Wakacje bez wina i ryb

W Zapuntelu najważniejszy jest nieduży, betonowy placyk przed kioskiem. Kiosk mieści się w porcie, czyli ma położenie centralne. Godziny jego otwarcia (8:00-12:00 i 17:30-21:30) wyznaczają rytm dnia. Na placyku stoi duży parasol z reklamą jednego ze światowych browarów, pod nim plastikowy stolik i kilka krzeseł. To miejsca dla zapuntelskiego chóru, areopagu jakkolwiek chciałbym nazwać grupę krzepkich starszych mężczyzn przesiadujących przed kioskiem, gdy tylko żaluzje w oknach są podniesione. Zawsze z butelką karlovačko lub ožujskiego, wedle gustu. Albo z lodzikiem wyciągniętym z zewnętrznej lodówki przesuwanej w cień w zależności od pory dnia.

Zapuntelskie centrum świata (w godzinach zamknięcia kiosku) fot. tpb

Zapuntelskie centrum świata (w godzinach zamknięcia kiosku) fot. tpb

Mieszkamy blisko. Bo w Zapuntelu wszędzie jest blisko. Raptem 27 domów, jeśli dobrze policzyłem. Część, mimo szczytu sezonu, zamknięta na głucho. Kilka nowych willi wybudowanych z myślą o lepszych turystach. Dwie restauracje, z których jedna świeci pustkami, gośćmi drugiej są zaś raczej załogi ekskluzywnych jachtów zawijających (najczęściej z Włoch) do tutejszej luki, niż miejscowi.
Jest wreszcie morze odpowiadające stereotypom z katalogów z biur podróży: olśniewająco lazurowe i krystalicznie czyste (nie licząc przedmiotów utopionych przez żeglarzy w czasie pobytu w porcie).

Pochodząca z Molatu Sonja, pół-Francuzka, dziś paryżanka, mówi, że na zimę zostaje tu niewiele ponad 30 osób (właścicielka wynajmowanego przez nas domu na co dzień żyje w Zadarze). Mieszkamy obok siebie i Sonja chętnie udziela nam niezbędnych wskazówek. Pierwsze o co pytamy to ryby. Tak, owszem, żyje tu niejaki Dinko, który wyprawia się na ryby i można go spotkać w porcie koło ósmej (jeden Dinko? Przecież w tym porcie, do cholery, jest więcej kutrów i łódek rybackich niż domów w osadzie!).

Zapuntel - mało ludzi, dużo kutrów, mało ryb... fot. tpb

Zapuntel – mało ludzi, dużo kutrów, mało ryb… fot. tpb

A jednak mam szczęście. Już pierwszego ranka, tuż po siódmej spotykam Dinko w porcie. Stoi w swej łódce, w czystej błękitnej garniturowej koszuli wpuszczonej w jaskrawożółte spodnie sztormiaka i wybiera resztki ryb z sieci. Mówię grzecznie dobar dan i czekam cierpliwie aż skończy robotę. Nie czekam sam – pracę rybaka obserwuje także jeden z członków chóru, o poranku w gatkach i żonobijce, i to głównie jego milcząca obecność utwierdza mnie w przekonaniu, że wieczorem będziemy piec na ruszcie orady i branciny.
Dinko tymczasem skończył z rybami i zaczyna płukać w morzu sieć. Jest w tym przesadnie dokładny. Z podobną pedanterią składa ją i pakuje w jutowy worek. Wreszcie ściąga żółte portki i wraca na pokład (zaraz zacznie się sprzedaż – chórzysta bez słowa pobiegł do domu, pewnie po torbę), wyciąga nóż i zaczyna skrobać rybki (eee, no bez przesady, stoję tu już pół godziny, sam sobie oskrobię). Chórzysta coś nie wraca. W końcu nie wytrzymuję i pytam Dinko, kiedy zacznie sprzedawać. Rybak uśmiecha się i mamrocze pod wąsem coś, z czego wyławiam tylko malo i za sebe. Na kolację grillujemy ćevapčići z marketu.

Dwa dni później w odległym o 8 km Molacie mam więcej szczęścia. Przychodzę do portu dokładnie w chwili, gdy do kei cumuje mały kuter. Rybaczka jeszcze przed zejściem na pirs rzuca kotom garść najmniejszych rybek. Stawia na betonowym nabrzeżu cztery skrzynki z rybami, objaśnia ceny, pakuje towar do plastikowych siatek i waży na ręcznej wadze. Po tym, jak zapewnia mnie, że jest tu almost każdego dnia (i w poniedziałek znów będzie) kupuję ryby tylko na jeden wieczór – 1,25 kg za 70 kun (coś koło 38 zł). Co za ulga! Poprzedniego dnia w knajpie za dwie porcje crniego rižota, dwa filety z morskiego okonia, butelkę podstawowej graševiny od Vlado Krauthakera i parę nieistotnych drobiazgów zapłaciliśmy dokładnie 10 razy więcej.

Rzadkie chwile szczęścia fot. tpb

Rzadkie chwile szczęścia fot. tpb

Niestety, więcej swojej rybaczki nie spotkałem. W poniedziałkowy poranek kuter nie zdradzał śladów używania; pusty, pokryty poranną rosą stał zacumowany przy nabrzeżu. Pijąc obyczną kawę w portowej kafejce przypomniałem sobie słowa Bobka Makłowicza (a przecież to on rozbudził moją chęć wyprawy na Molat opisując kilka lat temu w „Café Museum” nieoczekiwaną wizytę marszałka Tity na wyspie), że po ryby najlepiej popłynąć wodolotem na targ do Zadaru. I Basi Kramar, która twierdzi, że najlepsze w Chorwacji ryby są w Zagrzebiu (co natychmiast wywołuje wspomnienie wizyty w rybnej części targu Dolac).

O tym, że na Molacie nie ma wina wiedziałem z góry. Nie ma – w sensie braku winnic. Byliśmy więc przygotowani taszcząc ze sobą kolekcję flaszek, którą stopniowo uzupełniałem w molackim markecie. I jak na wiejski sklepik wybór nie był wcale taki zły: kilka malwazji i sauvignonów z Istrii, dobre benkovackie rosé, babić z północnej Dalmacji, pelješacki plavac od Badela (ten niebieski, z osłem), kutjevska graševina. 10 lat temu na trzykrotnie większej Šolcie takich luksusów nie było.

...oj tam, oj tam... fot. tpb

…oj tam, oj tam… fot. tpb

Na Molacie nie ma też hoteli. Nie największy znów trajekt przypływa tu tylko raz dziennie obsługując zresztą po drodze mniejsze wyspy: Rivanji, Sestrunje i Zverinac, a to oznacza, że ruch na miejscami wąskiej na jedno auto drodze z Molatu do Zapuntela niemal nie istnieje. Nie ma nocnych klubów, tłocznych plaż – w związku z tym nie ma też sprzedawców dmuchanych krokodyli, waty cukrowej i pocztówek z wizerunkiem gołych damskich półdupków z napisem I love Croatia. Nie ma głośnego disco. Życie zamiera, gdy w środku dnia zamykają kiosk (choć po prawdzie, w razie nagłej potrzeby zawsze można liczyć, że w środku dnia otwarty będzie sklepik w Zapuntelu śródlądowym lub Brgulje) i poddanie się rytmowi wyspy jest najrozsądniejszą z rzeczy, które można robić na Molacie.

Poezja kontretykiet fot. tpb

Poezja kontretykiet fot. tpb

Jest za to morze i niebo. Jest obszerny taras, dziki tymianek i rozmaryn, którymi pachnie molackie powietrze. W kioskowych lodówkach zawsze jest zimne ožujsko. A przed kioskiem (jeśli otwarty) zawsze znajdzie któryś z chórzystów gotowych pozdrowić cię skinieniem ręki, uśmiechem. Bo skoro już mieszkasz w Zapuntelu (a nie wpadłeś tu jachtem na dzień czy noc) należą ci się inne prawa.

Ostatecznie liczy się w końcu Ožujsko pivo - w każdej sytuacji fot tpb

Ostatecznie liczy się w końcu Ožujsko pivo – w każdej sytuacji fot tpb

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.