wiem jak smakujesz

zanim się zepsujesz

muszę ci wybaczyć

Tags: ,

Mój nowy fotel ma kolor wodorostów i jest bardzo duży. Tylko fanatykom mógłby kojarzyć się z sushi. Dobrze się w nim znalazłem, myślę prawie tak głęboko, jak na poprzednim, koloru 50-złotowego banknotu. A myślę o listach, które chciałbym napisać do przyjaciół w biedzie. Bojaźliwie układam w głowie zdania, idą święta, więc takt musi górować nad stylistyczna dezynwolturą.

Zatem do przyjaciela, którego żona cierpi na rozmiękczenie mózgu, nie piszę ,,Druhu, po przedwczorajszej gali w Bristolu sam cierpię na rozmiękczenie mózgu”. Nie wypada.

Nawiasem mówiąc, gala udała się nie gorzej, niż wesele w Idaho, na którym byłem gościem specjalnym. Samo wesele było specjalne, ponieważ miało dramatyczny scenariusz – graliśmy przydzielone nam przez centralę role z ,,Zemsty” Fredry (adaptację przygotował ten sam przyjaciel, którego żona cierpi na rozmiękczenie mózgu, choć wówczas się nie znali, ona była aspirantką w Bollywood, on – aspirującym dramaturgiem w Seattle, zafascynowanym dramatem romantycznym), zaś otaczający mnie nimb specjalności nie stąd się wziął, że zagrałem Papkina, tylko z prawidłowej wymowy słów polskich, dla aspirujących do kosmopolityzmu mieszkańców Idaho – imponującej.

Ach, ci mieszkańcy! Gdyby nie trzymali każdego na muszce non-stop, uosabialiby personalne ideały ruchu Slow Food. Wróćmy jednak na galę. Salute – salute! Państwu nierozmownym po lewicy – pokój na ziemi. Panu wielce wymownemu po prawicy – zachęta, żeby cygańskiemu dziecku, które żebrze na Trakcie Królewskim, wysłał SMS-em kilka ciepłych słów.

I powrót na fotel.

Dom w Burgundii na sprzedaż, cena okazyjna

Marc Atkins, brytyjski fotograf, autor zdjęć do albumu Warszawa, wystawił na sprzedaż swój dom w Burgundii. Więcej informacji i zdjęcia pod adresem www.forsalehousefrance.com

Restauracja Amber Room, Pałacyk Sobańskich, Aleje Ujazdowskie

Restauracja niegdyś przeznaczona tylko dla członków Polskiej Rady Biznesu jest obecnie otwarta dla szerokiej publiczności. Szef kuchni, Wojciech Modest Amaro, terminował u Ferrana Adrii i jako bodaj jedyny w Warszawie uprawia na poważnie kuchnię molekularną. Podczas niedawnej degustacji zaprezentował przegrzebki podane z kalafiorem, przyrządzonym na trzy sposoby, foie gras z buraczanym musem/sorbetem, nie wiem dokładnie, co to było, ale pyszne, krem z selera z jabłkowym kawiorem i ,,sferycznym raviolo”, również jabłkowym (zjawiskowy), oraz pieczoną w niskiej temperaturze przepiórkę z mini-kopytkami i zielonym groszkiem (obranym), która sprawiła mi dogłębną satysfakcję. Na deser był kozi sernik i leśne owoce, zmrożone przy stole ciekłym azotem, wszystko razem wyśmienite. Amaro nie ukrywa, że chce zdobyć gwiazdkę w przewodniku Michelina. Sądzę, że mu się taka gwiazdka należy, inna sprawa, czy ją dostanie, lecz nie to jest najważniejsze. Ważne jest to, ze póki jej nie dostanie, będzie stawał na głowie, żeby ją zdobyć. A ceny nie są wygórowane. Jak najprędzej przybywajcie…

Trufle w Rubikonie, Wróbla 3/5

W zasłużonej dla warszawskiej kultury gastronomicznej restauracji Rubikon są i będą do wyczerpania zapasów białe trufle piemonckie. Ze specjalnego menu truflowego próbowałem carpaccia z sarny oraz agnolotti z grana padano, oba dania proste i pyszne. Trufle są ucierane na tarce przy stole. Kosztują 18 złotych za gram (dwa gramy to już całkiem sporo jak na jeden talerz). Dolcetto i barbera od Russo celująco zdały truflowy egzamin. Zapas trufli nie jest duży, więc jak najprędzej przybywajcie…

Tags: , , , ,

Szef kuchni Olivier Croso wyjaśnia swoje podejście do gotowania w Canaletto następująco: lokalne składniki najwyższej jakości, francuska technika i sznyt. Słuszna to koncepcja. W praktyce wychodzi raz lepiej, raz gorzej: foie gras podał z sałatką z  – w jego mniemaniu – typowo polskich warzyw, czyli papryki i karczocha. Sałatka sama w sobie nie była zła, lecz do pasztetu z gęsiej wątróbki potrzeba czegoś słodkiego, nie kwaśnego – na szczęście mieliśmy bułeczki z rodzynkami. Ale potem było coraz lepiej. Pierś gołębia, sama w sobie wyśmienita, pięknie się komponowała z chutney z buraków i malin ( nie był to żaden chutney, ale pal licho, smakował wybornie, zaś buraki i maliny zostały prawidłowo skojarzone z polską paletą smaków warzywno-owocowych). Zupa z borowików była pyszna, śmietany niewiele, intensywność grzybowego smaku dokładnie taka, jak trzeba.  Jeleń z gęsią wątróbką – bez pudła, a towarzysząca mu czerwona kapusta, duszona w porto z odrobiną miodu, wzbudziła powszechny zachwyt. Plaster polędwiczki cielęcej, jak serce strzałą przebity źdźbłem trawy cytrynowej, zdradzał lekkie ciągoty do kuchni fusion, co nie jest zarzutem smakowym, choć z zaprezentowaną strategią kulinarną – Polska/Francja – troszkę się kłóci.  Nieco zmęczony filecik z żabnicy w sosie borowikowym nie wzbudził entuzjazmu, być może również dlatego, że podano go po dziczyźnie, co z francuskim sznytem w ogóle mi się nie kojarzy. Za to desery naprawdę świetne: cytrynowy creme brulee był mocno cytrynowy, właściwie orzeźwiający, co nie zdarza się prawie nigdy,  zaś tort Sachera o niebo lepszy niż oryginalna wersja, którą pamiętam z kawiarni Sachera w Wiedniu – intensywnie wiśniowe, kwaskowe podbicie wniosło tu całkiem nową jakość. Ceny – jak na pięciogwiazdkowy hotel – umiarkowane. Polecam na wystawną kolację ( w porze lunchu lokal nie działa).

Tags: ,

Tandoor Palace

Na Armii Ludowej tuż przy Marszałkowskiej od wielu lat działa zacna indyjska knajpa Tandoor Palace. Bardzo smaczne są tam dania jarskie, zwłaszcza te z roślin strączkowych, choć na mój gust troszkę za dużo w nich masła. Zresztą indyjskie chleby podawane w Tandoor Palace również są dla mnie zbyt ciężkie i tłuste. Co nie znaczy – niedobre. Mięsa z pieca tandoor dość smaczne, lecz nie jest to nic wielkiego. Wystrój wnętrza i atmosfera przypominają mi mauzoleum, więc wolę zamawiać jedzenie na wynos. Ceny raczej wygórowane.

Balghera

Włoska restauracja o eleganckim wystroju na ulicy Rejtana. W karcie informacja, że nie zawsze można tam dostać ryby, ponieważ kucharz podaje tylko te całkiem świeże. Na wszelki wypadek nie zamówiłem ryby za 100 złotych, tylko roladki z bakłażana z mozzarellą i szynką parmeńską w sosie pomidorowym – poprawne, bez fajerwerków. Ravioli z cielęciną i borowikami miały dobre ciasto i nieciekawy farsz, jakby gotowane mięso zmielono w robocie kuchennym. Zapytałem o wina na kieliszki, wskazując na chianti lub barberę. Kelner nie poinformował mnie, jakie wina są w sprzedaży, tylko przyniósł kieliszek czegoś, co nazwał ,,Toskanią”. Byle jakie chianti w cenie 30 złotych. Mille grazie.

Esencja Smaku

Trochę dalej, bo na Odolańskiej, ale warto się przespacerować z placu Unii do tej uroczej knajpki. Jest to lokalik lokalny co się zowie, a im więcej ich w naszym mieście, tym przyjemniej w nim mieszkać. W menu około 10 dań, zamówiłem pulpeciki na sałatce z kaszy gryczanej, podanej na zimno, z endywią, kawałkami jabłka i koziego sera oraz sosem grzybowym. Świetne danie na słotny dzień jesienny. Karta zmienia się kilka razy w roku, wina są takie, jakie akurat są, ale zawsze sensowne i niedrogie. Wcześniej jadłem tu prosty i smaczny befsztyk z polędwicy oraz wyśmienitą pieczoną kaczkę. Atmosfera sąsiedzka, przyjacielska, nie chce się stamtąd wychodzić.

Tags:

Szczęście

Wczoraj dostałem w prezencie od Roberta Mielżyńskiego dwie kuropatwy. Obsypałem je rozmarynem, zawinąłem w słoninę i upiekłem. Do popicia miałem prostego chambertina od Guyona. Jedząc kuropatwy, nie posługiwałem się sztućcami. Byłem szczęśliwy.

Na czas remontu mieszkania – który zupełnie uniemożliwiał prowadzenie bloga – przeprowadziłem się w okolice placu Unii Lubelskiej i odwiedziłem większość lokali gastronomicznych w promieniu dwóch kilometrów. Jest ich całkiem sporo, ale wracałem tylko do dwóch. Oto dlaczego.

  1. Bulgaria Magica, Marszałkowska, w dawnym budynku ,,Życia Warszawy”. Ser owczy z arbuzem jest w porządku – ser niezły, arbuz dojrzały. Żadnych dodatków, choć udało mi się dostać pieczywo – niejadalną kajzerkę. Ozór wołowy smażony w maśle – to plaster ozora wołowego, smażonego w maśle, niczym nie doprawionego. Nie dostrzegłem tu śladu kulinarnego talentu ani nawet zainteresowania kuchnią.
  2. Vis a vis Bulgaria Magica jest Neseber, również bułgarski lokal. Jadłem tu zupę fasolową – całe duże jasie podano w niewielkiej ilości lekko pikantnego wywaru. Specjalność zakładu to duszona jagnięcia, smaczna, choć podana w ilościach gargantuicznych, a dodatkowo przybrana połówkami jajka na twardo. Mavrud po 14 złotych za kieliszek jest przyzwoity. Innym razem zamówiłem zupę z soczewicy, tym razem w miarę gładką, na tym samym, pikantnym wywarze, oraz okrągłe i podłużne kotleciki mielone z rusztu – tanie i niezłe. Towarzyszące im ziemniaki i surówka z kapusty były stołówkowe par excellence. Podczas trzeciej i zapewne ostatniej wizyty zamówiłem ,,królową bułgarskich zup”, czyli jagnięcą z warzywami. Wywar był przyjemnie kwaskowy, ale raczej chłodny, a pływały w nim kawałki bardzo tłustej baraniny (cztery), skrawki marchewki (trzy) i kawałek ziemniaka (1). Miseczka tego specjału kosztuje 19 złotych. Szaszłyk z polędwicy wieprzowej był przyzwoity, choć mięso raczej nie było wcześniej bejcowane, a towarzyszący mu rozgotowany ryż wymieszano z groszkiem konserwowym. Autentyzm? Dziękuję za taki autentyzm.
  3. Dziki Ryż, Puławska przed Madalińskiego. Długa karta dań chińskich, tajskich, japońskich, indyjskich – to nie wzbudza zaufania. Zamówiłem makaron udon z kimczi. Makaron dobry, ale kimczi tak kwaśne, że danie było niejadalne.
  4. Pappa Grappa, Puławska przed Narbutta. Makaron z małżami miał gorzki smak, małże były niesmaczne, z mrożonki. Makaron z pesto właściwie był obraźliwy, bo nawet jeśli pesto nie pochodziło ze słoika, to taki właśnie miało smak. Wątróbka cielęca, podana z sosem z pieczeni, była twarda i nie wiedzieć czemu kwaśna. Poczułem, że kucharz nienawidzi bliźniego swego. W dodatku nie jest tu tanio.
  5. Różana, Chocimska 7. Kolejna z serii Tradycji Polskiej restauracja ma ładny wystrój i śliczny ogródek, niektóre dania są bardzo smaczne, na przykład tatar z łososia, naleśniki z rakami, czy żur o esencjonalnym, grzybowym smaku. Kaczka i wątróbka cielęca nie zachwyciły, pieczony kurczak z nadzieniem byłby lepszy, gdyby nie było ono tak dojmująco słodkie. Poproszony o przygotowanie jakiejś surówki do pierogów z cielęciną kucharz wymyślił, co następuje: awokado, sałata, kawałki boczku (obecnego już w okrasie pierogów), orzechy włoskie, płatki czosnku. Ma się to wyczucie. Kotlety cielęce w sosie śmietanowym z kaparami całkiem niezłe, podobnie jak śledź w śmietanie. Domowe pasztety dość bezbarwne. W karcie win jeden riesling, za 158 złotych jest to jedna z tańszych propozycji winnych Różanej (ceny potraw umiarkowane).

W Krzywym Domu na Monciaku znalazłem restaurację Rucola, o karcie dań bardzo rozległej oraz ciekawym do niej wstępie, w którym właściciele oświadczają, że ich ideałem jest właśnie taka kuchnia, jaką faktycznie spotykamy w Bulaju. Wymieniają z nazwiska osobę, u której zaopatrują się w warzywa i wyrażają nadzieję, że Rucola otrzyma rekomendację Slow Food. Nie wiem, czy w pełni zrozumieli, o co nam, Slowfoodowcom, chodzi, ponieważ większość dań w karcie oparta jest na składnikach z dalekich krajów, siłą rzeczy nie pierwszej świeżości lub mrożonych. Nie oznacza to, że jedzenie w Rucoli jest niesmaczne – przeciwnie, podano mi chyba najlepsze, jakie kiedykolwiek jadłem, carpaccio z jelenia. Przy każdym kęsie czuło się dzikość i naturalność tego mięsa, a skromność dodatków – trzy okrawki parmezanu, odrobina oliwy i pieprz – dobrze świadczyły o wyobraźni kulinarnej kucharza. Stek z tuńczyka był poprawny, nic ponadto, towarzyszące mu warzywa na modłę ratatouille również, lecz był w tym daniu także przebłysk geniuszu w postaci gałązki cytrynowego tymianku, wbitej w rybę. Aromat zioła unosił i tuńczyka, i sos podobny do holenderskiego, i warzywa i ziemniaki wysoko ponad zwyczajność. Karta win skupia się na Nowym Świecie i najprawdopodobniej jednym, lokalnym importerze – te same wina znalazłem w hotelu Sheraton, gdzie przygnał mnie niespodziewany, nocny głód. W hotelowej restauracji zjadłem tylko jedno danie, i ku mojemu zdziwieniu, było naprawdę wyśmienite. Pieczona perliczka, podana na puree z ziemniaków, do którego dodano szpinak i suszone pomidory. Trochę przeszkadzał truskawkowy sos, ale można było go obejść. Karta win, mimo hotelowej marży, jest sensowna i sporo win można dostać na kieliszki. Niestety, nic innego w Sheratonie nie jadłem, ale wrażenia były znacznie lepsze niż po wizytach w warszawskim oddziale tej firmy.

Stanowczo odradzam restaurację hotelu Rezydent. Kotleciki z kraba składały się z ziemniaków i panierki, z ledwie wyczuwalną domieszką kraba. Pasztet z żabnicy niewiele miał wspólnego z rybą, a bardzo wiele z drobiem. Szparagi z przegrzebkami były poprawne, choć przesadnie kwaśne. Ceny wysokie, wnętrze przygnębiająco nowobogackie.

Tags: ,

Moją ulubioną restauracją w Sopocie jest Bulaj, dzieło Artura Moroza, który założył tę uroczą knajpkę przy plaży 3 lata temu. Odwiedziłem go wówczas i przekonałem się, że to, co o nim mówią koledzy z polskiego Slow Foodu, nie jest przesadą: sam robi zakupy na lokalnych targowiskach, wszystko ma świeże i wysokiej jakości. Kosztowałem wtedy kilku prostych i świetnych dań. Na początek carpaccia z piersi gęsi, wyjątkowo miękkiego i soczystego dzięki długotrwałemu marynowaniu. Podobnej procedurze poddawany jest tu pieczony węgorz, który po tygodniu leżenia w marynacie wytwarza naturalną galaretę z wydobywającej się z ości i skóry żelatyny. Solidność węgorza łączy się z eterycznością galarety w sposób niepowtarzalny i cudowny – osiągnięty jednak najprostszą z możliwych metodą. Pierogi nadziewane mięsem pieczonego dzika były perfekcyjne: cienkie, elastyczne ciasto zawierało dobrze doprawioną, posiekaną pieczeń o mrocznym, leśnym smaku. Do żeberek wieprzowych podano pieczone ziemniaki i muszę przyznać, że od lat nie jadłem ziemniaków z taką przyjemnością. Nie były to jednak zwyczajne ziemniaki – czyli byle co z hurtowni – tylko hodowane w niedużym gospodarstwie rolnym, o smaku ziemniaka, nie tektury. Pieczone przez kilka godzin w ciemnym piwie Koźlak żeberka rozpływały się w ustach. W ragout z jelenia przeszkadzała nadmierna słodycz suszonych śliwek, dodanych do sosu, lecz mięso było wyśmienite. Złowiona tego dnia flądra, obtoczona w mące i usmażona, była znacznie lepsza niż wyszukane dania rybne, które często spotyka się w nadmorskich restauracjach – niestety, przyrządzane z ryb mrożonych. Starzony przez cztery miesiące kozi ser z Bytowa był świetnym zwieńczeniem posiłku.

Wróciłem do Bulaja w czerwcu br., i zastałem tylko jedną zmianę. Wcześniej, zmieniające się z dnia na dzień menu było wypisane kredą na tablicy. Teraz jest karta dań na papierze, która zawiera około 15 pozycji, lecz dania dnia, jak dawniej, wypisane są na tablicy. Niestety, kiedy przyszedłem około 20 na miejsce, ryby dnia, czyli turbota, już nie było. Artur zaproponował marynowaną ikrę z turbota, której nigdy przedtem nie jadłem. Ikra nie przypomina kawioru – są to spore grudy szarej masy, z której nie indywidualizują się jajeczka. Marynowana na kwaśno i podana z czerwoną cebulą miała urok lokalnego kolorytu i autentyczności. Królik duszony w śmietanowym sosie również posiadał te zalety. – Chodzi o to, żeby jedzenie było zwyczajne i proste, mówi Artur Moroz, i otwiera butelkę mołdawskiego wina – wytrawnego! I całkiem dobrego. Wybór win w Bulaju jest niezły, dość eklektyczny, raczej skupiony wokół ofert lokalnych importerów oraz La Passion du Vin.

Następnego dnia miały być podroby, lecz poza móżdżkiem, którego nie jadam, była tylko grasica. Drobno pocięta, podsmażona z dodatkiem wina, czerwonej cebuli i odrobiny śmietany, była rewelacyjna. Potem pojawił się smażony, świeżuteńki filet ze śledzia, doskonały w swej prostocie. Daniem głównym była młoda polędwica wołowa od zaprzyjaźnionego hodowcy bydła (pora wspomnieć, że Artur jest przewodniczącym Trójmiejskiego Convivium Slow Food Polska). Ostatnim razem tak znakomitą wołowinę jadłem w Piemoncie, w bardzo ekskluzywnej restauracji. U Artura kosztowała około 40 złotych, w Piemoncie – tyleż euro. Piliśmy egri bikaver od producenta o nazwisku, którego nie jestem w stanie powtórzyć, rocznik 2002, trochę już wysuszony, mocno garbnikowy, dobrze dopasowany do wołowiny.

Odwiedziłem Bulaj raz jeszcze, delektując się śledziem w oleju, pieczonym turbotem i tortem bezowym z kremem porzeczkowo-malinowym, sztandarowym deserem tej restauracji. Na pewno o czymś zapomniałem, lecz tak być musi. Atmosfera w Bulaju jest cudowna, wszyscy są nader rozmowni, obsługa prowadzi rozmowy z gośćmi bezustannie, jest przy tym i dowcipna, i grzeczna. Takie szczegóły, jak nazwy win i producentów po prostu umykają, o właśnie, zapomniałbym przecież o fantastycznej zupie ze świeżego szczawiu, którą jadłem przed grasicą, i szpinakowym kremie, również świetnym. A wszystko proste, bez zadęcia, niedrogie … Skarb narodowy. www.bulaj.pl

Tags: ,

Newer entries »