Rosyjska ruletka (albo gra w butelkę)

Podobno degustacja w ciemno nigdy nie kłamie. Ale czy zawsze mówi prawdę?

Kilka dni temu wziąłem udział w ciekawym eksperymencie. Michał Misior znany w światku winiarskim jako Wine Mike zorganizował degustację w ciemno siedemnastu win – od Sasa do Lasa: różne odmiany, miejsce pochodzenia, wiek i, co najważniejsze, cena. Naszym zadaniem nie było jednak odgadnięcie, co kryją butelki owinięte szczelnie w folię aluminiową, ani nawet ich jak najbardziej obiektywna ocena. Mieliśmy za to przyporządkować degustowane wina kategoriom cenowym: do 40 zł, 40-80; 80-150 i powyżej 150 zł.

W ciemno, choć z błyskiem fot. tpb

W ciemno, choć z błyskiem fot. tpb

Zadanie karkołomne, tym bardziej, że Michał zastawił na nas kilka pułapek, jak zaserwowanie kupionego 8 lat temu za skromne 55 zł w nieistniejącym już sklepie bułgarskiego merlota z 1996 r., który ze względu na posunięty stopień ewolucji mógłby równie dobrze odgrywać rolę zupełnie szlachetnej starej riojy o statusie gran reservy. Był też bardzo smaczny cab z Napy kupiony w Stanach za 20 dolarów, który chyba wszyscy zgodnie przyporządkowali kategorii do 80 zł. Niby trafiliśmy, ale to samo wino kupione w Polsce, w zależności od polityki importera mogłoby się znaleźć nawet dwie kategorie cenowe wyżej…

No właśnie. Jedno z win ustawiłem na granicy kategorii do i powyżej 40 złotych. Kosztowało 99 zł, tyle, że nie tak dawno widziałem je w sklepiku w winiarni, w której powstało za 12 euro w detalu. Zgadłem czy nie?
Najbardziej kuriozalny był nasz sukces w przypadku znanego sauternesa, którego cenę zgadli niemal wszyscy i to co do złotówki. Degustacje w ciemno są oczywiście degustacjami w ciemno w teorii. W praktyce bowiem wykorzystujemy wszystkie możliwe podpowiedzi. I jeśli tylko potrafimy rozpoznać sauternesa i skojarzyć kilka faktów, można w ciemno rzucić 149 zł. Bo tyle dokładnie kosztuje pewne znane wino z aktualnej promocji Lidla. Tyle, że w innym roczniku, u innego importera trzeba za flaszkę dorzucić jeszcze dwie stówki.

Pomijając niuanse związane z marżą polskich importerów warto też pamiętać, że cena jest częścią marketingu. Producent potrafi cenę podbić po to, by wino wyglądało poważniej. Wreszcie – płacimy za region i markę. Cava z stówę będzie niemal na pewno lepsza niż szampan w tej samej cenie.

Majtki, ooops, pardon - folia - w dół fot. tpb

Majtki, ooops, pardon – folia – w dół fot. tpb

Najzabawniejsze jest jednak obserwowanie w takich sytuacjach siebie samego. Beczka, czyli raczej drogo…, a ten smakuje jak mocno niedorobiony riesling, no to pewnie tanie…, jedzie Nowym Światem, cholera wie: 30 czy 130? I skąd jeszcze ten Wine Mike mógł skołować wina? W taniej kategorii były już cztery, to raczej to musi być droższe… i tak dalej, i tak dalej.

Trafień miałem mało – mogę sobie oczywiście mówić, że te wina, których prawdziwej ceny nie odgadłem powinny kosztować tyle, ile założyłem. Ale to nie jest do końca prawda. Najbardziej bolesną porażkę we własnych oczach poniosłem nie rozpoznając mojego ukochanego pinot blanc Sirmian z Nals Margreid i kwalifikując je do najtańszej kategorii. Co gorsza, piłem to samo wino tydzień wcześniej. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że 2013 nie jest aż tak ekspresyjny jak 2012 (kiedy to Sirmian stał się najlepszym białym winem Włoch wg Gambero Rosso), raczej wycofany, milkliwy i trzeba będzie na niego poczekać. Ale dyplomu bym nie dostał, gdyby dawali.

Ucieszyło mnie za to, że kilka win wstawiłem do zdecydowanie wyższej niż należało kategorii cenowej – takie były dobre! W nagrodę je wymienię: Ciconia Tinto 2012 z Alentejo od Alexandre Relvasa (importer: Atlantika; 30 zł) i sycylijski kupaż Costadune Frappato & Shiraz 2012 ze spółdzielni Mandrarossa (importer: Mielżyński; 29,50 zł).

Swoje wrażenia z degustacji opublikowali już jej autor, Wine Mike, oraz Robert Szulc AKA Winiacz

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.