Mendoza w 26 odsłonach

Podróż z Salty do Mendozy trwa samolotem godzinę z hakiem – samochodem dwa dni (ok.1300 km). Kto się na nią zdobędzie może pełnoprawnie i z dumą nosić t-shirt ze znakiem słynnej drogi nr 40. Z Argentyny wracam bez koszulki – z braku czasu wybraliśmy lot. Poniżej fotowrażenia z pobytu w najbardziej znanym regionie winiarskim kraju.

Gdyby nie Andy, Mendoza mogłaby uchodzić za krajobrazowo najnudniejszy region winiarski na świecie. Dające legendarne malbeki winnice pokrywają płaskie, monotonne przedgórze. Gdy jednak rozstąpią się poranne chmury, na horyzoncie pojawiają się pokryte wiecznym śniegiem sześciotysięczniki. Na zdjęciu Cerro El Plata (6050 m n.p.m.) widziane z winnic w okolicach Ugarteche, w południowej części podregionu Luján de Cuyo.

Mało kto pamięta, że malbec, dziś uważany za argentyńską specjalność, był dekady temu najbardziej rozpowszechnioną odmianą w Bordeaux. Za ocean wywiózł go w połowie XIX w. francuski agronom Miguel Pouget. Stare krzewy (niektóre z parceli liczą ponad sto lat) dają jedne z najbardziej złożonych malbeków w Mendozie. Na zdjęciu parcela nieszczepionych krzewów malbeka w Perdriel z 1928 r. należąca do winnicy Mendel, spółki winemakera Roberto de la Moty i Annabelle Sielecki, córki urodzonego w Polsce w 1909 r. Mendela Sieleckiego, który wyemigrował do Argentyny.

Winnice w Mendozie wymagają podlewania. Najczęściej stosuje się nawadnianie kropelkowe, jednak niektóre nawet najbardziej innowacyjne winiarnie, takie jak Achaval Ferrer, w niektórych parcelach stosują podlewanie zalewowe (do płytkich rowów między rzędami winorośli doprowadza się wodę z pobliskiego strumienia). Zdaniem winogrodników z Achaval Ferrer system korzeniowy starych krzewów (te na zdjęciu w Finca Bella Vista pod Perdriel liczą 103 lata) jest przyzwyczajony do tego rodzaju nawadniania, a zmiana nie ma sensu.

Tradycyjne podejście do uprawy winorośli nie przeszkadza winemakerowi z Achaval Ferrer, Roberto Cipressiemu (w Toskanii robi m.in. brunello di Montalcino) wykorzystywać nowoczesnych technik takich jak mikroutlenianie.

Mendoza to region wiecznie zagrożony gradobiciem. Kulki lodu potrafią skutecznie zniszczyć tu cały plon i krzewy. Dlatego większość winiarzy nie ryzykuje i rozpina w winnicach siatki mające chronić dojrzewające grona. Krytycy tej metody twierdzą, że pod warstwą czarnego plastiku owoce czują się jak w piecyku. Piłem w Argentynie znakomite wina robione z winogron chronionych siatką i tych rosnących bez ochrony (próbowałem też zupełnie słabych, ugotowanych win z owoców z obu typów winnic).

Andrej Razumovsky (ma korzenie ukraińskie choć jest synem Dunki i Austriaka) jest jednym z nielicznych winiarzy biodynamicznych w Argentynie. Jego projekt pod Ugarteche nosi nazwę Alpamanta, co w języku Indian Mapuche znaczy miłość do ziemi. Wg Razumovsky’ego w całej Argentynie jest raptem czterech biodynamików: dwóch w Patagonii, jeden w Salcie i on sam w całej Mendozie.

Razumovsky przygotowuje preparaty pod okiem lokalnego guru biodynamo, René Piamonte. Na zdjęciu suszenie kwiatów mlecza, które trafią do „herbatki”.

A tak dojrzewają biodynamiczne preparaty Razumovsky’ego

W Alpamanta wszystko jest precyzyjnie policzone

Andrej wyjaśnia szczegóły przygotowania ostatecznego preparatu. Oprócz określonego czasu i kierunku mieszania mikstury trzeba patrzeć na winnicę by mieć w czasie tej pracy pozytywną energię.
Inaczej niż mogłoby się niektórym wydawać, Razumovsky nie ma w sobie nic z szarlatana. Twardo stąpa po ziemi – wina robi na razie u sąsiada czekając na lepszą sytuację ekonomiczną w Argentynie (dzisiejsza inflacja nie pozwala na inwestycję). Jednocześnie jego wina mają niezwykłą, jak na Luján de Cuyo lekkość i równowagę, nie są w najmniejszym stopniu freakowe (choć dalekie od głównego nurtu) i jak na młody wiek krzewów – bardzo złożone.

Pełnoprawny członek załogi Alpamanty, nieodzowny w krajobrazie winnicy biodynamicznej.

W marcu z Argentynie rozpoczęły się zbiory – w tym roku nieco wcześniej niż zwykle. Do winiarni trafiły już owoce torrontesa i chardonnay (na zdjęciu) oraz pierwsze czerwone grona z cieplejszych siedlisk.

Stół sortowniczy jest dziś niemal w każdej Argentyńskiej winiarni. Ten na zdjęciach znajduje się w winiarni Atamisque w Valle de Uco.

Maceracja pierwszych owoców malbeka

Przetaczanie pierwszego czerwonego wina AD 2012

Jeden z argentyńskich gigantów, Trapiche, przeniósł się kilka lat temu do nowej siedziby – jest nią wybudowana wiek temu przez Włochów, nieużywana przez ostatnie 40 lat i odbudowana przez Trapiche winiarnia pod Perdriel.

W podziemiach pod szklaną piramidą kryje się sala degustacyjna.

Daniel Pi, główny winemaker Trapiche wieży w assemblage: szczepów, siedlisk, win dojrzewających w różnych beczkach.

W czasie technicznej degustacji próbowaliśmy m.in. win z tego samego zbioru i siedliska poddanych dojrzewaniu w różnych beczkach, malbeków z kilku terroir, a także zarażonego lekkim brettem cabernet sauvignon z Cafayate (po stwierdzeniu obecności tych drożdży cały osprzęt winiarni został zniszczony, a wnętrza wysterylizowane).

To się nazywa brak szczęścia – w dzień spędzony w Valle de Uco, dolinie położonej najbliżej Andów, nad górami zalegały ciężkie deszczowe chmury. Na zdjęciu winnica DiamAndes, jednego z udziałowców słynnego projektu Clos de los Siete dowodzonego przez winiarskiego (anty)bohatera, francuskiego konsultanta, Michela Rollanda (przez winnice biegnie Avenue Michel Rolland). Dobra wiadomość brzmi: w viognier i chardonnay DiamAndes Rolland zalecił w 2011 r. dojrzewanie 30% kupażu w stali (w 2010 r. 100% w dębie, w tym 70% w nowym) oraz poddanie fermentacji malolaktycznej tylko połowy blendu (w 2010 – 100 %). W efekcie wina są wyraźnie lżejsze i bardziej rześkie. Także nowy (2009) kupaż Clos de los Siete jest wyraźniej mniej beczkowy, ze świeżym owocem i świetnie kwasowy i harmonijny. Cud? A może otwartość na zmianę światowych trendów…

Gdy przed wyjazdem do Argentyny nieopatrznie zwierzyłem się pewnej rosyjskiej dziennikarce, że wybieram się do Mendozy skrzywiła się tylko i rzekła z cudownie moskiewskim akcentem: łaj du ju goł dzer? Ic e sacz e pur kantry; der ar soł meny old kars… W tym ostatnim miała niewątpliwie rację.

Stare czy nowe, mniej lub bardziej zdezelowane – pick-upy są największymi przyjaciółmi argentyńskich pracowników winnic.

Mendoza wczesnym rankiem (w pierwszy dniach jesieni słońce wstaje tu dopiero ok. 07:30) – rozległe, choć nisko zabudowane miasto (hotel w którym spałem jest jednym z kilku ledwie wieżowców). Sporo sklepów z winem oraz kilka świetnych… piwiarni (z muzyką na żywo i niekoniecznie musi być to tango), w których dobrze zmienia się pH po całym dniu degustowania malbeka.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.