I znowu piję beaujolais

Bawią mnie fejsbukowe dyrdymały na temat beaujolais nouveau. W trzeci czwartek listopada Polska staje się krajem winiarskich znawców i snobów.

Przeglądając posty dotyczące premiery nowego rocznika beaujolais nouveau znalazłem mądrości opisujące młode wino jako „sok dla Paryżan” czy „paryskie bubbletea”, ewentualnie niechętne komentarze typu „fuuuuuuu” albo „boże nie”. Jeżdżenie po beaujolais nouveau jest w Polsce w modzie od ponad dekady, czyli od czasu, gdy wszyscy ci, którzy pod koniec lat 1990. najpierw z okazji premiery nowego wina wykupywali drogie kolacje przy świecach, zaciskali krawaty i zapinali żonom diamentowe kolie, potem zaś dowiedziawszy się, że młody bożolak to jednak nie jest cru classé zrozumieli, że się z lekka wydurnili.

Obie dzwoniące do mnie w ostatnich dniach, skądinąd miłe, panie dziennikarki (jedna z radia, druga z telewizji) też próbowały ustawiać wywiady zgodnie z powtarzaną od lat mantrą: beaujolais nouveau jako sikacz/najsprytniejsza akcja marketingowa w świecie wina. Tak, owszem, ale ile można.

Jesteśmy takim dziwnym krajem, że wprawdzie pijemy w roku 5 litrów wina na łba (w dodatku najczęściej półwytrawnego), za to w kwestii np. screw-cupów albo beaujolais nouveau zdanie mamy wyraziste (pod zakrętką to tylko szczyki; bożole = sikacz).

Gamay już śpi, beaujolais właśnie się obudziło fot. tpb

Gamay już śpi, beaujolais właśnie się obudziło fot. tpb

Ja tam nikogo do picia beaujolais nouveau nie namawiam i nie chcę udowadniać, że to świetne wino, bo pewnie 4/5 tego, co można dziś kupić w supermarkecie do picia nadaje się średnio, w dodatku ma kiepską relację jakości do ceny. Ale są parówki i parówki. To po pierwsze. Po drugie zaś w nouveau, tak jak w odradzającym się polskim winie świętomarcińskim chodzi o fetę, okazję do spotkania, uśmiech.

W Morgon fot. tpb

W Morgon fot. tpb

Wróciwszy do komputera po kilku godzinach i ponownym rzuceniu okiem na moje fejsbukowe akwarium widzę, że na szczęście wyrzekacze nie stanowią większości. Trzeci czwartek dobiegł końca i wielu polskich wine barach – od Sopotu, przez Warszawę, Poznań po Kraków najwyraźniej nieźle się przy beaujolais nouveau 2014 bawiono. Sporo zdjęć, dużo fanu; niektórzy jawnie przyznali się, że im smakowało. Malkontenci nie objawili się za to z jakimiś zjawiskowymi butelkami, które w opozycji do bożole by dziś spożyli. Szklanka żółci w istocie słabo wypada w instagramie.

PS.
W nocy ze środy na czwartek spróbowałem Beaujolais Village Nouveau 2014 od Karima Vionneta, małego (raptem 5 ha), naturalizującego winiarza z Villé-Morgon, ucznia i jednego z duchowych spadkobierców nieodżałowanego Marcela Lapierre’a . Nie chcę pisać, że było to „najlepsze nouveau” jakie w życiu piłem, z pewnością jednak odmienne – pozbawione nut bananowych i truskawkowych, blade, lekkie jak piórko, bardzo, bardzo subtelne i w swoim rodzaju – pyszne. Było dobrym wstępem do dwóch zeszłorocznych cru Karima: strukturalnego, powietrznego Chirouble i uroczo owocowego Chénas oraz trzech win jego kolegów z tej samej paczki: naprawdę kwiatowego Fleurie 2012 z Domaine des 2 Fontaines oraz dzikiego Moulin-à-Vent 2013 i kamiennego Morgon 2013 z Domaine Côtes de la Moliere. I to jest dopiero prawdziwa opowieść o Beaujolais.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.