Never say: never again

Dwa lata temu powiedziałem sobie, że nie pojadę więcej na konkurs winiarski. Jak było do przewidzenia – w postanowieniu nie wytrzymałem. I nie żałuję.

Przez wiele lat konsekwentnie odmawiałem sędziowania w jednym z największych konkursów winiarskich na świecie, Mundus Vini. Nie żebym miał coś przeciw tym akurat zawodom – po prostu, zawsze wypadały pod koniec wakacji, a ja nie miałem ochoty poświęcać rodziny dla degustacji stu kilkudziesięciu win. Wreszcie, dwa lata temu plany urlopowe przestały kolidować z terminem konkursu i zaproszenie przyjąłem.

Pech chciał, że trafiłem na bodaj najgorszą odsłonę Mundus Vini. I nie chodzi o jakość win, ale o zasady. W 2010 obniżono pułap punktów wystarczających do zdobycia medali. I tak srebro było już za 83 punkty (w skali parkerowskiej to wino w środkowych stanach oceny „dobrej”). Wystarczyło jednak, by wino dostało dwa punkty więcej i już cieszyło się medalem w kolorze złotym (85 pkt. to granica między winem „dobrym” i „bardzo dobrym”). Za 90 pkt. (początek oceny „znakomitej”) było już Grand Gold.

Mundus Vini 2012 tuż przed startem fot. tpb

Powód obniżenia norm był niezwykle czytelny: więcej medali. A jeśli więcej medali, to więcej potencjalnych próbek w następnej edycji konkursu. Więcej próbek to zaś większy zysk dla organizatora, bo za każdą przysłaną butelkę się płaci. Oprócz hucpy z punktami miałem też nieustające wrażenie, że sędziuję pod presją: więcej medali, nie bójcie się dawać więcej medali!

W tym roku zaproszenie znów przyszło, a ja i tak byłem pod koniec sierpnia w Niemczech. Nie wiem, czy pod wpływem krytyki czy autorefleksji, organizatorzy Mundus Vini wrócili do starych zasad punktowych: 85 – srebro, 90 – złoto, 95 – Grand Gold. Dałem szansę im i sobie i nie żałuję. Tym razem obyło się bez nagabywania o medale, żadnych nacisków na sędziów nie było, a system punktowy sprawiał, że nagrody odzyskały dawną wartość.

Sędziowałem w komisji z dwójką dziennikarzy winiarskich z Niemiec, australijskim enologiem oraz frakcją południowoamerykańską (Kolumbia, Argentyna, Brazylia). Formuła konkursu pozwala na krótką dyskusję nad winem, które w opinii przynajmniej części sędziów zasługuje na wyróżnienie (w wielu konkursach, np. Vinitaly, sędziowie z jednej komisji siedzą jeden za drugim i nie mogą się do siebie odzywać). Wolę ten sposób, bo pozwala na dłuższą refleksję nad ciekawą próbką.

Frakcja południowoamerykańska w akcji fot. tpb

Podczas Mundus Vini 2012 najbardziej udane w „naszej” komisji były dwie serie – jak się okazało – win portugalskich: vinho verde z 2011, zwłaszcza zaś czerwone wina z Douro z rocznika 2009. Nigdy wcześniej nie dałem w czasie jednego konkursu tak wielu medali, w tym nawet kilku złotych.

Oczywiście, kierowanie się medalami przy zakupie wina miewa krótkie nogi. Są zawody, w czasie których dobór sędziów jest więcej niż przypadkowy, a zasady punktowe mocno naciągane. Pisała o tym swego czasu Ewa Wieleżyńska. Medale służą zazwyczaj wypromowaniu się przez mniej znanego/początkującego winiarza. Wielcy raczej w takich zawodach nie startują, a w materiałach promocyjnych wolą zamiast brązowym medalem z Kuala Lumpur pochwalić się punktami z Wine Spectatora. Są też winiarze amatorzy konkursów, jak mój stary znajomy z komisji sędziowskiej w konkursie VinAgora 2002 w Budapeszcie, Ralf Anselmann, którego lista nagród jest bodaj najlepszym źródłem wiedzy o konkursach winiarskich w Europie 😉

Z medalami zatem ostrożnie. Kto jednak chce się przekonać, komu przypadły w ostatniej odslonie Mundus Vini, niech zajrzy tu. Sporo ich, oj sporo.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.