mucha nie siada. Pommard Rugiens 1976 jako jedyne wino miało już zewoluowany bukiet, natomiast usta znakomicie młode; pełniejsze niż jego o dwanaście lat młodszy brat. No i jedyne białe w tym towarzystwie, Meursault Perrières – mineralne jak kopalnia w Wieliczce, bez cienia oksydacji, delikatne i stanowcze zarazem, niestety z leciutką nutą korkową (jak mi się wydawało, nie wszyscy byli zgodni).

Jak to się stało, że wina tak znakomicie zniosły drogę przez czas? Podczas gdy tyle innych burgundów z lat 90-tych cierpi na sklerozę i haluksy? Trudno powiedzieć; jednym z powodów jest na pewno to, że przez trzydzieści niemal lat leżały spokojnie w piwnicy producenta i nie skakały z jednych rąk do drugich jak odpędzane muchy. Czy innym powodem jest to, że wina powstały przed nadejściem nowoczesności, przed prefermentacją na zimno, przed imperatywem odszypułkowania, przed zielonymi zbiorami itd? Nie wiem.

W każdym razie degustowane przy nich trzy burgundy z XXI wieku nie wypadły nadzwyczajnie. GC Corton 2002 od Tollot-Beaut, mimo dobrego rocznika, pustawy; jest w nim siła gron, lecz nie ma wina. Na 87 punktów. GC Charmes-Chambertin 2004 od wielkiego Armanda Rousseau, jednego z czterech filarów boskiej karety w Côte-de-Nuits (Aubert de Vilaine z DRC, Mme Lalou Bise-Leroy z Domaine d’Auvenay, Georges Roumier) nie porwał; wydaje się, że słabości rocznika, braku owoców i aromatów, nie udało się tu przezwyciężyć, choć wino oczywiście bardzo długie, na 90-91; na razie trzeba czekać. Chambolle-Musigny Premier Cru 2000 (grona w większości pochodzą z młodych krzewów GC Musigny) od Comte de Voguë jeszcze za młody, nieco beczkowy; widać rasę i czerpie się przyjemność z krągłości, lecz przewaga drzewa nad owocem każe czekać parę lat lub dać spokój; 89-90 bez uniesienia.

Czy warto zatem czekać na stare burgundy? Nicolas Potel pokazał, że warto. Czy nowocześniejsze, dzisiejsze burgundy dobrze się zestarzeją? Nie wiem, kieruję pytanie do ogródków jordanowskich i innych piaskownic; niech milusińscy odpowiedzą za trzydzieści cztery lata.

A skoro o Potelu mowa, to dodam, że wyszła właśnie w wydawnictwie Znak książka Jean-Yves Potela „Koniec niewinności”; promocja we wtorek wieczór w ŻIH-u. Wbrew tytułowi z winem nie ma to nic wspólnego, choć Jean-Yves, niegdyś attaché kulturalny w Warszawie, lubi się napić, zwłaszcza z Polakami.

Inteligencja degustująca wina z całego świata jest liberalna; niemal każdemu regionowi daje szansę. Czy raczej każdemu regionowi daje szansę, żeby się wykazał swoim alibi. Inteligencja degustująca, a raczej inteligiencja degustująca, albo jeszcze inaczej degustująca jajogłowia, której Ruch Poparcia Burgundów jest jednym z wyższych ucieleśnień, uważa, że co prawda poza Burgundią burgundów się nie spotka, ale może spotkać jego emanacje, których istnienie usprawiedliwa istnienie regionu, gdzie emanacje emanują. I tak alibi dla Sycyli stały się w ostatnich latach odmiany nerello mascalese i nerello cappuccio, czy, szerzej Etna. Wszystko, oby tylko nie nero d’avola, a jak już nero d’avolo, to tylko skumana z frappato w apelacji cerasuolo di vittoria W Portugalii tym alibi dla istnienia tego odległego kraju, alibi dla win z Alentejo i Douro, są wina z Dăo. Bez nich inteligiencja degustująca nie chciałaby zbyt często tu się pojawiać. W Bordeaux alibi Prawemu Brzegowi daje cabernet franc. Jeśli RPB dowie się, że w degustowanym w ślepo saint-émilion czy pomerolu jest dużo franca, doda obiektywnie od razu punkcik lub dwa. Dla Loary takim alibi jest pineau aunis, choć jajogłowy jest na tyle rozumny, że sobie butelki nie kupi; trudno to się pije. Inteligiencja degustująca w Hiszpanii alibi dla istnienia tego kraju widzi (poza paellą) w szczepach bobal i mencía; a przynajmniej udaje, że tylko te są dziś w niej pijalne. I tak dalej.

Ruch Poparcia Burgundów miał ostatnio ciężkie dni. Vosne-Romanée Les Suchots 1999 od Chantal Lescure, którego wielkość pięć lat temu głosił (wraz z dziennikarską Francją) drukiem wszerz i wzdłuż, każąc sobie za to płacić naiwnym ludziom, okazał się wczoraj bezwstydnym winem nowoczesnym; w którym niemal nie było burgunda.. Trzy czwarte butelki trafiło na parapet, gdzie dogorywa wraz z niepodlewaną bazylią. Również Corton Grand Cru 1999 od Guyona nie poderwał myśli do lotu i pióra do metafor. Pierwszego dnia i ciężki, masywny, półzamknięty, mało wdzięczny blok, nazajutrz trochę, ale nie nadmiernie lepszy.

Na szczęście zadziałała polityka alibi. Alibi w postaci wina Palari z Faro, zwane Faro (2006; ma u nas Centrum Wina). Oba nerello i ileś tam odmian lokalnych nie do zapamiętania. RPB kupił sobie kiedyś jedną butelkę dzięki namowom Krzysia D., który przy roczniku 2007 dostał wniebowstąpienia. Niestety dobre, bardzo dobre alibi, panno Sycylio. Owoc o głębi, charakterze i świeżości, które porównać by się chciało dogłębi i świeżości wielkiej La Muntady od Gauby’ego. Plus obróbka cywilizacyjna, przez beczkę – ale pięknie delikatną. I plus oczywiście o wiele większa intensywność: jeśli La Muntada jest innym chambolle-musigny (lub odwrotnie), tak to Faro jest innym gevrey-chambertin (albo odwrotnie). Takiego alibi nawet Chandler by nie wymyślił.