Arno, amfora, a także merlot

W Toskanii nawet merlot może smakować bajecznie. Ale sangiovese i tak jest lepsze.

Wydawać by się mogło, że ze średniowiecznej wieży Galatrona widać cały świat. A przynajmniej spory jego kawał: dolinę Arno ginącą z jednej strony gdzieś daleko za Arezzo, z drugiej sięgającą Florencji, Apenin na wschodzie i, tuż za plecami gęsto zalesione wzgórza Chianti, a ściślej rzecz biorąc Chianti Classico, jeśli weźmie się pod uwagę tereny już za linią wysokiego napięcia. Na wieży Galatrona jednak ani o Chianti Classico, ani tym bardziej o Chianti się nie mówi.

Wieża... fot. tpb

Wieża… fot. tpb

Rozmawiamy za to o kilku winnicach widocznych wyraźnie z góry: o przypominającym kształtem kopnięte „L” spłachetku Vigna della Torre, tuż pod wieżą, obsadzonym cabernetem, o opadającej ostro w dół Bòggina pełnej starych krzewów sangiovese i – najwięcej – o porośniętej merlotem Galatronie, tuż obok widocznej z góry jak na dłoni willi. Kto wpadł na pomysł, żeby sadzić tu merlota zastanawiam się, jak zawsze wobec tej odmiany niesprawiedliwie. Na szczęście Rocco uspokaja, że zaraz przekonam się, iż w winie więcej jest Galatrony niż samego szczepu. Z drugiej strony nie mogę nie pamiętać o porannych narzekaniach innego winiarza w tym zakątku Toskanii, że jego rosyjski szef wciąż utyskuje nad plantacjami sangiovese, podczas gdy można by posadzić w tym miejscu właśnie merlot.

W Galatronie merlot sadzono w 1994 r. To był dobry czas dla supertoskanów i międzynarodowych odmian w Toskanii. Tyle, że czas wielu ówczesnych merlotów i cabernetów dawno przebrzmiał, a Galatrona wciąż należy do czołówki.

...i widok z wieży. Za lasem posiadłość Petrolo i winnica Galatrona fot. tpb

…i widok z wieży. Za lasem posiadłość Petrolo i winnica Galatrona fot. tpb

Człowiekiem, który opowiada mi o niej z wielkim zapałem jest Rocco Sanjust, najmłodszy z rodziny właścicieli winiarni Petrolo leżącej między Bucine, a Mercatale, niedaleko Arezzo. Posiadłość kupił tuż po wojnie jego pradziadek, inżynier, który odbudowywał tu w drugiej połowie lat 1940. sieć lokalnych dróg. A że dużą część mieszkańców tej bukolicznej części Italii powojenna zawierucha pchnęła do miast i fabryk, o ziemię nie było trudno.

Schodzimy z wieży i zakurzoną starą pandą z napędem na cztery koła (swoją drogą włoscy winiarze powinni wystawić pomnik temu dzielnemu autku – z iluż to już wielkimi producentami przemierzałem nim plantację winorośli…) wracamy do Petrolo. Winiarnia mieści się w oryginalnym, pokrytym patyną, mało efektownym budynku – dziwne jak na wyznawców merlota, myślę. Z dużą czułością traktuje się tu betonowe kadzie fermentacyjne. Na podłodze obok francuskich baryłek dwie nieduże amfory – o nich jednak za chwilę.

22-letni Rocco mówi dużo i zdaje się głęboko wierzyć we własne słowa. O dziadku, winnicach (o nich najwięcej), betonie i merlocie, o rodzinnej niechęci do biodynamiki (jesteśmy za jak najmniejszą interwencją w winnicach i w winiarni, pozwalamy winom fermentować spontanicznie, ale żeby w pełni zastosować zasady biodynamiki musielibyśmy zostać weganami, a to nam się wcale nie podoba – podoba mi się ta argumentacja, nawet jeśli zbyt wiele w niej ideologii, a za mało winiarskiego i życiowego doświadczenia).

Winiarnia Petrolo - prawie jak za czasów pradziadka fot. tpb

Winiarnia Petrolo – prawie jak za czasów pradziadka fot. tpb

Wreszcie siadamy do degustacji. Na pierwszy ogień idzie Inarno 2012 – kapitalne dojrzewające tylko w cementowych kadziach sangiovese ze skupowanych przez Sanjustów gron. Płacą więcej tym rolnikom z doliny Arno, którzy do tej pory sprzedawali owoce do spółdzielni i firm-gigantów; warunek jest jeden – winogrona muszą pochodzić ze starych, kilkudziesięcioletnich plantacji. W kieliszku mam za to festiwal młodości i wiśniowo-czereśniowej ekspresji sangiovese. W kieszeni otwiera się nóż – by pokroić salami i finocchionę.

Torrione – już z własnych winnic – było do nie dawna także czystym sangiovese. Dziś (próbujemy rocznika 2010) dodaje się doń 10 proc. merlota i 5 cabernet sauvignon, co objawia się dyskretnym porzeczkowym akcentem i specyficzną nutą tanin – ale w degustacji w ciemno można by okrzyknąć je śmiało chianti classico, w połowie drogi między moderną, a klasyką.

Wreszcie Galatrona 2010 – merlot z blisko 20-letniej winnicy leżącej między oliwnym sadem, na ciepłym, lekko pochyłym zboczu poniżej winiarni. Jest tak jak zapowiadał Rocco – więcej w kieliszku Toskanii, niż odmiany. Wino, w swej młodzieńczości, pozostaje głębokie, naznaczone charakterem galestro z poboczy Chianti Classico (wszyscy winiarze ze wschodniej Toskanii powtarzają, że to tylko polityczna granica), strukturalne i fenomenalnie długie. I weź tu nienawidź merlota…
Kosztuje, bagatela, 90 euro, ale młody Sanjust przekonuje mnie, że w kategorii topowych toskańskich win z tej odmiany to prawdziwa okazja.

Bohaterowie popołudnia fot. tpb

Bohaterowie popołudnia fot. tpb

Po prawdzie jednak nie zastanawiam się nad tym aż tak bardzo Nie dlatego, żebym nie wiedział co zrobić z wolnymi 90 euro. Dolewam tylko do kieliszka wino, które próbowałem wcześniej. Właściwie dwa wina. Oglądana z wieży winnica Bòggina wygląda jak niemal regularny prostokąt. Dopiero z dołu widać jej duże nachylenie. Rośnie tu wyłącznie sangiovese – parcelę posadzono w 1952 r., jest częściowo przesadzona (oryginalnymi klonami), ale i tak średnia wieku krzewów wynosi 25-30 lat. Klasyczna Bòggina fermentuje w betonie, a dojrzewa 14 miesięcy w dużych beczkach. Jest jeszcze kilkaset butelek wina eksperymentalnego – Bògginanfora, fermentowanego i dojrzewającego na skórkach przez sześć miesięcy w dwóch, widzianych w piwnicy, 300-litrowych hiszpańskich amforach. Kiedy na wieży Rocco mówił intensywnie, że dla Sanjustów sangiovese ma wiele z pinot noir i nebbiolo puszczałem wypowiadane szybko i entuzjastycznie deklaracje młodego winiarza trochę mimo uszu. Ale gdy w kieliszku znalazła się Bògginanfora, jego słowa wróciły do mnie i nabrały sensu. Nie chodziło o aromaty, ale ten wyjątkowy, właściwy niektórym pinotom i nebbiolom rodzaj subtelnej i jednocześnie wyrazistej, mocnej struktury, połączenie kruchości i elegancji z siłą. Znajdowałem już podobne nawiązania do pinota w niektórych blaufränkischach, teraz przyszła kolej na sangiovese.

W tych dwóch 300-litrowych hiszpańskich amforach mieści się cała produkcja Bògginanfora fot. tpb

W tych dwóch 300-litrowych hiszpańskich amforach mieści się cała produkcja Bògginanfora fot. tpb

Przepraszam, że znów piszę o winie, którego robi się raptem kilkaset butelek, a w dodatku kosztuje 45 euro (niby połowa tego, co Galatrona, ale znów nie tak mało). To tylko wakacyjny wybryk. Czas wrócić do rzeczywistości (na którą Petrolo ma przecież, na szczęście, wspomniane Inarno – za jedyną dychę ;-)).

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Arno, amfora, a także merlot

  1. Janusz Omietanski pisze:

    Dzięki za piękną winną opowieść. Torrione b.lubię, ale ta opowieść o amforach. Cudo.