Technologia

You are currently browsing the archive for the Technologia category.

O Philippie de Givenchy była już na magazynowych blogach mowa, o nim, o jego malutkim sklepiku w centrum Warszawy, w którym zawsze czekają jakieś otwarte butelki. Philippe nie kryje, że nie jest łatwy. Nie tak dawno temu zaprosiłem do go ursynowskiej Regal, francuskiej ambitnej restauracji, ciekaw byłem jego zdania – przez lata był kucharzem, najpierw u słynnego trójgwiazdkowca Alaina Senderensa, później w knajpie własnej, jednogwiazdkowej. Wykręcał się najpierw, wiesz, jaki jestem, mówił, nieprzyjemnie szczery i trudny, nic mi się nie podoba, lepiej mnie nie zabieraj. Poszedł, to i owo skrytykował, lecz to i owo pochwalił, na szczęście bardzo smakowały mu przegrzebki, których jako Bretończyk nie mógł nie zamówić: najlepsze, jakie jadłem od lat, wyznał i wyszedł raczej zadowolony. Dałem mu wtedy do wyboru dwa wina: madiran Bouscassé Vieilles Vignes Alaina Brumonta i Morgon Marcela Lapierre’a, dwa razy tańszy. Wybrał oczywiście Lapierre’a, gdyż Brumonta kiedyś pił i wydał mu się „sparkeryzowany”, a wina w stylu Lapierre’a – bez beczki, niekiedy bez siarki, interesują go najbardziej.

Istotnie, w jego sklepie tego typu wina przeważają. Przewaga vin de pays, tanich, lecz bardzo długo wybieranych. Przy drzwiach jednego producenta, opowiadał, warował cztery godziny, zanim ten mu w końcu otworzył. Niewiele miał gość do sprzedania, bo prawie wszystko wykupili Japończycy, którzy jakimś psim węchem również go wyniuchali, ale Philippe wyciągnął od niego gamay vin de pays d’ardèche oraz grenache i muszę powiedzieć, że zrobiły na mnie duże wrażenie, zwłaszcza to pierwsze. Philippe ma też z tych okolic bardzo ciekawe, rustykalne, nieortodoksyjne pinot noir, ma też między innymi bardzo dobrą i znaną nadloarską Domaine des Sablonnettes. Tamtejsze chenin robione na sposób jurajski, metodą utlenioną, zwące się Les Murmures (oczywiście bez prawa do apelacji, po prostu vin de table de france) pije się bardzo, bardzo dobrze.

Wspominam wszak o tym po to przede wszystkim, by przytoczyć credo Philippe’a. Mówi on wprost: wolę wino z wadami, które ma osobowość, niż wino bez wad, które jest nikim. To credo światopoglądowe, lecz wyznacza ono styl importu, bardzo mocno sprofilowanego. Wspomniane przed chwilą gamay z pewnością w wielu degustacjach konkursowych mogłoby zostać odrzucone, ale ja je piłem, a właściwie sączyłem, jak rewelację: bo miało coś. Czułem, że dochodzi do spotkania z jakimś smakiem, którego poszukuję; może nie było to spotkanie całkiem wprost, ale pokazywało mi, którędy wiedzie do niego droga. Sporo butelek u Philippe’a to wina, które on nazywa brut de decuvage; innymi słowy wina, które trochę poleżały w kadzi po skończonej fermentacji i usumięciu wytłoczyn, i tyle. Istotnie, wina brutalne, nie poddane żadnej pracy ugładzania; wina, które beczkę widziały co najwyżej w śnie. Wina bękarty, wina kundle, wina dzikie psy wobec rasowych dogów i buldogów.

Powiada się często, że wino najlepiej smakuje jeszcze z kadzi. Czasami mi się wydaje, że to, co dzieje się później, to istotnie proces utraty. Oczywiście nie można sobie wyobrazić win, w niektórych przynajmniej regionach, bez cywilizacyjnej obróbki przez beczkę. Ale nawet te największe, które dzięki beczce po latach stają się arcydzielami – pomyślałem sobie – coś po drodze tracą; zyskują i tracą jednocześnie – tracą ten pierwotny, brutalny smak.

A tymczasem, zagrzebany w brutalności, degustujący nie tak wiele ostatnio burgundów (ale dobrych, domaine Chavy 2008, białe, styl strzelisty, rocznik chyba wielki), Ruch Poparcia Burgundów zanurzył się w lekturze Bruce’a Chatwina i znalazł coś dziwnego. Powieść o zwariowanym praskim kolekcjonerze miśnieńskiej porcelany nazwiskiem Utz dzieje się w Pradze, lecz główny bohater lubi Francję i jej kuchnię. „W dniu, w którym gestapo zabrało go na przesłuchanie, nie mógł się jakoś skoncentrować na myśleniu o śmierci czy deportacji; myślał jedynie o pewnym daniu z zielonej fasolki, jakie podano mu w Prowansji, w restauracji przy wąskiej, białej drodze”.

Już po wojnie Utz trafia do Vichy, gdzie studiuje przewodnik gastronomiczny. Czyta w nim między innymi o „trudnym do zdobycia Château Grillet, o którym mówią, że smakuje kwieciem winogron i migdałami – i zachowuje się jakm młoda, rozkapryszona dama”. Wreszcie Utz sam udaje się do restuaracji. Zamawia dania, podchodzi kelner z kartą win:

„Et comme vin, Monsieur?

- Co by mi pan zaproponował?

Kelner zajmujący się winem wziął Utza za ignoranta i wskazał na dwa najdroższe wina w karcie: Montrachet i Clos Morgeot.

- A czy macie Château Grillet?

- Nie, Monsieur.

- Trudno – powiedział Utz potulnie – niech mi pan coś wybierze”.

Jasny gwint, skąd ten Clos Morgeot? Aż tak drogi? Dopiero po czasie zaczęło mi świtać, że chodzi o premier cru z gminy Chassagne-Montrachet. Ale zwie się owe premier cru tylko Morgeot, nie Clos Morgeot. Morgeot obejmuje aż 55 ha, wewnątrz niego są inne premier cru, które mogą mieć własne nazwy, na ogół występują jednak jako Morgeot. Co prawda wewnątrz tego cru zdarzają się clos, jak Clos Pitois czy Clos Chareau, wreszcie Tête du Clos czy Les Grands Clos, ale z Clos Morgeot w literaturze się nie spotkałem. W dalekiej, dziewiętnastowiecznej przeszłości wino z Morgeot, pisane jeszcze jako Morjot, cieszyło się dużą renomą; dzisiaj nie uchodzi już bynajmniej za jakiś szczyt burgundzkiej możliwości. Jednak dzięki Chatwickowi zaczęło mi się nagle wydawać czymś niezwykłym i zaczynam sobie wyobrażać, że istniało – bo może istniało? – niezwykłe wino Clos Morgeot, na poziomie Montracheta, i już zaczynam, jak każdy młody i rozkapryszony, o nim marzyć, bo o niczym nie marzy się tak dobrze, jako o czymś, czego nie ma.

Tags: , , , ,

Ruch Poparcia Burgundów, wysłany do Paryża przez masonów RP, dotarł, nie tracąc czasu na podziwianie Katedry Notre-Dame, do nowego sklepu pana Bruno Quenioux, który przez wiele lat zarządzał winami w słynnym sklepie w Galeries Lafayette i wprowadzał tam masowo wina ekologiczne, w tym wina swojego brata z nadloarskiej Domaine du Veilloux, którą kiedyś zachwycił się nawet bloger Wojtek, a teraz otworzył, tenże Bruno, małą piwnicę Philovino w piątej dzielnicy, z winami (wybór staranny, lecz niezbyt duży) wyłącznie eko i biodynamo. Adres: 33, rue Claude Bernard. Ceny: dość wysokie. Dygresja: ceny w Paryżu zwariowały, zwłaszcza na wina, o których się wie; taniej kupować we francuskich sklepach w Berlinie. Atmosfera: przednia, jeśli da się pogadać. Wino skosztowane na miejscu: Beaujolais Nouveau od Jean-Paul Bruna z domaine Terres Dorées. Producent występuje w pewnym przewodniku. Znaki szczególne wina: nie smakuje jak beuajolais nouveau. Drugie znaki szczególne: smakuje jak dobre beaujolais, bez banana i landrynki. Trzecie znaki szczególne: pochodzi ono z kadzi nadzorowanej przez samego Bruno Quenioux. Kolejne znaki szczególne: J-P. Brun uważa, że jest to najlepsza kadź i najlepsze beaujolais nouveau w tym roku, lepsze niż to, które zrobił sam. Przyszła pani, madame gruba, po kolejne butelki – mówię o tym, gdyż wciąż tam kolejną gdzinę sterczałem – bo już od przedwczoraj wypoiła z żigolakami dwanaście. Nadawała by się jako model dla fotografa czeskiego Saudka. Domyślacie się, o czym mówię, a jak nie, to sięgnijcie po nową książkę Mariusza Szczygła Zrób sobie raj. Najepiej sięgając jednocześnie po kieliszek wymienionego lub okolicznego wina, ale na sucho też jest dobrze.

Dlaczego takie dobre i inne, niet banana, niet landrynki? – pytam wytwórcę i właściciela sklepu. Bo 21 dni w kadzi bez maceracji węglowej. Bo to jest, proszę pana z Polski, prawdziwe beaujolais czyli burgund. Jak niegdyś bywało. Niegdyś, czyli w czasach, gdy nie stosowano maceracji węglowej, którą wymyślili faceci w krawatach i białych fartuchach na ulicy obok, w tym instytucie ze szklaną ścianą. I która zabija wino w winie, dając powierzchniowe aromaty i likwidując mineralność. I dalej długo przemawiał Bruno o swoim sprzeciwie wobec maceracji węglowej, która nie pozwala enzymom zawartym w gronach się rozwinąć i wyzwolić mineralność. Bo mineralność, proszę pan z Polski, się ujawnia dopiero w kadzi, jeśli ktoś chce ją uwolnić, a nie w smaku gron: wszystkie, czy to z Morgon, czy z Givvry czy z Volany na polu smakują tak samo. Pytam o Marcela Lapierre’a, w końcu winiarza sławnego dla niepokornych i bardzo bardzo eko i bio. – Nie – kiwa Bruno głową i cmoka, nie i nie. Nigdy nie brałem od niego win, bo ta maceracja węglowa. Tylko Château des Jacques od Jadota nie stosuje węglowej, bo też u Jadota wiedzą, że beaujolais to burgund, tylko lepszy (no, nie gorszy) jak niegdyś uważano. I, owszem pigeage (tu długi wywód o tym, czym jest naprawdę pigeage, a nie jest bynajmniej instrumentem ekstrakcji), lecz nigdy węglowa.

Tak to zatem wygląda w tej nowej pieczarze u Bruno, od wtorku do soboty, jeśli wpadniecie na niego, i się dogadacie co do zasad, szybko z piwnicy nie wyjdziecie; Bruno opowiada jak natchniony, uśmiech nie schodzi mu z ust, ale kiedy zaczyna się wydawać, że wykłada magię, przechodzi na szczegóły chemiczne, a w tym jest bardzo mocny. Długo nie zapomnę jego wykładu o tym, czym jest finisz win prawdziwie mineralnych. Szybko zatem ze sklepu nie wyjdziecie, co jest oczywiście podstawowym celem chodzenia po sklepach, gdyż nie może być żadnym celem korzystanie z internetu przy zakupach (oczywiście też korzystam), internetu, który będąc naszym przyjacielem, jest też niejako wrogiem nas wszystkich, pogodnym alfonsem, ole i amen.

Tags: , ,

Wspomniałem ostatnio o moim idolu, Georgesie Roumier, którego chambolle-musigny wydało mi się cudne, jeszcze bardziej niż kosztowane kilka lat temu, cudne, cudowne, ACH, bo zawsze trzeba sobie wyobrażać „coś więcej”, choćby i z przesadą, a tu spotykam Erica z Kalifornii, który jest wine directorem (takim który nie tylko doradza klientowi, lecz układa kartę) w dużej i znanej włoskiej restauracji Donato, CA. Eric, Francuz z pochodzenia, opowiada, że zanim zaczął pracować w restauracji, był winemakerem w jednej z bardziej znanych posiadłości kalifornijskich, w której powstawały pinot noir i chardonnay. Nie chce powiedzieć w jakiej, natomiast dość dokładnie mówi o sposobie produkcji: bardzo późny zbiór, grona w stanie gotowym (śmieje się) do produkcji amarone. Do kadzi wraz z gronami trafiało parę enzymów i woda, która rozcieńczała sok i obniżała alkohol. Półtora roku później – dodaje Eric – 97 punktów w Wine Spectatorze. A Musigny Roumiera – znowu się śmieje – 92 punkty. What the hell… zaczyna następne zdanie i znowu się śmieje. W każdym razie Eric szybko zrozumiał, że w Kalifornii nie da się naśladować, z różnych względów, od terroir po sposoby produkcji, Roumiera, i rzucił całą tę zabawę w czorty. Bo był rok w Burgundii, widział i pokochał Roumiera, i stwierdził, że poza Burgundią sam nie będzie już niczego winifikował, a w Burgundii nie ma to szans. Więc koniec z piwnicą, teraz doradza klientom, co wziąć pod T-Bone. Dostał honorową legitymację Ruchu Poparcia Burgunda.

Jakie wino doradza? Myślę, że nie jest to Tormaresca, wino z posiadłości Antinorich w Apulii. Powiem od razu: dawno takiego wieczoru nie przeżyłem. Zbierało się przez cały dzień, Amerykanie głodni, Amerykanie zmęczeni, Amerykanie by chcieli coś innego, wyjść na miasto, a tu stanęły przed nimi w pięknej sali wina Tormaresca z primitivo, negroamaro i innych; wśród nich trebicchierowate Boca di Lupe Bocca di Lupo. Jedne podobne do drugich jak krople wody. Zagdakane przez drzewo, wykastrowane z garbników, coś nagle Jankesów – a było ich paru – wzięło. Jak nie zaczną krzyczeć jeden przez drugiego, jak nie zaczną narzekać, wypominać, a za nimi nagle ośmieleni włoscy dziennikarze – widziałem różne krytyki w obecności producentów wina, lecz takiej ostrej jeszcze nigdy. No barrique! No barrique! No barrique! Jeszcze chwila i wszyscy byśmy się chwycili za ręce i zatańczyli rewolucyjnego oberka wokół Boca di Lupi i próbującego się uśmiechać miłego Przedstawiciela; miałem wrażenie, że nagle na wierzch wypłynęło całe dziennikarskie stłumienie, wszystkie te przemilczenia, wszystkie te myśli chowane do środka, by nikogo nie obrazić. A później, w ramach ciosu ostatecznego, coup de grâce, w Złotej Księdze, gdzie obok nazwiska widniała rubryka do wpisania ulubionego wina wieczoru, wszyscy jak jeden mąż wpisali taniutkie, leciutkie, przeznaczone do picia w niskiej temperaturze, niemal różowe w kolorze negroamoro zwane Fichimori. Też wpisałem; człowiek nie zna litości.

Jeszcze do tego wieczoru wrócę, ale mając go wciąż przed oczyma dziś, pamiętając tę nagłą erupcję uczuć, miałbym ochotę powiedzieć – na wzór Joanny Szczepkowskiej oznajmiającej w pamiętnym czerwcu 1989, że komunizm właśnie umarł w Polsce – barrique is dead. Barrique is dead w listopadzie 2010 roku.

A kiedy tak myślę o tamtych słowach Joanny Szczepkowskiej i o moich Amerykanach, przypomina mi się jeszcze inny wieczór sprzed ponad trzydziestu lat, we Wrocławiu, podczas spotkania teatrów otwartych (dziś się mówi alternatywnych). Przyszła wiadomość, że umarł dyktaror Franco, co usłyszawszy, na stół zastawiony śledziem i wódką wskoczyła gruba Amerykanka z jakimś dziadkiem w kowbojskim kapeluszu, który grał na drumli, a panna otyła rytmicznie podskakiwała, unosząc ponad śledzie swoje 120 kilo i melorecytowała: I am so glad, Franco is dead.

W apuliańskiej winiarni śpiewałaby: I am so glad, barrique is dead i nad jej głową unosiłyby się białe, żółte i pastelowe gołębie.

Tags: , ,

Kadzie stalowe stały się modne w latach 80-tych. W Bordeaux wprowadził je słynny profesor Peynaud, który miał bzika na punkcie higieny. Gdy został sławą, skrytykował w tv degustowane w ciemno wino, które wychwalał wcześniej. Nie należy być prorokiem we własnym kraju. Mniej więcej w tym czasie przestały być modne kadzie betonowe. O ile stal wygrała zdecydowanie wojnę w materii win białych (aczkolwiek wielcy winiarze indywidualiści rzadko jej używają), o tyle w materii win czerwonych jest coraz bardziej kontestowana. Beton wraca i nie mówię o przesunięciach personalnych w SLD. Wraca – albo jest odkurzany: ci, którzy go w piwnicach wstydliwie pozostawili, bo nie mieli pieniądzy na inoxowe blaski, teraz mówią z dumą jak towarzysz Moczar: beton, tylko beton. O ile się nie mylę, najdłużej – bo ok. 20-25 lat – starzone jest w betonie słynne sauternes z Château Gillette. Tu się myśli jeszcze kategoriami wojny stuletniej. Najbardziej w betonie podoba mi się to, że cechuje go „bezwładność termiczna”. Wszyscy to podkreślają, mało kto rozumie. Kiedyś to była wada, teraz zaleta.

Skoro o betonie i stali mowa, trafiła się okazja do porównań. Na prośbę www.101win.pl, które wyraźnie sponsorują ten blog, degustowałem wina dwóch nowych w portfolio producentów piemonckich. Część win jest w sprzedaży, pozostałe, zapewnia Marek Popielski, zostały zamówione, ale z nim nigdy nie wiadomo. Dwie posiadłości, dwie bajki. Jedna mała, wszystko od pracy na winnicy po eksport robione tymi ręcami, pana Silvano Rigo, który przyjechał wina przedstawiać: parcele poza Barolo, w użyciu głównie stal i stare barriques, ambicje na miarę możliwości, dość tanio. Oraz – jeden z najlepszych twórców barolo wedle Wojtka Bońkowskiego – spora posiadłość w La Morra, Aurelo Settimo; na zaproszenie importera przybyła pani Laura Cagnazzo. W użyciu beton i botti; wina już droższe i znane. Dwa dobre, a może nawet bardzo dobre strzały Popielskiego. Z jednej strony szczodre, proste i stanowcze wina w niezłych cenach – stal zdaje się wyciągać na wierzch czysty owoc; z drugiej wina zakrojone na większą skalę, nieco siebie niepewne, ale głębsze (beton? nie beton?), aspirujące do najwyższej ligi.Podane ceny to górny limit, ma być taniej.

Rigo:

Chardonnay Langhe 2009, bez znaczenia, ale przyjemny, średnia waga, bez bâtonnage. 84pkt; 40 zł.

Dolcetto 2009, prosty, soczysty owoc, nieco zielonych, niedojrzałych nut i suche garbniki, ale doznanie soczystości bierze górę 84; 40 zł,

Dolcetto Vigneta Piadvenza 2009, duża różnica, wino starzone bez użycia drzewa, soczyste, ale z większą jakością owocu, również nieco suche w końcówce, ale duża frajda 86; 50 zł,

Barbera d’Alba 2009, podobny profil, ale garbniki bardziej miękkie, „mokre”. Wino najbliższe sercu z całej degustacji. 87+, 50 zł. Dobra cena.

Nebbiolo d’Alba 2007, tutejszy hit, alkohol wysoki 14,5%, ale niewyczuwalny, drzewo niewyczuwalne, soczystość typowa dla stylu domu, wdzięk, średnia koncentracja, minimalnie suche garbniki. Można wypić od razu butelkę. 86/7, 70 zł

Barbera d’Alba Superiore 2007 – tutaj 30% nowej beczki (austriackiej), drzewo i alkohol 14,5% wtopione, ale gorszy smak owocu, bardziej likierowego, przetworzonego. Nie ma uroku win poprzednich. 85+.

Settimo:

Dolcetto 2008, tylko 12%, winnica w obrębie Barolo, duża koncentracja, lekkie nuty zwierzęce, ciekawa wersja odmiany, ale nie ma takiej potoczystości jak Vigneta Piadvenza od Rigo 86; 60 zł,

Barolo 2006, dwa lata w botti. Mocne, bardzo taniczne w tej fazie, aromatycznie jeszcze nie ustawione, ale nos intensywny, dużo materii, trzeba dać mu czas. 88+?; 150 zł,

Barolo 2005, bukiet cichszy, nieco nut chlorofilowych przy całej dość szczodrej owocowości, przyjemne, krągłe, dość eleganckie, na pół gwizdka. 87; 150 zł.

Barolo Rocche 2006. Typowe aromaty smolisto-asfaltowe, jagody, nieco nut zwierzęcych, które mi przeszkadzają, duża zmienność aromatów i smaków, bukiet momentami porywający, koncentracja, lecz i pełny oddech; niejednoznaczne, wielogłosowe, ciekawe. Szalenie podobało się Krzysztofowi Dobryłce. 92?; 200 zł,

Barolo Rocche 2005. Już do picia, mniejsza ekspresja, ale też łatwiejsze w interpretacji, lżejsze, więcej nut mlecznych, mniej urokliwych. 88; 200 zł.

Sześć win

I drugie zaproszenie: na degustacje drugiego pakietu w projekcie 6win.pl. 189 zł + transport. Tym razem sześć czerwonych.

Vingiocondo, Campania IGT – Typowe wino stołowe, i tylko jako takie może być rozpatrywane – lekkie, z charakterem, które nadaje na ogół aglianico, w końcu jedna z ciekawszych odmian włoskich. Co nie zmienia faktu, że degustowane solo ujawnia obok owocu niedojrzałe nuty zielone przy metalicznym finiszu. – 79/80.

Baccalit 2008, Terazze Retiche di Sondrio, Conti Sertoli Salis – Wino zadziorne, uroczy, elegancki bukiet; dobra równowaga przy niezbyt dużej materii i dość mocno eksponowanych garbnikach. Niełatwe, północne wino, ale dla tych, którzy lubią styl burgundów lub tradycyjnych win piemonckich ciekawe. Dla mnie najciekawsze w tym zestawie. 85

Villa des Anges Cabernet Sauvignon 2009, Vin de pays d’Oc, J.M.de Ginestous – Na tym przykładzie można zrozumieć, co znaczy „parkeryzacja”. Parker dał mu 89 pkt. Nowy Świat w Langwedocji, za duży ekstrakt, za duża słodycz, przy ogólnie dobrej równowadze. Bardzo atrakcyjne, sprawne i cwane; musi się podobać, ale ja nie chciałbym tego pić. 82/3

Poggio del Ginestre 2009, Montepulciano d’Abruzzo, Cantine Fertiga – Poprawne wino bez większej indywidualności, ale dużo czystego, nieco ostrego w końcówce owocu, jak ktoś lubi taki naturalny, chłopski styl montepulciano – osobiście lubię – będzie zadowolony. 84

Crianza 2007 Rioja, Castroviejo. – Bliższa riojy nowoczesnej niż tradycyjnej; sporo owocu obtoczonego jednak czekoladowymi posmakami od beczki; dość duża koncentracja, w swoim stylu (do mnie nie przemawia) więcej niż poprawne, może się podobać 83/4

Seigneur du Carri 2007 Ventoux, Vignerons de Canteperdrix. Dość potężne wino w bardzo dobrym roczniku, bardzo południowe w stylu, ale z dobrą kwasowością i ładnym bukietem. Zgrabne proste wino z Rodanu. 84

Zestaw w całości na 83/4, mniej subtelny i ciekawy od poprzedniego, w dobrej cenie, stawiający raczej na mocniejsze, zdecydowane, ale odmienne, w większości dobrze zrobione wina, na ogół z lokalnych odmian, co jest zaletą wyboru.

Ktoś mi przysłał widokówkę.

Aż przystanałem, gdy wyjąłem kartkę ze skrzynki pocztowej. Po pierwsze, dlatego że kartka pocztowa, kto jeszcze przysyła widokówki? Po drugie, że taka piękna – wyspa Waiheke w całej okazałości, uwodzicielska jak pejzaże w powieściach podróżniczych. Po trzecie, po raz pierwszy dostałem widokówkę z winiarni. Podpisane: Pani Sarah Fogarty z posiadłości Man O’War.

Co za nazwy! Fascynujące samym dźwiękiem; gdy WineUnited i p. Piotr Wyszomirski zapraszał na spotkanie z Sarah i winami z wyspy, poleciałem dla samej przyjemności lingwistycznej. No i dla pewnego wina, o którym głośno. Waiheke to wyspa leżąca w pobliżu Auckland; płynie się promem tyle mniej więcej, ile pisze się jeden odcinek bloga. Nie, nie cztery miesiące. Wyspa nie należała do głośnych miejsc winiarskich, no ale przyszła moda na syrah, dla której wulkaniczne gleby, dość wysoko położone wzórza, są tu korzystniejsze, niż gdzie indziej w Nowej Zelandii; są obiecujące perspektywy. Więc właśnie dla syrah przybiegłem, zwanego Dreadnought.

Wcześniej był Sauvignon Blanc 2009; wulkaniczny popiół – chce się wierzyć – daje winu interesującą aromatyczną głębię. Reszta krągła, dość obfita przy umiarkowanym alkoholu, dobre; 86+

Valhalla Chardonnay 2009 – atrakcyjne, nie bez głębszych nut, ale przepalone jednak beczką 84/85. ok 65 zł

Man O’War Rose 2009 100% merlota, nieistotne 82.

Merlot-Cabernet Franc 2008 Ładny bukiet i ładny owoc, pije się z przyjemnością, jednak wino nieco płaskie 85

No i Syrah Dreadnought 2008. U Parkera 91, w Decanterze 18/20, u Bieńka nieco mniej, ale kto to jest Bieniek? Alkohol dobrze wtopiony, wyższa kwasowość niż w poprzednim, lepiej układająca wino, nieprzesadne w materii, ale dość obfite, jeszcze z posmakami beczki, za miękkie jak na moją wizję syrah, bardzo dobre wszak wino. 88; ok 90 zł.

Nie piłem flagowego Ironclad (kupaż bordoski opiewany przez Spurriera), bo byłem termicznie bezwładny. Ale to tylko 35 godzin lotu; w niedzielę wracam.