Blue Monday

Dziś, 16 stycznia 2017 roku przypada najbardziej, podobno, dołujący dzień w roku – Blue Monday. Dla poprawienia humoru wygrzebałem tekst mojej audycji z nieistniejącego już Radia PIN sprzed dziewięciu lat. Oby każdy wasz Blue Monday był taki, jak tamten mój, w 2008 r.

W ostatni poniedziałek spiker ogłosił rano w radiu, że właśnie zaczyna się najgorszy dzień w roku. Blue Monday. Nie musiałem wyglądać na dwór. Deszcz równomiernie walący o poliwęglanowy daszek nad moim oknem obudził mnie pół godziny wcześniej. Było prawie ciemno, choć na kuchennym zegarze dawno minęła ósma. Blue Monday…, uśmiechnąłem się i ruszyłem na balkon po macerujące się w pozostałym z ostatniej degustacji pinot noir mięso. How does it feel, to treat me like you do nuciła do mnie wołowina, gdy obsmażałem ją, a potem z wolna dusiłem. When you laid your hands upon me, and told me who you are śpiewało siedem butelek, gdy pionizowałem je i doprowadzałem przez cały dzień do odpowiedniej temperatury. Siedem butelek San Leonardo – legendarnego wina z Vallagariny – które kilkanaście miesięcy temu podarował nam ich twórca, Markiz Carlo Guerrieri Gonzaga. Siedem różnych roczników: 1990, 91, 3, 5 i 7 oraz 2000, 2001 i 3. Tell me how do I feel, Tell me now, how do I feel.

Ze spokojem słuchałem kolejnych informacji o algorytmach, na podstawie których wyliczono, że właśnie 21 stycznia jest owym fatalnym dniem, ze spokojem chodziłem po deszczowym mieście, wiedziałem, że mój Blue Monday 2008 będzie, z degustacyjnego punktu widzenia, jednym z najlepszych dni w roku.
Skąd ta pewność? Markiz Gonzaga to uroczy starszy pan, w którego spokojnym spojrzeniu kryje się życiowa mądrość i spokój. Spokój, który tak łatwo odnaleźć w winie San Leonardo. Pewność, że przynajmniej nie będzie źle i że Blue Monday nie ma tu nic do rzeczy.
Tenuta San Leonardo istnieje od końca XVIII wieku, jednak dopiero za sprawą Carlo wdarła się czołówki włoskich winiarni. W drugiej połowie minionego stulecia Markiz zasadził na piaszczystych glebach Vallagariny swoje ulubione odmiany: cabernet sauvignon, cabernet franc i merlot dające w rezultacie iście bordoski w stylu kupaż.

Fot. Tenuta San Leonardo

Fot. Tenuta San Leonardo

I rzeczywiście do rasowego bordeaux San Leonardo najbliżej, choć nie o porównywanie z pauillakami, czy saint-julienami tu chodzi. Wino Gonzagi jest bowiem swoiste, indywidualne, jedyne w swoim rodzaju. Nie wymaga porównań, dlatego porównywaliśmy tylko roczniki – idąc od najstarszego (ale tylko teoretycznie, bo rocznik 1990 nie okazał się wcale najstarszy na podniebieniu) do ultra młodego, znajdującego się wciąż w fazie embrionalnej 2003. Dominujące nuty caberneta, swoista żelazawość, czasem ziołowość, aromaty wilgotnych liści, cygar i pudełek po cygarach, papryka i skóra, wszystko to pojawiało się na naszych podniebieniach w różnych konfiguracjach i odcieniach. Piliśmy to samo wino w siedmiu różnych odsłonach, piliśmy w istocie siedem kompletnie różnych win, choć za każdym razem czuć było jedną tę samą rękę winiarza, czuć też było spokojne spojrzenie Markiza. Carlo popatrywał na nas zresztą ze zdjęcia, które zrobiłem mu przed rokiem. Choć w ten sposób chcieliśmy zaprosić go do degustacji, której był przecież sprawcą. Raz podobał się nam bardziej 1990, po kilkunastu minutach 95, a po godzinie 2001. 24 godziny później, już sam oszalałem na punkcie pozostałych w butelce resztek 2003.

Markiz Carlo Guerrieri Gonzaga fot. tpb

Markiz Carlo Guerrieri Gonzaga fot. tpb

To wszystko miało jednak znaczenie drugorzędne. W ciągu następnych dni wraz z moimi towarzyszami degustacji przyznaliśmy, że trudno będzie powtórzyć sukces poniedziałkowego wieczoru przez kilka następnych miesięcy, zgromadzić wina, które wstrząsną nami tak bardzo. Na szczęście, by pokonać traumę Blue Monday (a przecież z jakiejś tam perspektywy wiele poniedziałków bywa Blue), nie trzeba od razu przeprowadzać pionowej degustacji San Leonardo. Wystarczy czasem jedna dobra butelka wina, przede wszystkim zaś dobry do niej kompan. Wiem o tym dobrze, bo mam takiego poniedziałkowego przyjaciela, z którym od lat skutecznie pokonujemy wszystkie Blue Mondays roku. Now you know… how do I feel.

O tym roczniku nawet jeszcze nie śniliśmy... © 2015 Ronny Kiaulehn - All rights reseved.

O tym roczniku nawet jeszcze nie śniliśmy… © 2015 Ronny Kiaulehn – All rights reseved.

PS. Markiz Carlo Guerrieri Gonzaga to człowiek bardzo szczodry, który lubi się dzielić się swymi winami. Gdy, podróżując we wrześniu 2015 r. z grupą międzynarodowych dziennikarzy po Trentino, spotkałem go zupełnie przypadkiem ponownie, w jednej z lokalnych restauracji, przysłał nam do stołu butelkę San Leonardo. W międzyczasie Tenuta doczekała się też importera w Polsce – to poznańska firma DELiWINA, która ma na składzie:
Tenuta San Leonardo 2010 (249 zł)
Villa Gresti di San Leonardo 2009 (132 zł)
Terre di San Leonardo 2012 (82 zł)
Vette Gresti di San Leonardo (78 zł)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.