Ludzie

You are currently browsing the archive for the Ludzie category.

O Philippie de Givenchy była już na magazynowych blogach mowa, o nim, o jego malutkim sklepiku w centrum Warszawy, w którym zawsze czekają jakieś otwarte butelki. Philippe nie kryje, że nie jest łatwy. Nie tak dawno temu zaprosiłem do go ursynowskiej Regal, francuskiej ambitnej restauracji, ciekaw byłem jego zdania – przez lata był kucharzem, najpierw u słynnego trójgwiazdkowca Alaina Senderensa, później w knajpie własnej, jednogwiazdkowej. Wykręcał się najpierw, wiesz, jaki jestem, mówił, nieprzyjemnie szczery i trudny, nic mi się nie podoba, lepiej mnie nie zabieraj. Poszedł, to i owo skrytykował, lecz to i owo pochwalił, na szczęście bardzo smakowały mu przegrzebki, których jako Bretończyk nie mógł nie zamówić: najlepsze, jakie jadłem od lat, wyznał i wyszedł raczej zadowolony. Dałem mu wtedy do wyboru dwa wina: madiran Bouscassé Vieilles Vignes Alaina Brumonta i Morgon Marcela Lapierre’a, dwa razy tańszy. Wybrał oczywiście Lapierre’a, gdyż Brumonta kiedyś pił i wydał mu się „sparkeryzowany”, a wina w stylu Lapierre’a – bez beczki, niekiedy bez siarki, interesują go najbardziej.

Istotnie, w jego sklepie tego typu wina przeważają. Przewaga vin de pays, tanich, lecz bardzo długo wybieranych. Przy drzwiach jednego producenta, opowiadał, warował cztery godziny, zanim ten mu w końcu otworzył. Niewiele miał gość do sprzedania, bo prawie wszystko wykupili Japończycy, którzy jakimś psim węchem również go wyniuchali, ale Philippe wyciągnął od niego gamay vin de pays d’ardèche oraz grenache i muszę powiedzieć, że zrobiły na mnie duże wrażenie, zwłaszcza to pierwsze. Philippe ma też z tych okolic bardzo ciekawe, rustykalne, nieortodoksyjne pinot noir, ma też między innymi bardzo dobrą i znaną nadloarską Domaine des Sablonnettes. Tamtejsze chenin robione na sposób jurajski, metodą utlenioną, zwące się Les Murmures (oczywiście bez prawa do apelacji, po prostu vin de table de france) pije się bardzo, bardzo dobrze.

Wspominam wszak o tym po to przede wszystkim, by przytoczyć credo Philippe’a. Mówi on wprost: wolę wino z wadami, które ma osobowość, niż wino bez wad, które jest nikim. To credo światopoglądowe, lecz wyznacza ono styl importu, bardzo mocno sprofilowanego. Wspomniane przed chwilą gamay z pewnością w wielu degustacjach konkursowych mogłoby zostać odrzucone, ale ja je piłem, a właściwie sączyłem, jak rewelację: bo miało coś. Czułem, że dochodzi do spotkania z jakimś smakiem, którego poszukuję; może nie było to spotkanie całkiem wprost, ale pokazywało mi, którędy wiedzie do niego droga. Sporo butelek u Philippe’a to wina, które on nazywa brut de decuvage; innymi słowy wina, które trochę poleżały w kadzi po skończonej fermentacji i usumięciu wytłoczyn, i tyle. Istotnie, wina brutalne, nie poddane żadnej pracy ugładzania; wina, które beczkę widziały co najwyżej w śnie. Wina bękarty, wina kundle, wina dzikie psy wobec rasowych dogów i buldogów.

Powiada się często, że wino najlepiej smakuje jeszcze z kadzi. Czasami mi się wydaje, że to, co dzieje się później, to istotnie proces utraty. Oczywiście nie można sobie wyobrazić win, w niektórych przynajmniej regionach, bez cywilizacyjnej obróbki przez beczkę. Ale nawet te największe, które dzięki beczce po latach stają się arcydzielami – pomyślałem sobie – coś po drodze tracą; zyskują i tracą jednocześnie – tracą ten pierwotny, brutalny smak.

A tymczasem, zagrzebany w brutalności, degustujący nie tak wiele ostatnio burgundów (ale dobrych, domaine Chavy 2008, białe, styl strzelisty, rocznik chyba wielki), Ruch Poparcia Burgundów zanurzył się w lekturze Bruce’a Chatwina i znalazł coś dziwnego. Powieść o zwariowanym praskim kolekcjonerze miśnieńskiej porcelany nazwiskiem Utz dzieje się w Pradze, lecz główny bohater lubi Francję i jej kuchnię. „W dniu, w którym gestapo zabrało go na przesłuchanie, nie mógł się jakoś skoncentrować na myśleniu o śmierci czy deportacji; myślał jedynie o pewnym daniu z zielonej fasolki, jakie podano mu w Prowansji, w restauracji przy wąskiej, białej drodze”.

Już po wojnie Utz trafia do Vichy, gdzie studiuje przewodnik gastronomiczny. Czyta w nim między innymi o „trudnym do zdobycia Château Grillet, o którym mówią, że smakuje kwieciem winogron i migdałami – i zachowuje się jakm młoda, rozkapryszona dama”. Wreszcie Utz sam udaje się do restuaracji. Zamawia dania, podchodzi kelner z kartą win:

„Et comme vin, Monsieur?

- Co by mi pan zaproponował?

Kelner zajmujący się winem wziął Utza za ignoranta i wskazał na dwa najdroższe wina w karcie: Montrachet i Clos Morgeot.

- A czy macie Château Grillet?

- Nie, Monsieur.

- Trudno – powiedział Utz potulnie – niech mi pan coś wybierze”.

Jasny gwint, skąd ten Clos Morgeot? Aż tak drogi? Dopiero po czasie zaczęło mi świtać, że chodzi o premier cru z gminy Chassagne-Montrachet. Ale zwie się owe premier cru tylko Morgeot, nie Clos Morgeot. Morgeot obejmuje aż 55 ha, wewnątrz niego są inne premier cru, które mogą mieć własne nazwy, na ogół występują jednak jako Morgeot. Co prawda wewnątrz tego cru zdarzają się clos, jak Clos Pitois czy Clos Chareau, wreszcie Tête du Clos czy Les Grands Clos, ale z Clos Morgeot w literaturze się nie spotkałem. W dalekiej, dziewiętnastowiecznej przeszłości wino z Morgeot, pisane jeszcze jako Morjot, cieszyło się dużą renomą; dzisiaj nie uchodzi już bynajmniej za jakiś szczyt burgundzkiej możliwości. Jednak dzięki Chatwickowi zaczęło mi się nagle wydawać czymś niezwykłym i zaczynam sobie wyobrażać, że istniało – bo może istniało? – niezwykłe wino Clos Morgeot, na poziomie Montracheta, i już zaczynam, jak każdy młody i rozkapryszony, o nim marzyć, bo o niczym nie marzy się tak dobrze, jako o czymś, czego nie ma.

Tags: , , , ,

Od kolegów redakcyjnych dostałem w prezencie koszulkę z napisem: „Głosowałem na Torresa Mas del Plana”. Doprawdy ją lubię; zakładam ją czasem, żeby rozweselić ludzi, sąsiadka na jej widok nieomal spadła ze schodów („nie, tylko nie ty”, szepnęła), listonosz dostał spazmów od rechotu, piekarz chichocze się, jak tylko przekraczam próg w biegu po kajzerkę… Mas La Plana… ja nie mogę… prycha, dokładając razowego. No cóż, muszę ponieść karę za tak dyskretne ujawnienie mojej wpadki podczas degustacji Grand Prix. Choć, szczerze mówiąc, nadmiernie się nie wstydzę, wśród świeżo otworzonych, niezdekantowanych win Torres był dla mnie jedynym winem, w którym owoc zdołał przedrzeć się przez beczkę.

Ale parę dni temu pomyślałem, że właściwie mógłbym podobną koszulkę przygotować i ofiarować tym, którzy w tymże konkursie nie głosowali na chablis od Christiana Moreau. „Nie głosowałem na Chablis Les Clos”, dla jednych S, dla innych M, co kto woli, L i XL bodaj w tym towarzystwie nie ma.. Degustowałem Les Clos ponownie w większym gronie Popierających Burgunda; wszystkich uwiodło nazdwyczajnie – choć było doprawdy wiele dobrych win. I dwa okrzyczone sauvignon: pouilly-fumé 2008 Dagueneau, które piliśmy in memoriam (pierwszy rocznik winifikowany już przez syna) oraz Sancerre les Monts Damnés od P. Cotat, i świetne, świetne Chassagne Montrachet Les Enceignères 2007 od J-C.Bachelet (z parcelki, która leży bezpośrednio pod Bâtard-Montrachet, choć nie klasyfikowanej nawet jako premier cru), i bardzo dobre chardonnay Cuvée Juline od Ganevat (Jura), nie mówiąc o Chablis 2008 Dauvissata (dla mnie piękne wino), i Les Vaillons 2009 również od Moreau. Wiele imion ma chardonnay we Francji. Ale tamtego wieczoru Les Clos było ponad wszystko.

Jednak nie tylko o nim w związku z tym wieczorem chciałem mówić. Na koniec był Zind-Humbrecht (wieczór przed Wigilią, wszystkie wina białe), 2004, rocznik ciekawy, ale bardzo mało win słodkich. Ze swej słynnej parceli Clos Saint-Urbain wchodzącej w skład GC Rangen de Thann Olivier Zind-Humbrecht zrobił wina wytrawne; piliśmy Pinot Gris. Bez cukru resztkowego, 16% alkoholu. Po raz kolejny przyszło się zmierzyć z tym winem, po raz kolejny zdziwić się wysokością alkoholu – ukrytego jak skarb templariuszy (typowano od 11 do 14%) i po raz kolejny zadumać nad trudnością tego wina oraz, od razu, nad stanem sztuki w późnej ponowczesności. Ktoś słusznie zauważył, że ze względu na skrajną intensywność nie jest to wino przyjemne, nie jest to właściwie wina do picia. Doprowadzając owoc do fantastycznej dojrzałości (dojrzałości, nie przejrzałości), wyciągając z wulkanicznych gleb Rangen, jak się wydaje, wszystko, co można, Zind stworzył wino właściwie bardziej do powieszenia w muzeum niż do spożycia w domu. To dzieło kogoś (mówiliśmy sobie), kto doszedł do kresu drogi twórczej; wykorzystując cały swój warsztat, całe swoje doświadczenie, zbudował coś, co wieńczy artystyczne doświadczenie i przy okazji wieńczy sposób ekspresji – dalej pójść nie można.

Przypomniała mi się niedawno widziana wystawa Pete Mondriana. Najpierw „normalny” okres figuralny, później stan pośredni (może najbardziej atrakcyjny dla widza) między figurą a abstrakcją, później słynny kolorowe linie i kwadraty, zwieńczenie tego malarstwa, osiągnięcie własnego maksimum. Czy skojarzenie z literaturą, z Joyce’m oczywiście, a później z innymi pisarzami, którzy doszli do radykalności (proza bez przecinków itd). No i myśl o Cage’u, o tej jego parominutowej ciszy.

Wino Zinda była wspaniałe i nieznośne, wielkie i niedotykalne, nagie i nie do wzięcia, obecne jak cholera i zarazem nie bardzo do picia. Po godzinie zaczęło się może lekko przystosowywać do świata, łagodnieć, ale problem pozostał. W nowym roczniku Olivier Zind-Humbrecht zapowiada zresztą nową manierę swych win. Ruch Poparcia Burgundów życzy jemu i nam wszystkim odwagi i dalszej inwencji. I dużo takich butelek jak Les Clos 2008 Christiana Moreau.

Tags: , , ,

Kadzie stalowe stały się modne w latach 80-tych. W Bordeaux wprowadził je słynny profesor Peynaud, który miał bzika na punkcie higieny. Gdy został sławą, skrytykował w tv degustowane w ciemno wino, które wychwalał wcześniej. Nie należy być prorokiem we własnym kraju. Mniej więcej w tym czasie przestały być modne kadzie betonowe. O ile stal wygrała zdecydowanie wojnę w materii win białych (aczkolwiek wielcy winiarze indywidualiści rzadko jej używają), o tyle w materii win czerwonych jest coraz bardziej kontestowana. Beton wraca i nie mówię o przesunięciach personalnych w SLD. Wraca – albo jest odkurzany: ci, którzy go w piwnicach wstydliwie pozostawili, bo nie mieli pieniądzy na inoxowe blaski, teraz mówią z dumą jak towarzysz Moczar: beton, tylko beton. O ile się nie mylę, najdłużej – bo ok. 20-25 lat – starzone jest w betonie słynne sauternes z Château Gillette. Tu się myśli jeszcze kategoriami wojny stuletniej. Najbardziej w betonie podoba mi się to, że cechuje go „bezwładność termiczna”. Wszyscy to podkreślają, mało kto rozumie. Kiedyś to była wada, teraz zaleta.

Skoro o betonie i stali mowa, trafiła się okazja do porównań. Na prośbę www.101win.pl, które wyraźnie sponsorują ten blog, degustowałem wina dwóch nowych w portfolio producentów piemonckich. Część win jest w sprzedaży, pozostałe, zapewnia Marek Popielski, zostały zamówione, ale z nim nigdy nie wiadomo. Dwie posiadłości, dwie bajki. Jedna mała, wszystko od pracy na winnicy po eksport robione tymi ręcami, pana Silvano Rigo, który przyjechał wina przedstawiać: parcele poza Barolo, w użyciu głównie stal i stare barriques, ambicje na miarę możliwości, dość tanio. Oraz – jeden z najlepszych twórców barolo wedle Wojtka Bońkowskiego – spora posiadłość w La Morra, Aurelo Settimo; na zaproszenie importera przybyła pani Laura Cagnazzo. W użyciu beton i botti; wina już droższe i znane. Dwa dobre, a może nawet bardzo dobre strzały Popielskiego. Z jednej strony szczodre, proste i stanowcze wina w niezłych cenach – stal zdaje się wyciągać na wierzch czysty owoc; z drugiej wina zakrojone na większą skalę, nieco siebie niepewne, ale głębsze (beton? nie beton?), aspirujące do najwyższej ligi.Podane ceny to górny limit, ma być taniej.

Rigo:

Chardonnay Langhe 2009, bez znaczenia, ale przyjemny, średnia waga, bez bâtonnage. 84pkt; 40 zł.

Dolcetto 2009, prosty, soczysty owoc, nieco zielonych, niedojrzałych nut i suche garbniki, ale doznanie soczystości bierze górę 84; 40 zł,

Dolcetto Vigneta Piadvenza 2009, duża różnica, wino starzone bez użycia drzewa, soczyste, ale z większą jakością owocu, również nieco suche w końcówce, ale duża frajda 86; 50 zł,

Barbera d’Alba 2009, podobny profil, ale garbniki bardziej miękkie, „mokre”. Wino najbliższe sercu z całej degustacji. 87+, 50 zł. Dobra cena.

Nebbiolo d’Alba 2007, tutejszy hit, alkohol wysoki 14,5%, ale niewyczuwalny, drzewo niewyczuwalne, soczystość typowa dla stylu domu, wdzięk, średnia koncentracja, minimalnie suche garbniki. Można wypić od razu butelkę. 86/7, 70 zł

Barbera d’Alba Superiore 2007 – tutaj 30% nowej beczki (austriackiej), drzewo i alkohol 14,5% wtopione, ale gorszy smak owocu, bardziej likierowego, przetworzonego. Nie ma uroku win poprzednich. 85+.

Settimo:

Dolcetto 2008, tylko 12%, winnica w obrębie Barolo, duża koncentracja, lekkie nuty zwierzęce, ciekawa wersja odmiany, ale nie ma takiej potoczystości jak Vigneta Piadvenza od Rigo 86; 60 zł,

Barolo 2006, dwa lata w botti. Mocne, bardzo taniczne w tej fazie, aromatycznie jeszcze nie ustawione, ale nos intensywny, dużo materii, trzeba dać mu czas. 88+?; 150 zł,

Barolo 2005, bukiet cichszy, nieco nut chlorofilowych przy całej dość szczodrej owocowości, przyjemne, krągłe, dość eleganckie, na pół gwizdka. 87; 150 zł.

Barolo Rocche 2006. Typowe aromaty smolisto-asfaltowe, jagody, nieco nut zwierzęcych, które mi przeszkadzają, duża zmienność aromatów i smaków, bukiet momentami porywający, koncentracja, lecz i pełny oddech; niejednoznaczne, wielogłosowe, ciekawe. Szalenie podobało się Krzysztofowi Dobryłce. 92?; 200 zł,

Barolo Rocche 2005. Już do picia, mniejsza ekspresja, ale też łatwiejsze w interpretacji, lżejsze, więcej nut mlecznych, mniej urokliwych. 88; 200 zł.

Sześć win

I drugie zaproszenie: na degustacje drugiego pakietu w projekcie 6win.pl. 189 zł + transport. Tym razem sześć czerwonych.

Vingiocondo, Campania IGT – Typowe wino stołowe, i tylko jako takie może być rozpatrywane – lekkie, z charakterem, które nadaje na ogół aglianico, w końcu jedna z ciekawszych odmian włoskich. Co nie zmienia faktu, że degustowane solo ujawnia obok owocu niedojrzałe nuty zielone przy metalicznym finiszu. – 79/80.

Baccalit 2008, Terazze Retiche di Sondrio, Conti Sertoli Salis – Wino zadziorne, uroczy, elegancki bukiet; dobra równowaga przy niezbyt dużej materii i dość mocno eksponowanych garbnikach. Niełatwe, północne wino, ale dla tych, którzy lubią styl burgundów lub tradycyjnych win piemonckich ciekawe. Dla mnie najciekawsze w tym zestawie. 85

Villa des Anges Cabernet Sauvignon 2009, Vin de pays d’Oc, J.M.de Ginestous – Na tym przykładzie można zrozumieć, co znaczy „parkeryzacja”. Parker dał mu 89 pkt. Nowy Świat w Langwedocji, za duży ekstrakt, za duża słodycz, przy ogólnie dobrej równowadze. Bardzo atrakcyjne, sprawne i cwane; musi się podobać, ale ja nie chciałbym tego pić. 82/3

Poggio del Ginestre 2009, Montepulciano d’Abruzzo, Cantine Fertiga – Poprawne wino bez większej indywidualności, ale dużo czystego, nieco ostrego w końcówce owocu, jak ktoś lubi taki naturalny, chłopski styl montepulciano – osobiście lubię – będzie zadowolony. 84

Crianza 2007 Rioja, Castroviejo. – Bliższa riojy nowoczesnej niż tradycyjnej; sporo owocu obtoczonego jednak czekoladowymi posmakami od beczki; dość duża koncentracja, w swoim stylu (do mnie nie przemawia) więcej niż poprawne, może się podobać 83/4

Seigneur du Carri 2007 Ventoux, Vignerons de Canteperdrix. Dość potężne wino w bardzo dobrym roczniku, bardzo południowe w stylu, ale z dobrą kwasowością i ładnym bukietem. Zgrabne proste wino z Rodanu. 84

Zestaw w całości na 83/4, mniej subtelny i ciekawy od poprzedniego, w dobrej cenie, stawiający raczej na mocniejsze, zdecydowane, ale odmienne, w większości dobrze zrobione wina, na ogół z lokalnych odmian, co jest zaletą wyboru.

Ktoś mi przysłał widokówkę.

Aż przystanałem, gdy wyjąłem kartkę ze skrzynki pocztowej. Po pierwsze, dlatego że kartka pocztowa, kto jeszcze przysyła widokówki? Po drugie, że taka piękna – wyspa Waiheke w całej okazałości, uwodzicielska jak pejzaże w powieściach podróżniczych. Po trzecie, po raz pierwszy dostałem widokówkę z winiarni. Podpisane: Pani Sarah Fogarty z posiadłości Man O’War.

Co za nazwy! Fascynujące samym dźwiękiem; gdy WineUnited i p. Piotr Wyszomirski zapraszał na spotkanie z Sarah i winami z wyspy, poleciałem dla samej przyjemności lingwistycznej. No i dla pewnego wina, o którym głośno. Waiheke to wyspa leżąca w pobliżu Auckland; płynie się promem tyle mniej więcej, ile pisze się jeden odcinek bloga. Nie, nie cztery miesiące. Wyspa nie należała do głośnych miejsc winiarskich, no ale przyszła moda na syrah, dla której wulkaniczne gleby, dość wysoko położone wzórza, są tu korzystniejsze, niż gdzie indziej w Nowej Zelandii; są obiecujące perspektywy. Więc właśnie dla syrah przybiegłem, zwanego Dreadnought.

Wcześniej był Sauvignon Blanc 2009; wulkaniczny popiół – chce się wierzyć – daje winu interesującą aromatyczną głębię. Reszta krągła, dość obfita przy umiarkowanym alkoholu, dobre; 86+

Valhalla Chardonnay 2009 – atrakcyjne, nie bez głębszych nut, ale przepalone jednak beczką 84/85. ok 65 zł

Man O’War Rose 2009 100% merlota, nieistotne 82.

Merlot-Cabernet Franc 2008 Ładny bukiet i ładny owoc, pije się z przyjemnością, jednak wino nieco płaskie 85

No i Syrah Dreadnought 2008. U Parkera 91, w Decanterze 18/20, u Bieńka nieco mniej, ale kto to jest Bieniek? Alkohol dobrze wtopiony, wyższa kwasowość niż w poprzednim, lepiej układająca wino, nieprzesadne w materii, ale dość obfite, jeszcze z posmakami beczki, za miękkie jak na moją wizję syrah, bardzo dobre wszak wino. 88; ok 90 zł.

Nie piłem flagowego Ironclad (kupaż bordoski opiewany przez Spurriera), bo byłem termicznie bezwładny. Ale to tylko 35 godzin lotu; w niedzielę wracam.

Z powodów pozawiniarskich musiałem wrócić dziś na chwilę do Alberta Camusa, odpocząć od butelek, i oczywiście od razu wpadłem w sidła wina. Wyrzuć coś oknem, a wleci drzwiami. Do Camusa mam raczej uczucia nostalgiczne niż gorące, pisałem o nim magisterkę, nie mając wówczas pojęcia, że główny bohater Obcego zamiast kojarzyć się z egzystencjalizmem i trudną tożsamością, połączy się z Burgundią i znajdzie zasłużone miejsce w archiwum Ruchu Poparcia Burgundów. Z jednego rzecz jasna powodu: nazwiska.

Nigdy nie udało mi się do końca przebadać, dlaczego Camus wybrał dla swego bohatera to nazwisko, Mersault. Ani dlaczego do niewydanej za jego życia pierwszej powieści, Szczęśliwa śmierć, wprowadził, jeśli pamięć mnie nie zawodzi, prototyp tegoż, nazwany jeszcze lepiej: Meursault. Czy uwiodła go nazwa wina (i wioski)? Czy pisząc, miał akurat na stole butelkę meursault i, szukając nazwiska dla bohatera, spojrzał przypadkiem na etykietkę? I tak już – Meursault – zostało, tyle że później, w Obcym, wycofał jedną samogłoskę.

Kiedy zaczynałem się winem interesować, a dokładniej kiedy zaczynałem sią interesować Burgundią, tę jedną nazwą wina znałem więc na pamięć, w końcu byłem magistrem od Me(u)rsault. Bardzo mi się podobało wymawiać „meursault” i podoba mi się do dzisiaj; to bodaj moja ulubiona do wymowy burgundzka apelacja. Podobało mi sę tak bardzo, że pierwszym burgundem, jaki sobie kupiłem, za dobre sto franków francuskich, był właśnie meursault.

Tyle że czerwony. Jak widać, moja wiedza o burgundach była jednak bardzo niska: zacząłem od jakiegoś dziwoląga, kupiłem meursault, lecz nie białe! Strzeliłem byka, którego pamiętam i żałuję do dziś, sto franków francuskich, no jednak! Co za byk, co za fatalny błąd założycielski dla późniejszego pasjonata burgundów!

Więc owszem, istnieje czerwone meursault, lecz kto o nim pamięta? W 2006: 475 hl zabutelkowanych jako village i nawet 160 jako premier cru. Podczas gdy białego meursault 18000 hl. Czerwone meursault nie ma znaczenia i nikogo nie obchodzi. Pamiętam, że zaniosłem Mojego Pierwszego Burgunda do mojego greckiego przyjaciela w Paryżu, Lakisa, który drogich win nie pija i tłumaczyłem mu, co za wspaniałość – burgunda za 100 franków !! – przytargałem. Kiwał głową, zszedł w rozmowie na literaturę.

Mimo założycielskiej wpadki miłość do meursault – już sam nie wiem: do wina bardziej, czy do słowa – pozostała. W literaturze podręcznikowej przytacza się słynne powiedzenie kardynała de Bernisa, który żądał meursault do odprawienia mszy, gdyż nie chciał, by Pan Najwyższy widział na jego twarzy grymas; niezła przypowieść. Albo wyjaśnia się pochodzenie nazw niektórych climat i premier cru: Les Gouttes d’Or (Złote Krople) mówią o kolorze wina po latach; Les Bouchères (Bouche Chère, czyli Drogie Usta) o cenie wina. Mnie zawsze bawiła nazwa Les Clous Dessous, czyli, dosłownie, Gwoździe Pod Spodem. Słowem, wino dla fakira.

Chciałem nawet otworzyć dzisiaj jakąś butelkę meursault, żeby rzeczywistość wtargnęła na tę stronę, żeby Pan nie widział, jak się krzywię, ale mam anginę i nie czuję nic. Pozostał mi na dziś wieczór Camus i Mersault. Zaraz pójdzie na plażę (jeśli ktoś pamięta) i będzie strzelał.

Tags: ,

Kici, kici, Vin de France

Zachowuje się jak młoda kotka w mieszkaniu, gdzie nie lubią kotów. Któż taki? Francja, moja czy nie moja słodka Francja. Tak bardzo chce się podobać; być jak inni, do ludzi wyjść, polepszyć swój trudny charakter, pozwolić się zrozumieć. Tak bardzo chce być w swym winiarskim nazewnictwie „czytelna” (cytuję oficjalne dokumenty), tak bardzo nie chce być już „nie do rozszyfrowania”, „nie do pojęcia” i tak bardzo pragnie „wzmocnić wagę marki”.

Więc stało się, napiłem się pierwszego Vin de France. Za 17 zł w Leclercu, nazwa własna wina (białego) Saint-Martin, apelacja: Vin de France. Kto, z czym, gdzie, kiedy wino zrobił – nie wiadomo; na kontryetykiecie literkami równie dobrze widocznymi jak mrówki na ziemi: Val d’Orbieu, czyli największa spółdzielnia we Francji. Wino na 75 pkt, no, ale tanie. Przeżycie wszak duże, gdyż wkraczamy w nowę erę – nową erę określeń. Na razie, do 2011, trwa okres przejściowy, można tak, można siak. Po 2011 znika AOC, pojawia się Apellation d’Origine Protégée; znikają Vin de Pays, na ich miejsce pojawia sią (pierwsze butelki w Warszawie już są) IGP, Indication Géographique Protégée, z wyszczególnionym miejscem pochodzenia (tutaj producent może ewentualnie sobie vin de pays de..dopisać), lub, jeśli nie chce się wskazywać na region pochodzenia lub znosić wizyt kontrolerów, Vin de France. Czyli kategoria, do której będą również trafiały dotychczasowe Vin de Table. Wina w kategorii Vin de France nie będą miały żadnego wyszczególnienia goegraficznego, będzie można w nich mieszać wszelkie odmiany z różnych roczników. I to słowo, święte słowo Ludwika XI i Monteskiusza, Wiktora Hugo i Franciszka Rabelais – słowo „Francja” zamiast „de table” – wybrano, żeby ludek konsumencki , francuski i zwłaszcza obcy, pożądał i kupował. Vin de France. Gaża jakości, równości i braterstwa. France jako zlewki za parę groszy.

Biedna słodko-gorzka Francja. Tańcząca kankana, udając, że to jest punkowski wygibas czy inny pogo dance. Myśląca naiwnie, że jak znikną pisane wołami albo zejdą na drugi plan vin de pays z etykietek, coś się zmieni, ułatwi, jankes kupi więcej, szkop się rzuci jak wilk na Czerwonego Kapturka. Biedna staro-młoda Francja usiłująca się zreformować, pójść za Brukselą, żonglująca słówkami, dłubiąca w nazwach apelacji jak czterej pancerni w zębach, a w istocie wbijająca sobie gwoździe w trumnę. Rozedrgana, tracąca kontrolę nad własnymi klasyfikacjami (jak w Saint-Emilion). I jaka sprytna, szczwana geografka, Chardonnay Grand Sud, coś takiego widziałem, Grand Sud na wzór South Australia. Słowem, Ruch Poparcia Burgundów nie ma większej wiary w tę reformę, uważa te podmianki za pozbawione większego sensu i instaluje się – jest już nas sześciu, nawet ktoś z Krakowa – w okopach św. Trójcy; w których będzie się melancholizował i czytał „Ostatniego Burgunda”, znaną powieść James Fenimore Coopera. Tymczasem, dla poprawy humoru zakupił za 26 zł w Leclercu Bourgogne Aligoté 2009 od Antoine Barrier (zrobione przez spółdzielnię Vignerons de Buxy). Nie poprawił humoru; wino śpiące, zamaskowane cukrem (78 pkt). Króla Aligoté, czyli Auberta de Vilaine z jego winem z Bouzeron (jest w 101win.pl), nie będzie łatwo zdetronizować. RPB chwycił się ostatniej szansy wieczoru, kupił w cukierni Grycana ciastko zwane „Burgundia”, 18 złoty za kg, i tu kwasowość okazała się za mała, co za pech.

Siedem grzechów głównych i jedna główna rola

Vin de France i de Table to zmartwienia maluczkich, patrzmy, jak bawią się wielcy. Jak bawi się mój ulubiony Michel Rolland, zalatany enolog. Merlot nie starczył, Michel R jak każdy marzy o kinie. O ciut innej roli niż ta w „Mondovino”. Może już o tym na stronie MW pisano. Ale chętnie powtórzę, bo lubię bić w ten sam worek: ten wielki i niedoceniony aktor gra główną rolę w filmie „Droga wina” (ach, co za tytuł, The Way… szkoda, że Sinatra już tego nie zaśpiewa). Fabuła aż razi oczy oryginalnością. Oto słynny sommelier Charlie Artuarola traci smak tuż przed wielką degustacją, lecz w zamian spróbuje odzyskać sens życia. Życzymy Charlie wszystkiego dobrego, polecamy lekturę Coelho, gdzie sens można odszukać najszybciej i skoro mowa o lekturze, sięgamy na półkę i ku naszemu zdumieniu wpadamy na znajome nazwisko MR. Oto nowy komiks francuski „Siedem grzechów głównych Roberta Parkera”; autorzy Simmat i Berkovici. Obok Boba występuje w nim właśnie Michel Rolland, jeszcze przed utratą smaku, a także ojciec garażystów Jean-Luc Thunevin, pan doktor Alain Reynaud (były właściciel m.in Château Quinault l’Enclos; to prawdopodobnie od znajomości z doktorem zaczęła się degrengolada parkerowskich ocen), importer Jeffrey Davis, waleczna sekreterka Hanna Agostini, która kiedyś napisała o Bobie donosicielską książkę.

Pipolyzacja wina idzie nieustraszenie do przodu. Będzie coraz bardziej pożądana tam, gdzie różnice między winami luksusowymi a Vin de France sięgać będą tysięcy euro. Wina luksusowe potrzebują luksusowych ludzi; euro potrzebuje euro. Ruch Poparcia Burgundów nie pójdzie na film z Rollandem. Chyba że incognito.

Michel Rolland ma półoficjalnego wroga-rywala: Denisa Dubourdieu. O ile najsłynniejszy dzisiaj nalatany enolog, Derenencourt, oficjalnie raczej się wobec swego konkurenta nigdy nie dystansował, o tyle profesor Dubourdieu daje do zrozumienia. Kiedy przed paru laty – jego sława ograniczała się wówczas do Bordeaux – udało mi się złożyć mu wizytę, byłem świeżo po odwiedzinach w medokańskich châteaux, gdzie porad udzielał Rolland. Profesor kręcił nosem, mikroutlenienie do cabernet sauvignon, słabo to widzę, do merlota niewiele lepiej. A w niedawnym wywiadzie coś takiego rzecze: „Mam dosyć skoncentrowanych bomb sztucznie starzonych przez użycie tlenu (….) Coraz dłuższe stoły sortownicze, kadzie wypełniane wyłącznie grawitacyjnie, magiczna formuła mikrooksydacji – po to, by zdobyć kilka punktów więcej podczas degustacji en primeur. Za tą <<nadtechnologią>> w piwnicy kryje się <<podkultura>> na winnicy”. „Więcej tlenu”, wrzeszczy w „Mondovino” znany aktor Rolland. A profesor na to: „mniej, mniej tlenu”. W wywiadzie pada też pytanie: czy udaje mu się podczas doradzania uwolnić od ego właściciela, żądającego win natychmiast efektownych? Odpowiada: tak, mam opracowaną nową strategię: psychoenologię. Czy nasz psychoenolog, dzisiaj również rozchwytywany wylatany enolog, zostanie kiedyś gwiazdą filmową? RPB już pisze scenariusz. Scena pierwsza: właściciel wielkiego château podczas gry w golfa traci smak.