Wiktoria wiedeńska, czyli polski sommelier wicemistrzem Europy

Po brawurowym występie Piotr Pietras zdobył drugie miejsce w Mistrzostwach Europy Sommelierów zakończonych dziś w nocy w Wiedniu. W finale pokonał faworyta, Francuza Davida Briauda i Rumunkę Julię Scavo. Uległ jedynie Raimondasowi Tomsonsowi z Łotwy.

© Olaf Kuziemka, Stowarzyszenie Sommelierów Polskich

© Olaf Kuziemka, Stowarzyszenie Sommelierów Polskich

Po 10. miejscu w zeszłorocznych mistrzostwach świata w Argentynie i obronionym tytule Mistrza Polski w 2016 r. najbardziej utytułowany polski sommelier nie ukrywał, że jedzie do Wiednia bić się o najwyższe trofea. Gdy w poniedziałek, 8 maja spotkaliśmy się w oranżerii Pałacu Schönbrunn, Piotr daleki był jednak od tryumfalizmu. Sprawiał wrażenie bardzo skupionego, wyciszonego. Przed mistrzostwami przeszedł specjalną dietę, a w czasie galowej kolacji otwierającej wiedeńskie zawody pozwolił sobie jedynie na degustację kilku win („nalejcie mi tego rotgipflera, żebym utrwalił sobie aromaty”).

We wtorek wraz z licznie przybyłymi do Austrii dziennikarzami ruszyłem na dwudniową wyprawę po regionach winiarskich w ramach „Wine Summit”, imprezy organizowanej przez Austrian Wine Marketing Board . W stolicy zaczęły się zaś mistrzostwa. Pierwsza dobra wiadomość przyszła już pierwszego wieczora: Pietras przeszedł do półfinału! Polak znalazł się w tuzinie najlepszych sommelierów Starego Kontynentu. W mediach społecznościowych zawrzało, choć z drugiej strony nikt znający Piotra nie zakładał innego scenariusza – półfinał był planem minimum.

© Olaf Kuziemka, Stowarzyszenie Sommelierów Polskich

© Olaf Kuziemka, Stowarzyszenie Sommelierów Polskich

We środę zmagania przeniosły się do Pałacu Esterházych w nieodległym Eisenstadt. Andrzej Różycki, członek wspierający Stowarzyszenia Sommelierów Polskich, który wraz z prezesem SSP, Piotrem Kameckim towarzyszył Pietrasowi w Austrii raportował z Burgenlandu: dziś było dość trudno; do południa szło bardzo dobrze, ale potem było rozlanie magnum Esterházy na 15 kieliszków o nietypowej pojemności, mniejszej niż standard dla blaufränkischa i wielu zawodnikom zostało wino w dekanterze – Piotrowi też. Czy to mogło zaważyć na półfinale? Na wyniki musieliśmy czekać do wczorajszego wieczoru.

Finał prowadzony był w wielkiej sali balowej Austria Trend Parkhotel Schönbrunn. Publiczność stanowili, prócz europejskiej elity sommelierskiej czołowi winiarze z Austrii i kilkudziesięciu dziennikarzy i krytyków winiarskich przybyłych na „Wine Summit”. Piotr, z którym rozmawiałem jeszcze przed ogłoszeniem listy finalistów znów emanował spokojem, a incydent z magnum blaufränkischa zbagatelizował. Słusznie. Tuż przed dziewiętnastą, wśród czterech (a nie jak zakładano na początku – trzech) finalistów znalazł się także sommelier z Polski.

© Olaf Kuziemka, Stowarzyszenie Sommelierów Polskich

© Olaf Kuziemka, Stowarzyszenie Sommelierów Polskich

Zaczęli z marszu – na scenie błyskawicznie pojawiły się cztery stoliki, na każdym butla magnum Brut Imperial Moët Chandon (jednego ze sponsorów imprezy) i dwadzieścia kieliszków. A zatem powtórka! Zadanie brzmiało – rozlać równe ilości szampana do 18 (a nie dwudziestu obecnych na stole!) kieliszków bez wracania do już napełnionego naczynia. To była jedyna konkurencja, którą finaliści wykonywali równolegle. Z perspektywy naszej balkonowej loży występ Pietrasa wyglądał bardzo udanie. Potem przyszła pora na indywidualne występy.

Polak wylosował numer pierwszy. Zaczął od serwisu sake dla dwóch japońskich gości wykazując się przy tym doskonałą znajomością tematu, precyzją i szybkością. Kolejna konkurencja, dobór win do gotowego menu dla prezesa ASI, Shinya Tasakiego z okazji 6. rocznicy jego wyboru na funkcję szefa Stowarzyszenia Sommelierów w – jak to określono – eleganckim wiedeńskim hotelu był koncertem Pietrasa. O winiarskim obyciu i wyobraźni Piotra mogli przekonać się wszyscy, którzy widzieli choćby jego występ na zeszłorocznych Mistrzostwach Polski – zero oklepanych połączeń, wprawa w odmianach, regionach i rocznikach. W Wiedniu dołożył do tego bardzo inteligentnie kilka smaczków – skoro Wiedeń, to austriacki aperitif, a jeśli szósta rocznica, to wino z 2011 r. Wisienką na torcie było podanie przez Polaka rieslinga z… Polish Hill.

© Olaf Kuziemka, Stowarzyszenie Sommelierów Polskich

© Olaf Kuziemka, Stowarzyszenie Sommelierów Polskich

W degustacji w ciemno mogliśmy podziwiać nie tylko precyzję, ale i elokwencję zawodnika, który płynnym angielskim drobiazgowo opowiedział o smakowanym winie identyfikując je jako barbaresco z 2012 r. (na nebbiolo wskazywali także Łotysz i Francuz; Rumunka obstawiała zdecydowanie starsze bordeaux). Następna konkurencja polegała na pogrupowaniu sześciu alkoholi w pary, których wspólnym mianownikiem miał być produkt bazowy, z którego je uzyskano. Przy kolejnym stoliku sommelierzy dekantowali zaś butelkę blaufränkischa, serwowali wino z karafki i musieli opowiedzieć o tej austriackiej odmianie porównując ją do bardziej znanych międzynarodowych szczepów. I z tym zadaniem Piotr nie miał większych kłopotów. Podobnie jak i z ostatnią konkurencją – korektą karty win. Tu tempo było wyścigowe. Zawodnicy oglądali 8 slajdów, każdy przez ledwie 30 sekund, zawierających nazwy trzech win. Tylko jedno z nich zawierało błąd, o czym zdaje się zapomniała Julia Scavo doszukując się nieścisłości niemal w każdej nazwie. Piotr wykazał się dużym opanowaniem i świetnie poradził sobie z wyłuskaniem błędów ortograficznych i merytorycznych.

A zatem świetny występ. Czego zatem zabrakło do zwycięstwa? Spokoju! Piotr na scenie to naładowany pistolet. Jest opanowany i perfekcyjny w serwisie, ale rozpiera go energia, co daje wrażenie pewnej gwałtowności. Tymczasem zwycięzca konkursu, Raimondas Tomsons pracujący na co dzień w restauracji Vincents w Rydze emanował właśnie spokojem. Jego ruchy, praca przy stole były zdecydowane, ale bez cienia zdenerwowania. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że o ostatecznym zwycięstwie zdecydowała właśnie niebywała elegancja, z jaką Łotysz obsługiwał gości. Nowy Mistrz Europy jest od Piotra o siedem lat starszy i pozostaje mieć nadzieję, że z wiekiem nasz sommelier zyska więcej stateczności.

© Olaf Kuziemka, Stowarzyszenie Sommelierów Polskich

© Olaf Kuziemka, Stowarzyszenie Sommelierów Polskich

Drugie miejsce w Mistrzostwach Europy to wielki sukces Piotra Pietrasa. Dla mnie główny sommelier londyńskiego Launceston Place jest jednak także symbolem całego pokolenia młodych polskich podczaszych, którzy doskonale dają sobie radę zarówno w najlepszych restauracjach w kraju, jak i w Europie. To także sukces Stowarzyszenia Sommelierów Polskich, które aktywnie wspierało i opiekowało się polskim zawodnikiem. Jestem przekonany, że wiedeńska wiktoria Pietrasa przyczyni się do jeszcze większego zainteresowania zawodem sommeliera w Polsce. Pozytywne tego skutki odczują zaś wszyscy bywający w restauracjach winomani.

Andrzej Różycki, Piotr Pietras i Piotr Kamecki na rozpoczęciu Mistrzostw Europy Sommelierów 2017 w Wiedniu © Olaf Kuziemka, Stowarzyszenie Sommelierów Polskich

Andrzej Różycki, Piotr Pietras i Piotr Kamecki na rozpoczęciu Mistrzostw Europy Sommelierów 2017 w Wiedniu © Olaf Kuziemka, Stowarzyszenie Sommelierów Polskich

A tu można obejrzeć cały finał!

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Porzućcie strach

Na zdjęciu jest ich dwoje. Siedzą na ławce wspartej o szary, kamienny mur. On – wysoki, przystojny, młody brunet; ona – zasuszona staruszka w nieokreślonym wieku. Miejsce akcji to Porrera – maleńkie, uśpione miasteczko w zachodniej części Prioratu, zaskakująco puste i ciche, jak na sławę, którą cieszy się wśród miłośników win ikonicznych.

On nazywa się Albert Costa Miralbell i jest enologiem w legendarnej winiarni Vall Llach, tej samej, którą 23 lata temu zakładał Luís Llach, znany w Polsce przede wszystkim jako autor L’Estaki, pieśni, którą już jako Mury wyśpiewał w początku lat 1980. Jacek Kaczmarski.
Ona to musi być Catalina. Albo Matilda, może Joaquina. Pierwsza skończyła 103 lata i słynie w Porrerze z tego, że po północy lubi polewać wodą z gumowego węża hałaśliwych turystów w restauracyjnym ogródku, powyżej którego mieszka; dwie ostatnie są wciąż przed dziewięćdziesiątką. Wszystkie trzy mieszkają w Porrerze od zawsze, dzieląc jej los, który wreszcie zdaje się do nich uśmiechać.

103-letnia Catalina, mieszkanka Porrery i Albert Costa, enolog Vall Llach fot. archiwum Alberta Costy

103-letnia Catalina, mieszkanka Porrery i Albert Costa, enolog Vall Llach fot. archiwum Alberta Costy

Kiedyś, w zagubionym w górach Monsantu miasteczku mieszkało 2000 osób. Kiedyś – znaczy przed filokserą. Gdy pod koniec XIX w. niszczycielska mszyca pożarła także winnice Prioratu, ludność Porrery została zdziesiątkowana. Tylko desperaci chcieli zostać w głębokiej, odciętej niemal od świata dolinie. Po hiszpańskiej wojnie domowej ci, którzy zostali, zaczęli uprawiać orzechy laskowe. Miasteczko odżyło, choć na krótką chwilę. Już w latach 1980. nie było w stanie sprostać konkurencji tanich orzechów z Turcji. W Porrerze zostało raptem 200 osób.

Mniej więcej w tym samym czasie, w sąsiednim Gratallops René Barbier i Álvaro Palacios zaczęli przesadzać winnice, odkrywać stare siedliska i robić pierwsze nowe wina Prioratu, które wkrótce miały zadziwić świat. Jednymi z pionierów regionu stali się także Enric Costa i Luís Llach, którzy przybyli do Porrery z misją. Gdy na początku lat 1990. otwierali winiarnię Vall Llach, przyjęli założenie, które zmieniło życie miasteczka – z dnia na dzień podnieśli kilkukrotnie cenę skupu winogron, co diametralnie zmieniło sytuację ekonomiczną kilkudziesięciu miejscowych rodzin, a z czasem i całego regionu. Płacić było warto, bo pozostające w rękach starych mieszkańców Porrery trossos, kilkudziesięcioletnie parcele rosnących na łupkach cariñeny i garnachy dawały owoce niezwykłej jakości. Costa i Llach, choć sami, co trudno sobie wyobrazić, nie pili wina, potrafili przekuć tę jakość w legendę nowego Prioratu. Do dziś jedno z win Vall Llach, Idus, robione jest wyłącznie z gron kupowanych od lokalnych rodzin.

Winnice wokół Porrery fot. tpb

Winnice wokół Porrery fot. tpb

Porrera i teraz sprawia bardzo senne wrażenie. Poza sezonem i weekendami ludzi spotkać można jedynie przed Barem Priorat na Plaça de Catalunya, gdzie w budynku starego kościoła mieści się także część winiarni Vall Llach. A jednak: 23 lata po przyjeździe Costy i Llacha zamiast jednej, jest w miasteczku 17 winiarni, 80 miejsc noclegowych, kilka restauracji, a liczba mieszkańców podwoiła się. Zmarłego kilka lat temu Enrica zastąpił jego syn Albert, który zajmuje się nie tylko Vall Llachem, ale eksperymentuje też w ramach własnego projektu Clos l’Asentiu. W 2014 roku wypuścił serię trzech win Dones (Kobiety), dedykowaną sędziwym mieszkankom Porrery. Czerwonemu dał imię Cataliny, różowemu Matildy, białemu zaś Joaquiny. To ostatnie tłoczy z rzadkiej, odnalezionej w starych winnicach odmiany escanyavella. Jej nazwa oznacza dosłownie „dusiciela starych wdów”. Kobiety zbierające w czasie winobrania czerwone owoce cariñeny i garnachy, znajdując pojedyncze krzewy escanyavelli ogołacały je z owoców, które zjadały – białe grona były nieprzydatne przy produkcji czerwonego wina. Tyle że odmiana ma grube skórki i dones często się nimi dławiły.

Catalina, Matilda i Joaquina przeżyły. Ich imiona trafiły na butelki win Alberta. Ze sprzedaży każdej flaszki dwa euro przeznaczone są na fundusz starszych mieszkańców Porrery zarządzany przez lokalne władze.

Rynek w Porrerze fot. tpb

Rynek w Porrerze fot. tpb


Gdy w początkach kwietnia stałem z Albertem nad mapą Prioratu, młody winiarz pokazał mi oddaloną o kilka kilometrów od miasteczka dolinę. – Najpierw ludzie mieszkali tam – opowiadał. – To było mroczne miejsce, często nawiedzane przez wilki. Straszne – dodał Costa. Mieszkańcy postanowili przenieść siedlisko w bardziej otwarte miejsce, gdzie spotyka się kilka potoków. Tak powstała Porrera, co po katalońsku oznacza tyle, co „zostawić strach za sobą”. Także w nowej osadzie miejscowi przeżyli wiele trudnych chwil. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że dziś, w dużej mierze dzięki winu, mają swe najlepsze dni, a strach porzucili w ciemnych dolinach.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Wino na Wielkanoc

„Co wy głupi jesteście? Wino na Wielkanoc? Wielkanoc jest świętem bezalkoholowym. Bo o to w tym chodzi święcie, żeby na trzeźwo i szczerze, rodzinnie przeżyć tą radosną nowinę. Naprawdę niepoważni…”

Oto głos, który pojawił sie kilka lat temu na forum internetowym portalu magazynwino.pl jako komentarz do artykułu na temat najlepszych win do potraw wielkanocnych. Jeden z wielu głosów, które słychać zawsze przed świętami takimi jak Wigilia, czy Wielkanoc właśnie.
Stoję po drugiej stronie barykady, choć wojenną retoryką szafować bym nie chciał, bo o wino na Wielkanoc walczyć nie zamierzam.
Wino towarzyszy mi i mojej rodzinie w trakcie i Wigilii i Wielkanocy. Lubię mierzyć się z połączeniami winiarsko-kulinarnymi mając jako wyzwanie potrawy świąteczne. Sięgam też wtedy po lepsze, świąteczne butelki, co sprzyja umiarowi. Nie chcę wydawać jednoznacznego werdyktu, że pić w Wielkanoc można, albo też nie można. Ja sięgam po wino, bo taki jest mój wybór – szanuję wybór tych, którzy nie piją. Rozumiem też troskę wszystkich, którzy chcieliby by choć w tak wielkie święto, jakim jest Wielkanoc, w domu było spokojnie i trzeźwo. I myślę też trochę, że owej trzeźwości sprzyja właśnie wino, a nie… wódka.

fot. Michael Olivier. Spier

fot. Michael Olivier. Spier

Dlatego w Wielkanoc sięgam po lżejszy kaliber: więcej na moim stole win białych, jak zwykle rieslingów, chablis i im podobnych, tych nie beczkowych i nieprzesadnie mocnych. Raczej z chłodnej północy, niż rozpasanego południa. Pośród czerwonych także szukam lekkości – Wielkanoc to znowu mój czas dobrych crus beaujolais, dolcetto, rzecz jasna pinot noir, ale i środkowoeuropejskich sankt laurentów i blauer portugieserów. Wielkanoc to wreszcie czas fantastycznych deserów – jest więc i miejsce na tokaje i słodkie rieslingi, a do mazurków z czekoladową polewą – porto. I jeszcze moje wino nieśmiertelnie wielkanocne – leciutkie, w sam raz na poranny posiłek, prawie bez alkoholu, świeże i zwiewne moscato d’asti, bez którego świąteczna niedziela nie jest świąteczną niedzielą.

Moscato d'Asti fot. piemonteland.it

Moscato d’Asti fot. piemonteland.it

W Wielkim Tygodniu słucham, jak zwykle, dużo muzyki pasyjnej, ze szczególnym naciskiem na Haydnowską kompozycję „Siedem ostatnich słów Zbawiciela na krzyżu” w transkrypcji na kwartet smyczkowy nagraną przez Emerson String Quartet. Nie, nie łączę jej z winem, choć historia utworu napisanego w 1787 na nabożeństwo wielkopiątkowe dla kościoła w Grotto Santa Cueva opodal Kadyksu kazałaby wybrać sherry. Słucham Emerson String Quartet bez wina, po to, by z większą radością sięgnąć po nie w Wielką Niedzielę.

Tekst archiwalnej audycji radiowej „PIN do wina” w Radio PIN

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , | Skomentuj

Cukier. Amarcord

Cukier. A właściwie cukier resztkowy, ten nieprzefermentowany w gotowym winie, spędzał mi sen z powiek w czasie kilkudniowego pobytu w Valpolicelli, pod koniec stycznia tego roku.

Werona i okolice to jedno z najlepszych miejsc, w których mógłbym zamieszkać. W zasięgu narty i góry, dwa morza, lotnisko obsługujące loty międzykontynentalne. Do tego szybka kolej i autostrady w cztery strony świata. Miasto nie za duże, ale i nie prowincjonalne: z Areną, gdzie wystąpili wszyscy artyści, którzy byli tego godni, wine barami, osteriami, gwiazdkami Michelina. A na wyciągnięcie dłoni region winiarski dający światu genialną, bezpretensjonalną, codzienną valpolicellę z jednej, i wielkie, potrafiące starzeć się przez dekady, wielokrotnie złożone amarone z drugiej. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie cukier.
Tercet wielkich win włoskich stanowią barolo, brunello i amarone, a to ostatnie w największym stopniu ulega presji rynku. Można było kiedyś prowadzić dysputy nad modernistycznym i tradycyjnym stylem win piemonckich, można się było zastanawiać, które z win z Montalcino rzeczywiście opowiada prawdziwą historię swojego terroir. Trudno jednak nie zauważyć, że w żadnej z tych dwóch apelacji nie ma tak wielu twórców, którzy robią wino pod dyktando rynku, jak pośród producentów amarone. Oczywiście, że między Sant’ Ambrogio, a Illasi pracuje kilka tuzinów winiarzy, których interesuje zrobienie amarone zachowującego wierność siedlisku, wielowymiarowego, harmonijnego, rzeczywiście wielkiego, a nie tylko pretensje do owej wielkości zgłaszającego. Są też jednak setki innych, którzy doskonale wiedzą, że aby wskoczyć na pewne rynki eksportowe wystarczy zostawić w amarone wysoki cukier resztkowy. Takie wino jest smaczne, łatwe, a jednocześnie, poprzez słodycz podbitą dodatkowo wysokim alkoholem i aromatami nowych dębowych baryłek sprawia wrażenie bogatego, choć zazwyczaj jest jedynie potężne. Dla mnie niepijane. Ale to akurat obchodzi niewielu.
valpo1

A przecież lubię cukier. Także w regionie Valpolicella. Bawiąc w winiarni w Negrar, usłyszałem piękną opowieść o recioto, ojcu amarone. To z założenia słodkie wino piło się w dawnych czasach na śniadanie. Dokładnie rzecz ujmując – na drugie śniadanie. Koło dziesiątej chłopi schodzili z pól i winnic do domu na pajdę chleba z sopressą, tłustą, esencjonalną kiełbasą z Veneto i szklankę kalorycznego recioto. Jakże łatwo mi to sobie wyobrazić! Recioto jest winem słodkim, ale nie aż tak, by źle łączyło się ze słoną, tłustą wędliną. Natychmiast wróciły wspomnienia z nieodległego, lombardzkiego Oltrepò Pavese, gdzie do dziś robi się lekko słodkie, a często też subtelnie musujące (tak jak przed laty recioto della valpolicella!) wina z odmiany croatina (nad Padem zwanej niesłusznie bonardą), stworzone do popijania salumi w wiejskich trattoriach. A tamtejsza krew Judasza? Kto pił sangue de juda, słodki kupaż barbery, croatiny, uva rara i vespoliny (z możliwym dodatkiem pinot nero), ten wie, że w połączeniu ze słoną i tłustą wędliną po prostu działa.

Oltrepò Pavese Vigneti

Oltrepò Pavese Vigneti

Wiedział to także, być może zupełnie intuicyjnie, szef kuchni Adam Michalski, który bodaj dekadę temu podał na aperitif przed obiadem wieńczącym dużą degustację win z Roussillon w Warszawie, pumpernikiel grubo posmarowany prawdziwym wiejskim masłem posypanym morską solą. Przekąsce towarzyszył kieliszek słodkiego czerwonego rivesaltesa, a owo sensacyjne połączenie jestem w stanie natychmiast odtworzyć na podniebieniu obudzony w środku nocy. Cukier krzepi! W słodkim winie.

Artykuł z cyklu „Pierwszy łyk” otwiera nowy numer Magazynu Wino (1/2017)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Cukier. Amarcord została wyłączona

My name is Lucca

Win z DOC Colline Lucchesi trudno spróbować nawet w samej Lukce. Warto ich jednak poszukać, bo klasa i złożoność niektórych wyjmuje je zdecydowanie poza nawias wakacyjnej ciekawostki.

Lukka to małe miasto. Przybywających tu, jak ja, pociągiem wita kiosk-namiot z kanapkami z mortadelą, grappą i kawą. Kameralny dworzec stoi przy placu Bettino Ricasoliego, jednego z pierwszych premierów Włoch znanego z opracowania nowoczesnej formuły kupażu chianti. Lukka ma jednak innego bohatera. 22 grudnia 1858 r. urodził się tu, przy Corte San Lorenzo, Giacomo Puccini. Z rodzinnego domu do katedry San Martino miał jakieś 7 minut piechotą. Rodzina Puccinich miała w niej dziedziczne prawo do stanowisk organisty i chórmistrza, a małego Giacomo do tej pierwszej roli nawet przyuczano. Przyszły twórca „Toski” miał zresztą w młodych latach – jak pisze S. Jackson w biografii „Monsieur Butterfly. The Story of Puccini” – grać zarówno w kościołach, jak i kasynach zapewniając muzykę klasztorowi i… burdelowi. Śladów Pucciniego jest sporo, zwłaszcza wokół rodzinnego domu – prócz muzeum poświęconego kompozytorowi mamy jego pomnik, hotel Puccini, restaurację Puccini, osterię Tosca i bistro Boheme.

Piazza del Mercato wybudowany na gruzach rzymskiego amfiteatru fot. agriturismoterrarossa.com

Piazza del Mercato wybudowany na gruzach rzymskiego amfiteatru fot. agriturismoterrarossa.com

Starówka otoczona jest liczącymi ponad 4 km murami zbudowanymi na planie wielokąta. Jeszcze przed narodzeniem Pucciniego Maria Luiza de Bourbon kazała przekształcić je w park miejski Dziś szczytem biegnie trasa spacerowa. Być może dlatego ścisłe centrum sprawia wrażenie nieco klaustrofobicznego – otoczone murami, wybudowane na regularnej, ciasnej siatce ulic dawnej rzymskiej kolonii, z jajowatym Piazza del Mercato powstałym w miejscu dawnego amfiteatru. Z lekka prowincjonalny charakter Lukki ma jednak swój urok, zwłaszcza, gdy porówna się go z zatłoczoną turystami nawet w lutym Florencją.

Przyjechałem tu trochę z nudów, trochę z ciekawości w piątkowe popołudnie, półpustym pociągiem ze stolicy Toskanii. Dyskretnie wtopiłem się w tłumek miejscowych rozpoczynających o tej porze niespieszną passeggiatę po ulicach Beccheria, Santa Lucia, Fillungo. Otoczony średniowiecznymi kamienicami Piazza del Mercato świecił za to pustkami, a jedynymi ludźmi byli nieliczni turyści fotografujący się na tle zamkniętych poza sezonem knajp. Wreszcie trafiłem do Bistro e Winebar des Arts przy placu San Giusto – przyjemnie zawalonego szpargałami, bibelotami, dziesiątkami starych zdjęć i pustych butelek ciepłego wnętrza prowadzonego przez parę sympatycznych gospodarzy noszących nie wiedzieć po co, idiotyczne kapelutki nie przystające do wnętrza. Przy marmurowym stoliku obok starsza para piła herbatę. Miałem w zasadzie wszystko, co było mi w tamtej chwili potrzebne do życia z wyjątkiem wina z Lukki.

W krótkiej karcie win na kieliszki była nawet valpolicella, brakło jednak choćby jednej flaszki sygnowanej DOC Colline Lucchesi czy leżącej po sąsiedzku apelacji Montecarlo, pal sześć, niechby i nieodległej Chianti Montalbano. Musiałem zaspokoić się bicchiere wcale zgrabnego, choć dość anonimowego (IGT Toscana) kupażu sangiovese i merlota, do którego na szczęście podano całkiem obfite przekąski w postaci oliwek, pane toscano i kilku plasterków finocchiony, aromatyzowanej koprem włoskim wieprzowej kiełbasy. Za 4 euro to zupełnie dobry zestaw.

Colline Lucchesi fot. Tenuta di Valgiano

Colline Lucchesi fot. Tenuta di Valgiano

Opuszczałem jednak Lukkę niespełniony. I nie chodziło nawet o to, że w słuchawkach zabrakło mi akurat choćby kilku arii z „Manon Lescaut” czy „Turandota” (nie mówiąc o niechby menuecie innego syna tego północnotoskańskiego miasta, starszego o ponad sto lat od Pucciniego Luigi’ego Boccheriniego). Nie miałem wielkich oczekiwań po Colline Lucchesi, a jednak chciałem się przekonać co bliskość morza, oparcie w Apeninie Toskańskim i odmienny niż w środkowej części regionu klimat robią tu z sangiovese. A może po prostu miałem ochotę postawić ptaszek przy kolejnej mikroapelacji z adnotacją: zaliczone.

Udało się już następnego dnia, choć dopiero we Florencji. Doroczna degustacja nowych roczników Anteprime Toscane rozpoczynała się, jak zawsze, od próby win z pomniejszych toskańskich DOC, takich jak Bianco di Pitigliano, Sovana, Elba, Maremma, Morelino di Scansano, Val d’Arno di Sopra czy Cortona. Nie zabrakło wśród nich 17 flaszek ze Wzgórz Lukkańskich, dzięki którym moja eskapada z poprzedniego dnia nabrała zupełnie nowego znaczenia.

Na dzień dobry dostałem się w ręce Laury di Collobiano stojącej za winami Tenuta di Valgiano. Winiarka pokazała mi wszystkie dostępne w czasie Anteprimy wina z okolic Lukki – zaczęliśmy od białych, wśród których uwagę zwracały słonawy kupaż chardonnay, vermentino i trebbiano Bianco dell’ Oca 2015 od Colle di Bordocheo, przede wszystkim jednak dwa czyste vermentino z 2015 r.: surowy, wodorostowo-skalny Vermignon z Tenuta Lenzini i jego zupełne przeciwieństwo – Palistorti di Valgiano Bianco z Tenuty di Vagliano, wino o aromacie dojrzałych jabłek, mirabelek, ale też morskie, słone, mineralne.

Laura di Collobiano fot. Tenuta di Valgiano

Laura di Collobiano fot. Tenuta di Valgiano

Prawdziwa jazda zaczęła się jednak przy winach czerwonych. W moich opisach powtarzają się nawiązania do chrupkiej czereśni, świeżej, soczystej wiśni. Degustowane przeze mnie wina z okolic Lukki charakteryzuje niezwykła pijalność, są lżejsze niż większość chianti classico, mają za to ciekawszą materię i, przede wszystkim, aromaty niż poważna część „zwykłych” chianti. To wina swoiście lekkie, pachnące, radosne, stworzone do biesiady. Jedno z najpoważniejszych, I Pampini 2013 od Fubbiano łączyło aromaty wiśni i fiołków, miało strukturę przypominającą poważne nebbiolo, wapienny posmak, było złożone i wyraziste. Nawet kupaż merlota i caberneta sauvignon Rosso Flora 2013 z La Badiola miał oryginalny, w jakiś sposób nawiązujący do pozostałych, opartych na sangiovese win.
Warto wspomnieć o wspólnym projekcie trzech producentów, Colle di Bordocheo, Fattoria Maionchi i Fattoria Sardi, którzy wyprodukowali wspólnie przeciekawe Mille 968 kupażując wina z trzech różnych siedlisk wokół Lukki. Największe wrażenie zrobiło na mnie jednak wino z Fabbrica di San Martino, kupaż sangiovese z ciliegiolo, canaiolo i colorino, skoncentrowany, aromatyczny i jednocześnie o burgundzkiej niemal zwiewności.

Najlepszy... fot. Fabbrica di San Martino

Najlepszy… fot. Fabbrica di San Martino

Pijąc wszystkie te wina wiedziałem, że wrócę. Może nawet nie tyle do samej Lukki, co nad brzegi opływającej miasto rzeki Serchio, do Pescii, Villa Basilica, Capannori i Porcari wyznaczającej granice wschodniej strefy DOC Colline Lucchesi i do Pescaglii i Massarosy na zachodzie. Wrócę na spotkanie z Laurą i innymi winiarzami z gliniasto-żwirowych winnic u stóp Apeninów, twórców win doskonale pijalnych i nieznanych chyba nawet w samej Lukce.

11 godnych uwagi win z okolic Lukki

Colline Lucchesi 2013, Fabbrica di San Martino
I Pampini 2013, Toscana, Fubbiano
Rosso Flora 2013, Toscana, La Badiola
Mille 968 2013, Colline Lucchesi, Colle di Bordocheo/Fattoria Maionchi/Fattoria Sardi
Palistorti di Valgiano Rosso 2015, Colline Lucchesi, Tenuta di Valgiano
Sebastiano 2014, Colline Lucchesi, Fattoria Sardi
Arcipressi 2015, Colline Lucchesi, Fabbrica di San Martino
Bordocheo Rosso 2015, Colline Lucchesi, Colle di Bordocheo
Casa e Chiesa Merlot 2014, Colline Lucchesi, Tenuta Lenzini
Villa Sardini 2015, Colline Lucchesi, Pieve Santo Stefano
Palistorti di Valgiano Bianco 2015, Toscana, Tenuta di Valgiano

Tymczasem, z braku win z Lukki na półkach polskich sklepów posłucham Pucciniego…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , | Możliwość komentowania My name is Lucca została wyłączona

Pocztówki z amarone

2013 to bardzo dobry rok dla amarone. Swoje wina znajdą w nim zarówno zwolennicy elegancji i terroir, jak i miłośnicy podbitych cukrem resztkowym i nową baryłką monsterów. Jedno jest pewne – zanim powiesz, że lubisz amarone, odpowiedz sobie na pytanie, co dokładnie masz na myśli.

Nie ma we Włoszech drugiego takiego wina, które pretendując do gry w światowej ekstraklasie byłoby jednocześnie tak podatne na wpływy rynku. O ile bowiem istnieje oczywiście istotna i całkiem liczna grupa producentów, którym przyświeca idea robienia win wynikających z siedliska, o tyle bardzo liczna jest też w Valpolicelli rzesza winiarzy, którzy doskonale wiedzą co się świetnie sprzedaje w Skandynawii, Kanadzie czy na Dalekim Wschodzie. A tam, bardzo często chcą potężnych (często ponad 17 % alc.) win o soczystym, słodkim owocu, z cukrem resztkowym dochodzącym pod 10 g/l, nikłą kwasowością, pełnych dodatkowo słodkich budyniowo-waniliowych aromatów nowych baryłek. Ja tego nie kupuję. I co z tego? Mój portfel i zdanie ważą w tej grze wyjątkowo niewiele.

Na szczęście w 2013 zadowoleni będą jedni i drudzy. Terroiryści osiągnęli zamierzony efekt i w tych zdecydowanie za młodych do degustacji, o piciu nie wspominając, winach czuć niebywałą równowagę, zapowiedź pięknych aromatów, elegancji, wierność siedlisku. Monstery zaś są, jak na monstery przystało – monsterskie: Czesi ukuli by na to na pewno jakiś zgrabny skrócik w rodzaju alko-cukro-dąb. Komu się miało podobać spodoba się na pewno.

Tymczasem pozwalam sobie na publikację swojej czołówki, przy czym proszę pamiętać, że cukier to ja najbardziej lubię w millefoglie wg Giovaniego Battisty Perbelliniego. Wina degustowałem w czasie dorocznej degustacji nowego rocznika Anteprima Amarone, 28 stycznia 2017 r. w Palazzo Gran Guardia w Weronie, gdzie tradycyjnie nie podaje się win tzw. Rodzin Amarone. O wydarzeniu, amarone, recioto, ripasso i tzw. zwykłej, choć często niezwykłej valpolicelli napiszę już wkrótce w Magazynie Wino.

Piętnaście amarone’13, które warto śledzić:

Vigneti di Ravazzol, Amarone della Valpolicella Classico, Ca’ la Bionda
Amarone della Valpolicella Classico, Le Marognole
Amarone della Valpolicella Classico, La Dama
Punta Tolotti, Amarone della Valpolicella, Ca’ Rugate
Amarone della Valpolicella, Marco Mosconi
Corte Vaona, Amarone della Valpolicella Classico, Novaia
Amarone della Valpolicella Classico, Secondo Marco
Amarone della Valpolicella Classico, Zymé
Cuslanus, Amarone della Valpolicella Classico, Albino Armani
Amarone della Valpolicella Classico, Corte Antica Benedetti
Campo Leòn, Amarone della Valpolicella, Latium Morini
Morar, Amarone della Valpolicella, Valentina Cubi
Amarone della Valpolicella Classico, Santa Sofia
Amarone della Valpolicella Classico, Selun di Luigi Marconi
Valmezzane, Amarone della Valpolicella, Corte Sant’ Alda

A na okrasę garść pocztówek z zimowej Valpolicelli

Winnice w Marano di Valpolicella fot. tpb

Pergola wciąż w użyciu fot. tpb

Przednówek fot.tpb

Corvina czy corvinone? fot.tpb

W Mezzane fot. tpb

Suszenie gron na amarone zakończyło się w tym sezonie wyjątkowo wcześnie fot. tpb

Tu powstaje eksperymentalne pomarańczowe chardonnay fot. tpb

Jago fot. tpb

Madonna w San Vito fot. tpb

Beton wraca do łask fot. tpb

San Vito fot. tpb

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pocztówki z amarone została wyłączona

Trufle i bergerac

François występuje na reklamowym zdjęciu ze świnią na smyczy. To dla niepoznaki – twierdzi jego córka Alys – nie można pokazać zdjęcia psa, bo zaraz by go ukradli. A psy w Périgord są w cenie, oczywiście te, które potrafią szukać trufli.

O truflach z Périgord i trudnej sztuce przyuczania psów do zawodu rozmawiamy w wine barze Roberta Mielżyńskiego na warszawskim Czerniakowie. Styczeń to miesiąc, w którym czarne, aromatyczne grzyby pojawiają się na krótko w menu praktycznie od roku, gdy Mielżyński otworzył swój pierwszy przybytek w stolicy. Zwykle przywozi je Luc Conti, właściciel Tour des Gendres, winiarni w Bergerac, akwitańskim regionie sąsiadującym od południowego-wschodu z Bordeaux.

Tym razem do Warszawy przyjechał sam François Bonetti, sąsiad Conti’ego, który swoją farmę ma raptem sześć kilometrów od winiarni Luca. Trzyma w niej zwierzęta, uprawia rośliny strączkowe, przede wszystkim jednak (przynajmniej z naszego punktu widzenia) zajmuje się uprawą trufli. Dziś około połowy sprzedawanych co roku francuskich trufli pochodzi właśnie z kontrolowanych upraw. Nie oznacza to jednak, że grzybów nie trzeba szukać, najlepiej oczywiście z wyszkolonym psem.

François Bonetti i jego trufle fot. tpb

François Bonetti i jego trufle fot. tpb

Alys brała udział w kształceniu młodego psiaka. Przyszły tropiciel trufli dostawał już w pierwszych dniach życia mleko aromatyzowane olejkiem truflowym. Potem cała jego dieta była konstruowana tak, by z łatwością rozpoznać charakterystyczny zapach. Mimo specjalizacji, „polowanie” na trufle nie może trwać w jednej sesji dłużej niż godzinę-półtorej. Po tym czasie pies najnormalniej w świecie głupieje od nadmiaru aromatów.

François i Alys przywieźli do Warszawy wykopane spod dębów kilka dni wcześniej naręcza czarnych bulw wielkości może dwóch pięści. Gdy dotarłem na Czerską leżały w suchym ryżu oddając część wilgoci i aromat pod przyszłe risotto. My zaspokoiliśmy się menu najprostszym z możliwych, jedynym sensownym w przypadku świeżej trufli o zniewalającym aromacie. Były zatem grzanki z truflami, jajecznica z truflami, makaron z truflami i ziemniaczane purée, oczywiście z truflami. W końcu kawałek wołowiny – z drobnymi płatkami trufli. Nic, co zabiłoby lub choćby zniekształciło charakterystyczny zapach, za który ludzie skłonni są płacić majątek. Przyjemność prosta, choć kosztowna…

WINA

Piliśmy do tego wina Luca Conti, a więc dobrze znane butelki z Bergerac: aromatyczny biały kupaż Cuvée de Conti 2014 zdominowany przez nuty beczkowego sauvignon; cytrusowy, oleisty, głęboki (49,50 zł); Château Tour de Gendres 2014 czyli czyste muscadelle – wino o kwiatowym, zwiewnym nosie, z lekką nutą pietruszki, a po chwili gruszkowym akcentem dębu, na podniebieniu kwiatowo-gruszkowe, lekkie, zrównoważone i dojrzałe, chyba najlepiej radzące sobie z truflami (98 zł); Bergerac Rouge 2014, czyli kupaż malbeka z merlotem – dobry, twardy, pestkowy, pachnący wiśniami, o krzepkich, dobrze kwasowych i soczystych ustach (39,50 zł) i w końcu La Gloire de mon Père 2012 (dwa cabernety, merlot i malbec) – wino ładnie dojrzałe, z wciąż słodką nutą dębu, ale i dojrzałego owocu, na podniebieniu tęgie, beczkowo-wiśniowe, żywe, wciąż młode, bogate, będące raczej parą dla wołowiny, niż samych trufli (69,50 zł).

Muscadelle i trufle to jest to! fot. Mielżyński

Muscadelle i trufle to jest to! fot. Mielżyński

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Trufle i bergerac została wyłączona

Blue Monday

Dziś, 16 stycznia 2017 roku przypada najbardziej, podobno, dołujący dzień w roku – Blue Monday. Dla poprawienia humoru wygrzebałem tekst mojej audycji z nieistniejącego już Radia PIN sprzed dziewięciu lat. Oby każdy wasz Blue Monday był taki, jak tamten mój, w 2008 r.

W ostatni poniedziałek spiker ogłosił rano w radiu, że właśnie zaczyna się najgorszy dzień w roku. Blue Monday. Nie musiałem wyglądać na dwór. Deszcz równomiernie walący o poliwęglanowy daszek nad moim oknem obudził mnie pół godziny wcześniej. Było prawie ciemno, choć na kuchennym zegarze dawno minęła ósma. Blue Monday…, uśmiechnąłem się i ruszyłem na balkon po macerujące się w pozostałym z ostatniej degustacji pinot noir mięso. How does it feel, to treat me like you do nuciła do mnie wołowina, gdy obsmażałem ją, a potem z wolna dusiłem. When you laid your hands upon me, and told me who you are śpiewało siedem butelek, gdy pionizowałem je i doprowadzałem przez cały dzień do odpowiedniej temperatury. Siedem butelek San Leonardo – legendarnego wina z Vallagariny – które kilkanaście miesięcy temu podarował nam ich twórca, Markiz Carlo Guerrieri Gonzaga. Siedem różnych roczników: 1990, 91, 3, 5 i 7 oraz 2000, 2001 i 3. Tell me how do I feel, Tell me now, how do I feel.

Ze spokojem słuchałem kolejnych informacji o algorytmach, na podstawie których wyliczono, że właśnie 21 stycznia jest owym fatalnym dniem, ze spokojem chodziłem po deszczowym mieście, wiedziałem, że mój Blue Monday 2008 będzie, z degustacyjnego punktu widzenia, jednym z najlepszych dni w roku.
Skąd ta pewność? Markiz Gonzaga to uroczy starszy pan, w którego spokojnym spojrzeniu kryje się życiowa mądrość i spokój. Spokój, który tak łatwo odnaleźć w winie San Leonardo. Pewność, że przynajmniej nie będzie źle i że Blue Monday nie ma tu nic do rzeczy.
Tenuta San Leonardo istnieje od końca XVIII wieku, jednak dopiero za sprawą Carlo wdarła się czołówki włoskich winiarni. W drugiej połowie minionego stulecia Markiz zasadził na piaszczystych glebach Vallagariny swoje ulubione odmiany: cabernet sauvignon, cabernet franc i merlot dające w rezultacie iście bordoski w stylu kupaż.

Fot. Tenuta San Leonardo

Fot. Tenuta San Leonardo

I rzeczywiście do rasowego bordeaux San Leonardo najbliżej, choć nie o porównywanie z pauillakami, czy saint-julienami tu chodzi. Wino Gonzagi jest bowiem swoiste, indywidualne, jedyne w swoim rodzaju. Nie wymaga porównań, dlatego porównywaliśmy tylko roczniki – idąc od najstarszego (ale tylko teoretycznie, bo rocznik 1990 nie okazał się wcale najstarszy na podniebieniu) do ultra młodego, znajdującego się wciąż w fazie embrionalnej 2003. Dominujące nuty caberneta, swoista żelazawość, czasem ziołowość, aromaty wilgotnych liści, cygar i pudełek po cygarach, papryka i skóra, wszystko to pojawiało się na naszych podniebieniach w różnych konfiguracjach i odcieniach. Piliśmy to samo wino w siedmiu różnych odsłonach, piliśmy w istocie siedem kompletnie różnych win, choć za każdym razem czuć było jedną tę samą rękę winiarza, czuć też było spokojne spojrzenie Markiza. Carlo popatrywał na nas zresztą ze zdjęcia, które zrobiłem mu przed rokiem. Choć w ten sposób chcieliśmy zaprosić go do degustacji, której był przecież sprawcą. Raz podobał się nam bardziej 1990, po kilkunastu minutach 95, a po godzinie 2001. 24 godziny później, już sam oszalałem na punkcie pozostałych w butelce resztek 2003.

Markiz Carlo Guerrieri Gonzaga fot. tpb

Markiz Carlo Guerrieri Gonzaga fot. tpb

To wszystko miało jednak znaczenie drugorzędne. W ciągu następnych dni wraz z moimi towarzyszami degustacji przyznaliśmy, że trudno będzie powtórzyć sukces poniedziałkowego wieczoru przez kilka następnych miesięcy, zgromadzić wina, które wstrząsną nami tak bardzo. Na szczęście, by pokonać traumę Blue Monday (a przecież z jakiejś tam perspektywy wiele poniedziałków bywa Blue), nie trzeba od razu przeprowadzać pionowej degustacji San Leonardo. Wystarczy czasem jedna dobra butelka wina, przede wszystkim zaś dobry do niej kompan. Wiem o tym dobrze, bo mam takiego poniedziałkowego przyjaciela, z którym od lat skutecznie pokonujemy wszystkie Blue Mondays roku. Now you know… how do I feel.

O tym roczniku nawet jeszcze nie śniliśmy... © 2015 Ronny Kiaulehn - All rights reseved.

O tym roczniku nawet jeszcze nie śniliśmy… © 2015 Ronny Kiaulehn – All rights reseved.

PS. Markiz Carlo Guerrieri Gonzaga to człowiek bardzo szczodry, który lubi się dzielić się swymi winami. Gdy, podróżując we wrześniu 2015 r. z grupą międzynarodowych dziennikarzy po Trentino, spotkałem go zupełnie przypadkiem ponownie, w jednej z lokalnych restauracji, przysłał nam do stołu butelkę San Leonardo. W międzyczasie Tenuta doczekała się też importera w Polsce – to poznańska firma DELiWINA, która ma na składzie:
Tenuta San Leonardo 2010 (249 zł)
Villa Gresti di San Leonardo 2009 (132 zł)
Terre di San Leonardo 2012 (82 zł)
Vette Gresti di San Leonardo (78 zł)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Blue Monday została wyłączona

Najbielszy z chłopców żyje (na Sycylii)

Polak z Niemiec robi wino na Sycylii. Na domiar wszystkiego jest basistą i DJem. Rzecz o styczniowej degustacji win Campisi Marcina Öza w stołecznych „Dyletantach”.

Marcin Öz emigrację ma we krwi. Najpierw, tuż po przyjściu na świat opuścił Toruń, potem, w wieku 10 lat rodzice przeprowadzili go do Berlina. Był 1987 r. Marcin dorastał w cieniu walącego się muru, a potem z wolna jednoczącego się miasta. Skończył szkołę średnią i nawet zapisał się na studia. Na polonistykę – bo było fajne ubezpieczenie. Przeznaczenie miał jednak inne – został tym, kim w alternatywnym Berlinie w okresie transformacji być było najfajniej: muzykiem. Jako 19-latek, pod pseudonimem DJ Highfish zaczął grać w berlińskich klubach house i techno. Wkrótce został rezydentem klubu WMF. W 2003 r. odnalazł się w roli basisty w założonym przez Norwega Erlenda Øye zespole The Whitest Boy Alive grającego bardzo oszczędną, melodyjną muzykę spod znaku indie pop. W 2006 r. wydali płytę „Dreams”, trzy lata później nagraną w Meksyku „Rules”. W 2014 r. The Whitest Boy Alive zawiesili działalność. Marcin liczy, że zbiorą się znów latem tego roku, by uczcić jego 40 urodziny. Na Sycylii.

Marcin Oz w "Dyletantach" fot. tpb

Dyletant u „Dyletantów”
Ze swoimi wąsami i kudłatą czupryną wygląda trochę jak młody Boniek. W dodatku mówi z podobnym jak Zibi, dyskretnym akcentem zdradzającym długą nieobecność w kraju. Siedzimy przy stole zastawionym przekąskami i butelkami w warszawskim wine bistro „Dyletanci” przy Rozbrat 44a. Pijemy sycylijskie grillo, nero d’avola i syrah, choć od muzyki uciec nie sposób. Pierwsze nazywa się The Cure (Friday I’m in Love – to ciekawe, bo TWBA brzmią, zwłaszcza na pierwszej płycie bardziej jak Cure z okresu „Three Imaginery Boys”, a i sam Marcin przyznaje się do fascynacji raczej „17 Seconds” niż „Wish” ), drugie Red Red Wine (Just One Thing Makes Me Forget – szczerze nie lubię UB40 i serwowanie tego kawałka jako ilustracja rozmów o winie zawsze mnie uwiera; to na szczęście jedyny zgrzyt tego mroźnego popołudnia), trzecie – Halleluja (You Really Care for Music, Do Ya? – no, Cohen ok., choć w pierwszej chwili słuchając i patrząc na Marcina spodziewałem się bardziej inspiracji ze strony Happy Mondays). Dość jednak o nazwach. Tak naprawdę gadamy o winie. Bo Marcin jest teraz winiarzem.
10 marca 2012 roku przyjechał na Sycylię. Zamieszkał w starej kamienicy w Ortigii, syrakuzańskiej starówce leżącej na połączonej ze stałym lądem mostami wyspie. I się zachwycił. Tu, na południowo-wschodnim krańcu wyspy poznał Sergio i Marco Mazzarę uprawiających fenomenalne cytryny. Pomyślał, że też byłoby nieźle zostać takim fajnym rolnikiem. Tym bardziej, że przeniesienie wytwórni płytowej Bubbles, którą kierował było bardzo proste – wystarczyło postawić stół i otworzyć laptop.
W dodatku nadarzyła się okazja – od ojca braci Mazzara, wraz z nimi przejął 8-hektarową winnicę pod Pachino, bardzo dziś gorącym na Sycylii miejscu, w sercu rosnącej w siłę i coraz modniejszej apelacji Noto (to tu swoje najlepsze wina robi Gulfi, winnice ma też Planeta – pisałem o tym w Magazynie Wino w nr 3/2016). I tak wychowany w Berlinie Polak zajmujący się graniem elektroniki został posiadaczem parceli obsadzonej 15 lat wcześniej krzewami nero d’avola i syrah. Jak sam mówi – pił dużo wina i dużo czytał. Z kumplami kupili trochę sprzętu i wynajęli do pomocy zawodowego enologa, Michele Beàna. Marcin śmieje się, że stanowią niezły duet – Mr. Bean & Czarodziej z Krainy Oz, ale pochodzący z Friuli Michele to uznany zawodowiec. Na Sycylii doradza m.in. Peterowi Wegnerowi i winiarni COS, a z Frankiem Cornelissenem na Etnie prowadzi próby z dojrzewaniem win w amforach, które sam wytwarza. Öz przyznaje, że w tym zestawieniu jest dyletantem.

fot. Vini Campisi

fot. Vini Campisi



Szlacheckie grillo i nero ze stali

Marcin przywiózł do Warszawy swoje robione pod szyldem Vini Campisi debiutanckie wina, czyli rocznik 2015. Wprawdzie na stole była także butelka Halleluja Syrah 2013, ale to wino tłoczył jeszcze ojciec Mazzara i stylistycznie jest bardzo daleko od tego, co dwa lata później zaproponowali młodzi. Winnica jest uprawiana ekologicznie, a nero d’avola i syrah dojrzewają wyłącznie w stalowych kadziach. Portfolio uzupełnia grillo, które przyjeżdża do Pachino aż spod Palermo. Öz kupuje na razie białe owoce od zaprzyjaźnionego szlachcica, Francesco Spadafory. W sumie Campisi produkuje ok. 30 tys. butelek rocznie. Produkcja powinna wzrosnąć w najbliższych latach do ok. 50 tys.
Wina rozpoczynają fermentację spontanicznie, jednak na razie polski winiarz czuje się zbyt mało doświadczony, by prowadzić cały proces wyłącznie na drożdżach nieselekcjonowanych. A efekty?

The Cure Grillo 2015, Terre Siciliane, Campisi (12%)

Cena: 75 zł
Miękki, cytrusowy, czysty, lekko piaskowy nos. Usta dość oleiste, ładnie kwasowe, z wyraźną goryczkową nutą skórki grejpfruta. Niezbyt długie, ale z przyjemną nutą mineralną w końcówce. Świeże i bardzo smaczne. (bardzo dobre)

2017-01-05-17-37-24

Red Red Wine Nero d’Avola 2015, Terre Siciliane, Campisi (13%)
Cena: 81 zł
Pieprzny, lekki, ziemisty, może bardziej żwirowy nos. Soczysty, wiśniowy, mineralny. Usta znakomicie zrównoważone, lekkie, śliwkowo-wiśniowe, z dobrą nutą kwasową. Napięte, mineralne, pełne oddechu, świeże, eleganckie wino. (bardzo dobre/znakomite)

2017-01-05-16-56-36

Halleluja Syrah 2015, Terre Siciliane, Campisi (13,5%)
Cena: 90 zł
Świeże, owocowo-żwirowe, soczyste i bardzo radosne wino. Usta pikantne, pieprzne, swoiście lekkie, żywe, ze znakomitą kwasowością. Nasycone owocem, przestrzenne, długie i młodzieńczo urocze. Klasa. (znakomite)

2017-01-05-17-12-20

Wszystkie wina Marcina Öza cechuje niebywała pijalność i otwartość. Nero i syrah to dobrzy reprezentanci stylu Nowej Sycylii, naturalizującej, lekkiej, robionej bez beczki, z dużą dbałością o świeżość owocu, nieprzesadnie ekstrahowanej. Jest w nich nastrój, jaki odnajduję w piosenkach TWBA. Jedno jest pewne – na kolejny rocznik Campisi trzeba czekać tylko rok, na nowe nagrania najbardziej białego z chłopców pewnie dużo dłużej.

Importerem win Vini Campisi jest Winoblisko.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Najbielszy z chłopców żyje (na Sycylii) została wyłączona

Pierwszy łyk: w ciemno raz!

Nie znoszę degustacji w ciemno. Tak, wiem, to duża część mojego zawodowego życia. Nie ma innej szansy na sprawiedliwe ocenienie win na konkursach czy podczas paneli degustacyjnych. Trudno o obiektywizm, gdy znamy producenta i choćby podświadomie kierujemy się przy ferowaniu wyników sympatią bądź antypatią wobec winiarza, apelacji lub regionu.

Wielokrotnie przekonywałem się o zasadności degustacji w ciemno. Wiele lat temu, w czasie panelu degustacyjnego Magazynu Wino gościliśmy pewnego znanego wówczas importera win. Ten zastrzegał się, że jego obecność w czasie próby nie ma sensu, bo doskonale zna wszystkie swoje wina i rozpozna je – w ciemno czy w jasno. Mylił się zawsze o jedną butelkę, wychwalając konkurencję i mieszając z błotem własne flaszki. Pewnego razu wyznający zasadę blind tasting never lies Wojtek Bońkowski podał nam bez uprzedzenia, najpierw w jasno, a potem w ciemno jedno z czołowych i ukochanych przez nas win portugalskich. Efekt był przewidywalny: achy i ochy w jasno, sporo powściągliwości w ciemno. A degustowaliśmy to samo wino, z tej samej butelki, obie próby dzieliła zaś może godzina. No i co? Dalej degustacji w ciemno nie znoszę.

fot. tpb

Wino zawsze jest dla mnie częścią szerszego kontekstu. Lubię skojarzyć fakty, odczytać charakterystyczne (albo zaskakujące, oryginalne) smaki w odniesieniu do lokalizacji winnicy, typowości regionu czy apelacji, wreszcie – temperamentu winiarza. To część pewnej układanki, w której sam zapach i smak są tylko elementami, które należy czytać pamiętając o pozostałych.
A jednak – dałem się namówić. W doborowym, choć przypadkowym gronie degustatorów, w dniu swych urodzin, wziąłem udział w organizowanych przez zacny francuski tytuł La Revue du Vin de France Mistrzostwach Świata w Degustacji w Ciemno. I tak jakoś wyszło, że… wraz z kilkoma kompanami reprezentowałem Polskę.

Akcja filmu toczy się na Lazurowym Wybrzeżu, październikowe słońce błyska w odległym morzu. Wokół świetnie przygotowane, zgrane zespoły, nierzadko w narodowych barwach, zawczasu przygotowanych jednolitych trykotach. W teamie francuskim sami mistrzowie kraju, do drużyny szwedzkiej aplikowało podobno kilka tysięcy osób. Są przedstawiciele niemal wszystkich najważniejszych krajów produkujących wino. My widzimy się w pełnym składzie może raz trzeci w życiu i choć wszystkie te trzy razy polegały na miłym piciu dobrych win, trudno mówić o jakimkolwiek profesjonalnym treningu. Biało-czerwona powiewa na stoliku, a doświadczony sommelier nalewa już pierwszą z dwunastu próbek. Na każdą mamy ok. 20 minut. Rozstrzał propozycji jest z początku potężny. A trzeba rozpoznać odmianę, kraj, apelację, region i, jak się da, producenta. Idzie nam dobrze z rieslingiem i sangiovese, nie potrafimy jednak pozbyć się bagażu wiedzy i kontekstu – jesteśmy na południu Francji, może zatem jakiś bandol, a jeśli tak, to stary; wino wygląda rzeczywiście na co najmniej 15 lat, choć Zbyszek obstawia nawet 20 (potem okaże się, że flaszka miała zaledwie kilka lat, ale ewidentnie była źle przechowywana – czy inni dostali to samo wino w podobnej kondycji – tego nigdy się nie dowiemy).

fot. tpb

A potem już szampan na tarasie i, po kilkudziesięciu minutach, wyniki. Na ostatnim, 21. miejscu Monako – fajna ekipa, dobrze się bawią i nie wyglądają na zmartwionych. Jurorzy wymieniają kolejne kraje, a nas wciąż nie ma. Przy jedenastym wiadomo, że będziemy w pierwszej dziesiątce. W końcu jest – dziewiąte miejsce! Właściwie sukces – pokonaliśmy Włochów, Hiszpanów, Portugalczyków, Węgrów, Szwajcarów, a więc specjalistów od wina; a także bardzo mocnych przed rokiem, wytrenowanych Szwedów. Ale apetyt rósł. Przez głupie kalkulacje straciliśmy punkty, które pozwoliłyby zepchnąć Finów z siódmej pozycji. Na drugim miejscu Francja, zwyciężają… Chińczycy! Koniec świata.

To trzeba było rozpoznać... fot. tpb

W czasie zawodów takich jak te, degustator staje przed całą swoją wiedzą i niewiedzą. Chwyta się skrawków pamięci, ulega autosugestii, albo sugestii kolegów z drużyny. Nie ma prostych rozwiązań i encyklopedycznych aromatów (choć trzeba przyznać, że organizatorzy trzymali się kręgu odmian i regionów raczej znanych), zawsze są jakieś skazy i nieoczywistości. W takiej sytuacji łatwiej przypomnieć sobie zapach u rzeźnika na Świerczewskiego w 1978, niż to jak pachnie grenache. Ale zabawa jest, muszę przyznać, przednia. No właśnie – zabawa. Dalej nie znoszę degustacji w ciemno.

Tekst ukazał się w numerze 6/2017 Magazynu Wino

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pierwszy łyk: w ciemno raz! została wyłączona