Już kilka razy pisałem tu o problemie, jakim jest absurdalnie duży ciężar wielu butelek wina. Z kontrowersji wyłączyłem tylko butelki przeznaczone na wina musujące, one po prostu powinny być mocniejsze, więc i masywniejsze. Okazuje się jednak, że aż tak ciężkie być nie muszą. W interntowym wydaniu New York Timesa ukazał się właśnie ciekawy artykuł Liz Alderman, w którym pisze ona między innymi o dokonanym niedawno odchudzeniu części butelek szampańskich, których wagę ze standardowych 900 gramów zmniejszono o 65 g. Niewiele? Gdyby wszyscy producenci szampanów zaczęli je stosować, to zdaniem Comité Interprofessionnel du Vin de Champagne łączna emisja dwutlenku węgla podczas transportu butelek i win zmalałaby w ciągu roku o 8 tys. ton, co zdaniem autorki artykułu równa się rocznej emisji przez 4 tysiące małych samochodów (nie sprawdzałem tych liczb).

Nowe, odchudzone butelki są od roku 2003 stosowane przez dom Pommery, wiosną tego roku kilka innych firm też zaczęło je stosować (wśród nich Moët & Chandon i Veuve Cliquot), a władze C.I.V.C. mają nadzieję, że  wszyscy producenci przestawią się na nowe butelki w przyszłym roku, gdy trzeba będzie butelkować wina z tegorocznych zbiorów.

Tags: ,

Zwykle się nie zajmuję takimi sprawami, to inne wina, inny świat. W tym jednak przypadku, ponieważ autorem tekstu, którego lekturę bardzo wszystkim polecam, jest bardzo przeze mnie ceniony Mike Steinberger ze świetnego portalu Slate, odłożyłem sobie na bok ten długi artykuł, który ukazał się w sieci w czerwcu, by przeczytać go przy pierwszej nadarzającej się okazji. Dopiero dziś udało mi się zapomnieć o innych sprawach i doń sięgnąć. Rzecz dotyczy starych drogich win, bogatych ludzi, fałszerstw, naiwności, cwaniactwa … Polecam!

Tags:

Rok temu pisałem tu o planowanym uruchomieniu nowej metody sprzedaży wina w Pensylwanii. Dziś można zobaczyć, jak to działa (niestety możliwość wstawiania filmu z YouTube bezpośrednio na stronę bloga jest w tym przypadku niedostępna).

Podczas seminarium poprzedzającego rozpoczęte właśnie targi VieVinum szef  Österreich Wein Marketing Willi Klinger podał najnowsze dane o eksporcie win austriackich i muszę przyznać, że bardzo mnie one zaskoczyły. Pod względem objętości Polska ze swym importem wielkości 1,1 mln. l. awansowała na czwarte miejsce i znajduje się za Niemcami (50 mln. l.), Szwajcarią (3,1 mln.) i USA (1,6 mln.). Za nami są Holandia (0,9), Szwecja (0,8) i Norwegia (0,6 mln. l.). Pod względem wartości importu Polska znajduje się na szóstym miejscu. Wiedziałem, ze polski import win austriackich rośnie, nie sądziłem jednak, że wzrost ten jest tak szybki! Ciekawe jest też to, że wina sprowadzane do Polski są średnio droższe (ok. 1,5 euro/litr) niż te, które są sprowadzane do bogatszych przecież Niemiec (1,4 euro/l). Tyle liczb, niedługo napiszę coś o najlepszych winach, które miałem i będę miał okazję spróbować. Za brak polskich czcionek przepraszam, nie mam tu do nich łatwego dostępu, poprawię to już w Polsce.

Pisałem już wcześniej o prezentach, których nie chciałbym dostawać. Dziś do listy dołączam nowy.

Oczywiście wiadomo, po czym najłatwiej poznać winnego…  wtajemniczonego. To ten dyskretny (albo i nie) ruch dłoni trzymającej kieliszek i wprawiającej go w skomplikowane wirowanie, oficjalnie w celu uwolnienia aromatów, a tak naprawdę – przyznajmy to wreszcie – mający świadczyć o wyższości nas, kręcących, nad niekręcącymi. Nasi “kapłani” kręcą też kieliszkami z wodą, a niektórzy, osiągnąwszy najwyższy stopień wtajemniczenia (do czego i ja nieskromnie się przyznam), także pustym kieliszkiem.

Niestety ten prosty porządek świata został zdradziecko zaatakowany. Od niedawna po uiszczeniu skromnej opłaty 35 brytyjskich funtów, można stać się właścicielem pary naczyń (nie posunę się do nazwania ich kieliszkami, to byłoby świętokradztwo), które właściwie kręcą się same. Teraz każdy winny profan będzie mógł uchodzić za prawdziwego guru, trącając od niechcenia swą … szklankę. Szczegóły (dla odważnych) są tu, a prawdziwego smaczku (padłej ryby) dodaje sprawie fakt, że osoba, która odważy się na skorzystanie z naczynia, jako bonus dostanie widok wytłoczonego na dnie i pławiącego się w trącanym winie rybiego… szkieletu, który można sobie obejrzeć w lewym górnym rogu strony winiarni, która wpadła na ten genialny pomysł.

Koledzy prowadzący sąsiedni “blog ojcowski“  niecierpliwie czekają na publikację pierwszych cen najważniejszych win z Bordeaux z rocznika 2009, ja natomiast mam coś dla osób zastanawiających się, czy w ogóle warto kupować en primeur, czy nie lepiej poczekać kilka lat i kupić ciekawe wina po być może bardziej okazyjnych cenach.  W swoim blogu newbordeaux.blog.co.uk dziennikarka Decantera Jane Anson przytacza wyniki analizy dokonanej przez handlowców z Liv-Ex (The London International Vintners Exchange), którzy porównali ceny en primeur z cenami po trzech latach dla blisko stu najważniejszych win z Bordeaux w rocznikach 2000-2010.  Pełne dane są dostępne tylko dla subskrybentów, ale dwadzieścia win, które zanotowały średnio najwyższy wzrost cen można znaleźć i u Jane Anson i w blogu Liv-Ex. Ja przytoczę tylko pierwszą piątkę:

1 Carruades de Lafite 133.3%
2 Ausone 70.7%
3 Latour 59.7%
4 Lafite Rothschild 54.9%
5 Forts de Latour 49.0%

w której są aż dwa drugie wina najwyżej sklasyfikowanych posiadłości z Medoc, przy czym przynajmniej w krótkiej perspektywie czasowej najlepszą inwestycją jest ostatnio Carruades de Lafite, drugie wino Château Lafite Rotschild, cieszące się wielkim powodzeniem głównie na rynku azjatyckim. Trudno oczywiście przewidzieć jak rynek będzie wyglądał za kilka miesięcy i za kilka lat.

A skoro już o drugich winach mowa, portal decanter.com pozwolił sobie w tym roku na żart primaaprilisowy, którego żywot trwał jednak tylko kilka godzin: wśród aktualności ze świata napisano tam, że całą produkcję Forts de Latour 2009 kupił … reżim północnokoreański. Prezydent Château Latour Frederic Engerer osobiście zadzwonił do redakcji i podobno bardzo ponurym głosem powiedział, że to wcale nie jest śmieszne …

Tags: ,

Napisałem dziś krótki artykuł o zastosowaniu broni jądrowej do datowania win. Tu wspomnę o dwóch dużo bardziej istotnych dla konsumentów wina sprawach z datowaniem związanych. Istnieje kilka bardzo ważnych kategorii win, które z samej swej natury nie są zwykle rocznikowe, robi się je przez łączenie win z różnych roczników.  Patrząc na butelkę takiego wina trudno stwierdzić, czy pochodzi  z najnowszej dostawy, czy też odstała (bo zwykle nie leży) już swoje na sklepowej półce. Szczególnie duże znaczenie ma to w przypadku win delikatnych, które szybko się starzeją, jak dwa najlżejsze style sherry, manzanilla i fino. Producenci mają co prawda swoje wewnętrzne systemy kodowania i znakowania partii win, nie zawsze jednak łatwo jest je przełożyć na zwykły kalendarz. Prosto jest u Lustau:

L8186 oznacza butelkowanie w 186 dniu roku 2008, a ponieważ jest to bardziej wytrzymałe amontillado, mogę spać spokojnie. Problemy miałem zawsze z Barbadillo, ich system kodowania była dla mnie wielką tajemnicą. Do wczoraj:

słowa “consumir preferentemente antes de FEB/2011″ nie budzą żadnych wątpliwości (budzi je natomiast cena tego wina w Polsce, ale to już całkiem inna sprawa).

Datowanie sherry to nie jedyna dobra wiadomość ostatnich dni, przyszła bowiem z Francji (za pośrednictwem Decantera) informacja, że kolejny duży dom szampański, Lanson, będzie na trzech swych nierocznikowych winach: Black Label, Rose Label i Ivory Label, podawał daty degorgement. Informacja nie jest jasna i może dotyczyć wyłącznie rynku brytyjskiego, ale to krok w dobrym kierunku. Podobną politykę wprowadzili wcześniej inni producenci, wśród nich Bruno Paillard, Charles Heidsieck, Jacquesson, Philipponnat, Jacques Selosse i Moutard.

Tags: , ,

Biodynamice poświęciliśmy nie tak dawno dużą część numeru Magazynu WINO (4/2009, wkrótce w portalu), a w samym portalu publikujemy od jakiegoś czasu kalendarz biodynamiczny Marii Thun, który zdaniem osób przekonanych decyduje o tym, jak odbieramy wino degustowane, czy pite w danym dniu i o danej godzinie. Znany brytyjski miesięcznik Decanter przygotował eksperyment, mający wyjaśnić, czy  daje się dostrzec wpływ “sytuacji biodynamicznej” na doznania degustacyjne. Czytelnicy Decantera będą mogli w swych domach towarzyszyć degustatorom podczas degustacji, oczywiście o ile będą mieli dostęp do tych samych win.

Mając spore zastrzeżenia do metodologicznej strony całego “eksperymentu” piszę o nim, gdyż być może czytelnicy Magazynu WINO zechcą wziąć w nim udział. Szczegóły można znaleźć tutaj.

Tags: ,

Pojawił się wczoraj w Warszawie Andrea Franchetti, właściciel toskańskiej Tenuta di Trinoro i sycylijskiej posiadłości Passopisciaro.  Przywiózł  sześć roczników swego flagowego toskańskiego wina i prezentując je podczas przedpołudniowego spotkania z grupą dziennikarzy i importerów opowiadał o pracy w winnicy, o winifikacji, o drożdżach, o błędach które popełniał, o nowych pomysłach, wsłuchiwał się w opinie o winach.  Otwarty, uśmiechnięty, może nawet zrelaksowany, chyba polubił Warszawę (pokryta maskującym brud śniegiem w słoneczny dzień wyglądała rzeczywiście nieźle) i już zapowiedział kolejną wizytę, tym razem z winami z Etny.

Był to mój pierwszy bezpośredni kontakt z jego winami, do tej pory tylko o nich czytałem i próbując je przeżyłem spore zaskoczenie. Spodziewałem się ekstremalnej ekstraktywności, znalazłem wina co prawda skoncentrowane, ale bardzo eleganckie.  Oczekiwałem uderzenia beczką, znalazłem tylko delikatne nuty dębowe. Nie są to może wina z mojej bajki, nie tylko z uwagi na ich ekstremalne ceny (od 150 euro za najmłodszy sprzedawany dziś rocznik 2007), ale nie mogę odmówić im dużej klasy i winiarskiej kultury.

Ekstremalność Franchettiego przejawia się przede wszystkim w winnicy, leżącej w toskańskiej Val d’Orcia. Cabernet franc, merlot, cabernet sauvignon i petit verdot (w tej kolejności wchodza zwykle w kupaż głównego wina) są prowadzone z niewiarygodnie małą wydajnością. Pięć kiści na krzak, każda po 60 g.  Nie chciałem w to uwierzyć, ale kolejna liczba, 300 g owoców z krzaka, potwierdza wcześniejsze. Duży udział mają tu bardzo późne zbiory (czasem zbyt późne, jak przyznał Franchetti), a także specjalny dobór podkładek korzeniowych, dodatkowo ograniczających wigor krzewów.  Swą metodę prowadzenia winorośli Franchetti porównuje do japońskich bonsai.

Krótko o samych winach. 2008 (jeszcze czekające na butelkowanie) i 2007 były zdecydowanie zbyt młode, bym mógł coś bardziej sensownego o nich napisać, poza wrażeniem słodyczy, która zdaniem autora win za kilka lat zniknie, a także stosunkowej miękkości obu win.  Zdecydowanie za młode jest też bardzo masywne i taniczne wino z roku 2006 (10% petit verdot), ale dużą klasę pokazuje już dziś. Dość szybko ewoluuje wino z rocznika 2003, które chyba niedługo osiągnie szczyt swych możliwości, może nie tak wysoki jak w innych rocznikach, ale budzący respekt, jeśli się wspomni trudną, hipergorącą pogodę tamtego lata.

Dwa najlepsze wina degustacji to dla mnie bez wątpienia wina najstarsze. To z rocznika 2001 uderzyło mnie intensywną nutą herbacianą, zdecydowanie największą koncentracją, która jednak nie obezwładnia, kwasowość zapewnia świetną równowagę, taniny zaczynają się układać. W roczniku 1999 pogoda zdaniem Franchettiego też była trudna, ale w zupełnie inny sposób niż w roku 2003: dużo deszczy, stała groźba zniszczenia zbiorów przez pleśń.  Powstało wino stosunkowo szybko ewoluujące, wydawało się dużo bardziej dojrzałe niż rocznik 2001, w ciemno trudno byłoby zgadnąć, że dzielą je tylko dwa lata. To niewątpliwie najbardziej  dziś złożone wino degustacji zbliża się chyba do swego szczytu, zaczynają się pojawiać aromaty win naprawdę dojrzałych, choć świeżość wciąż w nim jest i można mu przepowiadać długie życie.

Napisawszy to wszystko muszę szczerze przyznać, że nie do końca mnie te wina przekonały,  ultradojrzałość (granicząca z przejrzałością) owoców nie jest dla mnie w winie najważniejsza.  Z drugiej strony, wysoka zawartość alkoholu (sięgająca czasem 16%) w ogóle mi w tych winach nie przeszkadzała, a biorąc pod uwagę młody wiek winnic (pierwsze posadzono w roku 1992, więc starsze degustowane roczniki zrobiono z bardzo młodych krzewów)  i młody wiek win zrobionych z nieco starszych krzewów z ciekawością będę czekał na kolejne okazje do degustacji.  Na pewno nie będę tych win kupował, ale (choć nie miałem okazji spróbować) skuszę się dużo tańszym Le Cupole di Trinoro (zwykle ok. 20 euro), które jest niemal równie wysoko oceniane.

Wszystkie wina degustowaliśmy z butelek magnum.

Tags:

Są wina, niektóre bardzo znane, których rocznie powstają miliony butelek. Nie trzeba dużej wyobraźni, by zrozumieć zasadność pytania: co ma wspólnego pierwsza butelka opuszczająca winiarnię z butelką ostatnią. Nie ma takiej kadzi, w której można umieścić cała produkcję takiego wina. Nawet gdyby była, to butelkowanie zajmie dłuższy czas (często butelkuje się partię wina dopiero w chwili,  gdy nadejdzie zamówienie od kupca), a przecież inaczej starzeje się wino w butelce, inaczej w kadzi.  Trudno więc spodziewać się absolutnej jednorodności całej produkcji, pozostaje tylko mieć nadzieję, że umiejętności winiarza są na tyle dobre, że potrafi on zapewnić choćby względną jednorodność różnych partii wina.

Okazuje się, że i w przypadku win robionych w dużo mniejszej ilości bywają spore różnice między butelkami. Kilka dni temu Jancis Robinson opisała w swoim portalu historię, na której trop wpadł południowoafrykański dziennikarz Tim James. Odkrył on mianowicie, że wino Vineyard Selection Chenin Blanc 2008 znanego producenta Kleine Zalze, którego zrobiono łącznie 35 tys. butelek, trafiło na rynek w trzech istotnie różnych wersjach. Wersja pierwsza, zrobiona z gron zebranych przed nadejściem deszczu, ma 14,65% alkoholu i 2,8 g/l cukru resztkowego, wersja trzecia, której powstało tylko 5 tys. butelek, ma 15,18% alkoholu i aż 7,2 g/l cukru resztkowego. Pół procenta zawartości alkoholu nie wydaje się wielką różnicą (choć może istotnie zmienić percepcję wina), ale prawie 5 g cukru jest różnicą olbrzymią. Pikanterii całej sprawie dodają dwa fakty. Po pierwsze wino z trzeciej partii wygrało krajowy konkurs Chenin Challenge i całą siedmiokrotnie większą produkcję oklejono medalowymi nalepkami, a po drugie, i to jest w całej sprawie najsmutniejsze, dyrektor firmy Kleine Zalze, który zabrał głos w dyskusji pod artykułem Jamesa, twierdzi, że wszystko odbyło się zgodnie z ogólnie przyjętymi standardami i chyba nie do końca rozumie, skąd całe zamieszanie. Dodał jednak, że kierownictwo firmy rozważy możliwość precyzyjnego oznaczania różnych partii wina.

To nie pierwszy tego typu przypadek, podobne rzeczy zdarzały się wcześniej w Nowej Zelandii (wspominają o tym Tim James i Jancis Robinson), a kilka miesięcy temu okazało się, że wino z Hiszpanii, wysoko ocenione w Wine Advocate przez Jaya Millera, występuje na rynku w kilku wersjach, dramatycznie różniących się jakością (pisał o tym Tyler Colman w swoim blogu tu i tu).

Być może są to przypadki jednostkowe (dodam jeszcze sprawę journalist cuvées, czyli specjalnych, podrasowanych wersji win służących do robienia dobrego wrażenia), problem jest jednak poważniejszy i stykamy się z nim może nie na co dzień, ale zawsze, gdy kupujemy butelkę wina nie rocznikowego,na przykład sherry, porto tawny i szampana. Producenci tych win bardzo rzadko ułatwiają nam zadanie i informacja o partii wina i dacie butelkowania, jeśli w ogóle obecna na etykiecie, bywa niezrozumiała nawet dla fachowców, a zwłaszcza przy szybko starzejących się sherry fino i manzanilli znajomość daty butelkowania jest bardzo ważna. To jednak już temat na inny wpis w blogu (o odczytywaniu daty butelkowania sherry Lustau pisałem kiedyś tu).

Aktualizacja (30.01.2010, 20:12) Doczytałem, że nie jet prawdą, że wszystkie butelki oklejono medalowymi nalepkami, podobno do czasu wystawienia wina z trzeciej partii w konkursie dwie poprzednie były już wyprzedane.

« Older entries