Nazwa bardzo adekwatna, bo manieryczność tego lokalu mocno daje się we znaki, od sposobu przyjmowania rezerwacji aż po sposób podawania rachunku. Stronę internetową mają w budowie, więc wysłałem mejla z prośbą o potwierdzenie, że go dostali i że stolik mam zarezerwowany na 20-tą. Nie nadeszło. Już w Lizbonie, o 18-ej, zadzwoniłem do 100 Maneiras, i dowiedziałem się od dość aroganckiego pana, że moim obowiązkiem było potwierdzenie rezerwacji do godziny 17-ej, ale w drodze wyjątku mogą mnie przyjąć. Ucieszyłem się. W restauracji podawane jest wyłącznie menu degustacyjne, złożone z 9 dań. Kelner podał kartę win i po dłuższej chwili wrócił po zamówienie. Kiedy powiedziałem, że nie wiem, co wybrać, bo nie wiem, co będę jadł, odparł, że głównie ryby i owoce morza, no i trochę mięsa, ale niezbyt dużo. Win na kieliszki właściwie nie ma. Karta win jest sensownie podzielona na kategorie takie jak ,,białe lekkie”, ,,białe ciężkie beczkowe” itd., więc spojrzałem na stronę z lekkimi, znalazłem Tiarę od Niepoorta, i zapytałem, czy się sprawdzi, a kelner całkiem fachowo wytłumaczył, dlaczego sprawdzić się powinna. Więc jak na razie nieźle, tylko że cena wina – 45 euro – irytuje. Cena jedzenia niewygórowana, poniżej 50 euro za 9 dań, lecz o tym dowiedziałem się dopiero na koniec posiłku. Pierwsze miało postać chipsów z solonego dorsza, przyczepionych spinaczami do bielizny do sznurków rozciągniętych na niewielkim stelażu– aluzja do wąskich uliczek Bairro Alto i prania rozwieszonego za oknami. Zaprawiony jamajskim chili i sokiem z limony majonez dobrze do nich pasował. Spinacze, sznurki oraz stelaż okazały się niejadalne.
Dalej – przegrzebki na dwa sposoby, jeden surowy, na sposób ceviche przyprawiony sokiem z limony, cebulą i kolendrą, drugi upieczony na ruszcie i podany z emulsją z foie gras. Ten drugi nieciekawy, ale ten pierwszy – rewelacyjny. Osadzony w lokalnej tradycji, nie poddany manierycznej obróbce. Zachwyt. Nie zachwycił tuńczyk na sposób tatake, tyle że – niekonwencjonalnie — w kostkach, przybrany skrawkiem karmelizowanego jabłka i skraweczkiem foie gras, podany na sosie sojowo-sezamowym, doprawionym sokiem jabłkowym (nowa, niefortunna moda), z dodatkiem posiekanych wodorostów wakame. Groch z kapustą, w najgorszym tego zwrotu sensie. Brak wyczucia wyraźny był także w następnym daniu, czyli befsztyku tatarskim. Bardzo dobre mięso podano w głębokim talerzu, na którego brzegach była cebula, kapary, zmielony na puch pieprz, morska sól i słodka musztarda. Nie od razu zauważyłem tę musztardę; tatar bardzo mi smakował, kiedy go już wymieszałem z innymi dodatkami, lecz potem ją dostrzegłem, dodałem, i danie przez to zrujnowałem. Wniosek z tego jeden: kiedy kucharz trzyma się własnej, portugalskiej tradycji, wychodzą mu świetne dania, a kiedy sięga po cudze — partoli.
Ryż barwiony chlorofilem, podany z filetem z okonia, był bardzo dobry i, mimo barwnika, całkiem zwyczajny, jak arroz robala. Niby-sorbet, czyli kieliszeczek do wódki wypełniony szampanem z bazylią, skutecznie oczyścił podniebienie przed kolejnym daniem mięsnym. Tym razem było to pieczone podgardle wieprzowe, dwie kostki o boku 4-centymetrowym, jedna z łezką puree z dyni, druga z czymś, co chyba w założeniu miało być kwaskowe, ale było słodkawe, tylko co to było – nie pomnę. Tak czy inaczej, zupełna klapa, świński tłuszcz na słodko. Pomyślałem, że zaraz dostanę kulki z foie gras w polewie z białej czekolady. Pomyliłem się tylko trochę – pianka z foie gras i śmietany, dość obrzydliwa, była wstępem do deseru właściwego. Przy sąsiednim stoliku, w belę pijane niemieckie paniusie zaczynały obcałowywać kelnera, a przy stole francuskiego biznesmena śpiewano ,,For He’s a Jolly Good Fellow”. Deser właściwy był całkiem niezły – pianka z białek, mus i syrop z malin, trochę świeżego sera, płatki migdałów, lekko i przyjemnie. Ale była już 23-ia, i chciałem szybko wyjść. Lecz w 100 Maneiras to nie kelner przygotowuje rachunek, tylko pani za ladą barową. I mimo trzech próśb, kelner nie powiedział pani za ladą, że chcę już iść, i to znacznie bardziej niż te wesołe kumoszki z Reichu, które dostały rachunek pierwsze, a zapłaciły go ostatnie.
Kilkanaście lat temu dwaj wielcy literaturoznawcy polscy polemizowali ze sobą w sprawie właściwego brzmienia ludowego powiedzenia: mówi się ,,wyżej sra, niż dupę ma”, czy ,,wyżej srają, niż dupy mają”. W przypadku 100 Maneiras, na jedno wychodzi.

Najnowsze komentarze