Do znudzenia przypominam sobie udaną akcję reklamową winiarskich władz Alzacji, w której rieslingi, pinot gris, gewurztraminery i muszkaty z przedgórza Wogezów pokazuje się jako idealne pary dla potraw numer 43. 27. czy 16. Chodzi oczywiście o zgodność win alzackich z kuchnią azjatycką, której dania, w menu europejskich restauracji przybierają często formę numerów właśnie.
Uniwersalność win alzackich jest jednak daleko większa, co udowodnił w czasie spotkania z blogerami kulinarnymi Tomek Jakubiak. Warsztaty, które odbyły się 8.12.2011 w warszawskim salonie Miele zorganizowały Anna Ziółkowska z Sopexy i dziennikarka kulinarna Monika Kucia.

Jakubiak zaproponował menu autorskie, które zrealizował z blogerami:

1. grillowane muszle św. Jakuba podane na musie winno-jabłkowym z selerową solą
2. krewetki duszone w białym winie i pomidorach z domową tortillą kukurydzianą
3. mule duszone w białym winie z kiełbasą chorizo, pikantną papryką i serem manchego
4. policzki cielęce duszone z gruszką i szalotką w białym winie i demi-glace cielęcym podana z sałatką polana winegretem z orzechów laskowych i pomidorów. Jako dodatek purée ze skorzonery
5. owoce zapiekane pod koglem-moglem z winem i wanilią

Sopexa tymczasem zapewniła wina i, muszę przyznać, był to bardzo przyzwoity przegląd tego, co z Alzacji dostępne na polskim rynku. Oto lista producentów i importerów:

1. Albert Mann (Vinoteka13)
2. Domaine Bott-Geyl (Mielżyński)
3. Domaine Saint Remy (Winestory)
4. Domaine Hugel & Fils (Centrum Wina)
5. Léon Beyer (PWW)
6. Trimbach (Sommelier Dystrybucja)
7. Caves Dietrich & Fils (Dobre Wina)
8. Jean-Baptiste Adam (Trezor Wines)
9. Domaine des Marroniers (Rolmex)
10. Pierre Frick (Wina Szlachetne)
11. Bernard Haegelin (Wina Szlachetne)
12. Jean-Louis et Fabienne Mann (Impresja)
13. Domaine Rieflé (Dom Wina)
14. Maurice Schueller (M&P)
15. Domaine Julien Meyer (Enoteka Polska)
16. Meyer-Fonné (DST Trading)

Po aperitifie z crémant d’alsace do każdego z dań próbowaliśmy 2-3 różnych win – do saint-jacquesów sylvanery, do krewetek rieslingi, do muli pinot gris, do policzków cielęcych pinot noir i wreszcie do deseru słodkie gewurztraminery. Poza dość jednorodnymi w stylu pinot noir wariacji smakowych było tyle ile win – jak przystało na region, szczep był tylko wskazaniem kierunku; inna mineralność, przede wszystkim zaś różny cukier resztkowy poszczególnych win sprawiał, że eksperymentalne połączenia wywoływały wiele dyskusji, a każdemu smakowało najbardziej co innego.
Sam wychodziłem z Miele w przekonaniu, że 2011 był dobrym rokiem dla win alzackich w Polsce. Poruszaliśmy już ten temat przy okazji nagród Grand Prix Magazynu WINO – wybór jest coraz lepszy, czas teraz na dobre zrozumienie użyteczności alzatczyków, czemu podobne imprezy mogą tylko pomóc.

Tags: , , , ,

Paweł Demianiuk z warszawskiego Amber Roomu jest nowym mistrzem Polski sommelierów. W dzisiejszym finale wygrał o włos z Pawłem Białęckim (InAzia, Hotel Sheraton, Sopot) i Andrzejem Strzelczykiem (La Rotisserie, Hotel Le Regina, Warszawa). Wniosek z tegorocznych MPS jest budujący – mamy zdolną sommelierską młodzież.

Mistrzostwa mają od lat podobny przebieg. W czasie eliminacji uczestnicy piszą rozbudowany test (w tym roku podobno bardzo trudny, oparty na pytaniach z mistrzostw Europy) i biorą udział w konkurencjach praktycznych (dekantacja). Trzech najlepszych przechodzi do finału. Ten odbył się dziś, 5 listopada, w sali Centrum Rozwoju Firm, w warszawskiej siedzibie MAKRO.

Zawodnicy występowali na scenie, przed publicznością – każdy, ok. 45 minut. Pierwsza konkurencja polegała na serwowaniu dwóm „klientkom” restauracji wina musującego. Wszyscy trzej finaliści poradzili sobie z tym doskonale popełniając jedynie drobne błędy.

Kolejne zadanie było już trudniejsze: trzeba było „sprzedać” gościom restauracji menu szefa kuchni i dobrać do niego właściwe wina (sędziowie oceniali nie tylko trafność doboru ale i kontekst cenowy menu i charakter kolacji). Tu było różnie – część uczestników nie wiedziała co to jest ceviche figurujące w karcie jako przystawka, nikt chyba nie wiedział też, co to vacherin. Piszę „chyba”, bo o ile „klientka” restauracji pytała sommeliera wprost co to jest ceviche, o tyle vacherin jedynie figurował w karcie, a niewiedzy domyślaliśmy się ze skonfundowanych twarzy zawodników i tego, że nikt nie wymówił magicznego słowa „ser”. Z wyborem win do grillowanego tuńczyka, udźca wołowego i czekoladowych roladek nie było już większych kłopotów, a finaliści wykazali się sporą oryginalnością.

Trzecia konkurencja to dekantacja wina – wykonana przez wszystkich bardzo sprawnie – odpisywaliśmy punkty tylko za drobne uchybienia. Pewnym utrudnieniem było zdekantowanie butelki magnum.
Jeszcze krótka konwersacja po angielsku (obyło się bez dukania, odpowiedzi były płynne i logiczne) i… zaczęły się schody.

Jedną z najtrudniejszych konkurencji jest opisowa degustacja dwóch win (w tym roku Riesling Delikat SGR 2008 Josefa Chromy’ego z Tasmanii i El Terroir Garnacha Old Vines 2008 z Domaines Lupier z Nawarry ) – o ile z opisaniem win nie było większych problemów to z rozpoznaniem szczepów, zwłaszcza zaś miejsca pochodzenia, kłopoty były spore. Garnachy nie poznał nikt, jeden z zawodników wziął zaś tasmańskiego rieslinga off dry za grüner veltlinera.

Jeszcze więcej problemów przyniosło rozpoznanie pięciu destylatów: Wyborowej Klapsa Pear, beczkowej grappy Dolce Vite, likieru pomarańczowego De Kuyper Triple Sec, burbona Evan Williams i brandy de jerez Sanchez Romate Solera Reserva. Celne strzały były pojedyncze.

Zdecydowanie najtrudniejszym zadaniem okazało się poprawienie najeżonej błędami karty win. W tym roku lista obejmowała wyłącznie wina bordoskie a wśród pomyłek były: zwykłe literówki, braki w nazwach posiadłości, pomieszane apelacje i pozycje w klasyfikacji grand cru classé. Szczytem wyrafinowania organizatorów był jednak przykład Château Haut-Brion 1982. W karcie figurowało jako Pessac-Léognan i rzeczywiście, Haut-Brion to dziś pessac, ale 29 lat temu klasyfikowany był jako Graves. Na 10 win finaliści znaleźli błędy w 3-4.

Mimo to poziom finału był wysoki. Zobaczyłem trzech sprawnych, wygadanych sommelierów, którzy wiele wiedzą o winie, mają wyobraźnię gdy idzie o dobór win do potraw, unikają sztampy. Sędziowałem w MPS po raz trzeci czy czwarty i był to z pewnością najlepszy finał, w jakim brałem udział.
Po podliczeniu punktów wiedziałem też, że odczucia jakie miałem w trakcie oglądania zawodników na scenie potwierdziły się. Różnice były minimalne. Paweł Demianiuk zdobył 200,08 pkt, Paweł Białęcki 197,54, a Andrzej Strzelczyk 194,31. Można więc mówić o „prawie” remisie. Ja znalazłbym przyjemność w byciu obsługiwanym w restauracji przez każdego z finalistów.

PS. Tomasz Kolecki-Majewicz, triumfator trzech ostatnich edycji MPS oddał w tym roku pole kolegom i nie startował. Przygotowuje się do mistrzostw świata w Tokio w 2013 r.

88 win trafiło do ostatecznej selekcji tegorocznej finałowej degustacji Grand Prix Magazynu WINO. Wina degustowaliśmy 17 i 18 października w salonie Miele w Warszawie. Obok stałego składu panelu degustacyjnego Magazynu WINO w gronie oceniającym wina znaleźli się czołowi polscy sommelierzy oraz doświadczeni degustatorzy-blogerzy.

Wina prezentowane były tradycyjnie w dziewięciu kategoriach: musujące, różowe i słodkie oraz wina białe i czerwone w trzech kategoriach cenowych. Te w roku 2011 uległy zmianie – dotychczasowe kategorie: „do 30 zł”, „31-60 zł” i „ponad 60 zł” zastąpiliśmy kategoriami: „do 50 zł”, „51-100 zł” i „powyżej 100 zł”. Zmiana kategorii wynikła ze wzrostu kursu euro i podniesienia cen win, zwłaszcza w najniższej kategorii. Podnosząc widełki chcieliśmy uniknąć sytuacji z poprzednich lat, kiedy spora część win miała cenę zbliżoną do progu 30 zł. Zdarzało się, że już po ogłoszeniu wyników, zwłaszcza zaś po przedświątecznym okresie zakupowym ich ceny rosły przekraczając próg 30 zł. Uznaliśmy zatem, że dobrą granicą będzie bariera 10 euro ze skromnym zapasem. Poza tym 50 i 100 zł uznaliśmy za „progi psychologiczne” przy zakupach win.

W selekcji znalazły się dostępne na polskim rynku wina, które w ciągu ostatniego roku uzyskały najwyższe oceny w panelach degustacyjnych Magazynu WINO (numery od 6/2010 do 5/2011). Każdy ze stałych panelistów miał też prawo zgłoszenia tzw. jokerów, win, które nie pojawiły się na panelach, zostały jednak zdegustowane przez członków redakcji w innych okolicznościach, są dostępne na polskim rynku i wywarły na nas szczególne wrażenie.

Magazyn WINO nie rości sobie praw do organizowania w ramach Grand Prix konkursu na najlepsze wino dostępne na polskim rynku. Chcemy pokazywać w MW, a więc także w selekcji Grand Prix wina nie zawsze mainstreamowe, intrygujące, oryginalne, choć oczywiście nie tylko. Na nasze panele trafiają wina znajdujące się zarówno w szerokiej dystrybucji, będące się w ofercie największych polskich importerów, ale też niedużych firm importerskich proponujących polskim klientom swoją oryginalną, nierzadko autorską selekcję. Zadanie, jakie stawia sobie Magazyn WINO to prezentacja szerokiego obrazu świata winiarskiego i skłonienie naszych czytelników do sięgania po wina nieoczywiste. Nie oznacza to jednak, że ignorujemy to, co dzieje się w głównym nurcie światowego winiarstwa. Naczelnym kryterium pozostaje ostatecznie jakość win.

Wina degustowane były w ciemno – trzon redakcji, który przygotował selekcję wiedział, rzecz jasna, jakie wina zostały zakwalifikowane do finałowej degustacji, nie znał jednak kolejności w jakiej wina zostały podane. W każdej kategorii jurorzy oceniali od 8 do 11 win na raz (tzn. mieli przed sobą próbki wszystkich win startujących w danej kategorii). Jurorzy przyznawali trzem najlepszym winom w danej kategorii odpowiednio 3, 2 i 1 pkt. Punkty wszystkich jurorów mają tę samą wagę z zastrzeżeniem, że gdy wina otrzymują tę samą liczbę punktów wyższą pozycję uzyskuje wino, które zdobyło więcej punktów w ocenie stałego panelu degustacyjnego Magazynu WINO.

Ostateczne wyniki finałowej degustacji zostaną ogłoszone wieczorem 8 listopada 2011 r. w czasie Gali Grand Prix Magazynu WINO, która odbędzie się w tym roku w Fortecy przy ul. Zakroczymskiej 12 w Warszawie. Wina-finaliści prezentowane będą 9 listopada w tejże Fortecy w czasie degustacji Grand Prix obok win 30 zaproszonych wybitnych winiarzy z całej Europy. Serdecznie zapraszam.

Rosé z Polski? Czemu nie. W trudnych rocznikach, takich jak 2010, w warunkach polskich winnic lepiej zrobić smaczne wino różowe do szybkiej konsumpcji, niż silić się na produkcję nieciekawych, chuderlawych win czerwonych. To jeden z wniosków jakie płyną z VI Konwentu Polskich Winiarzy, który odbył się 18 i 19 czerwca w Zielonej Górze.

Polscy winiarze spotkali się w lubuskiej stolicy wina tuż po przyjęciu nowelizacji ustawy winiarskiej (pisze o tym szerzej Wojtek Bosak w papierowym wydaniu najnowszego Magazynu WINO, który właśnie opuszcza drukarnię). Nie dziwi zatem, że temat nowych możliwości, jakie dają poprawione przepisy zdominował część seminaryjną Konwentu i kuluarowe rozmowy. Prawo daje wreszcie możliwość swobodniejszego handlowania niewielkimi ilościami wina powstającymi w polskich winnicach i legalnego (wreszcie) prowadzenia działalności enoagroturystycznej. O tym, że dla polskich winiarzy jest to temat ważny niech świadczą dystrybuowane w czasie KPW broszury i mapy gotowych już szlaków winnych Podkarpacia i Ziemi Lubuskiej.

Pierwszy dzień konwentu zdominowała jednak degustacja polskich win – po raz pierwszy przeprowadzona w ciemno przez jury, w skład którego weszli m.in. najbardziej znana polska winemakerka, Agnieszka Wyrobek-Rousseau (absolwentka szkoły winiarskiej w Montpellier; obecnie robi wina m.in. w Szwajcarii, wcześniej w Nowej Zelandii i Madiran), Marek Jarosz i Wojtek Bosak z Polskiego Instytutu Winorośli i Wina, dziennikarz Mariusz Kapczyński (Vinisfera.pl) i niżej podpisany.

Degustacja nie miała formuły konkursu, nie chodziło o wybór win najlepszych czy przyznanie medali i dyplomów. Każde wino zostało ocenione pod względem technicznej poprawności wykonania, walorów smakowych, ale też możliwości rynkowych.

W czasie seminarium spróbowaliśmy ok. 80 próbek. Ich poziom był różny, tak jak różna była skala winiarni, z których pochodziły wina. Zgodnie z konwentową tradycją obok siebie stanęli bowiem „wielcy” polskiej sceny winiarskiej, firmy znane od lat i uznane, takie jak Winnica Płochockich, Golesz, Pałac Mierzęcin, czy Winnica Nad Dworskim Potokiem należąca do Uniwersytetu Jagielońskiego oraz garażowcy i „baloniarze”, w sumie 37 winiarni.
Na wielu próbkach cieniem położył się niezbyt łaskawy dla producentów rocznik 2010. W niektórych winach czuć było brak dojrzałości owoców, zieloność i nadmierną, agresywną kwasowość. Część winiarzy nie ustrzegła się błędów technicznych – mieliśmy zatem w kieliszkach zarówno wina utlenione, jak i silnie zredukowane i przesiarkowane. Niemniej przynajmniej czwarta część prezentowanych win zasługiwała na ocenę dobrą lub prawie dobrą. Gdyby pokazać je na tle win środkowoeuropejskich – wstydu nie ma.

Członkowie jury podkreślali, że jako kategoria najciekawiej zaprezentowały się w Zielonej Górze wina różowe. Było ich wprawdzie tylko pięć, za to wszystkie co najmniej pijalne, zazwyczaj bezpretensjonalnie smaczne. To, że w warunkach chłodnego klimatu północnych zakątków winiarskiej Europy Środkowej w gorszym roczniku lepiej zrobić smaczne wino różowe niż czerwonego cienkusza zrozumieli doskonale w 2010 r. winiarze z Moraw (patrz Magazyn WINO 3/2011). Także w polskich warunkach w chłodnym roczniku rosé prezentują się lepiej niż wina czerwone. Pozostawienie odrobiny cukru resztkowego łagodzi wysoką kwasowość, a wina mają duży walor komercyjny.

VI Konwent Polskich Winiarzy odbył się w nowej formule. Pierwszy dzień zarezerwowany był wyłącznie dla winiarzy i profesjonalistów (degustacja w ciemno i omówienie win). Drugiego dnia, w zielonogórskiej palmiarni winiarze mieli okazję wysłuchać kilku wykładów dotyczących m.in. nowelizacji ustawy winiarskiej i certyfikacji win. Wreszcie polskich win, w otwartej degustacji, spróbować mogli wszyscy, którzy odwiedzili palmiarnię.
Szkoda tylko, że na Konwencie znów zabrakło kilku znaczących graczy polskiej sceny winiarskiej (by wymienić choćby Winnicę Miękinia, Adoria, czy Marka Krojciga, który robi wina pod Zieloną Górą). Nie było też ani jednej winiarni z Małopolskiego Przełomu Wisły – regionu znaczącego, o wyrazistej tożsamości, świetnym terroir. Z MPW pochodzi kilka świetnie rokujących polskich winiarni, o czym przekonać się mogli uczestnicy ostatniego Święta Wina w Janowcu. Brak win z Przełomu sprawił, że obraz polskiego winiarstwa AD 2011 na VI KPW nie był pełny. Nie mnie sądzić, co zadecydowało o nieobecności winiarzy z regionu. Nie pierwszy już raz jeden z regionów decyduje się nie brać udziału w Konwencie. Ambicje? Personalne niesnaski? Może niezrozumienie idei KPW, którego celem jest stworzenie platformy wymiany doświadczeń między wciąż uczącymi się winiarskiego rzemiosła polskimi producentami. To nie konkurs winiarski, nikt nie przyznaje tu medali i dyplomów. Chodzi o to, by wspólnie zdegustować wina, poddać je krytycznej ocenie, rozmawiać o nich i wreszcie uczyć się od siebie nawzajem. Szkoda tracić czas na niesnaski. Pozostaje tylko nadzieja, że VII Konwent Winiarzy Polskich, w czerwcu 2012 r. na Podkarpaciu, zgromadzi reprezentantów wszystkich polskich regionów. Ja będę tam na pewno.

Najciekawsze wina VI Konwentu Polskich Winiarzy

Białe

Chardonnay 2008, Wielkopolskie, Talary
Cuvée białe 2010, Podkarpackie, Golesz
Hibernal 2010, Świętokrzyskie, Płochoccy
Jutrzenka 2010, Podkarpackie, Winnica Łany
Johanniter 2010, Podkarpackie, Winnica Łany
Kernling 2010, Lubuskie, Pałac Mierzęcin
Noole 2010, Lubuskie, Pałac Mierzęcin
Riesling 2010, Lubuskie, Pałac Mierzęcin
Sibemus 2010, Świętokrzyskie, Płochoccy
Solaris 2009, Lubuskie, Dębogóra
Solaris 2010, Podkarpackie, Winnica Łany

Różowe

Cuvée Rosé 2010, Lubuskie, Dębogóra
Regent Rosé 2010, Lubuskie, Pałac Mierzęcin
Rosé 2010, Świętokrzyskie, Płochoccy

Czerwone

Dornfelder 2008, Małopolska, Comte
Łany 2010, Podkarpackie, Winnica Łany
Rondo 2010, Dolnośląskie, Jakubów
Zweigelt 2009, Lubuskie, Miłosz

Słodkie

Jutrzenka likierowe 2009, Podkarpackie, Golesz

*kolejność win alfabetyczna

VII Konwent Polskich Winiarzy zorganizowany został przez Polski Instytut Winorośli i Wina, Magazyn WINO, Zielonogórskie Stowarzyszenie Winiarskie oraz Stowarzyszenie Wspólnota Kulturowa Winnice Lubuskie

Więcej zdjęć

Tags: , ,

Zaczęło się! Początek maja świętowaliśmy w domu pierwszymi pęczkami szparagów – zielonych i białych – kupionymi na jednym z warszawskich targów przez moją żonę. W tym samym czasie, gdy ona buszowała po bazarze ja kończyłem kilkudniową wizytę na Morawach. Jednym z trofeów z wyprawy w okolice Mikulova i Znojma było pochodzące z winiarni Nové Vinařství Cuvée 6 „Asparagus”. Kupaż grüner veltlinera (czy jak woleliby producenci – veltlínského zeleného) z sauvignon blanc został stworzony z myślą o sezonie szparagowym, więc nie pozostało nam nic innego jak uraczyć się świeżo przywiezionym (tak, wiem – nieodstałym) winem z nowalijkami. Efekt przerósł oczekiwania, choć te – szczerze mówiąc – nie były wygórowane.

Nové Vinařství to powstała w Drnholcu pod Mikulovem w 2005 roku należy do potężnego czeskiego holdingu rolnego AGRO-Měřín. Z założenia miał być to nejprogresivnějši hráč na trhu vínem w Republice Czeskiej i przyznać muszę, że od początku winiarni tej kibicowałem – z sympatii do ambitnego dyrektora Marka Špalka (z „tych” Špalków z Šaldorfu), za chęć zerwania z oldskulową morawską przaśnością, wreszcie ze względu na same wina, które od początku wyróżniały się indywidualizmem, a przy tym były po prostu smaczne.

Przed rokiem z Moraw przyszła przerażająca wiadomość – Nové Vinařství spłonęło. W pożarze oprócz budynku winiarni zniszczeniu uległa większość przechowywanych w magazynie butelek. Katastrofie towarzyszyły niezdrowe teorie spiskowe na temat pożaru. Z tym większą radością przyjąłem informację, że firmę odbudowano. Sztampowe stwierdzenie, że powstała niczym „feniks z popiołów” ma uzasadnienie o tyle, że pokaźną część funduszy na wyremontowanie spalonej winiarni pozyskano ze sprzedaży en primeur okolicznościowego Cuvée Fenix (najważniejsi z 480 zamawiających zostali wymienieni na specjalnym plakacie wiszącym w sali degustacyjnej, wszyscy – na stronie www).

W Jeszcze Nowszym Vinařství znalazłem się kilka dni temu. Marek Špalek w krótkich słowach wyłożył nam najnowszą koncepcje firmy: produkcja lekkich, niskoalkoholowych, głównie wytrawnych win o wyrazistej nucie owocowej. Do tego nowoczesne wzornictwo butelek i – co na czeskim rynku jest pełną innowacją – zamiast korków szklane vinoloki lub zakrętki.
W portfolio jest kilka lekkich win musujących, aż pięć win różowych (w tym blady klaret „Fata Morgana”), długa seria win odmianowych „Cépage”, wreszcie blisko dziesięć różnych, numerowanych Cuvée.

Degustowane wina w pełni odpowiadały założeniom przedstawionym przez Špalka: smaczne, leciutkie jak piórko (często po 10-11% alkoholu), bardzo czyste. Możesz je albo lubić albo odrzucić twierdził dyrektor Nového Vinařství. Przy pierwszych próbkach zadeklarowałem zdecydowanie: tak, lubię je. A jednak, po kilku winach degustacja zaczęła mnie nużyć. Z przerażeniem przyznałem sam przed sobą, że brak mi tego jednego, dwóch procent alkoholu, który uczyniłby wina bardziej wyrazistymi i podkreślił indywidualny smak każdego. Po 15 vzorkach (co stanowi około połowy portfolio NV) miałem zdecydowanie dosyć. Kiedy więc po ostatnim, Cuvée 4 „Fantôm”, jednym z nielicznych w kolekcji win czerwonych (pinot noir, cabernet sauvignon i merlot) Marek Špalek złapał się za głowę przyznając, że zapomniał o Cuvée 6 „Asparagus” nie znalazłem w sobie motywacji by namawiać go do przyniesienia butelki z magazynu. Dyrektor NV nie dał jednak za wygraną i na odjezdne wyposażył mnie we flaszkę Szparaga.

W domu nie zwlekałem – gdy na stole pojawiły się szparagi sięgnąłem po „Asparagusa”. Wino samo w sobie nie wychodziło poza schemat tego, co degustowałem dwa dni wcześniej w Drnholcu: 2,7 g/l resztkowego cukru, kwasowość na poziomie 5,6 g/l, ciut wyższy alkohol – 12%. I z całą pewnością to nie ten jeden procent alkoholu więcej sprawił, że Cuvée 6 okazało się hitem obiadu. Sprawiło to indywidualne podejście do wina i wyjęcie poza nawias degustacyjny, sprawiły wszystkie cechy, o których Špalek mówił na początku spotkania – lekkość, delikatność, wytrawność i dobra kwasowość. Plus aromaty veltlínského i sauvignon tak bardzo pasujące do szparagów.

Wina z Nového Vinařství nie zostały stworzone do degustacji. Zrobiono je przede wszystkim do picia. W czasie długich analiz nudzą, przy stole (na tarasie, łące, plaży) świecą pełnym blaskiem. Na szczęście to tylko jedna z wielu twarzy współczesnego morawskiego winiarstwa. Więcej o tym regionie w czerwcowym numerze Magazynu WINO.

Tags: , ,

Między Bingen, a Koblencją Ren toczy swe wody doliną o stromych skalistych brzegach. Po obu stronach rzeki bajkowe miasteczka i wioski pełne szachulcowych domów ściągają co roku miliony turystów. Podobnie jak skała Loreley, czy dziesiątki warowni. Region jest tak urokliwy, że wpisano go na listę UNESCO. Powstaje tu także wino, ale to w Mittelrhein, bo tak nazywa się region, pozostaje na drugim planie.

Nie brak tu znakomitych siedlisk. Najlepsze winnice porastają strome stoki bądź nad samym Renem, bądź powyżej wąskich, bocznych dolin. Coraz częściej brakuje natomiast ludzi. Praca w trudno dostępnych winnicach Mittelrhein wymaga wielokrotnie większego nakładu pracy niż w pobliskiej Hesji Nadreńskiej, czy Nahe. Dzieci wielu winiarzy wolą zarabiać łatwiejszy pieniądz na turystach tłumnie odwiedzających region, niż prowadzić „winiarstwo heroiczne” na skalnych zboczach.

Na szczęście nie brak garstki zapaleńców, którzy utrzymują region przy życiu i udowadniają, że Mittelrhein warto się interesować. W czasie targów ProWein miałem okazję odwiedzić wszystkich znaczących producentów, którzy się wystawiali. Szkoda, że zabrakło wśród nich takich liderów nadreńskiego regionu jak: Weingart, Matthias Müller, Bernhard Didinger, Lanius-Knab, czy Heilig Grab. Na szczęście było co próbować:

Toni Jost
Bodaj najbardziej zasłużona winiarnia w Mittelrhein. Peter i Linde Jost prowadzą ją w Bacharach, przy jednej z głównych ulic miasteczka. Perłą w koronie liczącej ledwie 8,8 ha winnic posiadłości jest parcela w Bacharacher Hahn, bodaj najsłynniejszym terroir środkowego Renu (niebieski łupek dewoński). W 2009 r. Riesling Grosses Gewächs z tego siedliska okazał się wciąż zamknięty, ale z pewnością elegancki i mineralny. Delikatna nuta gruszki i świetna soczystość i równowaga pokazują, że mamy już dziś do czynienia z winem znakomitym, które najlepsze lata ma przed sobą. Nie gorszy jest też „zwykły” Hahn Riesling Spätlese trocken 2009 – skalny, krystalicznie czysty, o fascynującej fakturze przypominającej drobne potokowe kamyczki. Bardzo dobrze prezentuje się nieco prostszy Riesling Devon S Spätlese trocken, w roku 2009 dość krągły, ale wciąż przede wszystkim mineralny. Czystym, lekkim, delikatnie kamiennym i bardzo odświeżającym podstawowym rieslingiem Jostów z 2009.

Bastian
Butikowa winiarnia z ponad trzystuletnią historią. Zaledwie 6,1 ha rodzi jedne z najciekawszych rieslingów w Mittelrhein. Flagowe siedliska: Posten i Wolfshöhle leżą w bocznej dolinie powyżej Bacharach – pierwsze dało w 2009 r. znakomite wino klasy Grosses Gewächs o aromacie świeżego chleba, cytrusów, wreszcie mokrych kamieni – eleganckie i pikantne; riesling z drugiego (również GG 2009) jest bardziej surowy, powściągliwy – świetnie kwasowy i mineralny.
Część gron rieslinga Friedrich Bastian zbiera w bardzo nietypowym dla regionu siedlisku – na leżącej na Renie wyspie Heyles’ en Werth. Pochodzący z niej Riesling halbtrocken 2009 jest nieco bardziej krągły, choć sprawia wrażenie wina całkowicie wytrawnego. Najbardziej smakował mi jednak bardzo jeszcze młodzieńczy St. Jost Riesling Spätlese 2009, w którym 75 gramów resztkowego cukru znakomicie równoważy świetna kwasowość. Wino z klasą, fenomenalnie mineralne.

Ratzenberger
Rodzina Ratzenbergerów pracuje w dużej mierze w tych samych siedliskach, co Bastianowie. Ich najlepsze wina także pochodzą z winnic St. Jost, Posten i Wolfshöhle. Posiadłość liczy około 10 ha, a pochodzące z nich wina zwykle łączą świetną mineralność, krystaliczną czystość, dobrą kwasowość i soczysty owoc. W tym właśnie stylu jest St. Jost Riesling Grosses Gewächs 2009. Z Wolfshöle Ratzenbergerowie zaprezentowali na ProWeinie Rieslinga GG z rocznika 2007 – wino kompletne, pięknie dojrzewające, pełne nut owocowych i jednocześnie wciąż wierne siedlisku, stanowiące najlepszy przykład na co stać Mittelrhein.
Rodzina z Bacharach słynie też z win słodkich, w tym z coraz rzadszych eisweinów. Degustowany w Düsseldorfie Bacharacher Kloster Fürstental Riesling Eiswein 2009 (180 g/l resztkowego cukru) pokazał się jako wino z jednej strony bardzo delikatne, z drugiej zdecydowanie bardziej, na tym etapie, eksponujące nuty skalne niż słodkie; mnóstwo w nim rasowych aromatów rieslinga, lekkich niuansów miodu, wosku, nafty, do tego rewelacyjna kwasowość i wielki potencjał.

Winnice powyżej Bacharach

Schweinhardt
Axel Schweinhardt ma swą winiarnię w Langenlonsheim, w Nahe. Tu też leży lwia część jego winnic. Każdego roku producent zadaje sobie jednak trud i przywozi do piwnic grona rieslinga z trzech siedlisk w Mittelrhein: Oberweseler Oelberg; Oberweseler Goldemund i Kauber Backofen. Pierwsze dwa leżą na zielonym, trzecie na niebieskim łupku. Styl pochodzących z nich win Schweinhardt określa lakonicznym terminem: puristical Rieslings with pleasing mineral notes. Nic dodać, nic ująć. Czystość i mineralność to zasadnicze cechy trzech rieslingów z 2009 r., które miałem okazję zdegustować w Düsseldorfie. Goldenmund wydaje się przy tym najbardziej dojrzały, z nutami maślanymi. Backofen i Oelberg są chłodne, eleganckie, ale nie wyniosłe. Warto na nie zaczekać. Wszystkie kosztują w winiarni śmieszne 8,50 euro (cena detaliczna dla klienta indywidualnego).

Obszerny artykuł o Mittelrhein ukaże się w numerze 3/2011 Magazynu WINO, w czerwcu br.

Tags: , , , , , ,

Chłody w czasie kwitnienia, gradobicie i wyjątkowo mokry i zimny sierpień sprawiły, że zbiory 2010 w Niemczech były najmniejsze od ćwierć wieku. Jak podaje Niemiecki Instytut Wina (DWI), produkcję szacuje się jedynie na 7 mln hl, a więc 25% mniej niż w 2009. Informacje te nie napawały mnie zbyt optymistycznie przed wyprawą na tegoroczne targi ProWein w Düsseldorfie (27-29.03.2011). A jednak…

Zbiory 2010 uratowała ładna pogoda jesienią, przede wszystkim jednak ciężka praca winiarzy. I wyrzeczenie. Selekcja w czasie zbiorów musiała być rygorystyczna, tym bardziej, że w tym samym czasie w jednej tylko kiści można było znaleźć winogrona całkowicie zielone i w pełni dojrzałe, zaatakowane pleśnią szarą i szlachetną. Praca przy zbiorach przypominała rzemiosło artystyczne, gdzie z kiści wycinać trzeba było tylko tę zdrową i w pełni dojrzałą część – mówili mi producenci z Frankonii. Starty, w zależności od regionu i poszczególnych parceli sięgały 25, 30, niekiedy nawet 50% średniej. Tylko w pojedynczych przypadkach udało utrzymać się plon na normalnym poziomie – takie szczęście miał np. Robert Eymael prowadzący winiarnię Joh. Jos. Christoffel Erben w Ürzig i robiący ultraczyste wina z siedlisk Ürzig Würzgarten i Erden Treppchen – jak co roku, dodał bez fałszywej dumy Eymael.

Efekty są mimo wszystko świetne – przynajmniej u najlepszych niemieckich winiarzy. W czasie ProWeinu skupiłem się przede wszystkim na regionach Nahe, Franken i Mozeli, w mniejszym stopniu Mittelrhein (na targach było tylko garstka pierwszoligowych winiarzy z tego niewielkiego regionu, któremu poświęcę artykuł w czerwcowym wydaniu Magazynu WINO). Zdecydowaną większość win z 2010 z tych regionów, które udało mi się zdegustować cechowała niesłychana czystość, świetna kwasowość i swego rodzaju powściągliwość, zwłaszcza w porównaniu ze szczodrym rocznikiem 2009. Równowaga bez zarzutu, w wielu przypadkach znakomita ekspozycja mineralności.

Frankonia
Pierwszą odwiedzoną przeze mnie posiadłością na ProWeinie była winiarnia Rainer Sauer z Escherndorfu. Rainer pozostaje zwykle nieco w cieniu innego słynnego Sauera z tej samej wsi, Horsta, ja mam jednak do tutejszych win wielką słabość. Rainer Sauer jest zresztą od lat w ścisłej czołówce frankońskiej, zwłaszcza w opiniach niemieckich krytyków (Gerd Eichelmann). Silvanery z kultowego siedliska Lump objawiły się chłodną, skalną elegancją. Winem znakomitym jest tu w roku 2010 Rainer Sauer L Escherndorfer Lump Silvaner, gdzie L oznacza leidenschaft, czyli „namiętny”, „zrodzony z pasji”: wino skalne, ale ze świetnym owocem, pikantne, pieprzne, bardzo złożone, o wielkim potencjale. Niemal równie dobry jest Riesling Spätese trocken z Lumpa – rasowy i wielowymiarowy. Warto spróbować u Sauera silvanera Ab Ovo (rocznik 2009), fermentowanego w niedużej betonowej kadzi w kształcie jaja (albo ze względu na proporcje przypominającej nieco zrzuconą na Nagasaki bombę „Fat Boy”) – doskonała bogata materia, mnóstwo owocu, świetna kwasowość i skalność.

„Ten słynniejszy” Sauer oczywiście nie próżnował w 2010 r., a w Düsseldorfie pokazał serię świetnych win poczynając od kapitalnego wina tarasowego, przenikliwego i znakomicie odświeżającego Müller Thurgau & Riesling QbA (w Niemczech ok. 6 euro). Dziś nieco lepiej pokazują się rieslingi Horsta Sauera niż jego silvanery, ale na degustację najlepszych win – na razie zamkniętych i niegotowych – jest po prostu za wcześnie. Pewniaki to Escherndorfer Lump Silvaner Spätlese trocken i Escherndorfer Lump Riesling Grosses Gewächs (już teraz znakomity). Silvanera Lump Grosses Gewächs Sauer jeszcze na ProWeinie nie pokazał.

Ludwig Knoll z würzburskiej winiarni Am Stein ma już we Frankonii status gwiazdy. W 2010 r, nie zawiódł. Świetne są jego prostsze wina: Helle Freude (müller thurgau, riesling i bachus), a zwłaszcza Muschelkalk Silvaner. Würzburger Stein Silvaner Trocken zapowiada wielkie przeżycia, gdy do sprzedaży trafią najlepsze wina „Z Kamienia”. Z całą pewnością warto będzie poczekać na silvanera Vinz Alte Reben. Konoll pokazał dwa starsze roczniki 2009 i 2006 udowadniając jak pięknie dojrzewają dobre wina z tej iście frankońskiej odmiany.

Winiarnia Glaser Himmelstoss mieści się w Nordheim oddzielonym od sławniejszego Escherndorfu jedynie wąskim nurtem Menu. Monika i Wolfgang Glaserowie gospodarzą tam na 14 ha, a ich najważniejsze siedliska to Nordheimer Vögelein i Dettelbacher Berg-Rondell. W roczniku 2010 z pierwszego na razie najbardziej poruszający jest Riesling Spätlese trocken – jeszcze milczący, zamknięty w kamieniu, ale też ze świetnym owocem, perfekcyjnie skonstruowany, o dużym potencjale. Z Berg-Rondell urzekł mnie natomiast Silvaner Spätlese trocken – skrajnie mineralny, na razie niemal całkowicie zamknięty, ale znakomicie zrównoważony, świetnie kwasowy, o bardzo dobrej materii; wino do odłożenia na lata. Cała gama Glaser Himmelstoss jest zresztą warta poznania – w dodatku za śmieszne pieniądze – ceny wahają się tu bowiem od 6,50 do 17 euro.

Winiarnia Fürst Löwenstein przeniosła się w ostatnich latach do nowej siedziby w zamku w Kreuzwertheim w zachodniej Frankonii. Perłą w koronie jest tu tarasowa, stroma winnica Homburger Kallmuth – położona w zakolu Menu, bardzo ciepła, na podłożu obfitym zarówno w wapień, jaki i czerwony piaskowiec typowy dla tej części regionu. Löwensteinowie uznali, że za wcześnie pokazywać jeszcze wina z rocznika 2010, degustowaliśmy zatem 2009 i 2008. Flagowy Silvaner Grosses Gewächs „Asphodill” 2008 zaprezentował się znakomicie – do nut mineralnych dołączyły aromaty dojrzałego melona, świeżego masła. Wino ma charakterystyczny dla domu zwiewny, niemal koronkowy styl.
Zniewalający jest Riesling L – Sophie Löwenstein Schönhell 2009. Wino pochodzi ze starej, położonej na iłach winnicy w Hallgarten, charakteryzuje je kapitalna owocowa perfuma, świeże nuty kwiatowe, wreszcie subtelna, finezyjna mineralność. Cukier resztkowy na poziomie 13,4 g/l daje mu krągłość jest jednak perfekcyjnie zrównoważony 7,5 g/l kwasu. Wielkie wino.

Na ProWeinie odwiedziłem wreszcie Hugo Brennflecka, który swoje wina robi w Sulzfeld w południowo-wschodniej części winiarskiej Frankonii. Jego czołowe siedlisko to Maustal, z którego pochodzi fenomenalny w 2010 roku Silvaner Spätlese trocken – przenikliwie kamienny, ale podbudowany, jak wszystkie wina Brennflecka, czystym, cytrusowym owocem, pieprzny i już bardzo ekspresyjny. Bardzo podobał mi się też pokazany przez Hugo Riesling Spätlese trocken z Escherndorfer Lump – klasyczny, chłodny, bardzo elegancki. Brennfleck konsekwentnie nie przyłącza się do stowarzyszenia VDP, co może być jednym z powodów zachowania wciąż rewelacyjnych cen. Czołowe wina kosztują w winiarni 10-11 euro. Warto ruszać nad Men.

W kolejnych odsłonach bloga o rieslingach (i nie tylko) z Nahe, Moseli i Mittelrhein.

Tags: , , , , , , , , , , ,

Muszę przyznać, że – z miłości do wina – coraz częściej sięgam na pokładzie samolotu po piwo, niż po „red” lub „white”. Podróżuję na ogół klasą ekonomiczną, a tu wybór jest raczej skromny i, poza kilkoma chlubnymi wyjątkami, nudny jak flaki z olejem.

Owszem, zdarzają się wyjątki. W jednej z sublinii latających nad Alpami w czasie porannego rejsu można ciągle załapać się na świeżą focaccię i kieliszek (szklany) niezłego prosecco. Niekiedy dobrotliwa stewardesa zaproponuje sama z siebie butelkę świetnej cavy (zdarzyło się to nam raz w czasie wieczornego lotu do Warszawy – powodem było ogłoszenie, że z powodu złej pogody prawdopodobnie wylądujemy w Katowicach, siedzieliśmy w ostatnim rzędzie, tuż obok „baru”, a cava była trochę na pocieszenie). Takie wydarzenia mają jednak miejsce wyjątkowo rzadko.

Tym chętniej przyjęliśmy zaproszenie do udziału w panelu degustacyjnym win podawanych na pokładach samolotów startujących z Warszawy. Zaproszenie wystosował wydawca magazynu Business Traveller, Robert Grzybowski, który degustację zorganizował w gościnnych progach Polskiej Rady Biznesu i restauracji Amber Room w Warszawie.

Żartowaliśmy, że panel powinien odbyć się w samolocie, na wysokości 10 km nad ziemią i przynajmniej wina z klasy ekonomicznej powinniśmy próbować z plastikowych kubków. Wszystko to ma wszakże znaczenie.

Wina do panelu zgłosiło kilkanaście kluczowych linii latających do i z Warszawy. Było ich w sumie 84, z czego tylko mniej niż 25% podawanych jest w klasie ekonomicznej. Szkoda, bo to przecież największe wyzwanie dla kupców i konsultantów linii – wybór win do klasy business i first wydaje się nieco łatwiejszy, choć i tu na osoby odpowiedzialne za zakupy czyha sporo pułapek.

Podobało nam się wiele win musujących (w przeważającej części – szampanów). Znaleźliśmy wiele świetnych (w tym kilka zasługujących na ocenę „znakomite”) win białych. Z czerwonymi sytuacja była trudniejsza. Teoretycznie bowiem bez kłopotu można kupić znane (co z pewnością ma znaczenie przy wyborze win do klasy biznes) i wysoko ocenione wino czerwone – zazwyczaj jednak w chwili zakupu nie bardzo nadaje się ono do picia, a notkom degustacyjnym towarzyszy uwaga: „odłożyć na kilka lat do piwnicy” lub „przelać do karafki na kilka godzin”. W warunkach lotu – niewykonalne. Koniec końców udało się jednak wyłonić zwycięską piątkę także i w tej kategorii.

Najgorzej prezentowała się kategoria win słodkich. W niej tylko cztery próbki, z czego jedna naprawdę dobra i jedna – nazwijmy to, sympatyczna.

Embargo zobowiązuje mnie do zachowania wyników degustacji w tajemnicy do 30.03.2011. Następnego dnia opublikujemy listę zwycięzców na stronie www.magazynwino.pl; pełne wyniki wraz z omówieniem znajdziecie zaś w czerwcowym, drukowanym numerze naszego pisma.

Tymczasem zachęcam do dyskusji: jakie dobre i jakie złe wina piliście ostatnio na pokładzie samolotu (i jakich linii)?

Tags: , ,

Wiadomość przyszła w chwili, gdy w Maso Corto przygotowywałem się do degustacji południowotyrolskich win. Zanim zszedłem do sali, w której miałem poprowadzić prelekcję Włosi już wiedzieli. Nic dziwnego – to między innymi Bożena sprawiła, że Polacy na wakacjach w Dolomitach przestali kupować chianti i nero d’avola z Sycylii, a na warsztat wzięli lagreiny i gewürztraminery. Od kilku lat jej firma Itabo zajmowała się promocją w Polsce południowotyrolskich produktów z zastrzeżoną nazwą pochodzenia: specku, jabłek i, przede wszystkim, win.

Telefony dzwoniły z Polski, ale i z Włoch. W słuchawce odezwał się przerażony głos Henia Rivetto, winiarza z Barolo, którego pierwszy raz odwiedziłem przecież z Bożeną – gotowaliśmy razem wspólną kolację z szefem kuchni nieopodal Sinio, popijaliśmy nebbiolo z widokiem na Serralungę…

Po raz pierwszy poznaliśmy się jednak siedem lat temu w Warszawie, we Włoskim Instytucie Handlu Zagranicznego. Była naszym, Magazynu WINO, pierwszym włoskim kontaktem. Organizowała wyjazdy prasowe do Italii, kolacje i degustacje w Warszawie. Po kilku latach zdecydowała się na własną firmę. Itabo zajęła się promocją włoskich winiarzy i producentów żywności w Polsce.

To dzięki Bożenie mięliśmy w naszym kraju jedne z pierwszych kursów degustacji i zastosowania oliwy z oliwek.

Kochała Włochy. Uwielbiała Palermo i Piemont, ale z radością zapuszczała się także w dzikie zakątki Abruzji. Wielbiła małe przydrożne trattorie bez drukowanego menu. Pracowała z Włochami i jeździła tam z chęcią na wakacje.

Na te ostatnie nie dotarła. Bożena Jurecka odeszła 16 czerwca. Zginęła razem z Laurą, 2,5 roczną córeczką w wypadku samochodowym w Warszawie.

Pozostały nieodbyte rozmowy, podróże, wina, które mieliśmy wspólnie wypić…

Tags:

Temat jest mało świąteczny, w dodatku nie dotyczy wina. Tak, lubię od czasu do czasu uraczyć podniebienie piwem. Z tym większą radością znalazłem kilka tygodni temu w swoim Carrefourze znakomite niepasteryzowane piwo Ciechan. Nie dość, że oryginalne, smaczne, spoza zaklętego kręgu korporacyjnych browarów to jeszcze, co okazało się przy kasie, w butelce zwrotnej. Mogłem zatem nie tylko radować się piwem, ale i mieć poczucie dobrze spełnionego ekoobowiązku. Skrzętnie przechowałem puste butelki, a przy okazji wielkopiątkowych zakupów postanowiłem zwrócić je w sklepie.

Na próżno szukałem na terenie supermarketu maszyny przyjmującej flaszki ? prostego urządzenia znanego z Niemiec, Czech, czy Austrii, stojącego nie tylko w wielkopowierzchniowych marketach, ale i w zwykłych osiedlowych sklepach. Pracownik grzecznie poinformował mnie, że skup prowadzony jest w Punkcie Obsługi Klienta. Tam też, już po zakupach poszedłem. Pani widząc 9 butelek na ladzie wyglądała na wyraźnie zaskoczoną. Rozpoczęła się skomplikowana procedura trwająca przynajmniej pięć minut. Oczywiście, na początku zostałem poproszony o paragon dokumentujący zakup piwa. Na to, jako wychowanek PRL-u, który sklepowe kurioza zna nie z filmów Barei, ale z własnego doświadczenia, byłem przygotowany. Na pytanie, co by było, gdybym kwitów nie przedstawił dowiedziałem się, że o zwrocie kaucji musiałbym zapomnieć. Kolejne kilka minut trwało odnotowanie w papierach faktu oddania dziewięciu pustych flaszek w marketowej ewidencji. W końcu zostałem poproszony o złożenie podpisu pod protokołem przyjęcia flaszek. No i dostałem swoje 4,50 pln.

Wiem, że procedura, której stałem się świadkiem nie była fragmentem wielkopostnej pokuty. Będę ją przechodził za każdym razem oddając butelki. Nie spocznę ? w imię dobrego smaku i ekologii. Mam tylko nadzieję, że rosnąca liczba klientów oddających butelki zwrotne w POK doprowadzi pracujące tam panie do szału, co poskutkuje zakupem opisanego wyżej urządzenia odbierającego szkło.

PS. W koszykach klientów naprawdę dużo wina. W co najmniej kilku widziałem sporo butelek w kolorze różowym. Idzie ku lepszemu!

« Older entries