Mozelska fahrrad-party (2)

Rowerowej wyprawy nad Mozelą ciąg dalszy, czyli spieszcie się podziwiać Ürzig, bo za chwilę bardzo się zdziwicie.

Frau Veit powitała nas obfitym śniadaniem i butelką niesfermentowanego rieslinga czyli gronowego soku z własnych winogron. Opuszczaliśmy Piesport wypoczęci, nawodnieni i spokojni o to, że na wieczór dotrzemy bez przeszkód do Cochem. Przejechaliśmy na południowy brzeg by wkrótce za Wintrich oddalić się nieco od rzeki i drogę do Braunebergu odbyć rozległą wysoczyzną, ze świetnym widokiem na crus po drugiej stronie Mozeli.

Okolice Braunebergu fot. tpb

Okolice Braunebergu fot. tpb

Po 20 km dotarliśmy do zatłoczonego już Bernkastel. Miasteczko wciśnięte między strome winnice i rzekę jest jak cukiereczek, ale z rowerem nie ma tu czego szukać. Ciasne uliczki nawiedzają tłumy emerytowanych turystów. Za to zaraz za granicami miasta jedzie się już komfortowo w cieniu winnic w Graach (Domprobst i Himmelreich) i Zelting (Schlossberg i Sonnenuhr). Świeciło słońce, nie bolało nas prawie nic i było niemal sielankowo. Aż do Rachtig.

Tłoczne Bernkastel fot. tpb

Tłoczne Bernkastel fot. tpb

Tu, za kolejnym zakrętem Mozeli zobaczyłem koszmar. Z jednej strony jeden z najbardziej urokliwych przełomów rzeki, malownicze Ürzig i charakterystyczne czerwone łupki tutejszego cru Würzgarten, a zraz obok mozaika skał i strzępków winnic w Erdener Treppchen. Z drugiej, na tyłach Rachtig strzelające w niebo gigantyczne betonowe słupy powstającego tu gargantuicznego wiaduktu oraz wypełzającego już ze wzgórza jęzora przyszłej autostrady. W bodaj najpiękniejszym zakątku doliny Mozeli. O kontrowersjach wokół budowy opowiadałem już kilka lata temu w Radiu PIN. Autostrada A1 przecina Mozelę raptem 30 km dalej w Schweich, a A61 80 km w drugą stronę, pod Koblencją. Głosy przeciwne nie zostały wzięte pod uwagę. Wiadukt i autobahn powstaną tu do 2016 r. Obiecuję z własnej woli nigdy tym mostem nie pojechać.

To dopiero początek... fot. tpb

To dopiero początek… fot. tpb

Zostawiwszy betonowy koszmar za plecami przemknęliśmy przez Traben-Trarbach, przekroczyliśmy po raz kolejny Mozelę w Reil i dotarliśmy na obiad do Pünderich, w którym, w siedlisku Marienburg, Clemens Busch robi jedne z najlepszych rieslingów w Niemczech. A potem zaczęły się kłopoty – dopompowywaliśmy opony w obu rowerach w Zell, Neef i Bruttig-Fankel. Po drodze jeszcze Bremm i superstroma winnica Calmont. Ktoś powiedział mi, że ostatnio poprowadzono przez nią szlak wspinaczkowy. Na szczęście dla naszej kondycji nie znalazłem wejścia. Przedmieścia Cochem powitałem z radością, choć wydawało się, że rowery są bardziej zmęczone niż my. Nic dziwnego – przejechały tego dnia kolejną stówkę.

Bremmer Calmont - najbardziej stroma winnica Europy fot. tpb

Bremmer Calmont – najbardziej stroma winnica Europy fot. tpb

W Cochem zdecydowana większość pokoi była jednak belegt niż frei, ale po kwadransie znalazła się miła oma, która udzieliła nam schronienia. To dziwne miasto – z pewnością malownicze, z pięknym zamkiem, wpisane w górzysty brzeg nad łukiem Mozeli. Z drugiej strony łatwiej tu o całkiem udatną imitację AK47 niż porządnego rieslinga. Trudno też oprzeć się wrażeniu, że ze względu na średnią wieku gości, miasto zasypia tuż po (wczesnej) kolacji. Skończyło się zatem piwkiem i lekturą w łóżku.

Cochem o poranku fot. tpb

Cochem o poranku fot. tpb

Ostatni dzień powitał nas kompletnie sflaczałą oponą mojego roweru. Reperacja potrwała godzinę. Do celu zostało 50 km, więc specjalnie się tą stratą czasu nie przejęliśmy. Trasa prowadziła rozległą tu już doliną rzeki przez Treis-Karden i Löf. I gdy ostrzyłem sobie właśnie zęby na widok tarasowych winnic w Winningen, na wysokości Kattenes poszła kolejna dętka, tym razem w rowerze syna. O serwisie nie było mowy. Poranny poślizg nie pozwolił podjechać pociągiem do Gondorf. Trzeba było łapać zug do Perl, by dotrzeć na początek naszej trasy przed zmrokiem. Do mety zostało dwadzieścia kilka kilometrów. Jest po co wracać.

This is the end... fot. tpb

This is the end… fot. tpb

Kilka wniosków. Mozelska trasa rowerowa jest łatwa i dobrze przygotowana. Krzepcy niemieccy emeryci pokonują ją masowo. Ze znalezieniem noclegu z marszu nie ma problemu dlatego 250-km odcinek można podzielić dowolnie, w zależności od potrzeb i możliwości. W dobre rieslingi najlepiej zaopatrywać się bezpośrednio u winiarzy. Zbyt wielu wine barów i enotek z tym, co my chcielibyśmy wypić nie ma, a oferta turystyczna dostosowana jest raczej do oczekiwań klasycznego turysty odwiedzającego Mozelę, który zaspokoi się kieliszkiem na zielonej nóżce wypełnionym winem o charakterze lieblich. Ale i tak jest świetnie! 

A wszystko to w ramach…

summer of riesling

We współpracy z Niemiecką Centralą Turystyki

i dzięki uprzejmości Mercedes-Benz Polska

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.