Piękna i Bestie

Ten przypadek psychologiczny jest dobrze znany – szeroko opisano go zarówno w literaturze fachowej, jak i popularnej.

Kobieta bardzo atrakcyjna, wydawać by się mogło – twardo stąpająca po ziemi, businesswoman (ale z ludzką twarzą). A wokół niej stadko wariatów, winiarskich dziwolągów, oryginałów (choć w przypadku ludzi, których mam na myśli to z pewnością eufemizm): zrzędliwy starzec-masarz w butach, w których bez uszczerbku na zdrowiu można chodzić po rozpalonych węglach; jego syn stylizujący się na Che, w berecie i wojskowej katanie, kopcący cygara nawet w czasie degustacji; Gienek z Trydentu, w rozciągniętym do kolan swetrze, z niemal równie długimi włosami; i może najnormalniej z nich wyglądający kudłaci braciszkowie – Olek i Filip (wsadźcie jednak nos do kieliszka, a przekonacie się, że to takie same ziółka jak wymienieni wcześniej).

Ona: Beata Gawęda prowadzi od lat firmę importującą wina z Włoch – Vini e Affini. Oni: Nereo Bressan i jego syn Fulvio z Friuli, Eugenio Rosi z Trydentu, Alessandro i Filippo Filippi z Soave – łączy ich miłość do przekraczania winiarskich granic, wszyscy robią wina poza utartym szlakiem, odrębne; możemy je nazwać naturalnymi, choć lepsze będzie stwierdzenie – ekstremalne. Nieobce są im nuty utlenienia, lotna kwasowość, szorstka tanina w winach białych i cała masa cech, za które konserwatyści zesłali by ich do piekieł. A jednak jest w winach tej trzódki coś, co urzeka, nie daje przejść obojętnie, śni się po nocach. Z każdym z nich mam swoją prywatną historię – butelki wszystkich stanęły dziś (10.07.2013) obok siebie na jednym degustacyjnym stole w ramach kolejnego Dnia Otwartej Butelki (tym razem głównie na biało) zorganizowanego przez Vini e Affini, która to firma podjęła ryzyko wprowadzenia całej trójki na polski rynek.

Nereo Bressan fot. tpb

Nereo Bressan fot. tpb

Po odwiedzinach u Bressana w marcu 2008 r. pisałem tak:
„Na początku oświadczył, że ma nas w d… Z przyjemnością pokaże nam winnice, winiarnię, ba, da nawet spróbować nie tylko wina, ale i salami i szynki, którą wytwarza, tyle, że to, co o tym wszystkim będziemy sądzić nie obchodzi go nic, a nic. Stał między równymi rzędami winorośli, w marcowym popołudniowym słońcu, w swych kosmicznych butach, które – zdawało się nam – mogłyby służyć do chodzenia po rozżarzonych węglach i które każdy z nas ukradkiem fotografował. Przyznał, że w jego wieku (rocznik 1932) wino robi się dla przyjemności, a cudze zdanie można mieć gdzieś, bo w butelkach zamknięta jest cała suma życiowych doświadczeń. A jeśli lubi się swoje życie – On najwyraźniej lubi – można czniać całą resztę.

Nie ukrywam, że ta delikatna demonstracja zjednała w moich oczach Nereo Bressana, spadkobiercę wielopokoleniowej rodziny winiarskiej z włoskiego Friuli, z Farra d’Isonzo w prowincji Gorycji. Nie będę się krygował – jeśli chodzi o Bressana miałem swoisty background w postaci zdegustowanego dzień wcześniej 5-letniego schioppettino, które wyszło spod jego ręki. Mogłem więc swoisty teatr odprawiany przez Starego Mistrza traktować z przymrużeniem oka, za to całkowicie serio oczekiwać zapowiedzianej degustacji.

...jego legendarne buty... (fot. tpb)

…jego legendarne buty… (fot. tpb)

Bressan nie jest gwiazdą przewodników winiarskich. Te najbardziej popularne: Gambero Rosso i Veronelli nie zauważają jego istnienia (a może po prostu nie daje im win do degustacji). Dostrzega je i ocenia wysoko „Duemillavini” – doroczny przewodnik po najlepszych winach Italii przygotowywany przez włoskich sommelierów. Nie dziwię się. Wina robione przez Nereo Bressana i jego równie ekscentrycznego syna, Fulvio to wyższa szkoła jazdy. Panowie nie spieszą się z wypuszczaniem ich na rynek. Białe, czy czerwone muszą spędzić swój czas w kadziach i beczkach. Dojrzeć. Degustowaliśmy z Nereo jego schioppettino, fenomenalne pinot nero, wreszcie dziesięcioletnie, nieokiełznane pignolo.
Piliśmy wytrawne białe verduzzo i pinot grigio dojrzewające długo na osadzie, wreszcie kompleksowe Carat – kupaż lokalnych gron tocai friulano, ribolla gialla i malvasia.

Zagryzaliśmy to wszystko fenomenalnym salumi i prosciutto, bo Nereo to także masarz. I także jako masarz ma własną wizję świata i pracy. Swoje wędliny robi na przykład – jak twierdzi – wyłącznie z tych nóg świń, na których sypiają (bo Nereo mówi, że świnia zawsze śpi na tym samym boku). Mięso z obciążonej nogi ma, zdaniem Bressana lepszą strukturę. Nigdy nie jadłem świadomie szynki z nogi nie obciążonej, więc trudno mi porównać. Wiem tyle, że wędliny Nereo dorównują jego winom, a od czasu spotkania w Farze zacząłem zadawać masarzom kłopotliwe pytania dotyczące sposobu snu macior.

...winnica... (fot. tpb)

…winnica… (fot. tpb)

Spotkania z winiarzami takimi jak Nereo utwierdzają mnie w mojej wierze w człowieka i w wino. Przekonać się, że obsypane punktami i gwiazdkami wino legendarnego winiarza jest rzeczywiście smaczne, to oczywiście miłe wrażenie. Ale odnaleźć geniusza tak po prostu, na własny użytek, to przyjemność dwa razy większa.”

Także i dziś piliśmy szorstki, gruszkowy, niby utleniony, ale przecież zdumiewająco świeży Carat 2006 (135 zł), mniej kontrowersyjne, nieco gładsze, garbnikowe, soczyste Verduzzo 2007 (135 zł), pełne owocu, dojrzałe, głębokie i mineralne Pinot Nero 2006 (cena nie podana), mięsiste, lekko fiołkowe, przy tym krwiste Schioppetino 2006 (cena nie podana) o niesamowitej strukturze i świeżości, wreszcie genialny, zjawiskowy Pignol 2001 smakujący jak wino dziesięć lat młodsze, znów kapitalnie krwiste, złożone, gotowe spędzić w butelce kolejną dekadę. Kosztuje prawie 300 zł i to jego jedyna wada, ale… Zresztą spróbujcie kiedyś sami, bo wobec takich win dyskusje na temat ceny nie mają większego sensu.

...i wina (fot. tpb)

…i wina (fot. tpb)

Eugenio Rosiego poznałem w 2006 r., najpierw na uroczystej adwentowej kolacji, gdzie szokował wspomnianym już swetrem w towarzystwie godniej odzianych trydenckich winiarzy, potem w piwnicy, w Colliano. Było późne popołudnie, a wizyta jaką składaliśmy Rosiemu była ostatnią na liście. Wraz z Krzysiem Dobryłką i Wojtkiem Bońkowskim pocieszaliśmy się, że facet ma tylko kilka win, degustacja będzie więc krótka i złapiemy któryś z wieczornych pociągów do Werony. Win w butelkach było rzeczywiście niewiele, za to beczek wystarczająco dużo – a Eugenio najwyraźniej postanowił pokazać nam różnice między winami z każdej. Te wiele godzin w piwnicy w Colliano zaraziło mnie jednak rosismem, a jego wina Esegesi czy Marzemino Poiema należą od lat do moich ulubionych z tej części Italii. Jakiś czas temu dołączył do nich biały kupaż pinot bianco, nosioli i chardonnay Anisos – w roczniku 2010 (119 zł) żwirowy i soczysty zarazem, bardzo wyrazisty i pełen górskiego charakteru. Dziś moje wrażenia wzbogaciły się o jedno z najbardziej ekstremalnych win różowych, jakie piłem, Riflesso Rosa 2011 (ceny nie podano), strukturalne, o niełatwej fakturze, ale kapitalnie zbudowane, wyraziste, przypominające charakterem wina raczej pomarańczowe, niż różowe.

Eugenio Rosi fot. tpb

Eugenio Rosi fot. tpb

Braci Filippi nigdy nie poznałem osobiście, choć z ich soave przyjaźnię się od kilku lat za sprawą maleńkiego wine baru w Weronie. Nie mają wiele wspólnego ani z supermarketowymi sikaczami, ani z wysublimowanymi winami Leonildo Pieropana. Mam do nich stosunek osobisty i cieszę się, że te nieoczywiste Castelcerino 2011 (59 zł) i Vigne della Brà 2010 (94 zł) można wreszcie kupić w Polsce.

Beata – dziękuję za odwagę i poszerzanie granic winiarskiej świadomości nad Wisłą!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Piękna i Bestie