17 sierpnia 2010     19:21

Ochota na Rodan

Jeden z wielkich cytatów mego winiarskiego życia spłynął spod pióra Andrew Jefforda: W dziedzinie prostych, nieozdobnych, przepysznych i w najwyższym stopniu pijalnych win czerwonych, właściwie żadne miejsce na świecie nie może równać się z Côtes du Rhône. Ten cytat chodzi za mną od lat i determinuje moje zakupy i oceny w większym stopniu niż smak jakiegokolwiek wina.

Obrazek rodański. Znana spółdzielnia A.D. 2004.

Podążam wciąż wzdłuż Jeffordowskiego Rodanu, bo coś w tym cytacie obudziło głęboko skrywaną tęsknotę nie tylko za winem „prostym, nieozdobnym”, ale przede wszystkim za smakowym światem Côtes du Rhône, owym dziwnym pomieszaniem owocu i mięsa, popołudnia i nocy, gorąca i świeżości. Od dawna odczuwam nienasycony apetyt na czołowy szczep Doliny Rodanu – Grenache, tego wioskowego głupka wyszydzanego na prawo i lewo, który z wszelkich opresji wychodzi nietknięty i swą wiarą i szczerością zaraża w końcu zepsute zbytkiem tłumy „konsumentów”.

Tęsknię nie tylko za Côtes du Rhône transcendentnymi w rodzaju Domaine de la Réméjeanne (to w fiszce tego producenta w Jeffordowskiej The New France pada przytoczony cytat), L’Oratoire Saint-Martin, La Soumade, Gourt de Mautens, Gramenon (które w Polsce i tak możemy sobie pooglądać przez szybę zagranicznej wycieczki lub internetu), lecz także za tymi prostymi, ozdobnymi tylko w smak świeżej maliny i śródziemnomorskiej garrigue, tymi zwyczajnie soczystymi, bez tzw. głębi i struktury, ale kryjącymi w sobie twardą pestkę garbnika i kwasu, na które we francuszczyźnie istnieje cudny i nie tak łatwo do przetłumaczenia epitet vineux.

Z tej tęsknoty wybrałem się po Warszawie szukać rodańskiego smaku. Zaoptarywany przez francuskiego buyera Makro Cash & Carry powinno opływać w tę najważniejszą francuską apelację, ale nie opływa. Z trzech dostępnych tu etykiet zmierzyłem się z najtańszą – po prostu Côtes du Rhône 2008 ze spółdzielni Union des Vignerons des Côtes du Rhône (znanej też jako Cellier des Dauphins, która w siermiężnych latach 1990. miała nawet swój kantorek w straszącym dziś swym blaszanym trupem ruderze w Pasażu Wiecha). To wino jest bledziutkie, ciut już zmęczone w wieku lat dwóch, chude, kościste, rozwodnione, kwaśnawe, ale styl apelacji jest zachowany i przy jedzeniu rzecz dostarcza minimalnej przyjemności – a przede wszystkim ma tę „winną” pestkę, która nas telepatycznie łączy z milionami bezrefleksyjnie pijących autochtonów. Za 16 zł to właściwie wystarczy.

29 zł trzeba zapłacić za Les Gardettes 2007 z miłego mikrosklepu Folky na ul. Długiej. To nie Côtes du Rhône, tylko vin de pays du Gard, czyli najprostsze, deklasowane wino całkiem dobrej posiadłości Château de Montfaucon. Spotkałem jej przemiłych właścicieli pewnego wieczoru w Awinionie w 2004 (ślad w Winach Europy 2005) i przez parę lat pamiętałem malinowo-garrigowy smak ich win, ale potem zapomniałem; za przypomnienie dziękuję miłym państwu z Folky. Tu udane wino, szczupłe, proste, zarazem ciepłe, ze szczodrym alkoholem prawdziwego Południa; w mięsisto-pieprznych smakach czuć od razu, że Grenache oddało tu pola innym szczepom z Syrah na czele.

W Grand Cru za 37 zł wyposażymy w Côtes du Rhône La Font Louisiane 2007 z Cave de Gigondas. Wydało mi się to dość dużo jak na taniutkie wino butelkowe ze spółdzielni (i cena francuska jest znacznie niższa), ale w naszych warunkach to pyszne wino jest warte swych pieniędzy. Fantastycznie szczere, intensywne, typowe smaki Grenache, dobrze obrazujące paradoks tego szczepu: są i gorące, śródziemnomorskie, i świeżo-malinowo-soczyste. Kwasowości i leciutkich bezbeczkowych garbników jest akurat tyle, co trzeba. Butelka na długo nie starcza. Jefford miał rację.

Ostatni przystanek na trasie mojego Rhône crawl zawiódł mnie do składu win 4 Senses na ul. Bema. Wśród wielu dobrych i dobrze znanych flaszek uwagę od razu zwróciły nieznane z Coteaux du Tricastin. Gdy dawno temu w XX wieku uczyłem się wina, ta leżąca w środku niczego apelacja była mocnym kandydatem do tytułu najgorszej we Francji. I choć wiele zrobiła dla poprawy jakości, do dziś nie może pozbyć się dolnopółkowego stygmatu, a na dodatek musiała zmienić nazwę. Na polskiej niwie usiłują ją wylansować tajemniczy winomani pod ksywą Winni Czarodzieje. Dzięki nim z zera etykiet Tricastin dostępnych w Polsce skoczyliśmy do 17! Z pewnością ciekawym winem jest Domaine des Rosier Rouge Plaisir 2007 (46 zł). Bezbeczkowy kupaż Grenache, Syrah i nawet Viognier jest ambitnie skrojony, intensywny, truskawkowy od Grenache, pieprzny od Syrah, ale też ciekawie lawendowe; usta mimo pozornej lekkości ciągną się w ustach długo i soczyście. Wino zachowuje beztroską, promienną estetykę Côtes du Rhône, przez co można mu wybaczyć spory alkohol i cokolwiek wysoką cenę (w Polsce).

Od organizowanego przez nas panelu win rodańskich minęły ponad dwa lata. W tamtej degustacji wygrał rodzynek od wybitnego producenta Châteauneuf. Dziś jest wyraźnie lepiej, choć jeszcze nie tak dobrze, byśmy bez żalu myśleli o Côtes du Rhône jako najlepszej apelacji na świecie dla swych przepysznych, arcypijalnych win.

Czytaj więcej →

9 sierpnia 2010     22:30

Transparentność

Nie, nie wstałem dziś lewą nogą. Nie pokłóciłem się z żoną, awaria Windowsa nie pożarła mi pisanego od tygodnia poematu o Wachau. Ogólnie rzecz biorąc nie jestem dziś uprzedzony do świata, ale rozzłościł mnie materiał Uwolnić bąbelki, który w ramach winnej akcji edukacyjnej ukazał się w Wysokich Obcasach, a wczoraj także na Gazeta.pl.

Agnieszka Kręglicka i Marek Kondrat siedzą oto przy stole i do rozmaitego jadła polecają pasujące wina. Działalność ze wszech miar godna pochwały, szczególnie w naszym półdzikim kraju, gdzie w gros restauracji z kuchnią polską dostępne są głównie wina chilijskie, a w jednym z droższych krakowskich lokali dwóch panów na moich oczach do przepiórki obalało 0,75 litra Finlandii.

Uwielbiam Agnieszkę Kręglicką, szanuję i cenię Marka Kondrata za autentyczną winiarską pasję i osobiste ciepło. Ich edukacyjnym wysiłkom w wysokonakładowym dodatku mogę tylko przyklasnąć. Z tezami artykułu zgadzam się w 85%. Ja też do szynki parmeńskiej i pistacji ubóstwiam Prosecco. Do sałaty z polędwicą wołową też podałbym beczkowe Chardonnay. Mając przed sobą otwartą butelkę Riojy joven, jedynej nadziei na przeżycie tak samo jak Kręglicka i Kondrat upatrywałbym w jagnięcych kotlecikach. Winem najważniejszym przy stole z pewnością jest Pinot Noir (i Riesling). A stwierdzenie Marka Kondrata, że Butelkę należy otworzyć, wina się napić i wyobrazić sobie, co będzie do niego pasować, uważam co prawda za nieco naiwne (gdyby tak było, niepotrzebni byliby sommelierzy, bo wyobraźnią dysponujemy wszyscy), ale na potrzeby lidu w wysokonakładowym dodatku uznaję i taką hiperbolę.  Brut Antica Quercia to pyszne Prosecco w bardzo dobrej cenie 39 zł, a Botalcura El Delirio Blanco Reserva to jak wszystkie rzeczy z tej chilijskiej winiarni naprawdę smakowite wino.

Problem w tym, że wszystkie te wina sprzedaje w swojej sieci sklepów Marek Kondrat. I nie jest to nigdzie napisane w cytowanym tu artykule. Ani na początku, ani na końcu nie dowiadujemy się, że do polecanych dań polecanymi winami są tylko wina z firmy współautora degustacji. Czy to w porządku? Na pewno nie. Czytelnik ma prawo wiedzieć, czy czytany artykuł jest w stu procentach kryształowo rzetelny, czy też nosi znamiona kryptoreklamy i konfliktu interesów. Czy spełnia faktyczne zadanie prasy konsumenckiej – wskazywania czytelnikowi najciekawszych propozycji z bezkresu komercyjnej oferty – czy też tego konsumenta delikatnie kieruje tylko w określone kierunki.

Dawniej takie kwestie regulowała etyka dziennikarska. Dziś nie ma jej wśród nas, a rewolucja cyfrowa i rewolucja marketingowa tworzą dziwne konstelacje, w których coraz trudniej połapać się przeciętnemu zjadaczowi chleba. Czy jeśli autor prywatnego bloga otrzymuje w dożywotnie użytkowanie od międzynarodowego konglomeratu laptopa i następnie wysławia jego funkcjonalne zalety, mamy do czynienia z rzetelną recenzją? Czy krytyk winiarski brzmi wiarygodnie, jeśli w opisywanej posiadłości spędził wakacje z całą rodziną i odjechał do domu z pełnym bagażnikiem? Czy krytyk filmowy powinien krytykowany film obejrzeć na bezpłatnym pokazie prasowym, czy sam zapłacić na bilet i stać w kolejce razem z tzw. resztą społeczeństwa?

Na niektóre z tych pytań nie mam odpowiedzi i sam jestem w kropce. Na pewno jednak czytelnika wypada traktować poważnie. Jeśli kolację w La Tour d’Argent jemy na zaproszenie właściciela, napiszmy to wprost. Gdy warsztaty łączenia win z potrawami sponsoruje jeden z polskich importerów, jasna informacja o tym w stopce (nagłówku, lidzie, przypisie) tak jak każde uczciwe działanie może spotkać się tylko z aprobatą. W innym razie traktujemy czytelnika jak idiotę. Taka strategia ma w polskim winopisarstwie długą tradycję; stosowali ją polecający wina tylko z własnego ogródka, a zarazem występujący w przebraniu „ekspertów” Jan Bernard Porowski i Tomasz Kolecki-Majewicz. Ciemny lud i tak to kupi?

Agnieszka Kręglicka i inni goście w czasie warsztatów kulinarnych Magazynu WINO. W poszukiwaniu najlepszych połączeń winiarskich jedliśmy na koszt Restauracji Piąta Ćwiartka. / fot. Ola Lazar/Gastronauci.pl.

4 sierpnia 2010     21:40

Regularność

Po zeszłorocznej notce, w której dałem wyraz entuzjazmowi dla win dolnośląskiej Winnicy Jaworek, upłynął prawie dokładnie rok. Kilkakrotnie próbowane w tym czasie (w Krakowie i na Gali Magazynu WINO) potwierdzały swą klasę – zaintrygował mnie szczególnie Pinot Noir 2008 oraz świetnie zabeczkowane Chardonnay–Auxerrois 2008.

Teraz producent przysłał cztery wina z nowego rocznika 2009 na panel Magazynu WINO – zatem degustowane były w ciemno bez taryfy ulgowej dla swej „polskości”. Gwoli prawdy nie potrzebowały jej, bo wypadły świetnie. Jakość win z 2008 jak widać nie była przypadkiem (a był to wszak trudny rocznik) i w kolejnym, szczodrzejszym roku dojrzewające w dobrych warunkach Miękini winogrona oraz winifikacyjny talent Piotra Stopczyńskiego złożyły się na kolejny sukces. (Stopczyński w Winnicach Jaworek już nie pracuje, w 2010 r. będzie nadzorował produkcję m.in. w Winnicy Pałacu Mierzęcin).

To o tyle ważne, że regularnie „dowiezienie” jakości wina do butelki było dotąd i często pozostaje jednym z dużych problemów polskich producentów. Jackowi Boguszowi z podwarszawskich Łomianek wyszedł onegdaj dobry Gołubok 2005 – lecz od tej pory z jego butelkami więcej miałem kłopotów niż przyjemności. Winnica Pod Dębem w 2004 i 2007 zrobiła jedno z moich ulubionych Rond – ale rocznik 2005 kompletnie się nie udał. Z Winnicy Miłosz Krzysztofa Fedorowicza (prowadzącego dobry winiarski blog) jedne wina podobają mi się nad wyraz (Pinot Noir 2006 i Pinot Blanc 2008), a inne w ogóle (zielony Alibernet 2008 czy dziwaczny Devin 2007). Wina polskie starzone często w szklanych gąsiorach (ilości i fundusze są zbyt małe, aby opłacał się zakup większych stalowych kadzi, lecz w takich pojemnikach wino jest mniej stabilne), butelkowane ręcznie (linia do butelkowania to wydatek kilkunastu tysięcy euro), a stabilizacja i siarkowanie wina wymagają umiejętności i wprawy, których naszym winiarzom często brakuje.

U Jaworka tych problemów nie ma. To wina komercyjne pełną gębą, które w tym roku po raz kolejny mogą śmiało konkurować na naszym rynku z butelkami nie tylko z Czech, ale i Węgier, Austrii czy Francji. Pinot Noir Rosé 2009 w nieformalnym panelu tuzina win różowych uplasował się na zaszczytnym drugim miejscu; smakował mi bardziej niż trzy różowe etykiety Tamása Dúzsiego z Szekszárdu i bordoskie klarety. Jedyne znaki zapytania to wyczuwalne 9 g cukru i cena 46 zł. Drogi (52 zł) jest też Pinot Gris 2009, ale to najlepsze wino z degustowanej czwórki i naprawdę wielki polski sukces – świetny balans cukrowo-kwasowy i dobre smaki jabłka, melona i masła. Cukier resztkowy jest wyraźny w aromatycznym, typowym i bardzo pijalnym Traminerze 2009, który kosztuje z kolei tylko 36 zł i jest ich wart. Riesling 2009 to wino z gatunku „kontrowersyjnych” – cokolwiek zielone i kwaśne (5 g cukru to tutaj może za mało, choć alkoholu jest tylko 11%), a ponadto niezbyt aromatyczne – lecz przy swej strukturze i mineralności ma szansę się rozwinąć. To była naprawdę udana degustacja – z niecierpliwością czekam na wina starzone w beczkach, w tym tak udany w 2008 Pinot Noir.

Czytaj więcej →

19 lipca 2010     19:45

W domu u bratanków

W ciągu trzech godzin, które z drużynie Magazynu WINO spędziłem tydzień temu w winiarni St. Andrea w Egerze, przez salkę degustacyjną przewinęło się dwadzieścioro Polaków. Średni wydatek na flaszki oscylował wokół 200 zł. Na uliczkach Egeru i ścieżkach Doliny Pięknej Pani, gdzie w 48 piwnicach można raczyć się Bikavérem i półsłodkim Debrői Hárslevelű, słychać częściej polszczyznę niż język węgierski. W całym mieście nie spotkałem restauracji, która nie miałaby menu w naszej gwarze.

40% odwiedzających lipcowe Święto Wina w Egerze to Polacy.

Wzięliśmy Eger szturmem; gdyby nie polskie zakupy, kondycja regionu, borykającego się z węgierskim kryzysem budżetowym i mizernym eksportem, byłaby jeszcze gorsza. Nie trzeba lepszego pretekstu, by tu przyjechać i napełnić bagażniki egerskim winem. Nie tylko półsłodkim Debrő po 500 forintów flaszka, ale całkiem poważnymi winami białymi i czerwonymi – dobre i bardzo dobre oceny w naszych degustacjach przyznawaliśmy butelkom kosztującym niekiedy zaledwie 1200–1500 ft.

Wśród win znanych w Polsce klasę potwierdziła wspomniana St. Andrea, a jej podstawowe białe Napbor 2008 jest do wzięcia za 1950 ft. (w tym tygodniu jedna złotówka to 70 forintów). To żaden codzienny sikacz, a wino pełną gębą, starzone w beczkach, które można na trzy–cztery lata odłożyć. Podstawowe Pinot Noir 2007 – jedna z lepszych na Węgrzech realizacji tego szczepu – odda się za 2400 ft.

Za chwilę to winko pojedzie do Bielska-Białej.

Królami życia pozwala nam się poczuć Vilmos Thummerer, oferujący za głupie 970 ft. nieprawdopodobnie pyszne w tej cenie Bertram Cuvée 2006, a także zupełnie wystarczającą do codziennych celów Királyleánykę 2009 za 1250 ft. Csaba Demeter w wielu swoich winach idzie na komercyjną łatwiznę, ale jego dwa ciekawe wina różowe Siller ½8 2009 i Egri Rosé 2009 piłbym chętnie co dzień – zwłaszcza za 1390 ft. A Ferenc Csutorás obok superskoncentrowanych, megadojrzałych i arcyalkoholowych win czarnych proponuje również normalne czerwone Nagyanyag 2008 za 1700 ft. i chyba najlepszą Leánykę jaką piłem w życiu – Lyukalatti 2008 – za 1300 ft.

Jak widać, w Egerze sporo pijąca i winem zainteresowana rodzina nie wyda dziennie więcej na wino niż 50 zł. Restauracje i gospody są tu również bardzo tanie, kociołek gulaszu lub ryba z patelni kosztują tyle, ile w Warszawie mizeria. Nic dziwnego, że wzięliśmy Eger szturmem; czekam jeszcze tylko na stoisko z ciupagami i aktualne wydanie Wyborczej i Naszego Dziennika w kiosku. To sprawa roku, najwyżej dwóch.

Aktualne notowania czołowych węgierskich etykiet (za litr).

12 lipca 2010     12:00

Fałszywe okazje

Szeroko rozniosła się wieść gminna po stolicy, że jeden z supermarketów w ramach „promocji” win włoskich sprzedaje m.in. Barolo po 30 zł. Italianofil we mnie nie mógł zignorować tej sensacyjnej wieści. Na jeden dzień porzuciłem platynową kartę Almy i senatorski, 80-procentowy rabat w La Passion du Vin i wybrałem się na eksplorację winiarskich półek Biedronki.

Popularny sieciowy „Owad” cieszy się od paru lat wielkim powodzeniem wśród tych winomanów, którzy nade wszystko cenią sobie niskie ceny. Poza bliźniaczym Lidlem żaden sklep nie oferuje bowiem win gronowych z importu po 9,99 zł. W Biedronce są to przy tym nierzadko wina pijalne i przyzwoite, głównie dzięki zaopatrzeniu we flaszki iberyjskie (matką tej sieci jest portugalski gigant Jerónimo Martins) – a nie od dziś wiadomo, że w Europie to właśnie w Portugalii i gdzieniegdzie w Hiszpanii można wciąż kupić całkiem dobre wino po 2€ za butelkę.

Innym magnesem, który może do Biedronki przyciągać winomana, jest często zmieniający się asortyment w ramach miesięcznych promocji. Dzięki temu te cokolwiek przemysłowe flaszki znikają z oferty, zanim zdążą nam się znudzić. Do 27. lipca mamy czas zainteresować się winami włoskimi. Klasyki winnej Italii – od Valpolicelli i Soave po Chianti i Frascati – zachęcają oprócz swych znanych nazw cenami w zasadzie nieprzekraczającymi 15 zł. Nic, tylko brać skrzynkami.

Nie oczekujmy jednak smakowych iluminacji. Z jakością jest słabo, najwyżej przyzwoicie. Orvieto Borgo Cipressi 2009 (9,99 zł) jest skandalicznie niedobre, ma posmak wody z brudnego węża ogrodowego i nie powinno było nigdy otrzymać apelacji DOC Orvieto ani żadnej innej. Soave Corte Viola (9,99 zł, rocznika brak) nie budzi skojarzeń z wężem, ale też z niczym innym; składa się z wody, alkoholu, kwasu i mglistych nut owocowych, tak perfekcyjnie żadnawych, że w angielszczyźnie ukuto na nie świetny termin white-winey. To jednak niezła propozycja, gdy wina potrzebujemy do sosu marengo, a nie mamy pod ręką otwartej flaszki Montrachet.

Primitivo di Manduria Colle al Vento 2007 (14,99 zł) jest w zasadzie typowe dla swojej apelacji, pełne nut powidłowych, czekoladowych z dobrą intensywnością, lecz na tyle ugotowane w smaku i gorzko-alkoholowe, że picie przestaje być przyjemnością. Nie wykluczam jednak, że co bardziej przyzwyczajeni do smaków nowoświatowych konsumenci zaakceptują to wino. Ja zaakceptowałem Barberę d’Asti Maestri Cantinieri 2008 (9,99 zł). Prosta, nieco cienka (normalka w tej cenie), kwaskowata (normalka dla tej apelacji), ale ma to coś, co nazywa się winnością; w smaku przypomniało mi wina, które dawniej we Francji i Włoszech kupowało się w kantorkach na baniaki jako „12%” i „12,5%”.

Dwa droższe wina z Biedronkowej gazetki okazały się niewarte swoich cen. Chianti Classico Borgo Cipressi 2008 (19,99 zł) jest przyzwoicie wiśniowe, nawet trochę garbnikowe, bez koncentracji, ale soczyste; nie jest to jednak żadne „Classico”, tylko cienkie zlewki z dna kadzi. Gdyby to było proste IGT Toscana Sangiovese i kosztowało te same 19,99 zł, pochwaliłbym je nawet jako przyzwoite. Sęk w tym, że wino swoją kartą przetargową usiłuje uczynić znaną na całym świecie nazwę. Jako Chianti jest po prostu słabe.

Jeszcze słabsze jest Morando Barolo 2005 (29,99 zł). Niby te nuty zwiędłych kwiatów i przeleżałego dzika są typowe dla Barolo, niby wysoka kwasowość i chropawe garbniki są godne ze wzorcem metra, ale całość skąpana jest w jakimś odstręczająco topornym, octowym sosie, a picie tej flaszki zamiast zmysłowego ma charakter wyłącznie sportowy: jest! Udało się wypić Barolo za jedyne 30 zł.

To wino jest emblematyczne dla „promocyjnej” oferty włoskiej Biedronki. Sprzedawane za bezcen klejnoty to po prostu spady produkcyjne. Do rzeczonego Barolo przyznaje się Casa Vinicola Morando, duży przemysłowy producent z Asti, który w myśl przepisów w ogóle nie powinien mieć prawa butelkować DOCG Barolo. (Normą w Europie jest, że wina z apelacją kontrolowanego pochodzenia mogą być produkowane i butelkowane tylko w geograficznych granicach apelacji). Ale Włochy to Włochy i dlatego żadnym problemem nie jest uzyskanie specjalnego pozwolenia na butelkowanie Barolo nawet w Palermo. Piemonccy producenci, których poprosiłem o komentarz w sprawie Barolo Morando, ubolewali nad całą sytuacją, ale przyznawali, że jest ona normą. We Włoszech rekord taniochy za Barolo to dotąd 11,50€; w Niemczech w zeszłym roku „chodziło” po 7,99€. Udało nam się nad Wisłą pobić zatem kolejny rekord.

W czym problem? 30 zł za butelkę to nawet nie są koszty produkcji przyzwoitego Barolo. Uprawiane ręcznie winnice na wzgórzach, ręczny zbiór w wysokości 55 hl/ha (dla najlepszych win oczywiście sporo mniej), selekcja gron, obowiązkowe starzenie w beczkach przez dwa lata i jeszcze rok w butelce (wedle przepisów apelacji Barolo można wypuścić na rynek dopiero w czwartym roku po zbiorach) – to wszystko są wymierne sumy, które – by produkcja wina na tych wzgórzach nadal miała sens – muszą mieć odzwierciedlenie w cenie. Jasne, nie można przesadzać – nie akceptuję i nie polecam Barolo po 80 czy 100€, ale naprawdę nietrudno znaleźć świetne wino z tych okolic za 25–30€, a w Polsce za 130–160 zł.

Dzięki Biedronce dowiadujemy się etymologii szczepu Bambino Bianco.

Picie wina jest i powinno być frajdą. A dobrego taniego wina – frajdą nad frajdami. Dobrze jednak, żeby była to frajda rozumna. Finansowa rozkosz z picia Chianti za 20 zł czy Barolo za 30 zł to krótkowzroczny egoizm. Jutro czy pojutrze może się okazać, że chętnych do łażenia po stromym stoku i opiekowania się 5 tys. winorośli na hektar brak. Sięgając po flaszkę ze sklepowej półki warto zastanowić się, kto to wino produkuje i czy otrzymuje godziwe wynagrodzenie za swój trud. I lepiej dołożyć paręnaście złotych za uczciwe wino od małego producenta. Bo to winiarz i jego rodzina gwarantują nam, że Barolo, Chianti, Chablis, Somló – te największe wartości naszego europejskiego wina – będą nadal istniały.