Kawa w Starych Kaliszanach czyli post scriptum do IV Konwentu Polskich Winiarzy

Termin tegorocznego Konwentu Polskich Winiarzy w Niepołomicach nie dał się, w moim przypadku, pogodzić z planowanym od dawna spływem Wisłą. Tak, tak – wraz ze swoim żeglarskim druhem i naszymi dziećmi postanowiliśmy ruszyć z biegiem Królowej Polskich Rzek na pokładzie wysłużonej, zabudowanej dezety „Biały Słoń”.

W czasie, gdy w Niepołomicach do kieliszków trafiały hibernale i ronda, my wodowaliśmy łajbę u stóp opactwa w Tyńcu. Gdy moi koledzy cmokali nad siberami mijaliśmy deszczowy Kraków i zaśmiecone po wiankach i koncercie Lenny’ego Krawitza podwawelskie Powiśle. Gdy zaś wszyscy wyciągali już spokojnie wnioski z IV KPW my żeglowaliśmy wezbraną rzeką z dala od cywilizacji.

Wisła jest piękna. W tym zdaniu nie ma nic banalnego. Po prostu jest. Dzięki temu, że Polska odwraca się do swej najdłuższej rzeki plecami, Wisła i jej brzegi pozostają dziką, fascynującą enklawą. Konsekwencją tego stanu jest brak: prądu, internetu, prysznica, toalety… mam wymieniać dalej?

Są za to ludzie. Dobrzy ludzie. Pod Nowym Brzeskiem z przybrzeżnych krzaków wyłonił się uroczy kłusownik, który podarował nam wielkiego leszcza. W nocy, gdzieś na wysokości Woli Rogowskiej, przy „Słoniu” pojawił się młody chłopak z jajkami „prosto od kury”, a dzień później, przy Starych Gacach mężczyzna z łubianką truskawek i workiem suchego drewna na ognisko.

Dopełnieniem tych spotkań był postój na wysokości Starych Kaliszan, już w granicach regionu winiarskiego Małopolski Przełom Wisły. Wąska stroma ścieżka wiodąca z brzegu do wsi zawiodła nas wprost na… winnicę. W krzątającym się przy krzewach hibernala mężczyźnie rozpoznałem zaś Ryszarda Rejowskiego, którego poznałem miesiąc wcześniej na Święcie Wina w pobliskim Janowcu.

Pan Ryszard uprawia swoją „Winnicę Domową – Kalisja” od 2006 roku. W tym roku spodziewa się pierwszego zbioru. Plantacja ma pięć arów, liczy około 300 krzewów. Rejowski myśli o podobnej liczbie butelek rocznie – wszystko zgodnie z założeniami MPW. Działka ma dobrą, zachodnią ekspozycję, leży na lekkim spadku, na wapiennym podłożu. Winnica jest bardzo strannie nasadzona, młode pędy pną się po drutach rozpiętych między porządnymi, betonowymi słupkami.

Pan Ryszard ma na szczęście obok wina jeszcze jedną pasję – kawę. Sam sprowadza oryginalne gatunki z całego świata, sam pali ziarna i, w niewielkiej skali dystrybuuje między znajomymi. Nas poczęstował kawą jemeńską – świeżo zmieloną w żarnowym młynku (innych nie uznaje) i zaparzoną w caffettierze na turystycznej butli gazowej. Jeśli wina ze Starych Kaliszan będą miały podobny smak jak zaserwowana przez Rejowskiego kawa – jestem spokojny o los Kalisji.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Kawa w Starych Kaliszanach czyli post scriptum do IV Konwentu Polskich Winiarzy

  1. Katarzyna Szulc pisze:

    Ja też miałam SWOJE spotkanie z bohaterem wisu Tomka.

    Pan Ryszard zjawił się z całym kawowym ekwipunkiem na Pierwszym Plenerowym Towarzyskim Spotkaniu Winiarzy Małopolskiego Przełomu Wisły, które miało miejsce w podkazimierskiej wsi Rzeczyca i rozgrywało się w odległości ok. 50 metrów od winnicy gospodarzy, Państwa Adamczyków.

    Zanim impreza rozpoczęła się na dobre, Pan Ryszard zaanektował jeden ze stołów na samodzielne stanowisko kawowe, gdzie nie miała dostępu żadna butelka wina. W przeciwieństwie do torebek z czterema rodzajami kawy. A cóż to była za kawa… świeża, upalona jeszcze tego samego dnia osobiście przez cofi-mejkera Richarda. Mieliśmy do czynienia z łagodną kawą z Kolumbii, potem nieco bardziej intensywną z Kenii (zebrana z tych samych wzgórz, na których hodowała ją filmowa Karen Blixen z Pożegnania z Afryką), po czym lekko koniakowa w aromacie kawa z Nikaragui, a na sam koniec – dla mnie już tylko w teorii – egzotyczna mieszkanka z Hondurasu, z którą Pan Ryszard wiąże pewne nadzieje…

    Całość parzona oczywiście w caffettierze na turystycznej kuchence gazowej przy użyciu źródlanej miękkiej wody, tuż po zmieleniu ziaren w ręcznym młynku, klasycznym cudeńku wartym więcej niż stół i obrus razem wzięte.