W niewoli u Stefana

Niewola bywa słodka. Zwłaszcza gdy zniewalającym jest wybitny winiarz, a akcja opowieści toczy się na zboczach wulkanu Somló.

Przed rokiem dotarliśmy do domu Istvána już po zmroku – lekko przerażeni, bo chata i piwnica leżą ukryte w chaszczach poniżej kaplicy Św. Ilony na zboczach Somló. Prowadzi do niej karkołomna, pełna kolein i walących o podwozie auta kamieni, wąska droga, a my poruszaliśmy się niskopodłogowym batmobilem. Istvána nie było. Degustację, w mrocznej, XIX-wiecznej piwnicy poprowadziła żona, która zaprosiła nas potem na esencjonalną węgierską zupę fasolową. Wina, zupa i samo miejsce były fascynujące. Opuszczając gościnny dom mieliśmy jednak poczucie niedosytu – w każdym łyku tutejszych olaszrizlingów, juhfarków i furmintów czuło się niezwyczajne dotknięcie winiarza. A właśnie rozmowy z nim nam brakowało.

Bogracs Party 2013

Bogracs Party 2013

István objawił się następnego dnia, na imprezie Petera i Omara Csizmadia-Honighów, węgiersko-holenderskiego małżeństwa, które pod nazwą Royal Somló robi u stóp wulkanu nader nowoczesny juhfark. Paradoksalnie (bo winnica nie leży z pewnością w najlepszym siedlisku) to najdroższe wino z Somló (9000 ft/but.). Produkcja jest jednak aptekarska, a chłopaki mieszkają w Londynie (Omar zajmuje się szeroko pojętym marketingiem; Peter pracuje w instytucie Masters of Wine) i udało im się wprowadzić swoje wino do gwiazdkowych restauracji brytyjskiej stolicy (uczestnicy zeszłorocznej Gali Grand Prix Magazynu WINO mieli okazję próbować go w Warszawie).

W czasie zeszłorocznej Bogrács Party przekonywali weteranów winiarstwa z Somló, że wspólne działanie na arenie międzynarodowej może wspomóc niewielkie gospodarstwa, wzmocnić skromne budżety winiarzy, którzy mimo iż robią wina o statusie, excusez le mot, kultowym pozostają w wielu przypadkach nieledwie działkowcami. Problemy te opisał zresztą dobrze po naszej zeszłorocznej wizycie w Somló Kuba Janicki w artykule w 60 (6/2012) numerze Magazynu Wino i w swoim blogu. Impreza była bardzo udana, a ja skorzystałem z zaproszenia i wróciłem na Bogrács Party 2013. W ogrodzie Petera i Omara pojawił się i tym razem zaprzyjaźniony z nimi István, dokładnie rzecz biorąc Stephan Spigelberg – z nieodłączną puszką szoprońskiego piwa w ręku (Nie stać mnie na moje wina – piję piwo). Wieczór skończył się zaproszeniem na niedzielną degustację.

Wulkan by bike fot. tpb

Wulkan by bike fot. tpb

Wpadłem tuż przed południem. Byliśmy już – z synem – po rowerowej turze wokół wulkanu. Na szczęście, bo gdyby nie skłonność do wczesnego wstawania, o wycieczce przyszłoby zapomnieć.
W ciasnym pokoiku obok piwnicy Spigelberga siedziała grupa tęgich, wąsatych śniadych mężczyzn delektujących się domową palinką – jak się wkrótce okazało członków ukraińskiego zespołu ludowego Técsői Banda, których Stephan poznał poprzedniej nocy na festiwalu w pobliskiej Dobie. Wcisnąłem się między wąsaczy, podstawiłem kieliszek i… odjechałem. Pite kolejno Olaszrizling 2010 (superowoc, kwiaty na wulkanie), Furmint 2009 (moc i subtelność), wreszcie Juhfark 2009 z późnego zbioru (szarlotka z jabłek i bazaltu) wbijały w drewnianą ławkę.

W stronę Stefana fot. tpb

W stronę Stefana fot. tpb

Po godzinie wyprawiliśmy w drogę ukraińskich muzykantów z trzema półtoralitrowymi PET-ami wina, ściągniętego rurką z demi-johna. Spigelberg przydźwigał kolejne flaszki – świeżo zabutelkowany, albo szykowany do butelkowania rocznik 2012. Wina strukturalne, pełne nut kamiennych i owocowych, jeszcze nieokrzesane, wymagające czasu, choć już naznaczone piętnem wielkości.

Minęła kolejna godzina. Spiegelberg mówił o nierozerwalnym związku wina i siedliska, o niemożności degustacji w oderwaniu jednego od drugiego. Powoływał się często na Bélę Hamvasa i jego „Filozofię wina” i z pewnością, nawiązując do książki wielkiego węgierskiego filozofa (leżącej zresztą na beczce zaraz przy wejściu do Stefanowej piwnicy) ateistą István nie jest. Bardzo żałował, że muszę wypluwać jego wina (przy całej mojej do nich spontanicznej miłości chciałem jednak dotrzeć tego samego dnia nad Balaton), a ja bałem się, żeby czasem nie wziął mnie za pietystę lub, nie daj boże, purytanina.

W międzyczasie żona Stephana poprosiła na zupę (też fasolową, też z wędzonką, ale inną niż przed rokiem), po czym zaoferowała, że zabierze mojego syna na festyn w Dobie, gdzie będzie mógł popróbować sił w garncarstwie, a my sobie spokojnie podegustujemy dalej. Sytuacja zaczęła być groźna – bo choć z jednej strony chciałem gadać z Istvánem i próbować kolejnych jego win czułem, że czas zaczyna wymykać mi się z rąk. Gdy wreszcie Spigelberg oznajmił się jako przyjaciel Imre Kaló, z którym chętnie składają sobie wizyty zacząłem naprawdę się bać. (Kaló, najbardziej niepokorny z winiarzy egerskich, a może i węgierskich, producent win niezwykłych – niekiedy genialnych, niekiedy wprost nieczystych i wadliwych, wieczny eksperymentator i filozof słynie z niekończących się degustacji, oczywiście pod warunkiem, że gość mu przypadnie do gustu; spędziłem u niego kiedyś 5 godzin, a to oznacza, że podobałem mu się średnio).

Bazalt w szkle fot. tpb

Bazalt w szkle fot. tpb

Strach strachem, ale gdy Spigelberg wyciągnął w końcu swoje Cuvée 2008 (połowa to olaszrizling, reszta „mieszanka polna”; całość fermentowana razem) bardzo chciałem postawić się poza czasem, zostać w ciemnej izdebce (Stephan już kusił kolacją i noclegiem), wąchać bez końca zapach letniej łąki, dzikich kwiatów, ziół i nagrzanego słońcem bazaltu, cieszyć usta treściwym, pełnym substancji, mocnym, a przy tym subtelnym winem.

Zwyciężył ojcowski obowiązek i w jakimś sensie z tej słodkiej niewoli u Stefana uciekaliśmy. Wyjeżdżałem jednak z Somló z nadzieją. W zeszłym roku odwiedzałem genialnych winiarzy, których średnia wieku zbliżała się do 80-tki. Żaden z nich nie miał spadkobierców gotowych poprowadzić winnicę. Miałem świadomość, że większość ich parceli już została, albo za chwilę zostanie wystawiona na sprzedaż. Patrząc na rosnące imperium (na skalę małego wulkanu) Kreinbachera – węgierskiego przemysłowca, który zainwestował w region potężne pieniądze bałem się, że wkrótce całe Somló będzie należeć tylko do niego.
Spigelberg Kreinbachera szanuje, ale idzie własną drogą. Ma 48 lat i ledwie 2 ha winnic (w Somló to norma). I koncepcję. (Przyjechał tu kiedyś pewien Szwajcar, chciał kupić winnice i zaproponował, żebym robił mu wino. Zapytałem – jaką masz koncepcję? Nie mam koncepcji – odpowiedział. Nie ma koncepcji – nie ma wina odpowiedział Stephan). Szalony i nieokiełznany śledzi przy tym uważnie tendencje marketingowe, wie jak się sprzedać, jego – jedne z najdroższych w regionie – wina trafiają do świetnych restauracji, ma wysokie noty w Wine Spectatorze; w jakimś sensie dba o własny wizerunek pozwalając się fotografować wyłącznie w słomianym kapeluszu ze znaczkiem #winelover i zatkniętym nań lennonkami.

Stephan Spigelberg w szponach automarketingu ;-) fot. tpb

Stephan Spigelberg w szponach automarketingu 😉 fot. tpb

Wierzy też, że uda mu się stworzyć u stóp kaplicy Św. Ilony miejsce, w którym ludzie będą się cieszyć jego winami jako częścią większego konceptu; że będą u niego spać, jeść jego naturalnie przyrządzane wędliny i sery, lepić garnki z gliny, słuchać ludowej muzyki. Dopiero wtedy, wpisane w taki kontekst olaszrizlingi, furminty, juhfarki przemówią pełnym głosem. Życzę mu tego z całego serca, a sobie, żebym już nigdy jadąc w gościnę do Stephana Spigelberga nie musiał się nigdzie spieszyć.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.