Wino z kolonii (karnej)

Gorgona jest najmniejszą z wysp Archipelagu Toskańskiego. Liczy niewiele ponad 2 km kwadratowe i leży niecałe 40 km od Livorno, na Morzu Liguryjskim. Nie byłoby w niej nic szczególnego, gdyby nie to, że od 1869 r. jest kolonią karną, a wstęp na nią możliwy jest wyłącznie z przepustką włoskiego ministerstwa sprawiedliwości. W sumie nawet i to nie jest niczym specjalnym. Istotne jest to, że na Gorgonie robi się wino; ściślej – robią je więźniowie.

Na wyspę trafiają skazani na co najmniej kilkuletnie wyroki, ale nigdy za najcięższe zbrodnie. Wymyślony program resocjalizacyjny polegający na pracy na roli ma pomóc więźniom łatwiej zintegrować się ze społeczeństwem po odsiedzeniu kary. Lamberto Frescobaldi, który kilka tygodni temu przywiózł butelkę wina z Gorgony do Warszawy twierdzi, że zupełnie przypadkiem miał szczęście spotkać gdzieś w północnych Włoszech byłego więźnia osadzonego na wyspie i pracującego tam przy produkcji wina – były skazaniec prowadził udane zawodowe życie w jednej z podalpejskich winiarni dzięki umiejętnościom, jakie zdobył na Gorgonie.

Gorgona fot. Intercharter

Gorgona fot. Intercharter

Nazwisko Frescobaldi nie pada tu przypadkowo. To właśnie słynna toskańska rodzina odpowiedziała na apel władz więzienia na Gorgonie w 2012 r. i weszła w projekt. Frescobaldi przysłali na wysepkę agronomów i enologów, którzy nadzorują dziś pracę więźniów. W, z grubsza, hektarowej winnicy rosną wchodzące w skład białego kupażu odmiany ansonica i vermentino typowe dla wybrzeża Toskanii i poważniejszych winiarskich wysp, jak np. Elba. Wino jest pyszne: świeże, nieco miodowe, łąkowe. Co z tego powstaje w aptekarskich ilościach – alokacja na Polskę to nieco ponad 20 butelek, a cena przekracza znacząco 300 zł.

Lamberto Frescobaldi z osadzonymi Brianem i Umberto pracującymi w winnicy fot. pri.org

Lamberto Frescobaldi z osadzonymi Brianem i Umberto pracującymi w winnicy fot. pri.org

Dyskusja na temat tej kwoty nie ma najmniejszego sensu. Oczywiście, urokliwy kupaż nie jest wart takiej forsy – o ile rozpatrujemy to wyłącznie w kategorii relacji jakości do ceny. Być może nie jest wart nawet stówy. Nie o to wszak chodzi. Pieniądze przekazywane są w dużej części na Gorgonę, więźniowie otrzymują wynagrodzenie za pracę, a przy tak mikroskopijnej produkcji wysoka cena – w tym kontekście – wydaje się logiczna. Tym bardziej, że projekt wypalił. Frescobaldi posadzili na Gorgonie kolejny hektar vermentino, tak by więcej osadzonych znalazło pracę winnicy i potem, przy produkcji wina.

Abstrahując od astronomicznej ceny wina – bardzo podoba mi się cała idea. Mam wielki szacunek do zawodu winiarza, choć nigdy nie postrzegałem go jako narzędzia resocjalizacji. Wierzę głęboko, że praca na roli, konieczna przy tym pokora i odpowiedzialność mogą rzeczywiście przywrócić osadzonych na Gorgonie przestępców społeczeństwu. Trzymam kciuki za projekt!

Wino z Gorgony importuje do Polski (czy raczej lepiej byłoby napisać – sprzedawał przez moment) Robert Mielżyński

Etykieta Gorgony to niemal gazeta... fot. Frescobaldi

Etykieta Gorgony to niemal gazeta… fot. Frescobaldi

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Wino z kolonii (karnej) została wyłączona

Z Kremstal do Fleurieu, czyli shiraz vs syrah

Shiraz czy syrah? Serce podpowiada – syrah, tyle, że czołowe australijskie shirazy coraz częściej potrafią przypominać wina z północnego Rodanu. Austriak Bert Salomon pokazał ostatnio w Londynie swego Alttusa w konfrontacji z australijską legendą – Grange’em i kilkoma czołowymi winami z Francji.

Nie lubię winiarskich wyścigów. Z zaproszenia Berta wynikało jednak jasno, że tym razem nie chodzi o kolejny Paris Judgement. Wraz z zaproszeniem na kameralną imprezę, która miała miejsce 09.09.2015 w londyńskim Barze Boulud, w podziemiach Mandarine Oriental Hotel, na obrzeżach Hyde Parku otrzymałem pełną listę win, które mieliśmy degustować. Salomonowy Alttus i Grange Penfold’sa z Australii z jednej strony, czołowe wina Guigala, Chapoutiera, Jabouleta, Jean-Louis Chave’a, Delasa i Domaine Rostaing z drugiej. I jako szczypta pieprzu dwie toskańskie butelki z bardzo lubianych przeze mnie winiarni z wybrzeża – Tua Rita i Duemani.

Mandarine Oriental Hotel w Londynie fot. Gertrud Salomon

Mandarine Oriental Hotel w Londynie fot. Gertrud Salomon

Zacznijmy jednak od Alttusa. Znany doskonale także polskim winomaniakom Bert Salomon pochodzi z winiarskiego rodu z Kremstal – należy do ósmego pokolenia rodziny tłoczącej wina w Dolnej Austrii od 1792 r. Kojarzymy go przede wszystkim z wielkimi grüner veltlinerami i rieslingami, choć gdy w 2004 r. Robert Mielżyński zaczął sprowadzać wina Salomona do Polski, w gamie znalazło się miejsce także dla butelek z Australii. Salomon zakochał się w winach z Antypodów, gdy zasiadał w radzie nadzorczej firmy Schlumberger (znanej z produkcji sektów, ale zajmującej się także importem). Konsekwencją tej fascynacji (oraz, jak przyznaje, marzeń o domu nad oceanem) był zakup 50-hektarowej farmy na wzgórzach doliny Finnis River w 1995 r. Zasadził tam 15 ha winnic i trzy lata później zebrał pierwszy plon.

Położona na relatywnie – jak na Południową Australię – chłodnym półwyspie Fleurie winnica ma podobne warunki klimatyczne (ilość opadów, średnie temperatury), co północna część Doliny Rodanu słynąca przecież z syrah. W roli winiarza Bert zatrudnia tam na stałe Mike Farmilo, który w latach 1991-1997 odpowiadał za winifikację czerwonych win w Penfold’sie.
Alltus (pierwszy rocznik 2001) pochodzi z pojedynczej, wysoko położonej winnicy. To, oczywiście, 100-proc. shiraz fermentowany w otwartych kadziach i dojrzewający półtora roku w 300-litrowych beczkach z nowego francuskiego dębu. Powstaje tylko w najlepszych rocznikach i nim trafi na rynek dojrzewa 3-5 lat w butelkach.

fot. Gertrud Salomon

fot. Gertrud Salomon

We wrześniu w Londynie nie było żadnych punktów, konkursu piękności, zgadywanek – rzeczowa dyskusja o stylu, ewolucji, zmianach. Miło było siedzieć w niedużym chambre separé w towarzystwie czworga autorów wielu książek winiarskich, które trzymam na półkach w domu: Jancis Robinson, Stephena Brooka, Jensa Priewe i Petera Mosera oraz kilku innych profesjonalnie wkręconych w wino osób. Słowa padały rzadko, za to kieliszki opróżnialiśmy często.
W serii rozgrzewkowej dwa Shirazy z Finnis River Salomona 2010 i 2012 (ten młodszy zdecydowanie bardziej europejski w charakterze), a także szczodre, południowe Petit Chapelle 2009, Hermitage Jabouleta i świetne, krwiste Suisassi Syrah 2010, Costa Toscana, Duemani. Bardzo wyrównana stawka i świetne ćwiczenie ze stylu (wiedzieliśmy co będzie, ale nie znaliśmy kolejności). Poza lekko eukaliptusowym, ewidentnie nieeuropejskim Shirazem 2010 łatwym do rozpoznania, reszta próbek nie była już oczywista.

A potem była już zabawa na serio. Zaczęliśmy od rocznika 2003. Ściślej rzecz biorą od falstartu – bo pierwsza butelka była ewidentnie korkowa. Nuta TCA przykryła dokładnie owoc, w kieliszku pozostały nuty beczki, lakieru, usta wydały się spłaszczone. …Grangesuch a shame
Pozostałe wina nie miały już wad, choć jedno wydało się co najmniej dyskusyjne – ewoluowane, nieco konfiturowe, choć wciąż pełne żywej pikanterii, smolne, o dobrej strukturze. Po odwinięciu z butelki folii ujrzeliśmy najdroższą etykietę dnia (490 euro), Hermitage z Domaine Jean-Louis Chave. Bert przyznał, że kupił to rodańskie syrah w sklepie w Norwegii. Wszyscy przy stole zgodzili się, że problem dotyczy raczej konkretnej butelki, niż samego wina. Znów – szkoda.
W serii z 2003 r. największe wrażenie zrobiły na mnie wobec tego dwa wina: skoncentrowane, choć przyjazne, smolne, ziołowe, z nutą czekolady, wciąż napięte Château d’Ampuis, Côte Rôtie E. Guigala i nieszczególnie maskujące swą proweniencję, pachnące gdzieś w tle eukaliptusem, przede wszystkim jednak zwarte, nadal całkiem młode, smolne, pełne nut kandyzowanych owoców, słodkich, duszonych warzyw, pyszne Alttus. Choć na dobrą sprawę równie dobre okazało się Le Méal, Ermitage M. Chapoutiera – pachnące smażonymi truskawkami, konfiturą, pełne siły, niezwykle hedonistyczne wino o gładkich garbnikach, niemal pluszowe.

fot. Gertrud Salomon

fot. Gertrud Salomon

W serii ze szczodrego rocznika 2009 najmniej podobał mi się eukaliptusowo-czekoladowy, muskularny Grange (choć pewnie jest zdecydowanie za wcześnie na picie tego wina). Niezwykłe wrażenie zrobił natomiast elegancki, wyważony, przy tym pełen owocowo-mineralnej ekspresji L’Ermite, Ermitage, M. Chapoutier. Tuż obok dwa wina Guigala: Château d’Ampuis, Côte Rôtie (syte, leśne, z nutą popiołu, świetna kwasowość wtopiona w materię) i głębokie, strukturalne, nieco gorące, ale w pełni zrównoważone Hermitage. Na tym tle Alttus pokazał się przede wszystkim jako wino jeszcze bardzo młode, wciąż zanurzone w oparach eukaliptusa, za to o perfekcyjnej konstrukcji, strukturalne, dobrze kwasowe i nie przesadzone. Czas będzie mu sprzyjać.
Podobnie będzie z La Landonne 2009, Côte Rôtie, Domaine Rostaing, dziś winem nieco przyczajonym, na tle pozostałych w serii najbardziej cichym – rozwijającym z czasem nuty leśnej ściółki, kory, malin. To jedna z tych butelek, które naprawdę potrzebują czasu. Podobnie – choć z innego powodu jest w przypadku skoncentrowanego, czekoladowego Suisassi Syrah, Costa Toscana, Duemani.

2010 nie miał może tak zdecydowanego faworyta jak L’Ermite, za to wszystkie wina były świetne i równe. Bohater dnia, Alttus zdradzał wyraźne cechy młodości, z początku pachniał wręcz after-eightem zyskując z czasu więcej nut owocowych. To wciąż dzikie wino, ale o świetnej strukturze i dużymi widokami na przyszłość. Co ciekawe, wydało się zdecydowanie mniej australijskie od Grange’a, który jest w tym roczniku zdecydowany, rzutki, pełen nut beczkowych i eukaliptusowych, ale też wiele obiecuje. Bardzo elegancki, mineralny, stonowany, ale wyrazisty, pięknie ułożony okazał się Le Méal Chapoutiera. Równie subtelne, kocie, szepczące, ale o znakomitej, przyszłościowej strukturze i zdumiewającej mineralnej końcówce było Domaine de Tourettes, Hermitage od Delasa. Także trzy pozostałe wina – La Chapelle, Hermitage, Paul Jaboulet; Ampodium, Côte Rôtie, Domaine Rostaing i Syrah, Toscana, Tua Rita – (zwłaszcza ostatnie), pokazały potencjał rocznika, jego elegancję, stonowanie i jednoczesną owocowo-mineralną wyrazistość.

fot. Gertrud Salomon

fot. Gertrud Salomon

Syrah czy shiraz? Jak rzadko pasuje tu twierdzenie – to jak wybierać między mamą i tatą. Potrzebujesz więcej czułości – przytul się do mamy (syrah), chcesz mocniejszych wrażeń – od czego jest tata (shiraz)? Różnice nie są już jednak tak ewidentne, jak choćby dekadę temu. Wina znad Rodanu to nie ułomki szepczące tylko czułe słówka (zwłaszcza w rocznikach takich jak 2009), a czołowe australijczyki nie koniecznie muszą mieć gębę mięśniaka. Pewne cechy, zwłaszcza aromatyczne, pozwalają dość dobrze rozróżnić oba typy, choć w stu procentach nikt nie odgadł pochodzenia wszystkich win, o czym pisze w swojej relacji z imprezy Jancis Robinson.

Bertowi Salomonowi i wspierającej go dzielnie nie tylko w czasie degustacji, ale i w winnicach Fleurie i Kremstal żonie Gertrudzie udało się z pewnością jedno – pokazali, że Alttus należy dziś do rodziny najbardziej pasjonujących win z odmiany syrah na świecie i bez wstydu można pokazywać go w najlepszym towarzystwie.

Alttus 2003 jest dostępny w sklepach Roberta Mielżyńskiego – cena 320 zł

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Z Kremstal do Fleurieu, czyli shiraz vs syrah została wyłączona

X Konwent Polskich Winiarzy: dwa światy

Dekada dzieląca I i X Konwent Polskich Winiarzy to dla naszego winiarstwa epoka. Żyjemy dziś w zupełnie innym świecie, niż w 2006 r., gdy pierwsi rodzimi producenci pokazywali swe wina na KPW w Warszawie. Jasielski konwent pokazał też jednak, że i dzisiaj mamy w polskim winiarstwie dwa osobne światy.

Konwent Polskich Winiarzy (28-29.08.2015) wrócił do Jasła. Czyli do kolebki – bo choć po raz pierwszy, w 2006 r. spotkaliśmy się w Warszawie, niewątpliwym spiritus movens wydarzenia od początku był Roman Myśliwiec, twórca winiarstwa podkarpackiego i – w dużej mierze – polskiego, który swą winnicę Golesz prowadzi z synem na jasielskich przedmieściach.

Jak to często na KPW bywa, miejsce determinuje skład spotkania. Na 49 uczestników aż 16 winiarni pochodziło z Podkarpacia, kolejne 21 zaś z województw ościennych (12 z Małopolski, 7 ze Świętokrzyskiego i 2 z Lubelskiego). Tylko 5 winiarzy przyjechało z Lubuskiego, 3 z Dolnośląskiego i po jednym z Łódzkiego, Mazowieckiego i Pomorskiego. Tradycyjnie zabrakło na KPW winiarzy z Małopolskiego Przełomu Wisły.

X KPW fot. tpb

X KPW fot. tpb

Choć to więc dziesiąty, jubileuszowy Konwent trudno powiedzieć, że mieliśmy do czynienia z reprezentacyjnym przeglądem polskiego winiarstwa. Zabrakło bowiem nie tylko większej reprezentacji niektórych rodzimych regionów winiarskich, ale też – zachowując wobec tego określenia wszelkie proporcje – wielu gwiazd krajowego podwórka. Z największych i najbardziej utytułowanych byli wierni uczestnicy KPW: Winnica Płochockich i Pałac Mierzęcin.
Nie ubolewam nad tym tak bardzo, jak robiłbym to jeszcze kilka lat temu. KPW został pomyślany jako forum wymiany myśli i doświadczeń. Nie jest konkursem winiarskim, nie przyznajemy tu nagród i nie klepiemy się po plecach. Wspólna degustacja win służy wyłapaniu błędów i próbie im zaradzenia, dostrzeżeniu tendencji, inspirowaniu się nawzajem.

Jest jasne, że „duzi”, żyją dziś w innym świecie i mierzą się z innymi problemami, niż wiele półamatorskich przedsięwzięć winiarskich (a takich jest w Polsce wciąż większość). Ich – oczywiście do pewnego stopnia i na bardzo specyficznych warunkach – weryfikuje już rynek. Przy określonej skali produkcji sprzedaż staje się koniecznością, a nie miłym dodatkiem do działalności winiarskiej – dlatego w ostatnich miesiącach widzieliśmy wiele dobrze radzących sobie winiarni komercyjnych na wszelkiego rodzaju festiwalach i kiermaszach polskich win. Szkoda, że nie było ich na KPW w Jaśle, bo mogliby służyć radą mniej doświadczonym kolegom.

W czasie pierwszego dnia konwentu zdegustowaliśmy 50 win z odmian hybrydowych. Poziom był drastycznie nierówny – od win niepijanych, naznaczonych podstawowymi błędami popełnionymi czy to w winnicy czy już w winiarni, po wina, które bez wstydu mogłyby się znaleźć na forum międzynarodowym. Inna sprawa, że błędy, o których piszę w kontekście X KPW są zupełnie innej natury niż te, z którymi mieliśmy do czynienia na I KPW w Warszawie. Nawet na amatorskim poziomie poziom polskich winiarzy jest bez porównania wyższy.

Roman Myśliwiec - spiritus movens KPW fot. tpb

Roman Myśliwiec – spiritus movens KPW fot. tpb

Osobiście ucieszył mnie kolejny bardzo udany rocznik Gajusa Andrzeja Barańskiego spod Krakowa (Winnica Gaj). W zeszłym roku jego musujące, ekologiczne, mocno naturalizujące wino wywołało na konwencie sensację. Bałem się tylko czy – jak to niekiedy przy tego typu „dzikusach” bywa – wino „nie wyszło” przypadkiem. Gajus 2014 pokazał, że Barański wie co robi i konsekwentnie zmierza wybraną ścieżką.

W podobnym nurcie trzymają się pomarańczowe wina Wacka Matłoka (Winnica Pod Dębem, Podkarpacie) robione z gruzińskiej inspiracji. Zarówno pokazane oficjalnie Seyval Blanc 2013 i Bianca 2013 oraz pity przez nas w czasie wieczoru winiarskiego Hibernal są udanymi interpretacjami tego stylu. Jest w nich świetny owoc i struktura, taniczna szorstkość i apetyczność – nie ma zaś lotnej kwasowości czy brudu. Oczywiście, że to styl akceptowalny dla wąskiej grupki winomaniaków, ja jednak cieszę się, że tego typu wina dostępne są już w polskich winiarniach (a wiemy przecież o istotnym transporcie amfor z Gruzji, który dotarł nad Wisłę wiosną).

Polskie wino pomarańczowe? Tak! fot. tpb

Polskie wino pomarańczowe? Tak! fot. tpb

Zawiodły i nie zawiodły wina różowe. Było ich w czasie oficjalnej degustacji sześć, z czego części zwyczajnie brakowało błysku. Podobały mi się dwa: półwytrawna Maryna 2014 ze Sztukówki (Podkarpacie), przede wszystkim zaś rześki, pyszny Zweigelt Rosé 2014 z Winnicy Modła (Świętokrzyskie). Jak przystało na wino z rasowej vinifery był w nim owoc, równowaga i mnóstwo życia. No właśnie – degustację 10 win z Vitis vinifera przeniesiono na dzień drugi i od rześkiego, czystego Auxerrois 2014 z Otoka (Dolnośląskie), przez soczyste, owocowe, strukturalne Pinot Gris 2014 ze Wzgórz Trzebnickich, aromatyczne Kernlingi 2014 z Podstolic (Mazowieckie) i Pałacu Mierzęcin (Lubuskie), aż po robionego w stylu spätlese rasowego, półsłodkiego Rieslinga 2012 z Winnicy Hiki (Lubuskie) były to wina nie tylko udane, ale – po prostu – grające w innej niż mieszańce lidze, gdy idzie o aromaty czy strukturę.
Byłbym jednak niesprawiedliwy nie wyróżniając kilku naprawdę świetnych win z odmian hybrydowych z półsłodkim Cuvée Muvina 2014 z podkarpackiego Golesza na czele.

Żałuję, że nie mogłem doczekać przekrojowej degustacji win z bliźniaczych hybryd léon millot i maréchal foch. Przyznaję, że w czasie pierwszych konwentów cierpła mi skóra, gdy słyszałem obie nazwy – do kieliszków trafiały bowiem bardzo często cierpkie kwasibrzuchy o podejrzanej konduity aromatach. W ciągu ostatnich dwóch lat udało mi się zaś wypić co najmniej kilka bardzo smacznych, aromatycznych win z obu odmian. W czasie jednej z tych degustacji Marcin Płochocki powiedział mi, że najzwyczajniej w świecie potrzebował kilku lat, by nauczyć się z millotem i fochem pracować.

Vitis vinifera jest ok! fot. tpb

Vitis vinifera jest ok! fot. tpb

Najlepsze wina X Konwentu Polskich Winiarzy w Jaśle
mój wybór subiektywny

Cuvée Muvina półsłodkie 2014, Podkarpacie, Golesz [białe]
Seyval Blanc 2013, Podkarpacie, Pod Dębem [białe]
Pinot Gris 2014, Dolnośląskie, Winnice Wzgórz Trzebnickich [białe]
Kernling półwytrawne 2014, Lubuskie, Pałac Mierzęcin [białe]
Gajus 2014, Małopolska, Winnica Gaj [musujące]
Julita półsłodkie 2014, Małopolska, Piwnice Antoniego [białe]
Lodowe 2013, Podkarpacie, Dwie Granice [białe]
Zweigelt Rosé 2014, Świętokrzyskie, Modła [różowe]
Magnesia Prestige 2014, Lubuskie, Equus [czerwone]
Kernling 2014, Mazowieckie, Podstolice [białe]
Bianka 2013, Podkarpacie, Pod Dębem [białe]
Bene 2013, Małopolska, Zadora [czerwone]
Regent 2013, Lubuskie, Pałac Mierzęcin [czerwone]
Auxerrois 2014, Dolnośląskie, Otok [białe]
Riesling półsłodkie 2012, Lubuskie, Hiki [białe]
Cuvée 2014, Lubuskie, Pod Lubuskim Słońcem [czerwone]
Passage Cuvée 2014, Lubuskie, Equus [białe]
Cabernet Cortis 2013, Lubuskie, Hiki [czerwone]
Cabernet Dorsa 2014, Podkarpacie, Alabaster [czerwone]
Maryna półwytrawne 2014, Podkarpacie, Sztukówka [czerwone]
Regelt 2014, Świętokrzyskie, Nad Jarem [czerwone]

Sponsorami X KPW w Jaśle były firmy: POLWAX, WILHELM TELL, SCHARTENBERGER, MARXAM ENOLOGY, LPP EQUIPMENT i BOROS

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania X Konwent Polskich Winiarzy: dwa światy została wyłączona

Czas szparagów, czas silvanera

Czas szparagów to dla mnie czas święty. Bardziej bodaj święty, niż sezon na truskawki.

Zaczyna się dla mnie już w kwietniu, jeśli tylko uda mi się pojechać gdzieś na południe, najlepiej do Veneto, skąd pochodzą szparagi niemal równie dobre jak polskie. (Choć w tym roku podwarszawskie gospodarstwo Majlertów zaczęło sprzedaż szparagów jeszcze przed majówką.)

Już są... fot. tpb

Już są… fot. tpb

Potem, w początkach maja wypatruję pęków białych słupków na warszawskich targach, a gdy tylko się pojawią jem je bez opamiętania tak długo, jak to możliwe. Codziennie, pod wieloma postaciami.
Kilka lat temu, w początkach maja udało mi się być w niemieckiej Frankonii, Dla Niemców „spargelzeit” jest jednym z najważniejszych sezonów kulinarnych w roku. We wszystkich restauracjach do menu dołączana jest specjalna karta szparagowa: są zatem zupy ze szparagów, są musy szparagowe, są wreszcie szparagi podawane z dużą filiżanką stopionego, klarowanego masła, a do tego sznycle, sandacze i czego tam jeszcze dusza zapragnie.

Winnica Stein powyżej Menu fot. tpb

Winnica Stein powyżej Menu fot. tpb

Są tacy, co pijają do szparagów sauvignon blanc, inni sięgają po rieslinga, kolejni zachwycają się połączeniem delikatnego smaku szparagów i müller-thurgau. Ja najbardziej lubię napić się do szparagów silvanera, a że Frankonia jest krainą silvanera i nigdzie indziej odmiana ta nie daje win tak czystych, mineralnych i strzelistych – byłem w siódmym niebie.
Frankonia nie kojarzy się w Polsce z niczym. Owszem, znam kilku fanatyków płaskich butelek, tzw. bocksbeutel, ale znalezienie ich na polskich półkach – choć nie niemożliwe – jest jednak bardzo trudne.

A szkoda, bo Frankonia to dziś jeden z najciekawszych regionów dających białe wina na świecie. Zdecydowana większość winnic rośnie tam w malowniczej dolinie Menu, na stromych stokach o południowej i zachodniej ekspozycji opadających ku rzece. Skromny Men wije się leniwie przez wsie i miasteczka tworząc niebywały krajobraz. Winiarska Frankonia jest krainą geologicznie zróżnicowaną, podzieloną na strefy czerwonego piaskowca na zachodzie, wapienia muszlowego w części centralnej i gipsu na wschodzie. Każda z tych gleb daje inne wina, a tropienie różnic we frankońskich silvanerach z odmiennych siedlisk jest zajęciem pasjonującym.

Silvaner w Castell fot. tpb

Silvaner w Castell fot. tpb

Serce Frankonii bije w historycznym Würzburgu, urokliwym miasteczku zawieszonym nad rzeką. W jego północnej części wznosi się stromo ponad Menem jedna z najsłynniejszych winnic regionu – Stein, czyli kamień.
Stein i inne winnice Frankonii genialnie nadają się na wędrówki. Uprawy poprzecinane są asfaltowymi ścieżkami otwartymi dla pieszych i rowerzystów. Co kilkaset metrów można spotkać czytelne tablice informacyjne, a na nich opowieści o historii regionu i winnicy, geologii i klimacie, uprawianych tam odmianach winorośli. W Stein znalazłem nawet poglądowy zagon obsadzony kilkunastoma rzędami różnych szczepów – każdy może zatem przekonać się na własne oczy czym różni się silvaner od rieslinga, a blaufränkisch od späteburgundera. W dodatku co i rusz natknąć się można na ławki i biesiadne stoliki, a przecież nie od dziś wiadomo, że wino najlepiej smakuje właśnie w winnicy. Po takim pikniku można już tylko zejść do jednej z würzburskich stube, zamówić kolejny kieliszek silvanera ze Stein, albo Inner Leiste, a do tego oczywiście talerz obficie polanych masłem szparagów. Wiosenne wakacje w Niemczech? Dlaczego nie…

Tak było przed rokiem... fot. tpb

Tak było przed rokiem… fot. tpb

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Czas szparagów, czas silvanera została wyłączona

Wiele twarzy Toskanii (1): bracia mniejsi

Skoro jest luty to próbujemy w Toskanii nowych roczników tamtejszych win.

Anteprime Toscane
to degustacyjny maraton organizowany przez kilkanaście słynnych i tych mniej znanych apelacji winiarskich Toskanii, którego celem jest prezentacja nowych roczników wchodzących właśnie na rynek. Kiedyś zasadnicza impreza ograniczała się do prezentacji win z D.O.C.G. Chianti Classico, Vino Nobile di Montepulciano i Brunello di Montalcino. W ostatnich dwóch latach do tej trójki dokooptowano inne apelacje, które miały swoje niezależne prezentacje zwykle w okolicach Anteprimy. Skutek jest taki, że przez osiem dni można praktycznie nie wstawać od stołu degustacyjnego, no chyba, że trzeba podreptać do autobusu, zmienić hotel i apelację.

Chianti i okolice, czyli wino na wtorek
Chianti i apelacje satelickie miały tym razem osobną degustację w starej florenckiej fabryce papierosów. Impreza odbywała się w sobotnie popołudnie pod hasłem Chianti Lovers i była biletowaną imprezą otwartą. Zaskakujące jako wielu loversów zdecydowało się spędzić walentynkowy wieczór w postprzemysłowych wnętrzach krążąc między producentami z kieliszkiem chianti w dłoni.
Dziennikarze mieli na szczęście nie tak zgiełkliwą przestrzeń degustacyjną obsługiwaną przez sommelierów, skutkiem czego udało mi się spróbować niemal wszystkich oferowanych win.
Chianti robione poza strefą Classico rzadko miewają pretensje do wielkości – to zazwyczaj szczerzy, pełni owocu, dobrze kwasowi, taniczni, ale nie ultraskoncentrowani towarzysze codziennych posiłków – wina do pizzy i pasty, kiełbaski z grilla, kanapki z wędliną. Im więcej takich cech właśnie mają, tym bardziej – mnie przynajmniej – się podobają.
We Florencji pokazywano klasyczny, bardzo owocowy rocznik 2013 (wina podstawowe) i ciepły 2012 (riservy), z którego wina niekiedy są zbyt mało, jak na chianti, kwasowe i nieco – jak na mój gust – za miękkie.
W swej masie najlepiej wypadły te z D.O.C.G. Chianti Rùfina – z nieco większym ciałem, wyrazistością, ale też kulturą produkcji. Smakowały mi wina od Colognole, Il Capitano, Marchesi Gondi – Tenuta Bossi i Villa Travignoli. Obiektywnie smaczne jest też wino z winiarni Marchesi De’ Frescobaldi, choć robi się je w stylu bardzo beczkowym, dość skoncentrowanym, niejako poza kanonem Rùfiny.
Z innych apelacji wyróżniały się Chianti Montespertoli Riserva 2012 od Casa di Monte i Tenuta Moriano, z Chianti Colli Fiorentini „proste” 2013 od Fattoria di Fiano oraz Riserva 2012 z Tenuta Il Corno, a także cztery Chianti Riserva 2012: Giacomo Mori, Montaioncino, Campo del Monte i Fattoria Campigiana.

Po chianti marsz! fot. tpb

Po chianti marsz! fot. tpb

Bolgheri i wybrzeże, czyli wina-projekty
Nie przepadam za rozpoczynaniem dnia od Ornellai. Nie dlatego, żeby mi nie smakowała, ale do pewnych win lubię się rozpędzić. Niestety, w czasie degustacji win z kilku mniej lub bardziej znanych apelacji toskańskich we florenckim Hotelu Baglioni 15.02 szturm, jaki światek dziennikarzy winiarskich przypuścił na stoisko Bolgheri wywołał i we mnie owczy pęd. Lepiej spróbować z rana, bo zaraz zabraknie.
Mniejsza o degustacyjną kuchnię. Bolgheri jest w świecie toskańskich klasyków zjawiskiem osobnym. To, owszem, ujęta w geograficzne ramy, grupa dawnych supertoskanów, a w każdym razie win, które mogą być robione – obok typowego dla regionu sangiovese – także z caberneta sauvignon i merlota oraz innych międzynarodowych odmian (głównie cabernet franc, petit verdot i syrah). Już z tego powodu smakują inaczej niż typowe toskańczyki, tym bardziej, że w większości pokazanych win sangiovese nie było wcale.
To jednak tylko jeden problem apelacji – drugi dotyczy podejścia winiarzy. Degustując wina z toskańskiego wybrzeża miałem nieodparte wrażenie, że obcuję z wykoncypowanymi projektami, niekiedy obiektywnie znakomitymi, stworzonymi z największym kunsztem, ale zdecydowanie wymyślonymi. Takie super-wina robi się dziś w każdym kraju na świecie i zwykle mówią więcej o ego producenta, niż o miejscu, z którego pochodzą.
Dość narzekania – kto nie musi się zastanawiać przy każdym łyku, czy jego wino jest wystarczająco toskańskie znajdzie w nowych rocznikach Bolgheri sporo frajdy. Beczkowa, ale elegancka, skoncentrowana lecz harmonijna Ornellaia 2012 jest bez wątpienia winem znakomitym, podobnie (i to jest naprawdę dobra wiadomość ze względu na cenę) jak druga etykieta tej samej winiarni, Le Serre Nuove. Na oceny znakomite zasłużyły Guado al Tasso 2012, Tâm 2009 od Batzelli, Le Macchiole 2013 (ich Paleo z 2011 z czystego cabernet franc sygnowane wciąż jako IGT Toscana, był obok Ornellai najlepszym winem zestawu), Campo al Fico 2011 z Il Luoghi oraz Millepassi 2012 z Donna Olimpia 1898.
Obok prezentowali się winiarze z toskańskiego wybrzeża, którzy nie mają prawa do apelacji Bolgheri i swe wina sygnują regionalną nazwą Toscana, za to założyli klub Grand Cru. Tu najciekawiej prezentowały się: Dulcamara 2012 od I Giusti & Zanza Vigneti (oraz ich lżejsze i młodsze Belcore 2013), La Regola 2009, Marcampo 2011, Esse 2011 z Fattoria La Torre, wreszcie Il Barbiglione 2010 z Usiglian del Vescovo. Najlepsze były jednak dwa wina z nowej, istniejącej od 2011 r. apelacji Terre di Pisa (przepisy podobne do Bolgheri) z Tenuta di Ghizzano: Veneroso i Nambrot, oba z 2011 r. (wina są oczywiście dobrze znane – wcześniej sprzedawano je jako IGT Toscana).

Bolgheri fot. Consorzio Bolgheri

Bolgheri fot. Consorzio Bolgheri

Valdarno di Sopra, czyli sympatia
Do tej leżącej za wschodnią granicą Chianti Classico apelacji mam mnóstwo sympatii, przede wszystkim ze względu na wspomnienia z wizyty w Petrolo, zdecydowanego lidera Valdarno i w ogóle jednej z ciekawszych winiarni w całej Toskanii. O wakacyjnym spotkaniu z młodym Rocco Sanjustem pisałem tu półtora roku temu. Ciepłe uczucia pozostały i skłoniły do sprawdzenia jak smakują nowe wina Petrolo i spółki.
Smakują dobrze, zarówno prostolinijne Inarno 2013, jak i dwa sangiovese z pojedynczej winnicy Bòggina: Boggina 2012 i winifikowana w małych amforach Bogginanfora. Ale to nie jedyne świetne wina z doliny Arno. Tiberio robi trzy świetne odmianowe wina z typowo toskańskich szczepów – wszystkie wyraziste, z dobrym owocem i nerwem: Canaiolo 2011, Sangiovese 2012 i Malvasia Nera 2011. Warto spróbować też Sangiovese Riserva 2012 od Fazzuoli (choć i tamtejszy Merlot Riserva jest bardzo smaczny) oraz Ruschieto Sangiovese 2012 z La Salceta.

Vigna della Torre w Petrolo w D.O.C. Valdarno di Sopra fot. tpb

Vigna della Torre w Petrolo w D.O.C. Valdarno di Sopra fot. tpb

Carmignano, czyli miękkość
Leżące ledwie kilkanaście kilometrów na północny-zachód od Florencji Carmignano jest regionem tyleż historycznym, co nieco zapomnianym. Kto dziś bowiem pamięta, że w 1716 r. Kosma III Medyceusz ustanowił tu jedną z pierwszych apelacji winiarskich, także Medyceusze ściągnęli tu pierwsze francuskie odmiany winogron (przez co modne jest mówienie, że w Carmignano robiono pierwsze supertoskany).
Dziś apelacja znana jest z pewnością Włochom, ale na międzynarodowej scenie zeszła w cień innych, bardziej popularnych D.O.C.(G.). A szkoda, bo powstaje tu sporo bardzo smacznych win o miękkim, soczystym owocu – dobrych na rozpoczęcie winiarskiej przygody z Toskanią, a wystarczająco wyrafinowanych by zaspokoić gusta także bardziej wyrobionych winomanów.
W tym roku polecam przede wszystkim Carmignano Riserva 2012 od Piaggii oraz Sancti Blasii 2009 z Colline San Biaggio. Bardzo smaczne są klasyki z Capezzany: „zwykłe” Villa di Capezzana 2011 i riserva Trefiano 2009 (zwłaszcza zaś robione poza apelacją Ghiaie della Furba z obu cabernetów i merlota). Nie ustępują im wina Pratesi: Carmignano 2013 i riserva Il Circo Rosso 2012 oraz dwie riservy Ambry z rocznika 2011: Elzana i Montabiolo.

C.D.N.

Wkrótce o nowych winach z D.O.C.G Vernaccia di San Gimignano, Chianti Classico, Vino Nobile di Montepulciano i Brunello di Montalcino.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Wiele twarzy Toskanii (1): bracia mniejsi została wyłączona

Amarone: w oczekiwaniu na 2011

Dość już narzekań na amarone della valpolicella, lokalne waśnie i głupie przepisy. Na rynek wchodzi właśnie rocznik 2011, który abstrahując od stylu poszczególnych win jest po prostu świetny. (Nawet jeśli na konkretne butelki przyjdzie jeszcze długo poczekać).

Przepisy apelacji D.O.C.G. Amarone della Valpolicella mówią jasno: wino może wejść na rynek 1 stycznia w czwartym roku po zbiorach. Od miesiąca producenci mogą zatem legalnie sprzedawać rocznik 2011, którego oficjalna premiera odbyła się w pałacu Gran Guardia w Weronie, w sobotę 31 stycznia. Tyle teorii – większość butelek amarone 2011 śpi głęboko w piwnicach producentów i nikt nie myśli o ich stamtąd wyjmowaniu przez najbliższe miesiące, a nawet lata. Ba, część win z tego rocznika nawet jeszcze do butelek nie trafiła.

Rocznik 2014 na razie się suszy. Le Marognole fot. tpb

Rocznik 2014 na razie się suszy. Le Marognole fot. tpb

Po czterech latach wina noszą wprawdzie cechy rocznika, pokazują ogólne cechy stylu poszczególnych producentów, ale ich ostateczne ocenianie byłaby grubym nadużyciem. Mając możność uczestniczyć w Anteprimie Amarone po raz piąty z rzędu (czemu towarzyszą liczne wizyty u producentów i degustacje win, które naprawdę znajdują się na rynku) mogę co najwyżej wyrazić swoje sympatie bądź antypatie, co na końcu tego tekstu niewątpliwie zrobię.

Po raz pierwszy jednak, w czasie zbiorowej degustacji 66 amarone z nowego rocznika – przy uwzględnieniu wszelkich, niekiedy przepastnych różnic w stylu – miałem poczucie, że oto wyłania się z kieliszków bardzo wyrazisty obraz 2011.
Rocznik charakteryzuje się dobrą dojrzałością polifenoliczną, wina są w swej istocie bardzo treściwe, mięsiste, ale przy tym zrównoważone, o ożywczej kwasowości, nieprzesadzone; w większości amarone 2011 moc nie jest problemem; garbniki są dojrzałe, pociągłe, czyste.
O roczniku mówi się dobrze od dawna. Pogoda dopisała, a dla ostatecznej jakości gron kluczowe znaczenie miała noc z 6 na 7 października, kiedy to temperatura znacząco spadła – z 20 na 12˚C. Spowolniło to znacząco proces najpierw ostatecznego dojrzewania owoców, a potem samo appassimento. Ochłodzenie pozwoliło też gronom zachować więcej ożywczej kwasowości. W oficjalnym komunikacie lokalnego consorzio czytamy też, że pierwsze degustacje 2011. wskazują na mniejsze niż zwykle różnice między winami z poszczególnych podstref Valpolicelli oraz na wyjątkowo dobrą integrację pomiędzy poszczególnymi odmianami. Oficjalnie rocznik dostał maksymalną ocenę pięciu gwiazdek.

Wieczór powyżej Marano. Novaia fot. tpb

Wieczór powyżej Marano. Novaia fot. tpb

Oto 10 amarone z rocznika 2011, które wzbudziły moją największą sympatię i oczekiwania:

Morar, Amarone della Valpolicella Classico, Valentina Cubi
Vigneti di Ravazzòl, Amarone della Valpolicella Classico, Cà la Bionda
Villa Arvedi, Amarone della Valpolicella Valpantena, G.B. Bertani
Calcarole, Amarone della Valpolicella Classico, Guerrieri Rizzardi
Villa Rizzardi, Amarone della Valpolicella Classico, Guerrieri Rizzardi
Amarone della Valpolicella, Massimago
Amarone della Valpolicella Classico, Secondo Marco – Marco Speri
Amarone della Valpolicella Classico, Buglioni
Le Quare, Gamba
Campo Rocco I Corsi, Le Marognole

Cierpliwość to cecha wskazana winiarzom z Valpolicelli. Piwnice Santa Sofia fot. tpb

Cierpliwość to cecha wskazana winiarzom z Valpolicelli. Piwnice Santa Sofia fot. tpb

I 11 gotowych amarone, które urzekły mnie swoją złożonością

Morar 2007, Amarone della Valpolicella Classico, Valentina Cubi
San Rocco 2008, Amarone della Valpolicella Classico, Cantina Valpolicella Negrar
Calcarole 2005, Amarone della Valpolicella Classico, Guerrieri Rizzardi
Campo Rocco I Corsi 2010, Amarone dell Valpolicella Classico, Le Marognole
Vigneti di Ravazzòl 2004, Amarone della Valpolicella Classico, Cà la Bionda
Campedel 2005, Amarone della Valpolicella Classico, Gamba
Campo León 2003, Amarone della Valpolicella, Latium
Amarone della Valpolicella Classico 2009, Santa Sofia
Corte Vaona 2010, Amarone della Valpolicella Classico, Novaia
Zovo 2009, Amarone della Valpolicella, Pietro Zanoni
Le Guaíte di Giulietta 2006, Amarone della Valpolicella, Giulietta Dal Bosco

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Amarone: w oczekiwaniu na 2011 została wyłączona

Trzy strony Dolomitów

Nalej mi wina, a powiem ci, gdzie jestem.

Wiele lat temu, po dniu spędzonym w narciarskim ośrodku Latemar napisałem zdanie o pokrętnych granicach między poszczególnymi włoskimi prowincjami w Dolomitach. Granicach, których oczywiście nie widać, choć łatwo je poczuć. Brzmiało z grubsza tak, że jeśli nie wiesz dokładnie w której prowincji akurat jesteś, zamów w schronisku wino – jeśli podadzą ci lagreina lub schiavę, to z pewnością Alto Adige, jeśli uraczą cię marzemino lub teroldego, jesteś prawdopodobnie w Trentino.

Val Gardena fot. tpb

Między Trentino, a Alto Adige fot. tpb

W tym roku, w czasie zimowych ferii wróciłem na Latemar. Pod względem granic nic się nie zmieniło. Ośrodek rozciąga się w południowej części Dolomitów między Predazzo na południowym wschodzie, a Obereggen na północnym zachodzie. Dzięki systemowi wyciągów wprawny narciarz może pokonać ten dystans w około godzinę. Region spaja imponująca ściana pasma Latemar. W Predazzo wsiadając do gondolki usłyszycie jeszcze buongiorno, ale już kawałek za Pampeago, obsługa wyciągu na wasze grazie odpowie raczej bitte.

A w Rifugio, a właściwie w Malga (to tyle co górska stodoła) Epircher Laner, o jeden zjazd od Obereggen, na pytanie o weissburgundera otwierają ci nową butelkę cudownie świeżego Schulthausera z St. Michael-Eppan.

Jeszcze bardziej pogmatwana sytuacja z granicami ma miejsce gdy podróżujemy na nartach wokół masywu Sella. Tzw. Sella Ronda – popularna, wiodąca przez kilka ośrodków i aż trzy prowincje narciarska karuzela. Trasa poprowadzona jest tak, by można ją było zacząć w dowolnym punkcie i zakończyć w tym samym po objechaniu Selli – zgodzie z ruchem wskazówek zegara lub wręcz przeciwnie.

fot. Piz Boè Alpine Lounge

fot. Piz Boè Alpine Lounge

W tym roku ruszyliśmy z Col Rodelli powyżej Campitello w dolinie Fassy, a więc we włoskojęzycznym Trydencie. Jednak już po kilkunastu minutach przekroczyliśmy granicę Val Gardeny, która należy do niemieckojęzycznego Południowego Tyrolu/Alto Adige (żeby było zabawnie, w obu regionach mówi się retoromańskim ladyńskim). Tutaj pija się lagreiny i gewürztraminery, schiavy i górskie sauvignony. Wystarczy zjazd do Selvy/Wolkenstein, podjazd nową gondolą na Dantercepies i po pół godzinie osiągamy Passo Gardena. A tu zaczyna się już Alta Badia. Spokojnie – wina nie zmieniają się, jesteśmy wciąż w Południowym Tyrolu. Tym razem nasz południowy aperitif wypadł w Piz Boè Alpine Lounge. Trudno określić mianem schroniska ów przeszklony pawilon z chambre separée dla gości, którzy mają ochotę na dłuższy popas w spokoju. A piliśmy elektryczny, mineralny, szczypiący w język kerner od Manni Nössing. Takich miejsc, które z założenia są skrajnym zaprzeczeniem tradycyjnego schroniska jest w Dolomitach coraz więcej, zwłaszcza w słynącej jako Mekka narciarzy-gurmandzistów Alta Badii.

Kieliszek kernera w Alta Badia fot. tpb

Kieliszek kernera w Alta Badia fot. tpb

Co z tego, skoro czas gonił, trzeba było zapiąć narty, dwoma zjazdami pożegnać Alto Adige i zawitać do… Wenecji. Arabba, ze swym imponującym masywem Porta Vescovo leży w prowincji Belluno należącej już do Veneto. To nie jedyne miejsce, gdzie łatwo wenecką granicę przekroczyć – następnego dnia jeździliśmy na przełączy San Pellegrino – trasy po jej wschodniej stronie leżą już właśnie w prowincji Belluno, a gdy w skromnej drewnianej chacie ze stołami przykrytymi ceratą wziąłem do polenty z salsiccią un bicchiere vino rosso, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że do szklanki wlali mi średnio skoncentrowanego caberneta rodem z Piave czy innej Breganze.

Oczywiście, oprócz win regionalnych, dominujących w karcie, wiele schronisk i to często wyglądających bardzo zwyczajnie, ma w kartach perły, których pozazdrościłyby im warszawskie czy krakowskie restauracje. W Rifugio Fodom, gdzie kończąc Sella Rondę, przed podjazdem na Belvedere wzmacnialiśmy się pizzą znalazłem w karcie choćby Masseto 2010 za skromne 800 euro. Przy stole obok grupka weteranów narciarstwa raczyła się butelką Ruinarta. Zresztą, przed dwoma laty, w Baita Sofie na Secedzie zobaczyłem kolekcję kilku roczników Mouton-Rothschilda. Na Sassicaię czy Krugi w schroniskach już nawet nie zwracam uwagi – w końcu kto bogatemu zabroni…
Ważne, że kieliszek lokalnego wina od, zazwyczaj, starannie wybranego producenta, kosztuje na stoku mniej niż piwo (2,50-4,00 euro). Aha – i mam tu na myśli profesjonalny, duży, krystalicznie czysty kieliszek godny dobrej restauracji.

Sassolungo fot. tpb

Sassolungo fot. tpb

PS. W tym roku w Dolomitach, jak zawsze, mnóstwo Polaków. Często piją do lunchu kieliszek wina, szklankę piwa, lufkę grappy na digestif. Przez tydzień nie spotkałem na stoku ani jednego pijanego – Polaka czy kogokolwiek innego. I też jeżdżą Ci nasi rodacy najczęściej bardzo zawodowo. Przed rokiem, w Bukowinie miałem nieodparte wrażenie, że polskie góry nawiedza jakiś zupełnie inny gatunek narciarzy (zarówno pod względem trzeźwości, jak i umiejętności).

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Trzy strony Dolomitów została wyłączona

„Mały Johnson” znów po polsku

Jeśli mielibyście kupić w życiu tylko jedną książkę o winie, powinien być to kieszonkowy „Przewodnik po świecie win” Hugh Johnsona.

Mały Johnson, bo tak zwykło się było mówić o tej książeczce idealnie wpasowującej się w wewnętrzną kieszeń marynarki, był moją ulubioną polskojęzyczną lekturą winiarską półtorej dekady temu, gdy po raz pierwszy pojawił się w naszym kraju. O ile dobrze pamiętam, książka nie była dostępna w całkiem otwartej sprzedaży. Wydały ją do spółki operator sieci komórkowej z producentem telefonów i uchodziła za rarytas. Najstarszy rocznik, jaki udało mi się wygrzebać na półce to 2000. Rocznik 2004 wyszedł już oficjalnie, wydany przez WIG-Press, ówczesnego wydawcę Magazynu WINO.

Mały Johnson w nowej odsłonie

Mały Johnson w nowej odsłonie


Małego Johnsona
lubiło się za encyklopedyczne, bardzo spójne opisanie (a raczej wylistowanie) najważniejszych regionów winiarskich na świecie, istotnych odmian, producentów, typów win, wreszcie godnych wypicia flaszek. Sam namiętnie bazgrałem w swoim pierwszym egzemplarzu długopisem na zasadzie: tę miałem, tę miałem, tej nie miałem (butelki). W czasach wczesnego internetu i braku literatury winiarskiej w Polsce dzieło Hugh Johnsona było dla enomaniaków bardzo istotne.

I choć dziś, teoretycznie, wszystko można sprawdzić w sieci, a dobre książki o winie są na wyciągnięcie ruchu myszką i kliknięcia, Mały Johnson jest wciąż dla początkujących, ale nie tylko miłośników wina pozycją bardzo przydatną. Autor (z całym zastępem współpracowników) opisuje kraj winiarski po kraju (z Czarnogórą i Japonią włącznie, choć bez np. Armenii). Jako bonus mamy całkiem obszerny spis kilkuset najważniejszych odmian winorośli, esencjonalny praktyczny przewodnik po połączeniach kulinarno-winnych, tabelę roczników dla najważniejszych regionów, krótki leksykon podstawowych pojęć winiarskich i wykaz temperatur, w jakich powinno się serwować poszczególne typy win.

Stare i nowe roczniki Małego Johnsona fot. tpb

Stare i nowe roczniki Małego Johnsona fot. tpb

Ktoś kto o winie nie wie nic, wie trochę, a nawet całkiem sporo, ale właśnie zapuszcza się w regiony, których jeszcze nie eksplorował – z Małym Johnsonem się nie zgubi: w enotece i w supermarkecie, w restauracji czy przygotowując kolację dla przyjaciół w domu. Autor ocenia też w skali od jednej do czterech gwiazdek poszczególnych producentów (podobnie jak potencjał regionów) – można tym ocenom ufać bądź nie; autor do kontrowersyjnych nie należy, ale też gwiazdkami nie szasta (inna sprawa, że znam takich, którzy za dwie gwiazdki („powyżej średniej”) dla Jánosa Árvaya z Tokaju użyli by tej książeczki co najwyżej jako podpałki w kominku).
Dla jednych książka ta otworzy drzwi do zupełnie nowego świata i pasji, dla innych pozostanie być może jedyną lekturą o tematyce winiarskiej, po jaką w życiu sięgną. Nieważne. Tak czy siak warto ją mieć.

Używam z przyzwyczajenia nazwy Mały Johnson i polskiej nazwy wykorzystywanej we wszystkich poprzednich wydaniach (Przewodnik po świecie win). Nowy wydawca zdecydował się zachować nazwę oryginalną: Hugh Johnson’s Pocket Wine Book. Za to nowe tłumaczenie zrobił specjalista, Sławomir Chrzczonowicz (wespół z Jakubem Skorupskim) wyróżniony w 2012 r. przez Magazyn WINO tytułem promotora kultury wina w Polsce – a więc marka z gwarancją.

Hugh Johnson fot. archiwum

Hugh Johnson fot. archiwum

Aha! Gdy piętnaście lat temu wertowałem wte i wewte Małego Johnsona było dla mnie oczywiste, kim jest autor tego dziełka. Czas płynie, szacowny Hugh Johnson zmierza z wolna ku emeryturze i młodsze pokolenie winomanów może nie do końca tę wybitną postać kojarzyć. Zatem dla porządku: urodzony w 1939 r. absolwent Cambridge pisze o winie od lat 1960. Już wtedy wziął udział w degustacji prawdopodobnie najstarszego na świecie wina, frankońskiego Steinwein, którego najstarsza część mogła pochodzić nawet z 1540 r. W 1971 r. wydał pierwszą edycję uważanego za najważniejszą książkę o winie w historii Atlasu Win Świata, do współredagowania którego zaprosił wiele lat później Jancis Robinson. W 1977 r. wydał po raz pierwszy Pocket Wine Book. Hugh Johnson do dziś uważany jest za najlepiej „sprzedającego się” autora książek winiarskich – samego Pocket Wine Book sprzedano ponad 11 mln egzemplarzy.

Hugh Johnson’s Pocket Wine Book 2015
wyd. polskie: Firma Księgarska Olesiejuk 2014
cena (przeciętnie) ok. 45 zł

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania „Mały Johnson” znów po polsku została wyłączona

U Lorków w „Koziarni”

Musiaki, spokojne, cydry; pstrągi i mangalica; dojrzewające sery. I najważniejsze – Ludzie. W „Koziarni” nad Szczyrzycem wiedzą jak człowieka podjąć .

Ostatnie dni 2014 roku spędziłem z rodziną w „Koziarni”. Czyli – jak to się mówi – u Lorków. Staram się zawsze mieć na uwadze, że żyję w akwarium (a pewnie w akwarium zanurzonym w akwarium) i ulegam środowiskowym projekcjom. Na przykład, że Lorków znają przecież wszyscy. Spotykamy się od lat na Konwentach Polskich Winiarzy, krakowskich targach Enoexpo, u Pawła Woźniaka na Lipowej, mniej czy bardziej oficjalnych degustacjach i posiadach. W dodatku ojciec Marcin i syn Kuba nie stronią od fejsbuka i coraz to jakąś fotkę z „Koziarni” wrzucą: a to ze świniobicia, a to z wędzenia półgęsków… Śledzimy wirtualnie życie kolejnych Chrumków, na naszych oczach dojrzewają sery, dochodzą kiełbasy i wszystko to czym „Koziarnia” i rodzina Lorków żyje. A my żyjemy tym razem z nimi.

Rzeczywistość jest pewnie inna, o „Koziarni” i Lorkach wie mniej lub bardziej wtajemniczona grupa znajomych i przyznaję, że palce mi nad klawiaturą się zawieszają, bo nie jestem do końca pewien czy powinienem o „Koziarni” pisać, wypuszczać w świat jeden z najfajniejszych eno-gastro-adresów w kraju, czy jednak egoistycznie zachować go dla siebie i najbliższych. Ale stało się – zacząłem, więc skończę.

Między Smykaniem, a Szczyrzycem fot. tpb

Między Smykaniem, a Szczyrzycem fot. tpb

Szczyrzyc leży w Beskidzie Wyspowym. Dla tych, którzy, gdy na geografii było o Beskidach, akurat odmrozili uszy szybkie wyjaśnienie: jeśli poprowadzicie na mapie pionową (z grubsza) linię z Wieliczki na południe i poziomą (niemal) z Pcimia na zakopiance na wschód to spotkają się crica about w okolicy Szczyrzyca – 45 minut jazdy autem z Krakowa. Za to miejsce sielskie – przysiółek Smykań, gdzie dokładnie mieści się farma, leży w cieniu pasma Ciecienia (829 m n.p.m.); wokół kilka domów, rzut beretem las, pola, w dolinie wije się Stradomka, hulaj dusza.

Lorkowie pochodzą z Olkusza, a w Szczyrzycu chcieli hodować kozy. Z tego pomysłu ostała się tylko nazwa gospodarstwa, za to Jadwiga i Marcin oraz ich dzieci Marta i Kuba zdecydowali się w Beskidzie Wyspowym zamieszkać. A że zainteresowania mieli szerokie… W 2005 i 2009 posadzili w Szczyrzycu i nieodległej Słupii winnice. Jeszcze w zeszłej dekadzie zrozumieli, że Polska to dobry kraj dla win musujących. Ich robiony metodą tradycyjną musiak narobił szumu na V Konwencie Polskich Winiarzy w Krakowie w 2010 r. i był prawdopodobnie pierwszym polskim winem musującym, jakie w życiu piłem.

Przygotowanie do degustacji cydrów fot. tpb

Przygotowanie do degustacji cydrów fot. tpb

Tym razem w „Koziarni” wziąłem udział w degustacji całego portfolio win musujących Winnicy Smykań (bo taką osobną nazwę ma projekt winiarski) z ostatnią butelką historycznego seyvala 2009 włącznie. Młode musy mnie urzekły – aromatami, kwasowością, świeżością. Jak na ręczne dégorgement miały niezłą pienistość (choć bez dwóch zdań, smykańskie wina pozbawione osadu i zakorkowane w normalnej szampańskiej winiarni byłyby jeszcze lepsze). Tęsknię za różowym (choć nazwa gris – szary – pasuje tu lepiej) kupażem seyval blanc, johannitera, siegerrebe i pinot gris o różanych, nieco muszkatowych nutach i rabarbarowo-mirabelkowych ustach.

Z win spokojnych bardzo smakowały mi smykańskie seyvale z 2011 r. – zarówno soczysty, lekko skalny, jabłeczny dojrzewany w kadzi, jak i tzw. beczkowy – pachnący gruszkami, strukturalny, znakomicie kwasowy, o dobrym ciele. Dobry był także czerwony kupaż léon millot z maréchal foche z 2012 – nieco ziemisty, przywodzący na myśl pinoty, soczysty i zrównoważony.

...zapomniany zapach jabłek fot. tpb

…zapomniany zapach jabłek fot. tpb

Następny dzień poświęcony był cydrom. Powiat Limanowski to jedno z jabłecznych zagłębi Polski, robienie cydru w „Koziarni” wydawało się zatem logiczne. Jednak już pierwszego wieczora Marcin Lorek pozbawił mnie złudzeń, że pijąc dużo cydru rozwiążemy problem polskich sadowników niemogących sprzedawać swej produkcji do Rosji. Żywot komercyjnego sadu jabłkowego jest zdecydowanie krótszy niż winnicy, dzięki czemu szybciej można dostosować się do rynkowych trendów. A te w ostatnich latach skłaniały sadowników do uprawy odmian jabłek o mniejszej zawartości cukru i niższej kwasowości – ładnych i smacznych dla przeciętnego konsumenta, za to niekoniecznie nadających się na cydr. To trochę tak, jakbyśmy – zachowując wszelkie proporcje – chcieli zrobić dobrego burgunda nie z pinot noir, ale z deserowych winogron rosnących w pergoli na działce.

Na szczęście Lorkowie mają rozeznanie w okolicy i wiedzą, gdzie kupić jabłka właściwych odmian. Zapamiętałem grochówkę i żeleźniaka. Jak dobrze pójdzie, Marcin i Kuba będą mieli wkrótce sady z takimi jabłkami, z jakich chcą robić cydry. Ale i tak, wizyta w hali, w której smykańskie cydry powstają zostanie mi w pamięci (zwłaszcza tej zapachowej) na długo. Setki skrzyń z jabłkami wydzielały tego mroźnego przecież ranka zapach, jaki ostatni raz czułem w głębokim dzieciństwie. Próbowaliśmy cydrów ‘2014 po pierwszej fermentacji, jeszcze przed wtórną, która miała im dodać bąbelków i wigoru. I było wytrawnie i pięknie. Dzięki prowadzeniu cydrowni i winnicy równocześnie, Lorkowie są w stanie aromatyzować swe jabłeczniki skórkami winogron, co zwłaszcza w przypadku bardzo pachnącej bianki daje zaskakujące efekty.

Sad przy smykańskiej cydrowni fot. tpb

Sad przy smykańskiej cydrowni fot. tpb

Piszę ciągle o facetach i alkoholu, a przecież nasze serce skradła Jadwiga, żona Marcina i mama Kuby, która nie dość, że wyprawia cuda w kuchni (ten rosół z perliczki, bażanty, schabowe, smażone karpie i pstrągi czy nawet zwykły gulasz), to od kilku lat para się produkcją zagrodowych serów. Serwowane poza „zwykłym” menu Marcinowe półgęski, lardo z mangalicy, kiełbasy i właśnie Jadwigowe średnio i mocno dojrzałe sery z mleka krowy czerwonej polskiej to już slow food do kwadratu, orgia na podniebieniu i chowajcie się wielcy tego świata (efekt chwili, miejsca i ludzi oczywiście działa, ale kupiłem do domu i półgęsek i sery i w Warszawie powtarza się to samo).

Chrumek III fot. tpb

Chrumek III fot. tpb

Czy jest w Polsce jakieś agroturystyczne gospodarstwo, w którym bywają (i prowadzą degustacje) János Árvay z Tokaju i József Simon z Egeru? Za dużo jedzenia i picia? Jeśli wspinaczka na Ciecień, Mogielnicę i nieodległy Turbacz to za mało, są dla narciarzy w promieniu kilkunastu kilometrów trasy zjazdowe i biegowe (Justyna Kowalczyk mieszka w odległej 10 km Kasinie Wielkiej) , a latem na wyciągnięcie ręki szlaki rowerowe. W samej „Koziarni” gości zaś permanentnie szkoła jogi.

Jadwiga i Marcin w ferworze wędzenia fot. Renata Rusnak

Jadwiga i Marcin w ferworze wędzenia fot. Renata Rusnak

Najfajniejsze jest jednak to, że rano można wejść do kuchni i pogadać przy przedśniadaniowej kawie o festiwalu serów w piemonckim Bra z jego bywalczynią, panią Jadwigą, pójść z Kubą na pstrąga, porównać z Marcinem przywiezionego rieslinga z jego seyvalem, gadać o winach, jabłkach, mangalicy, życiu.
Jeśli nie macie na to czasu – omijajcie „Koziarnię” szerokim łukiem. Nie jedźcie do Szczyrzyca jeśli właśnie jesteście na diecie (choć to akurat w dużej mierze zależy od rodzaju diety ;-)). A jeśli już tu zbłądzicie – przywieźcie swoje ulubione wino, żeby je Lorkom pokazać i o nim podyskutować, bo to otwarte umysły, nieustannie uczące się, rozwijające – siebie, a przez to własną ofertę. Ja w każdym razie do Szczyrzyca wybieram się znowu już wiosną.

Marcin i Kuba Lorkowie fot. z archwium Małopolskiego Szlaku Winnego

Marcin i Kuba Lorkowie fot. z archwium Małopolskiego Szlaku Winnego

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania U Lorków w „Koziarni” została wyłączona

2014: trochę winnych wspomnień

Kończy się rok, czas na wspomnienie kilku ważniejszych (albo po prostu ciepło zapisanych w pamięci) związanych z winem momentów.

Styczeń. Werona, Anteprima Amarone. Co roku narzekamy, bo to impreza na miarę Ligi Europejskiej, a nie Ligi Mistrzów. Idziesz na Real – PSG, a trafia ci się Szachtar – PSV. Wielkie domy z Valpolicelli kontestują imprezę z kilku powodów, z których najważniejszy to obowiązek pokazania rocznika amarone, który zgodnie z przepisami powinien właśnie wchodzić na rynek. Tymczasem tylko część winiarzy uważa, że cztery lata dojrzewania wystarczą – większość potrzebuje więcej czasu. Jedni zgadzają się na kompromis, inni nie czuję tej potrzeby. A jednak Anteprima Amarone to wciąż dobra okazja do poznania mniejszych, mało znanych winiarni i ich win, dlatego mimo wszystko lubię zaczynać sezon w mieście Kapuletów i Montekich.

Koniec stycznia, a grona ciągle w suszarni fot. tpb

Koniec stycznia, a grona ciągle w suszarni fot. tpb

Luty to czas kolejnej anteprimy (pokazu nowych roczników win wchodzących właśnie na rynek) – toskańskiej. W 2014 maraton Chianti Classico – Vino Nobile – Brunello został wydłużony o degustację mniejszych apelacji toskańskich (m.in. Bolgheri, Maremma, Cortona i wiele innych). To także okazja do 24-godzinnych odwiedzin w San Gimignano, gdzie zawsze najciekaqwszym punktem programu jest konfrontacja starszych roczników miejscowej vernacci ze światowymi tuzami w kategorii win białych – w tym roku z grüner veltlinerem z Dolnej Austrii.

San Gimignano fot. tpb

San Gimignano fot. tpb

A żeby odetchnąć od degustacji i ciągłego jedzenia, przynajmniej raz muszę wdrapać się na plac Michała Anioła i spojrzeć o poranku z góry na Florencję.

Florencja fot. tpb

Florencja fot. tpb

To był wielki debiut roku 2013 – vinifery i hybrydy ze Srebrnej Góry podbiły podniebienia miłośników polskiego wina. W marcu 2014 r. na Srebrnej Górze zadebiutowałem ja.

Na Srebrnej Górze fot. tpb

Na Srebrnej Górze fot. tpb

Rano Srebrna, a po południu marsz przez krakowski Kazimierz, kładkę zakochanych, Podgórze na Zabłocie i pierwsza w życiu wizyta w Krakó Słow Wine Pawła Woźniaka. I całe mnóstwo Gruzji w kieliszku…

Pierwszy raz u Pawła, na Zabłociu fot. tpb

Pierwszy raz u Pawła, na Zabłociu fot. tpb

Polska jest piątym największym rynkiem zbytu dla winiarzy z portugalskiego regionu Tejo. Za liczby odpowiedzialne są raczej wina no-name szczodrze traktowane cukrem i wypijane przez tych, którzy mają nikłe pojęcie gdzie płynie Tag. My odwiedziliśmy jednak tych, których naprawdę warto szukać…

Wiosna nad Tagiem fot. tpb

Wiosna nad Tagiem fot. tpb

…a że kolejny gigant portugalskiego winiarstwa, Lisboa leży tuż za miedzą…

...i w Lisboa fot. tpb

…i w Lisboa fot. tpb

Przedalpejskie wzgórza między Conegliano, a Valdobbiadene, ojczyzna prawdziwego prosecco to jeden z najbardziej malowniczych regionów winiarskich Europy. Powstają tu wina, które z lanym z kija w stołecznych barach prosekiem nie mają nic wspólnego. Warto było zadać sobie trud wspinaczki na jedno z rive (stromych winnic o statusie cru) by zrozumieć na czym polega wyjątkowość tutejszego siedliska.

Miedzy Conegliano, a Valdobbiadene fot. tpb

Miedzy Conegliano, a Valdobbiadene fot. tpb

Jednak jeszcze bardziej odciska się w pamięci obraz zastygłej lawy i rozsianych między czarnymi złogami winnic. A nad wszystkim nieco złowieszczy dymek z czubka Etny. Czasem żółty, czasem różowy…

Na zboczach Etny fot. tpb

Na zboczach Etny fot. tpb

Alejandro Fernandez robi genialne wina w Ribera del Duero. Ale też potrafi wyrwać po lunchu do tańca dziewczyny. Brak muzyki mu zupełnie nie przeszkadza – wystarczy, że współbiesiadnicy coś zaśpiewają.

Alejandro Fernandez fot. tpb

Alejandro Fernandez fot. tpb

250 km wzdłuż Mozeli na rowerach. Nie ma lepszego sposobu by przyjrzeć się wszystkim siedliskom. Choć na degustację nie ma zbyt wiele okazji (jeśli jazdę na rowerze traktujemy poważnie).

Stromy Calmont, a w nogach już 166 km fot. tpb

Stromy Calmont, a w nogach już 166 km fot. tpb

Dlatego z niemieckimi rieslingami 2013 lepiej było zmierzyć się przy stole degustacyjnym w Wiesbaden.

Mój zwycięzca degustacji mozelskich rieslingów 2013 w Wiesbaden fot. tpb

Mój zwycięzca degustacji rieslingów 2013 w Wiesbaden fot. tpb

Tymczasem dzieje się w RPA. Coraz więcej ciekawych win, eksperymentujących producentów, nowego podejścia. I tylko genialny krajobraz wciąż ten sam (na szczęście).

Wieczór w Stellenbosch fot. tpb

Wieczór w Stellenbosch fot. tpb

Mołdawia – ocenianie tamtejszego winiarstwa na podstawie oferty w polskich sklepach byłoby bardzo krzywdzące. Nie mniej przed winiarzami z ziem między Prutem, a Dniestrem jeszcze daleka droga.

Kraj, w którym wino leje się strumieniem... fot. tpb

Kraj, w którym wino leje się strumieniem… fot. tpb

Listopadowy festiwal wina w Merano to tłoczna impreza dla enomaniaków. Jednak w zaciszu sal degustacyjnych spotkać można samego Istvána Szepsy’ego, a na liście Aszú 6 puttonyos z roczników: 2007, 2006, 2005, 2003, 2002, 1999, 1997 i 1996.

Czasem trzeba pojechać w Alpy, by napić się wielkiego tokaju fot. tpb

Czasem trzeba pojechać w Alpy, by napić się wielkiego tokaju fot. tpb

Wyspa Brač, choć dużo większa niż pobliski Hvar, ma tylko trzy winiarnie. Za to wszystkie robią wina co najmniej intrygujące. Nazwę Jako Vino (seria Stina) na pewno na stałe zapiszę w winnej pamięci.

Na Braču turystów jest wciąż więcej niż wina, ale nadmorskie siedliska takie jak to, opodal Bolu rokują doskonale. fot. tpb

Na Braču turystów jest wciąż więcej niż wina, ale nadmorskie siedliska takie jak to, opodal Bolu rokują doskonale. fot. tpb

Grecja. Nareszcie. Po latach degustowania xinomavro, assyrtiko, agiorgitiko i moschofilero w Düsseldorfie i innych zakątkach Europy odwiedzam Peloponez, Macedonię, zbocza Olimpu i Epanomi.

12 grudnia, Naoussa, winiarnia Kir-Yanni. Prawdopodobnie ostatni lunch na świezym powietrzu w tym roku. fot. tpb

12 grudnia, Naoussa, winiarnia Kir-Yanni. Prawdopodobnie ostatni lunch na świezym powietrzu w tym roku. fot. tpb

A to jeszcze nie koniec…

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania 2014: trochę winnych wspomnień została wyłączona