Sherry? Jakie sherry…?

Hiszpanie nie piją już sherry. Ani montilli. Piją rioję, riberę del duero i verdejo z Ruedy. Piją to co – z przeproszeniem – modne.

W połowie stycznia los rzucił mnie na zbocza Sierry Nevady. Pierwszy raz w życiu miałem szusować na stokach tak daleko oddalonych od kraju, w sercu Andaluzji, ledwie godzinę od wybrzeża Morza Śródziemnego, z którego – podobno – jeśli dopisze pogoda widać Maroko. Szaleństwo. Ale w szaleństwie zawsze jest metoda. Ośrodek Sierra Nevada, z narciarskim miasteczkiem Pradollano na 2100 m n.p.m. leży na zboczach szczytu Veleta sięgającego niemal 3400 m. Dwie gondole i szesnaście krzesełek obsługuje z górą sto kilometrów tras narciarskich. Mieszka się przy samym wyciągu i nawet jeśli brak tu jodłowania, oscypków i górali (bo stację wybudowano z niczego w latach 60. ubiegłego wieku) doprawdy trudno narzekać.

Stacja narciarska w Sierra Nevada fot. tpb

Stacja narciarska w Sierra Nevada fot. tpb

Ja jednak jakiś powód do narzekań musiałem sobie znaleźć. Jadąc do Sierra Nevada odświeżyłem pamięć o lokalnych apelacjach: Granada, Sierras de Málaga i Málaga, Montilla-Morilles i Jerez i cała masa lokalnych vinos de la tierra. Jest co pić myślałem, choć najbardziej żyłem wspomnieniem pewnego wieczoru w Kordobie sprzed dziesięciu lat, gdy w samotności spijałem kolejne kieliszki fino w tapas barze opodal mezquity, oglądałem w telewizji podsumowanie ostatniej kolejki primera division, jadłem oliwki, morcillę, chorizo, tortillę i co tam jeszcze stało na bufecie.

Fino chodziło za mną od chwili, gdy wsiadłem do samolotu do Malagi. To, że nie było go ani w hotelowym barze, ani w restauracji przyjąłem z pokorą. To, że nie było go w barze La Mar Sala zniosłem już gorzej – z głośników leciał ciągle David Bowie, a Mercedes i Carola serowały nam co chwila smażone rybki jako zakąski do kolejnych kieliszków piwa i wina. Trudno było w tej sytuacji wyjść tylko z tego powodu, że nie ma ani sherry ani montilli. A co było? Blanco na kieliszki? Oczywiście verdejo – jak chyba w każdym dziś barze w Hiszpanii. Tinto? Rioja – jak najbardziej, ribera del duero – taka i śmaka. Granada? Gra- co???

Costa Tropical fot. tpb

Costa Tropical fot. tpb

No dobrze – rozumiem. Sierra Nevada, narty, zagraniczni turyści, lokalesów nie ma, bo nawet Hiszpanie raczej z Madrytu niż z Sewilli. Po dwóch dniach zjechaliśmy jednak do Granady i natychmiast, porzuciwszy walizki i buty narciarskie w numerze ruszyliśmy w miasto. I dawaj do prostego, wyglądającego po ludzku, czyli staromodnego, bez fiu-bździu baru zaraz na początku Carrera de la Virgen. Wszystko mi pasowało, nawet smutny, otyły i najwyraźniej schorowany barman. Dos copitas de montilla fino rzuciłem z nadzieją. Na twarzy człowieka za barem odmalował się potworny ból, ale nie odmowa. Zrozumiałem dlaczego widząc jak zgina się wpół, by z czeluści najgłębszej lodówki, przy samej podłodze wyciągnąć butelkę od Alveara. Jest! Nareszcie! A jednak, po chwili entuzjazm z lekka przygasł, gdy do smukłych kieliszków trafiło wino o bursztynowym kolorze. Zamiast fino piliśmy amontillado. To znaczy – technicznie. W butelce było kiedyś blade, świeżutkie fino z Montilli, ale bóg jeden raczy wiedzieć (bo barman na pewno zapomniał), kiedy tę flaszkę otwarto i kiedy ostatni raz na Carrera de la Virgen pojawił się podobny mi szaleniec żądający tego właśnie wina.

Wytrawny muszkat aleksandryjski - nareszcie dobre lokalne wino! fot. tpb

Wytrawny muszkat aleksandryjski – nareszcie dobre lokalne wino! fot. tpb

Nie poddałem się i zostałem nagrodzony. W zakamarkach starego miasta Granady, niedaleko katedry, przy Calle Rosario znaleźliśmy ciasny, tłoczny bar pełen fotografii lokalnych procesji religijnych z lat 1950. Siwowłosy barman gibiący się w rytm muzyki z kasety pojął w lot o co chodzi, postawił na barze dwie copity i ekwilibrystycznym ruchem nalał nam z wysokości dobrego pół metra montillę fino z… metalowej, cudownie zimnej konewki. Po chwili obok kieliszków pojawił się talerzyk z jamón, a wszystko za dwa euro od łebka. Tyle, że wyklaskujący w piątkowy wieczór rytm flamenco bywalcy popijali drinki na bazie coli, browary, w najlepszym razie rioję, riberę del duero albo inne verdejo. Byliśmy reliktami.

Terreno nie koniecznie znaczy to samo co terroir ;-) fot. tpb

Terreno nie koniecznie znaczy to samo co terroir 😉 fot. tpb

Następnego dnia zawodowy przewodnik z Almuñecar, gdy w smaganym deszczem barze na plaży popijałem wściekle octowe, utlenione i ostre vino del terreno przyznał otwarcie, że w Andaluzji mało kto sięga po lokalne wina. Za zwyczaj są albo niedobre, albo za drogie. A o fino wszyscy zdążyli zapomnieć.
Ja nie zapominam. Nawet, jeśli to dziś niemodne.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Sherry? Jakie sherry…?

  1. blurppp pisze:

    Panie Tomku
    Cyganeczka jest dość łatwo dostępna.
    A coś z DO Sierras de Malaga panu przygasiło ?
    A tu moje opowieści
    http://blurppp.com/blog/montilla-cien-dawnej-chwaly/
    JAk by czas pozwolił niech pan podjedzie do Rondy do F. Schatza, najlepsze wino regionu

  2. Tomasz Prange-Barczyński pisze:

    Drogi Blurppie,
    Niedoszły żołnierz Bundeswehry (przed którą zbiegł do Andaluzji) Friedrich Schatz to moja bardzo stara milość ;-). Niestety, byłem u niego ostatnio całą dekadę temu (i wtedy też o nim pisałem).
    Oczywiście nie generalizuję, ale w specjalistycznym sklepie winiarskim w Granadzie jedynym winem, jakie udało mi się teraz kupić było… Fino Electrico Toro Albala (ukłony dla Pani Eli – byłem u nich także w 2004).
    Serdeczności
    TPB

  3. Marcin pisze:

    Rosso czy też tinto? Mała rzecz, a czasem istotna – drzewiej moje „rojo” w Kraju Basków zostało potraktowane jako róż :) Czytałem wnikliwie ten pasjonujący dla wielbiciela sherry tekst :)
    Życzę dużo ciekawych artykułów o „jerezji” w MW – przy wsparciu „uzależnionego” red. AD nie powinno to być trudne 😉