Pytanie – odpowiedź

Na początku czerwca warszawska Piwnica Smaków wprowadziła do swojej oferty wina w puszkach. Atrakcyjnie opakowane, kolorowe, poręczne, łatwe do szybkiego schłodzenia i – tak sobie myślę – zdolne kusząco prezentować się w lodówkach stołecznych klubów obok Fritz-Koli czy napojów typu ready-to-drink. Wszystkie pijalne, choć możnaby czepić się dość agresywnego musowania w nasyconym CO2 chardonnay. Róż smakuje prostym różem, chardonnay – jak zwykłe, owocowe chardonnay, a merlot jest mięciutki jak kaczuszka, przyjazny w swej przeciętności.

Wine Not można dostać w lokalach, których lista jest tutaj: http://winenot.pl/gdzie_dostac.html | fot. er

Posłużę się w tym miejscu wątpliwością, której wyraz dał mój znajomy na FB: „Czy wino musi przestać być winem, żeby być atrakcyjne? Trzeba je nasycić dwutlenkiem węgla, sprzedawać w puszkach lub nalewać z kija?” I pozwolę sobie odpowiedzieć: tak, czasem. Czasem, w odpowiednim kontekście, miesza się rioję z colą (calimocho), białe porto z tonikiem (portonic), sherry ze spritem (rebujito) lub soczyste białe wino – z tonikiem (vin&tonic) albo wodą gazowaną (Spritzer).

Widzę to wino w zatłoczonych miejscach, gdzie nie ma co wtykać nosa w kieliszek, bo wdycha się głównie zapachy innych ludzi. W miejscach, gdzie stoi się, a nie siedzi, a o stolik trudno. Zresztą po co komu stolik, jeśli akurat gra jakaś wschodząca gwiazda polskiej muzyki, basista w dresie i japonkach śmiesznie przysypia na scenie, jest zbyt tłoczno, głośno i zabawnie, żeby utrzymać kieliszek w dłoni? Wyobrażam sobie Wine Not podczas imprez plenerowych, choćby po to, by był wybór dla tych, którzy nie sięgają po piwo, gardzą ofertą cydru w barze, a yerba mate i kola – wiadomo – nie mają procentów. Z doświadczenia własnego wiem też, że w pewnych okolicznościach przyrody czasem wstyd jest wino zamówić, bo wśród amatorów napojów w puszkach i butelkach, które należy sączyć lub wydudnić wprost z opakowania, głupio jest stać z kieliszkiem w dłoni, kręcić i wąchać.

Puszkę szpeci jedynie banderola | fot. er

Właśnie, wąchanie. Nie poleciłabym zafiksowanym na aromacie – piłam to wino celowo z puszki, ale irytował mnie trochę jej aluminiowy zapach. Przelałam do kieliszka i było lepiej, ale… akurat miałam do tego warunki.

Opublikowano Bez kategorii, degustacje, delikatesy, tanie wino, trendy, wine bar | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Środek winiarskiej Europy w Biedronce – bez fajerwerków

Biedronka w obszarze wina zabierała się dotąd za kraje winiarskie nie tyle oczywiste (jak grzmi w ostatnich dniach Internet), co z atrakcyjnym wizerunkiem – Portugalię, Hiszpanię, Włochy, Francję – próbując skroić ofertę na potrzeby polskiego konsumenta. Bez zbędnego napinania się, poszukiwania win ambitnych, celując raczej w napoje łatwe, których picie – nawet jeśli nie jest źródłem wielkiej przyjemności, zwyczajnie nie boli. Mnie się takie nastawienie podoba – Biedronka jest dla ludu, a wina wielkie czy trudne należy zostawić sklepom specjalistycznym.

Fajnie, że Biedronka niskimi cenami zmniejsza dystans do wina. Szkoda, że buduje go od nowa takimi hasłami | fot. er

Tym, którzy udają się do Owada po wino przy okazji konkretnego, tematycznego festiwalu, poszukującym znanej etykiety w akceptowalnej cenie, mógł umknąć fakt, że w stałej ofercie znajdują się tam także taniutkie wina ze starej dobrej Bułgarii, Węgier czy Mołdawii. Zwykle dlatego, że okupują najniższą półkę na regale. Wina z krajów winiarsko równie oczywistych jak wymienione na wstępie, ale dla mało zorientowanych – pachnących obciachową tanioszką, której nie zaakceptuje aspirujący konsument. Spieszę w tym miejscu wyjaśnić, że i Mołdawia, i Bułgaria, Macedonia czy Rumunia potrafią dać naprawdę ciekawe, ambitne wina. Bo że jest tak w przypadku Węgier, nie trzeba chyba wyjaśniać.

Europa Centralna, a w zasadzie jej część, w Biedronce | fot. Mariusz Boguszewski/pisanewinem

Tymczasem Biedronka postanowiła nie tylko podchwycić wątek win z Europy Środkowej i Wschodniej, ale i go rozwinąć (stawiając przy tym głównie na wina półwytrawne i półsłodkie), o czym będzie się można przekonać już 7 sierpnia, kiedy wina znajdą się na półkach.

Plusy? Prezentowany w ubiegłym tygodniu wybór win – zakładam jak zwykle, że to pewna reprezentatywna próba, choć założenie to bywa obarczone błędem – nie wprawił w osłupienie, tak w dobrym, jak w złym znaczeniu tego słowa. Oferta jest do bólu bezpieczna, przewidywalna, wygodna, sprzedawalna, potwierdzająca wizerunek części krajów środkowoeuropejskich jako źródeł wina taniego, łatwego, którego tło stanowi niemal zawsze lekka słodycz czy kwasowość. Wina są też dobrze dobrane do pory roku: ciepłej lub upalnej, tarasowej, grillowej. Biedronka świetnie czyta potrzeby konsumenta, nie walczy z nimi, nie edukuje na siłę – być może zresztą walor edukacyjny ofert winiarskich dyskontów jest mocno przeszacowany. Mówię „być może”, bo przypuszczam, że to z Biedronki część konsumentów dowie się, że Luksemburg i Słowenia robią wino. I że jest ono w sumie dobre.

Mołdawię reprezentuje Chateau Vartely | fot. Mariusz Boguszewski/pisanewinem

Minusy? Bardzo trudno stworzyć mi typową notkę zawierającą opisy wszystkich win, które degustowałam na zaproszenie importera tym razem. Wszystkie były przeciętne, nie doradzałabym często sięgającemu po wino czytelnikowi żadnego konkretnego zakupu, bo się rozczaruje. Liczyłam, że niezłe będzie wino musujące, Muscat Jeruzalem Ormož (znany słoweński producent), jednak męczące były w nim aromaty cukru pudru i toalety w PKP (to dla mnie miły zapach, proszę się nie boczyć), wszystko intensywne i nachalne, wywołujące efekt taniości. Drogo nie jest, 24,99 zł, ale już sama Biedra miewała w swojej ofercie dobre wina musujące robione metodą tradycyjną (tu jest metoda Charmata) za mniejsze pieniądze, czym sama udowodniła, że w tym przypadku nie ma mowy o dobrym stosunku jakości do ceny.

Plebiscyt na najpopularniejsze wśród uczestników degustacji wino wygrał riesling 2013 by Gustav Adolf Schmitt, który – odniosłam wrażenie – nawet koło rieslinga nie stał. Proste, taniutkie białe wino (16,99 zł), w którym nieprzyjemna zieloność została przykryta porządną dawką cukru. Za komentarz niech służą słowa Marcina Jagodzińskiego, który z niejednej już butelki rieslinga pił: „to nie jest dobry rok na kupowanie tanich rieslingów”. I kropka.

Kolaż butelek dzięki uprzejmości Mariusza Boguszewskiego i Roberta Szulca.

Półwytrawna mieszanka auxerrois, pinot blanc i pinot gris – Pinot Luxemburg Côtes de Schengen 2012 –  to biały banał za dwie dyszki, pachnący owocem i gumką myszką, mający też jakąś drażniącą mleczną nutę. Co kto lubi.

Właściwie w porządku były dwa inne białe wina, choć „w porządku” jest tu bardzo daleko od „ciekawe”. Sauvignon&Pinot Grigio Jeruzalem Ormož 2013 miał charakterystyczną trawiastą nutę, smakował cytrusami, był goryczkowe. Także krótki, ale kosztuje 17,99 zł i trwa tyle, ile wydanie reszty z dwóch dych. Na całej swojej długości jest jednak ok.

Na opisanym wyżej tle dosyć dobrze zaprezentowało się Áts Selection Tokaji Sárgamuskotály 2013, pachnący i smakujący jabłkiem, mirabelką, gruszką. Gdybym miała kupować cokolwiek z tej oferty, zdecydowałabym się na to właśnie wino. Mołdawię reprezentowała znana winiarnia Chateau Vartely, mająca skądinąd w swojej ofercie kilka ciekawych win. Tu fajerwerków nie ma: D’Or Malbec&Syrah Rose 2013 smakuje rozwodnionym czerwonym winem, jako róż jest niezbyt spójne, w nosie mocno aromatyczne, w ciemno do pomylenia z czerwienią, w ustach natomiast wodniste, rozmyte, bez wyrazu. W Mołdawii powstaje wiele innych win różowych: lepszych i równie tanich.

Poprosiłam Biedronkę o zdjęcia butelek, bo tym razem nie mogłam zrobić ich sama. Biedronka zbyła mnie milczeniem, więc wpisuję się w popularny trend i wrzucam fotkę ładnych dziewczyn zamiast | fot. Mariusz Boguszewski

W tak skrojonej stylistycznie ofercie nie mogło zabraknąć Bułgarii. Jedyne wino czerwone degustacji pochodziło właśnie z tego kraju, a był to masywny, nachalny pinot noir (niektórzy przy stole żartowali, że w mutacji z burakiem…) Leva Pinot Noir 2012. Wymęczony, napięty do granic możliwości owoc w żelaznym, suchym uścisku dębu – dla wielbicieli stylu w cenie 14,99 zł. Ja mówię mu nie.

Degustowałam na zaproszenie Jerónimo Martins.

Opublikowano Bez kategorii, degustacje, dyskonty, Mołdawia, tanie wino | Otagowano , , , , , , , | 1 komentarz

Telmodrama – opowieść o winie

Śniły mi się rzezimieszkowate ulice Madrytu nocą, a może, by powiedzieć z większą precyzją, oddającą nastrój tej sennej mary, w czasie gdy noc przepoczwarza się w dzień. Sceny i makijaże dziwaczne jak u wczesnego Almodovara. Nie wiem czy możliwe jest odczuwanie zapachu we śnie, ale ciemne zakamarki wydalały woń nocnego życia: mieszankę tytoniu, marihuany, wymiocin, moczu oraz taniego seksu, ale na szczęście było wietrznie i ten zapach miasta wydał mi się znośny, a na pewno bardzo szczery. Wokół, dokąd sięgał mój wzrok, dogorywały znaczone balangą kukły, część półprzytomna, część jakby martwa, nieruchoma, często w homoseksualnym uścisku. Przy wystawionym na chodnik stoliku, w jakimś zmęczonym nocą barze, w asyście drag queens i dziwek na fajrancie, degustowałam wino. Bóg jeden wie, czemu były to wina Compañía de Vinos Telmo Rodríguez – w swym ogóle na wskroś normalne, nie pasujące do kuriozalnego krajobrazu, choć w pewien sposób Telmo Rodríguez i Pablo Eguzkiza biegną do celu, jak jeden z bohaterów mojego ulubionego almodrama, by w jednej chwili wykiwać widza i nadal biec, owszem, ale uciekając od czegoś. Inny związek, jaki dostrzegam, to fakt, że Telmo mieszka w Madrycie. Zresztą być może wcale nie ma tu metafory – może to po prostu pretekst, by o tych winach napisać.

Gdzie są ukryte skarby | fot. cvtr

Przypomniałam sobie o winach Compañía de Vinos Telmo Rodríguez podczas niedawnej wizyty w Ribera del Duero i Toro, kiedy miałam okazję spróbować Matallana 2010 i 2005 – bardzo ekspresyjnych, eleganckich riber, pachnących mięsem i fiołkami, z wyrazistym, lecz nie przegotowanym owocem; świeżych, o ciepłym, gładkim garbniku. Z kolei Pago la Jara 2009 – mięsno-owocowe, dzikie, kamienne – polecam wszystkim, którzy nie wierzą w Toro. Będą nawróceni.

Pago la Jara. Przesmaczne Toro | fot. cvtr

Proszę wybaczyć, pominę winiarskie umocowanie kształconych w Bordeaux dwójki przyjaciół – Telmo Rodrigueza i Pablo Eguzkizy – to fakty w zasięgu kilku kliknięć w google. Podoba mi się ich pionierskie podejście, wiara w lokalność i tradycję, imponuje determinacja, z jaką działają od wielu lat, przemierzając mniej lub bardziej zapomniane zakątki rozległej Hiszpanii w poszukiwaniu win, które były, a których już nie ma. Podoba mi się nonszalancja, z jaką podchodzą do swoich projektów, olewczy wręcz stosunek do dizajnerskich winiarni i praca na kupionym (dziś już nie tylko) owocu w wynajętych za rozsądne pieniądze budynkach. Ważne też jest, że w Hiszpanii, która produkuje sporo win technologicznych, bez skazy i bez charakteru, Telmo i Pablo robią wina w sposób zupełnie normalny: zaczynając od możliwie najlepszego owocu z możliwie najlepszego siedliska, przy ostrożnym działaniu w winiarni. I choć wytwarzanie wina w rozmaitych regionach to dziś nie pierwszyzna, to jednak 20 różnych win w 10 różnych apelacjach robi wrażenie, zwłaszcza, gdy ich ogólny poziom (tu można wrzucić do jednego worka Toro i Rias Baixas…) jest bardzo dobry.

Kolory. Jeden z powodów, dla których warto odwiedzić Rioję jesienią | fot. er

Romantycznemu dążeniu do tworzenia win posiadających lokalną duszę – to nie przypadek, jak sądzę, że pierwsze wino Telmo i Pablo nazwano Alma, z hiszp. dusza, win z biodynamicznych upraw, wyłącznie z lokalnych rodzimych odmian, ale też win będących w zasięgu portfela, egalitarnych, towarzyszy biznesowa metoda. Comapañía de Vinos Telmo Rodríguez (dalej: CVTR) nie zaczyna od kupna ziemi i postawienia winiarni na miarę ósmego cudu świata, lecz od pracy z lokalnymi winogrodnikami, szukania winnic prowadzonych w tradycyjny sposób (na głowę), kupowania i poznawania owocu. Tak zresztą produkowane jest jedno z najpopularniejszych win CVTR: soczysta, prosta i przesmaczna Basa z DO Rueda (niegdyś verdejo + viura + sauvignon blanc, a od niedawna bez tej ostatniej odmiany). Dopiero następnym krokiem jest wyprodukowanie wina bardziej złożonego, bogatszego, trudniejszego w odbiorze. Trzymajmy się przykładu Ruedy: tu będzie to cięższe, bardziej zbudowane El Transistor, wino o kredowej, matowej końcówce, cytrusowej kwasowości, tłustawe, mineralne.

Przestrzenny krajobraz Toro | fot. Jason Orton, cvtr

Szczególnie widoczna wydała mi się ta praca u podstaw, a także ogromny entuzjazm producentów, podczas mojej ostatniej wizyty w osławionej DOCa Rioja – apelacji ogromnej i nieheterogenicznej, w której od lat winiarski dyskurs oscyluje wokół beczki (o czym piszę więcej w najbliższym wydaniu MW). Z lewa moderna, z prawa – tradycja; albo odwrotnie. Beczka taka, beczka śmaka, reserva, gran reserva i dużo niedobrej (no, dobrej też w sumie) crianzy. Winnic tu dostatek, lecz mało kto sili się na refleksję nad terroir – trudno się zresztą dziwić, skoro jeszcze nie tak dawno nie można było legalnie produkować wina komercyjnego ze znakiem crianza/reserva/gran reserva, nie posiadając minimum 500 dębowych beczek i wytwarzając mniej niż 2200 helktolitrów. Ziemia, siłą rzeczy, była trochę mniej istotna.

Nowoczesna historia Riojy kręci się głównie wokół beczki | fot. er

Rioja z Compañía de Vinos Telmo Rodríguez nie stroni od beczki, ale też nie poddaje się jej terrorowi. Fermentowane są spontanicznie, ale różnie: soczyste LZ (z owoców od współpracujących winogrodników) w cemencie i tamże starzone; Lanzaga (własne winnice) w cemencie, by trafić do foudres i barriques na rok z haczykiem (bez presji, bo nikogo tu nie interesuje znaczek crianza i wyżej), by dać wino średniej budowy, gibkie, świeże i soczyste, z lekkim uściskiem garbnika; Altos de Lanzaga, wino najelegantsze z tej trójki, fermentuje w dębie i dojrzewa podobnie do Lanzagi, choć kilka miesięcy dłużej. Dobry owoc i rozsądna winifikacja – oto domniemani ojcowie sukcesu.

Czasem słyszę, że Rioja to najbrzydsza apelacja świata. Nie zgadzam się. | fot. Jason Orton, cvtr

O innych winach CVTR już pisałam, a idealny rozmiar notki blogowej nie pozwala omówić różnorodnej oferty: od lekkiego verdejo, przez różne twarze tempranillo, aż do moscatela z Malagi. Trudno mi jednak nie polecić uwadze Czytelnika tego producenta. Jednego z bardzo niewielu, którzy pokazali mi w Rioja winnicę.

 

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

Fernão Pires czyli Maria Gomes

Są ich setki (jedni mówią, że 300, inni – że 700) i mają mnóstwo imion w zależności od tego, czy podróżujemy na północ czy na południe Portugalii. Może się zdarzyć, że w jednym miejscu wkujemy na blachę ich nazwę, a pięć kilometrów dalej na zachód spotkamy je pod innym imieniem. Lokalne (mniej lub bardziej) portugalskie winogrona. Fernão Pires – dla przykładu – zmienia płeć, goli (zapuszcza?) brodę i staje się Marią Gomes. Jak gdyby nigdy nic.

Portugalskie winiarstwo w pigułce. | fot. er

W ramach Flavours of Portugal (w imprezie można uczestniczyć jeszcze tylko dziś) miałam przyjemność poprowadzić degustację win z lokalnych odmian. Naszła mnie przy tym refleksja, że podczas każdej degustacji win portugalskich – czy w niej uczestniczę, czy robię za przewodnika po tym bardzo atrakcyjnym i różnorodnym w tym obszarze kraju – podkreśla się niezwykłe bogactwo uprawianych tam odmian, a następnie i tak prezentuje się tradycyjne dla Portugalii blendy. Portugalia właśnie kupażem stoi, a winiarz jest tu jak malarz, który dobiera barwy, by ostatecznie stworzyć rzecz estetyczną, spójną, zaspokajającą każdą z potrzeb, kompletną. A przy tym zupełnie odmienną od tej z pracowni za miedzą.

Białe odmiany Portugalii to m.in.: loureiro, verdelho i alvarinho | fot. królestwo garów

Postanowiłam pokazać monocastas, czyli wina odmianowe. Zadanie okazało się dosyć trudne, ale drzwi do swoich obszernych magazynów otworzyła Atlantika, z której oferty wybrałam trzy wina białe i pięć czerwonych. Na pierwszy ogień poszło Muros Antigos Loureiro 2012 od Anselmo Mendesa – mistrza alvarinho z mekki tego szczepu, Monção, na północy Portugalii. Odmiana to plenna, bardzo adekwatna do chłodniejszego klimatu Minho, porównywana czasem z młodymi rieslingami, choć sama tego porównania nie lubię i nie potrzebuję go. Loureiro w najlepszym wykonaniu pachnie tropikalnym owocem i liściem laurowym, pozostawia posmak brzoskwini, ma wysoką kwasowość i niski dość alkohol. Tradycyjnie występuje w Vinho Verde DOC w kupażu z arinto i trajadurą, jednak tu, w formie czystej, pokazało moc orzeźwienia, cytrusowy owoc i nuty ziołowe. Loureiro możecie też spotkać pod nazwą branco redondos lub, po stronie hiszpańskiej, w Rias Baixas, pod nazwą loureira.

Czerwone odmiany, której najczęściej występują w kupażach | fot. królestwo garów

Z przyczyn techniczno-logistycznych pominęłam arinto, szczep o wysokiej kwasowości, choć nie tak aromatyczny, jak loureiro. Uważam jednak, że pachnące cytryną i jabłkiem arinto z Bucelas to dobra alternatywa dla vinho verde, która, nota bene, jest obecna w większości kart winebarów w Lizbonie. Występuje pod różnymi nazwami: arinto cachudo, arinto miudo, arinto galego, arinto do Dão, pedernã (w Minho, gdzie stanowi ważny składnik vinho verde).

Podane w następnej kolejności Verdelho Maladinha Nova 2011 ma istotnie więcej aromatu. Wyczuwalne są nuty kwiatowe i owocowe, ciut wiciokrzewu i zielonej herbaty. W ustach tłustawe, gładkie, obfite, długie, nieco anyżkowe. Verdelho (często mylone z verdejo czy chenin blanc) pochodzi prawdopodobnie z Madery i uprawiane jest właśnie tam oraz na Azorach i w Alentejo. Amatorom hiszpańskiego wina może być znane pod nazwą godello.

Nie mogło zabraknąć alvarinho – wszak północ Portugalii uważa tę odmianę za swój największy skarb. Tak ważny i wielki – zwłaszcza w Monção e Melgaço – że dyskutowano w ostatnim czasie stworzenie dlań osobnej apelacji. Sprawa pewnie spali na panewce, ale co to kogo? Czy Portugalia, kraj świetnych win spod skromnego znaku VR, musi podnosić swoje alvarinho do rangi DOC? Pewną swobodą jest już fakt, że producenci najlepszych alvarinho umieszczają napis Vinho Verde DOC” na kontretykiecie nie epatując nią zbytnio i nie sugerując, że w butelce jest prościutkie jak drut, łatwe verde. Soalheiro Alvarinho 2012 pokazało w każdym razie elektryzującą wręcz kwasowość, nuty limonkowe i ziołowe, balans w ustach, oleistą teksturę, posmak melona i gruszek.

Tak pachnie Fernão Pires | fot. winesofportugal

Wielkim nieobecnym był Fernão Pires (czyli marii gomes), choć szczep ten w tym kraju nad oceanem jest bardzo popularny. Daje głównie wina o dość niskiej kwasowości, ale bardzo aromatyczne. Stosowane jest do produkcji pełnego spektrum win: od spokojnych, po musujące, przez late harvest (tylko po co?) po zbotrytyzowane.

Podróż przez odmiany czerwone zaczęliśmy z hiszpańska, od aragonês, znanego Czytelnikowi bardziej pod nazwą tempranillo (w Douro również: tinta roriz) – jednej z niewielu odmian hiszpańskich (o ile nie jedynej), której udało się zawojować Luzytanię. Ameias 2009 od Sivipa ze znakiem Terras do Sado (obecnie: Setúbal) było obfite w owoc (głównie czerwony plus jeżyna), soczyste, nie uduszone beczką, w której leżało jedynie 4 miesiące. Wino podobało się publiczności, mnie za serce nie chwyciło.

Co innego Sousao 2009 z Casa Santos Lima – odmiana znana miłośnikom porto, będąca często jego składnikiem; znana też niewielu pewnie miłośnikom czerwonych vinho verde (pisałam o nich tutaj). Wino bardzo mocnej barwy, koncentracji sapera, posmaku śliwek i jeżyn. Poszukującym win odmianowych Portugalii polecam uwagę tego producenta – ma ich chyba w portfolio najwięcej.

Touriga nacional uchodzi za najszlachetniejszą czerwoną odmianę Portugalii | fot. królestwo garów

Przepięknym winem okazała się touriga franca Calços do Tanha 2007 od niewielkiego producenta z Douro, Manuela Pinto Hespanhola. Touriga franca to – znów – ważny składnik porto i Douro, gdzie najczęściej miesza się ją z tourgią nacional i tintą roriz. Degustowane wino, pochodzące z jednego z najdzikszych regionów winiarskich w tym niewielkim kraju – górzystego Douro – pachnie malinami, jeżynami i leśnymi kwiatami. Jest eleganckie, głębokie i błaga o kawałek mięsa!

Nie podobała się uczestnikom – serce mi pęka, kiedy to piszę – baga Vinhas Velhas 2009 Luisa Pato. To nie jest dziwne – baga nie daje win prostolinijnych, a jej wysoka kwasowość sprawia, że nawet gdy wychodzi spod rąk mistrza, bywa narowista przy pierwszym poznaniu. To wino, nieco dymne, bardzo skoncentrowane w swych czereśniowo—ziemistych i różanych aromatach, pikantne i kwasowe jak szlag, jest moim ulubionym z prezentowanych tutaj.

O coś mocniejszego z jednej odmiany nie jest łatwo w Portugalii. Ale jest ginja/ginjinha - wyłącznie na bazie wiśni ;) | fot. królestwo garów

Do takich nie należała natomiast touriga nacional z Beiras: Quinta do Cardo Reserva 2010 VR Beira Interior, choć byłam w tej opinii raczej odosobniona. Dlaczego? Ta odmiana, pochodząca prawdopodobnie z Dão (lub z Bairrady, jeśli na sali siedzi Luis Pato) uchodzi za najszlachetniejszą wśród czerwonych odmian Portugalii i uprawiana jest wszędzie: od Douro czy Dão, po Alentejo i Setúbal. Daje wina pełne, taniczne, ciemne, skoncentrowane, pachnące jagodą i fiołkiem, nie pozostawiające miejsca do dyskusji. To była bardzo dobra touriga, niczym jednak mnie nie zachwyciła, a w dyskusji między tymi, którzy twierdzą, że to najdoskonalsza czerwień Luzytanii i tymi, którzy nie mają do niej przekonania, jestem raczej po stronie tych drugich.

Polecam podróż z monocastas w kieliszku – pozwala lepiej zrozumieć portugalskie blendy. Win odmianowe z Portugalii mają w swojej ofercie między innymi: Atlantika, Kondrat Wina Wybrane, Mielżyński i Wina Online.

 

 

Opublikowano Bez kategorii, degustacje, Portugalia | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Janowiec 2014: upał, strajk i triumf wina

Święto Wina wisiało na włosku - ostatecznie udało się, choć w atmosferze strajku pracowników Muzeum Zamku w Janowcu | fot. er

Niewiele brakowało, a coroczne Święto Wina w Janowcu w ogóle by się nie odbyło. Dyrektor Muzeum Nadwiślańskiego, skonfliktowana z organizatorami i pracownikami placówki, stawała okoniem, roszcząc sobie prawa do przejęcia imprezy, organizowanej z dużym sukcesem od wielu już lat przez Stowarzyszenie Winiarzy Małopolskiego Przełomu Wisły. Impreza wisiała na włosku, ostatecznie jednak włos ten nie urwał się i mogliśmy, jak co roku, degustować wina z MPW na najlepszym plenerowym festiwalu winiarskim w tym kraju. Panel degustacyjny, którego miałam przyjemność być częścią (wraz z Wojtkiem Bońkowskim i Maćkiem Nowickim) zasiadł w pierwszej kolejności nie do oceny win, lecz do składania folderów okolicznościowych, drukowanych, w związku z trwającymi do końca napięciami na linii organizatorzy-muzeum, na ostatnią chwilę. Mało było rąk do tej żmudnej pracy.

Faceci w czerni. Winnica Dom Bliskowice | fot. er

Święto Wina miało więc w tym roku pod górkę, podobnie jak pod górkę mieli w roczniku 2013 winiarze z Małopolskiego Przełomu Wisły, korzystając wprawdzie z łask łagodnej końcówki zimy, ale mierząc się z niełaską mroźnego i śnieżnego kwietnia, czego konsekwencją było opóźnione kwitnienie i owocowanie winorośli. Po upalnym lecie nadszedł stresujący okres winobrania, który był chłodny i deszczowy, nie sprzyjający dojrzałości i zdrowiu owoców. Część winiarzy zbierała plony dopiero w późniejszym i cieplejszym październiku. Rok był najwyżej średni i takie były w swym ogóle przedstawione do oceny panelu degustacyjnego wina – zielone, niedojrzałe, walczące o równowagę – którym mieliśmy przyznać oznaczenie Karty Winnic Małopolskiego Przełomu Wisły, swoisty znak jakości. Z kronikarskiego obowiązku przypominam, które wina i winnice zostały wyróżnione w zeszłym ubiegłym.

Solero 2013 z Winnicy Solaris to jedno z lepszych win białych panelu | fot. er

Wśród win zgłoszonych do degustacji znakomita większość pochodziła właśnie z trudnego rocznika 2013, można więc uznać, że jednogłośne wyróżnienie 20% z nich to duży sukces. Mam wśród nich swoich osobistych faworytów, jak choćby żywy i owocowy Johanniter 2013 z Winnicy Dom Bliskowice, o którym już zdarzało mi się wypowiadać ciepło, z dobrym cukrem resztkowym (8 gramów), choć nieco powściągającym swoją charakterną zwykle kwasowość. W czerwieni moje podniebienie podbiły dwa wina z Winnicy Maja: Pinot Noir Precoks 2013, wino szczupłe, napięte, ładnie owocowe oraz Czerwone 2013, będące ładnym kupażem pinot noir i regenta (60:40).

Małe Dobre, faktycznie - dobre | fot. er

Brakło mi różu, o którym winiarze z regionu mówią zgodnie, że jest tu nowym, obiecującym trendem. Na 5 zgłoszonych win wyróżniliśmy tylko jedno: pyszne, radosne w swoim charakterze Rose 2013 (100% rondo) z Winnicy Modła. Wynik to znacznie gorszy, niż w ubiegłym roku. Lepiej – znów w odniesieniu do degustacji zeszłorocznej – wypadły wina czerwone. Poza wymienionymi niżej, wyróżnionymi Kartą Winnic, urzekł mnie cabernet cortis 2012 z Winnicy Dom Bliskowice, wino, co do którego stracono już niemal nadzieję (Lech Mill z Winnicy Dom Bliskowice zdradził, że chciał je zutylizować), a które po czasie pokazało się jako mocno aromatyczne, strukturalne, o dobrym garbniku. Aktualnie przebywa w beczce i daje nadzieję.

Leon po przejściach i najlepszy róż w tym roku: Winnica Modła Tomasz Stola | fot. er

W bieli najlepiej wypadły:
Solaris 2013, Winnica Modła Tomasz Stola
Solero 2013 (solaris), Winnica Solaris
Hiberia 2013 (hibernal), Winnica Solaris
Johanniter 2013, Winnica Dom Bliskowice

Wyróżniony róż:
Rose 2013 (100% rondo), Winnica Modła Tomasz Stola

Najlepsze wina czerwone:
Czerwone 2013 (pinot noir precoks 60%, regent 40%), Winnica Maja
5 13 (rondo), Winnica Dom Bliskowice
Pinot noir precokc 2013, Winnica Maja
Regent 2013, Winnica Małe Dobre

Piękny i dynamiczny Małopolski Przełom Wisły | fot er

Małopolski Przełom Wisły to region ambitnych pasjonatów-uparciuchów. To już 40 winnic, coraz większa reprezentacja podczas Święta Wina, bo owocują już winnice zakładane w ostatnich latach; coraz więcej nasadzeń na wina czerwone, choć w regionie dotąd dominowały wina białe; coraz więcej producentów z prawem do sprzedaży swojego wina (Winnica Dom Bliskowice, Winnica Rzeczyca, Winnica Solaris, Winnica Małe Dobre, Winnica Wieczorków) i kolejni, którzy się o to prawo ubiegają, co jest dobrą informacją dla konsumenta. A przede wszystkim – co istotnie wpłynie na jakość win w nadchodzących latach – to miejsce, które szturmem zdobywa vitis vinifera, stanowiąc dziś niemal trzecią część nasadzeń.

 

Opublikowano Bez kategorii, degustacje, delikatesy, Polska, trendy | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Dąsy w krainie za Tagiem

Adega Cartuxa, Herdade de Pinheiros | fot. er

Kraina za Tagiem jest w głównej mierze równinna, czasem tylko spokój krajobrazu zakłóca niewielkie wzniesienie. Niezwykła przestrzeń, trudna do udźwignięcia masa powietrza, rozległe plantacje dębu korkowego i  cisza po horyzont. Alentejo zdaje się czasem krainą nie tyle uśpioną, co martwą, w której niebo jest błękitne, a zieleń – zażółcona gorącem; a przynajmniej tak wyglądało Alentejo tydzień temu.

Kraina za Tagiem – romantyczne to określenie – uchodzi za portugalski Nowy Świat (to już mało romantyczne, wiem). To region, w którym dominują wielcy gracze, potężne winnice i miliony litrów win, które zeń wypływają. Na ponad jedenastu tysiącach hektarów upraw (w ramach apelacji tylko; wina regionalne to dodatkowe 10 000 ha) powstają wina krągłe, intensywnie owocowe, bardzo bezpośrednie, ale też – z uwagi na rozmiary winnic – stosunkowo tanie; wina, po które najchętniej aktualnie sięgają Portugalczycy, gdy nie szukają elegancji Dão lub głębi Douro, ale które stanowią również ważny towar eksportowy.

Cartuxa to w Alentejo producent najwyżej średniej wielkości | fot. er

Powstające tu wina stanowią niemal 1/6 całej produkcji Portugalii i mają ponad 40% udziału w krajowym rynku tak pod względem ilości, jak wartości. To ziemia wielkich producentów i nowych technologii, morza – trzeba to powiedzieć – win przemysłowych i tanich, ale też dający owoce kilku ciekawym, wartym uwagi winiarzom. Region, choć to moja bardzo prywatna opinia, najmniej portugalski, na równi korzystający z lokalnych lub krajowych odmian, jak i z dobra syrah, cabernet sauvignon czy sauvignon blanc. Region dozwolonej irygacji (w rocznikach, w których jest to, zdaniem władz apelacji, konieczne) i wielu innych dozwolonych chwytów, które mają doprowadzić do skrojenia wina na miarę świetnie wyczuwanych potrzeb konsumenta.

Zbiór jest wprawdzie ręczny, ale sortowanie - optyczne | fot. er

Na rozległych równinach Alentejo, podzielonego na kilka podregionów, powstają też wina eleganckie i zapadające w pamięć, niekoniecznie tanie – a przecież wina z krainy nad Tagiem takie być powinny – powie konsument. Dobrym przykładem jest Cartuxa, winiarnia założona w pod koniec XIX wieku w budynkach dawniej używanych przez Jezuitów (właściwie winiarnia była tu już około sto lat wcześniej), odnowiona w połowie ubiegłego stulecie przez Eugénio de Alamedę i aktualnie należy do fundacji jego imienia (Fundação Eugénio de Almeida). Choć Cartuxa ma w sumie 300 hektarów upraw wokół Evory (niemal trzecia część jest własnością fundacji, około 100 ha – dzierżawione; pozostałe 100 ha należą po prostu do zaprzyjaźnionych winogrodników, dostarczających owoce), a w najbliższych latach chce tę wartość podwoić, to nadal należy – w wybujałej alenteżańskiej rzeczywistości – do producentów mniejszych, może średnich, robiących nie więcej niż 2 500 000 butelek wina rocznie. Przy ręcznym zbiorze owoców, jaki stosuje się w znakomitej większości winnic należących do Cartuxa, pracuje rocznie około 150 osób…

Pedro Baptista, enolog Cartuxa | fot. er

Te liczby są przytłaczające i trudno je skojarzyć z dobrej jakości winem. Degustacja jednak nie kłamie: świetny jest zarówno tutejszy musiak – blanc de blanc produkowany metodą wtórnej fermentacji w butelce (tradycyjnie) w 100% z arinto – złocisty, o subtelnym aromacie jabłek i cytryn, zbudowany częściową fermentacją w beczkach dębowych i długim dojrzewaniem nad osadem. Równie świeże i soczyste jest Cartuxa Branco 2013, mieszanka do imentu lokalna: antão vaz i arinto po połowie mniej więcej, bardzo cieliste, tłustawe wręcz na podniebieniu, pyszne i dobrze zrobione, z właściwą arinto wysoką kwasowością. Inną kategorią jakościową i cenową jest ScalaCoeli VR Alentejano 2011, piękna ekspresja alfrocheiro, dziko pachnąca leśnymi owocami i ściółką, wino dojrzałe w ustach, o gładkim, drobnym garbniku, może nawet z nutą mineralną, jeśli mineralność istnieje. Gorycz pojawia się jedynie, kiedy pojawia się cena: około 80 euro na półkach w portugalskich sklepach. Nie mnie jednak oceniać, ile jest warta ta elegancja do szpiku kości portugalska.

Cartuxa Tinto to główna etykieta producenta | fot. er

1/4 tej ceny trzeba zapłacić za czołową etykietę: Cartuxa Tinto. W roczniku 2011 wino stanowi mieszanką aragonez i alicante bouschet (60:40), pokazuje aromaty mięsne i przyprawowe, a w przełyku jest pieprzne i długie; pozostawia przyjemny posmak czerwonych owoców. Garbnik ma gładki i mocny, a pikanteria w końcówce nadaje mu charakteru.

Wreszcie Pêra Manca – etykieta z pewnością winomanom znana. Rocznik 2011 w bieli zaprezentował egzotyczne walory swojego bukietu, wzbogacone niuansem oddębowym, dyskretnym, acz widocznym. Mieszanka arinto i antão vaz ze starszych krzewów (30 lat, w zasadzie nie wiem, czy to starsza winnica…) w ustach jest potężna, znać w niej długie dojrzewanie nad osadem, elegancję, dojrzałość, precyzję winemakera (Pedro Baptista). 30 euro za to wino nie wydaje mi się ceną, za którą należałoby się obrażać, biorąc pod uwagę potencjał starzenia tego wina (nie miałam okazji próbować, opieram się na komentarzu João Paulo Martinsa – autora najlepszego przewodnika po winach portugalskich).

Degustowana podczas seminarium piętnastoletnia biała Pera Manca pokazała się żywo, wielowymiarowo. Ma przed sobą jeszcze sporo czasu | fot. er

A czy dąsać się o to, że za czerwoną Pera Manca 2010 trzeba w portugalskim sklepie zapłacić 200 euro? Ponad 800 złotych za dymno-mięsny aromat, za gładkość najlepszej jakości jedwabiu, za potęgę owocu, piękną krągłość ciała? I za wiedzę, że wino będzie trwało przez dekady? Za ikonę portugalskiej czerwieni z owoców aragonez i trincadeira z krainy za Tagiem, gdzie wprawdzie na irygację zezwala się średnio co drugi rok, a większość win co roku dokwasza, ale gdzie – przy odpowiednim wysiłku – można osiągnąć winiarski cud spod skromnego znaku DOC Alentejo?

Pocztówka z Lizbony w ramach relaksu | fot. er

Opublikowano Bez kategorii, degustacje, delikatesy, Portugalia | Otagowano , , , , | Skomentuj

Vallado, czyli wiele hałasu o coś

Wiele hałasu o tę żółtą etykietkę | fot. winoioliwa.com

Pewien sklep z owadem w nazwie sprzedaje portugalskie wino, które od lat dostępne było w ofercie pewnego znanego importera. W kontekście utyskiwania na agresywne działania krwiożerczych dyskontów – głównie w tych miejscach w sieci, które ukochały sobie wybiórczo rozdmuchiwać takie kontrowersyjki do rozmiaru katastrofy – dosyć zabawny wydaje się fakt, że Mielżyński (bo o niego jak już wszystkim wiadomo chodzi) sprzedał już swoje zapasy Vallado 2011. Zajęło mu to niespełna 2 tygodnie od pokazania przez Biedronkę tego asa w winiarskim rękawie.

Zyskało na tym samo wino: jest w ostatnim czasie na ustach wszystkich. To bardzo dobrze, bo warte jest uwagi; po tym, jak Vallado Tinto pojawiło się w dyskontowej gazetce, w recenzjach na blogach często przewijała się informacja, że jest to wino, które nadaje się do przechowywania (np.: tu, ale także w moim wpisie blogowym). Gruchnęły też zdziwienia i pytania: jak długo pożyje w godnych warunkach domowych to wino z dyskontu? Na to pytanie odpowiedź dał Mielżyński, organizując pionową degustację Tinto i Reservy.

Reserva od Vallado - smakowity kąsek | fot. winoioliwa.com

Vallado Tinto (tak 2011 od Mielża, jak 2012 z Biedry) ma pewną zaletę: daje dużą przyjemność z picia już teraz – warunek konieczny, jeśli idzie o wina z dyskontu, których gros trafia do ludzi kupujących wino do bieżącej konsumpcji – ale jednocześnie kilkuletnie przechowywanie zdecydowanie mu służy. Vallado Tinto to zawsze mieszanka touriga franca, touriga nacional, tinta roriz i sousão dojrzewająca w znakomitej większości w stalowych kadziach (około 20% kupażu to wino ze starych winnic starzone jest w używanych beczkach z dębu francuskiego przez około 16 miesięcy). W czasie degustacji cofnęliśmy się aż do rocznika 2008, w którym ta podstawowa czerwień z oferty producenta – 6 lat po zbiorach – jest winem żywym, głębokim i ciekawym, wciąż pełnym owocu. Największy potencjał do przechowywania pokazuje genialny 2011 – rocznik, o jakim zawsze marzą winiarze, bo produkcja była spora, a jakość doskonała. Mocno kwasowe, ale z garbnikiem i owocem, od którego ekspresji mógłby się uczyć Leonardo Di Caprio (pewnie wówczas dostałby w końcu Oscara). Nieco bledszy na tym tle jest rocznik 2010, ale nadal jest to wino, które przetrwa 4-5 lat w dobrych warunkach, choćby domowych (koniecznie w ciemnym miejscu nie narażonym na wahania temperatur, stosunkowo chłodnym, więc branża poleca najczęściej sypialnię…). Warto przy tym po raz kolejny podkreślić, że takiego krótkotrwałego przechowywania nie należy demonizować, dla krótkodystansowego zestarzenia kilku butelek Vallado nie trzeba od razu kupować profesjonalnej chłodziarki. Robert Mielżyński ma jeszcze kilka butelek dobrze wycenionego magnum 2010 – polecam uwadze. Degustacja Vallado Tinto 2008-2012 pokazała dobitnie powtarzalność tych win i potwierdziła, że to bardzo dobry wstęp do czegoś poważniejszego.

Vallado na ustach wszystkich | fot. winoioliwa.com

I właśnie w stronę tego poważniejszego chciałabym w tym miejscu skierować uwagę czytelnika. Quinta do Vallado Reserva urzeka głębią, koncentracją i powagą, stanowiąc doskonały przykład tradycyjnego douro, za którym tęskni się przy typowo kominkowej, deszczowej pogodzie. Pierwsze Vallado Reserva powstało w 1999 roku. Degustowany w ubiegłym tygodniu 2011 to świeżynka w płaszczu potężnego kwasu i garbnika i marzę o tym, by wypić ją np. za lat dziesięć. Nieco lżejszy, choć podobnie kwasowy, jest młodziutki 2010, a pewien rozwój czuć już w 2009. Niespecjalnie urzekający i gorzej rokujący jest 2008 – wino z chłodniejszego rocznika o deszczowej wiośnie i zimnym lecie, bardziej ziemiste niż w roczniku kolejnym. Najbardziej podobał mi się jednak rocznik 2004, pachnący owocowo-grzybowo, ciut balsamicznie, o gładkim, pieszczotliwym garbniku i wyrazistej kwasowości – najstarsze z degustowanych win, świetne dziś, ale nadal do potrzymania. Czym Douro bogate, tym sypnęło. Warto podkreślić że także Reserva (u importera dostępny rocznik 2010) ma świetną, jak na tą klasę wina cenę.

Patrząc z mojej perspektywy, tak naprawdę to Biedronka wykonała kawał dobrej roboty dla popularyzacji oferty Mielżyńskiego | fot. winoioliwa.com

Biedronka wykonała kawał dobrej roboty dla popularyzacji oferty Mielżyńskiego. Niezależnie od jego własnych działań marketingowych – zwykle znakomitych, a często wręcz błyskotliwych (jak choćby właśnie obniżka ceny Vallado Tinto 2011) – teraz dzięki jednej z wielu ofert dyskontu w ciągu roku kalendarzowego, wszyscy którzy zainteresowali się tym tematem, przeczytali na ten temat w sieci, próbowali coś odnaleźć na ten temat wiedzą już o istnieniu pewnego warszawskiego importera. I kto jest górą?

Opublikowano Bez kategorii, degustacje, delikatesy, dyskonty, Portugalia | Otagowano , , , | 10 komentarzy

Gdybym, to bym

W ubiegłym tygodniu popełniłam niezręczność i przepłukałam kieliszek pewną ilością drogiego barolo. Faux pas, popełnione – złośliwy losie – na forum, skłania mnie zwykle do refleksji.

Pierwsze wino Pingusa skończyło się. Drugie też. Na szczęście jest jeszcze trzecie... | fot. Piotr Glazer

Lubię o sobie myśleć, że choćbym była obrzydliwie bogata, nie wydawałabym na wino niezdrowych sum. Wino jest winem, produktem spożywczym, rolniczym – gdzieś więc leży granica jakości, a i pewna, abstrakcyjna dość, skala finezji wydaje się mieć jakiś koniec. Zżymam się czasem, że paręset czy parę tysięcy złotych za butelkę to zwyczajne w nią nabijanie, kreowanie iluzji dla iluzji, a nie wina spragnionych. Lubię myśleć, że byłabym skromna i rozsądna (przyjmijmy za rozsądek kwotę do 50 złotych, za którą da się wypić morze świetnego wina), nie szalałabym, nie wyrzucała w błoto, nie przepuszczała fortuny.

Ten przydługi wstęp jest potrzebny. Degustacje, w których uczestniczyłam w piątek, wydały mi się w powyższym kontekście śmiesznie nierzeczywiste podobnie jak absurdalny, niezdrowo upstrzony bogactwem korek do wina wysadzany diamentami (załączam obrazek klejnotu do podziwiania).

Ten stopper kosztuje 40 000 euro | fot. ansa.it

O zakrapianej szampanem piątkowej kolacji napiszę niebawem. Około południa tego samego dnia spróbowałam kilku wielkich win w Winkolekcji. Degustację z właściwym sobie wdziękiem prowadził Sławek Chrzczonowicz, krzewiciel winnej kultury, który spróbował „wielkie wino” najpierw zdefiniować. To wino, które rozwija szeroką gamę aromatów – mówił. Wino, którego posmak czujemy bardzo długo, zdolne do długiego starzenia, które rozwija prawdziwą elegancję i finezję. Wino wielce zrównoważone. Czy to wyczerpuje definicję? Z pewnością nie. Oczywiście, że nie. Wraz z wielkim winem kupujemy sobie znacznie więcej.

Zdefiniowanie "wielkiego wina" to karkołomne zadanie. Sławek się jednak podjął | fot. Piotr Glazer

Pośród wielkich win znalazło się Giunco 2012 Vermentino di Sardegna DOC – ekstraktywne i kwasowe, o cytrusowych aromatach, mineralne w ustach. Urocze, w zaskakującej jak na „wielkie wino” cenie 83 zł. Nie mogło zabraknąć białej Francji: wypiliśmy aromatyczną bombę, Château Chantegrive 2010, strukturalne i miękkie, dojrzewane nad osadem, starzone w stalowych kadziach. Prawdziwie eleganckie w nie ścinającej z nóg cenie 75 zł. Pomyślałam wówczas, że nie jest źle; że można pić piękne wina nie tracąc rozumu, nie ocierając się o snobizm, nie oddalając się nadto od codzienności, którą żyją inni. I wtedy nalano Löwengang 2010 od biodynamicznego pioniera z Górnej Adygi. Pięknie skrojone chardonnay, aromatyczne, tropikalne, krągłe i zaczęło się obcowanie z winem wielkim również w cenie (169 zł).

Przyszła kolej na wina czerwone. Nie wypiliśmy pierwszego wina Pingusa, bo się skończyło po tygodniu od dostawy. Pytanie, które zadaję sobie czasem po cichu – kto to kupi? – straciło termin ważności. Szczęśliwie Peter Sisseck z Dominio de Pingus robi też wino drugie (także się skończyło…) i trzecie, którego nie zabrakło podczas degustacji. PSI 2010 powstaje z winogron kupionych od zaprzyjaźnionych z producentem plantatorów, ze starych winnic bio i biodynamicznych. Wyciągasz 200 złotych i dostajesz przeczyste, eleganckie tempranillo z Ribera del Duero; pikantne, owocowo-czekoladowe, z wielkim potencjałem. Pijesz wino, w którym czuć ludzką troskę i precyzję, aż przestaje Cię obchodzić, że ceny Pingusa rozdmuchane są do granic absurdu, zbudowane na wielkim popycie i zawsze za małej podaży, by utrzymywać apetyt, nigdy nie zaspokoić rynku do końca.

Jedno z wielkich win | fot. Piotr Glazer

Nie wiem ile kosztuje beczka, w której dojrzewał Dragomis 2008 – cieliste, głębokie barolo i soczystym porzeczkowym niuansem. Piłam i wiedziałam, że gdyby mnie było stać, popijałabym nim codzienną porcję delikatnie przyprawionej dziczyzny lub wołowiny.

Na koniec temat trudny, bo zabarwiony emocjami: Château Musar. Już kiedyś nie pisałam o nim, bo pozostawiło mnie w osłupieniu. Podobnie było tym razem, z rocznikiem 1999: ziołowo-balsamiczne, lukrecjowe, pięknie zrównoważone, o kwasowości i garbniku, wobec których trudno przejść obojętnie. Ta ilość wrażeń sprawia, że 185 złotych wydaje się ceną okazyjną.

Myślę, że wina takie jak Musar, pozbawiają rozsądku. Gdybym mogła, piłabym je codziennie, w zamyśleniu nad swoim ładnym, beztroskim życiem, nie pytając „Ile to kosztuje i czemu tak drogo?”, bo każde wino warte jest dokładnie tyle, ile chcemy i możemy za nie zapłacić. Tylko czy smakowałby wtedy równie wybitnie..?

Opublikowano Bez kategorii, degustacje, delikatesy, Francja, Hiszpania, osobiste, trendy, Włochy | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Wiosenne asy w rękawie Biedronki

Ubiegłotygodniowej degustacji nowej oferty winiarskiej Biedronki nie przeszkodził fakt, że przypadała centralnie w czasie Korzenia. Wina wypadły w swym ogóle nieźle. Dyskont, mam wrażenie, jest w dobrej formie i daje kupującemu to, czego potrzeba: pijalne wina za dychę, niezłe bąbelki za dwie i ładne, poważne Douro za trzy. Wprawdzie znów degustowaliśmy wina w ciemni – w podziemiach, w warszawskiej restauracji Skwer – jednak prezentowane butelki wypadły nieźle. Ze swojej strony polecam kartonami brać różowe verde. Ale o tym za chwilę.

Całkiem niezły festiwal win portugalskich w Biedronce | fot. er

Spośród degustowanych win zdecydowanie smaczne było musujące Caves de Montanha Superior – półsłodki musiak z gatunku win przyjaznych, takich, które spodobają się z pewnością laikom, ale degustator pijąc je nie będzie cierpiał. Mało wyszukane, wręcz radośnie proste wino tarasowe pachnące miodem i cytrusami. W ustach zrównoważone, lekko kremowe i przyjemnie, łagodnie pieniste (19,90 zł).

W ofercie są także typowe wina tarasowo-balkonowe – proste vinho verde w bieli i różu. Białe Ines Negra Vinho Verde DOC 2013 to typowe, leciutkie zielone wino (nota bene podane za ciepłe dobitnie pokazało, że VV musi, MUSI być schłodzone), cienkie niemal jak woda, pyszne niemal jak kompot z białych i cytrusowych owoców, którym pachnie i smakuje. Trudno by było obrazić się a nie w upale (12,90 zł). Wiosenno-letni jest także bukiet Urbe Augusta Vinho Verde DOC 2013: truskawko-malinowy, słodki. W ustach świeżo, soczyście, radośnie i bardzo, bardzo owocowo. Plan na pierwszy gorący weekend wydaje się prosty: dycha do łapki, marsz do Biedronki, następnie do lodówki, a później opalać się i pić ten nieprzyzwoicie radosny róż w równie radosnym gronie. (9,90 zł)

Degustację ze swadą poprowadził Tomasz Kolecki-Majewicz | fot. Maciej Nowicki

Biedronka polubiła róż i na półkach sklepowych pojawi się 10 kwietnia także Barbeitos 2013 VR Tejo od Quinta da Alorna. To mieszanka syrah i tinta roriz (tempranillo), wino cięższe od opisanego wyżej, pachnące wiśnią i czerwoną porzeczką, a w ustach ujawniające także wiśniowy niuansik. Kwasowe, zadziornie goryczkowe. Fajne. (16,99 zł)

Kiedy nalano Merino VR Alentejano 2013 przy stole padło pytanie: czy ktoś zamawiał kawę? Nie podobało mi się to wino; nachalnie pachniało kawą i jagodami z mlekiem (w sumie ten ostatni aromat dobrze mi się kojarzy), a w ustach wypadło anonimowo, było pozbawione głębi, męczyło cieniem mdłej słodyczy (14,99 zł). Równie słabo (może to jednak ten czas Korzenia?) wypadła kolejna czerwień spod znaku VR Alentejo: Monte de Ravasqueira 2013. Karmel, kawa i aronia – tym pachniało. W ustach jakieś rozsypane, nadmiernie kwasowe i o wątłym owocu (14,99 zł). Nie kupowałabym.

Do degustacji podano także dwa wina z Douro, m. in. Lavradores de Feitoria DOC Douro 2011, w którego bukiecie po równo grały aromaty czerwonych owoców i spalonego kabla. W ustach dość dobrze, miękko, ale też powściągliwie. Trudno się oprzeć wrażeniu obcowania z nieszkodliwą przeciętnością (19,99 zł).

Przynajmniej kilka win wartych jest uwagi. No i znów oferta: 6 w cenie 5 | fot. erZanim o ostatnim winie, Vallado Douro 2012, malutka dygresja: sprzedawanie etykiety dostępnej u innego importera – nie będę tu wnikać w przyczyny, ani oceniać zachowania producenta, bo być może właśnie takie prawo kupieckiej dżungli należy zaakceptować, a nie zżymać się na nie – to u Biedronki nie pierwszyzna (zresztą dzieje się tak także w przypadku wielu innych, mniejszych i większych importerów); głośno o tym jednak wówczas, gdy mowa o mniejszym, ale cenionym i znanym importerze o wypracowanej, dużej renomie. Blogosfera, portale winiarskie i Facebook zawrzały na wieść o tym, że Biedronka będzie sprzedawała m.in. Vallado Tinto, wino – skądinąd świetne – dostępne od długiego czasu w ofercie Roberta Mielżyńskiego za 37 złotych. Sieć dyskontów dokonała dużego zakupu Vallado 2012 i stawia go na półkach sklepowych w atrakcyjnej cenie 29,90 zł. Zamówienia Biedronki to rzadko mniej niż 30-40 tysięcy butelek, co jak łatwo sobie wyobrazić, znacząco wpływa na cenę wina u producenta; na taki wynik firma Mielżyński Wines Spirits Specialties musiałaby pracować kilka dobrych lat. Reakcja Mielżyńskiego była szybka i chwilę po czwartkowej degustacji nowych win z Biedronki obniżył on cenę dostępnego w sklepie Vallado 2011 do 29,50 zł, ale, żeby kupujący miał jasność, wynikało to z dyskusji z producentem, który ostatecznie był zmuszony obniżyć cenę wina także dla swojego wieloletniego partnera w Polsce – Roberta Mielżyńskiego, który zresztą wiedział o dokonanym przez dyskont zakupie z wyprzedzeniem. By wilk (biedronka?) był syty, a owca (przepraszam Mielżyńskiego!) cała, producent mógł zastosować kilka zabiegów, np. rozlać to samo wino, ale pod zmienioną etykietą, by nie psuć jej marki.

Cena Vallado u Roberta Mielżyńskiego spadła i jest niższa, niż w dyskoncie | fot. Mielżyński Wines Spirits Specialties

Jeśli mieliście w planach zakup kartonu Vallado do odstawienia na lat kilka, sugeruję zakupić rocznik 2011. Oddać jednak trzeba, co sprawiedliwe, że degustowany w ramach biedronkowej prezentacji rocznik 2012 pokazał się świetnie. Wino jest rasowe, aromatyczne, eleganckie.

Wina będą dostępne w sklepach sieci Biedronka od 10 kwietnia.

Degustowałam na zaproszenie importera, firmy Jerónimo Martins. Jak słusznie zauważono – tym razem także jadłam.

P.S. Robert Mielżyński nie zrywa współpracy z Vallado i rocznik 2012 opisywanego wyżej wina będzie dostępny także u niego.

Opublikowano Bez kategorii, degustacje, dyskonty, Portugalia, tanie wino, trendy | Otagowano , , , , , , | 7 komentarzy

Lisbon story III

Lizbona na weekend: 1. Upolować bilety lotnicze. 2. Zarezerwować nocleg. 3. Pić, czego dusza zapragnie. | fot. er

Nadesłany wczoraj newsletter portugalskich linii lotniczych TAP z ofertami tanich, bezpośrednich lotów do Lizbony, sprawił, że się rozmarzyłam. Kilka godzin później śniło mi się nawet, że ląduję w stolicy Portugalii. We śnie, jak to we śnie, lot był krótki i zgodny z harmonogramem. Mgnienie oka później byłam już w stolicy Portugalii, którą uważam za najciekawszy, niepowtarzalny, tętniący życiem winiarski kraj. Wsiadłam w metro i – tu nastąpiło zakrzywienie czasoprzestrzeni, możliwe we śnie jedynie – byłam już w Alfamie, a nogi mnie poniosły, intuicyjnie, jakby zaprogramowane, znające ścieżkę na pamięć, do pewnego jakże rzeczywistego wine baru.

Wine Bar do Castelo. Koniecznie! | fot. ms

Wine Bar do Castelo łatwo przegapić w zatłoczonej zwykle okolicy Castelo do São Jorge, próbując wystąpić z wartkiego nurtu turystów eksplorujących Alfamę. Każdemu, kto jest zmęczony spacerem, syty zapierającymi dech w piersi widokami Lizbony z Miradouro do São Jorge lub zwyczajnie zbyt spragniony wina, by pozostać przy życiu, polecam zatrzymać się na chwilę. Nie pożałujecie.

6 stolików, każdy na 5 osób. 13 stron w karcie (wina rotują często; może się zdarzyć, że butelki, o które się prosi, po prostu już nie ma), ponad 150 win na kieliszki. A przede wszystkim Nuno Santos, menedżer i współwłaściciel, który odpowie na każde pytanie, zna wszelkie detale dotyczące win z karty, a z prostej degustacji win portugalskich czyni wędrówkę tak ciekawą i ekscytującą, że można zapomnieć o tym, że wciąż siedzi się przy drewnianym stoliku w tej przytulnej knajpce.

Zanim zdecydujesz, co chcesz pić, możesz śmiało poprosić o wybór win do spróbowania | fot. ms

Stwierdzam bez wahania, że ofertą będzie zachwycony każdy amator wina: można wybierać pośród wina bardziej znanych, najlepszych etykiet Vinho Verde czy Douro, odmian autochtonicznych i tych bardziej rozpoznawalnych, jak viognier z Alentejo. Są też szalone wina naturalne z Dao (Nuno podaje je z chytrym uśmieszkiem, puszczając oczko, i pyta „I jak? Bardzo niedobre?”). Zanim zdecydujesz, co chcesz pić, możesz śmiało poprosić o wybór win do spróbowania; być może zresztą zachęci Cię do tego sam właściciel, który kolejne butelki prezentuje z nie lada satysfakcją. Ceny są różne: od 3 euro za prostsze, popularne wina do 100 euro za kieliszek Barca Velha, które, jak komentuje Nuno Santos, kupują głównie bogaci Brazylijczycy. Za talerz pełen smakołyków (sery, oliwki, wędliny, konfitury i pieczywo) trzeba zapłacić 35 euro, przy czym to jest talerz, który z powodzeniem zaspokoi apetyt dwojga głodnych ludzi.

Adres: Rua Bartolomeu de Gusmão 11 – 13, T.: +351 218 879 093, winebardocastelo@gmail.com
Godziny otwarcia: codziennie od 14.00 do 22.00
WI-Fi: Tak

Rui Rato Rossa nie kryje frajdy, gdy przynosi kolejną butelkę portugalskiego wina. Zaraża pasją! | fot. er

Szeroka gama win, świetna obsługa, miła atmosfera i doskonała lokalizacja – czego więcej trzeba winolubom w Lizbonie? Wiem czego… zmiany dzielnicy! Wtedy polecam BA Wine Bar do Bairro Alto – należy do tych samych ludzi (Nuno Santos i Rui Rato Rossa – on właśnie jest przewodnikiem po winie w BA Wine Bar), prezentuje równie szeroką gamę win, przyjazną i fachową obsługę, ale i nieco bardziej nowoczesny wystrój. Sugeruję rezerwować stolik – trudno tu o miejsce, kiedy wchodzi się z ulicy. Wszyscy już wiedzą, że przejście przez próg tego wine baru oznacza wejście do świata doskonałego: różnorodnego, ciekawego, gdzie można pić Colares czy Bairradę, by zaraz sięgnąć po prościutkie, ośmielające każdego chardonnay.

Adres: Rua da Rosa 107, T.: +351 21 346 1182,
Godziny otwarcia: wtorek-niedziela od 18.00 do 23.00
WI-Fi: Tak

Wine Spot. Fachowo, choć - jak dla mnie - zbyt nowocześnie | fot. ms

Spragnionym większej elegancji i atmosfery wielkomiejskiej polecam pewien wine bar w Chiado. Ukryty w podwórku pięknej kamienicy, wciśnięty w sam jego kąt, zasłonięty restauracjami i ogródkami, ale warty uwagi ze względu na świetną jakość zarówno wina jak i smakołyków. Funkcjonuje bardziej jako sklep, a wybór win na kieliszki jest raczej skąpy (8 win, zmiana średnio co tydzień; różności, nie tylko Portugalia). Dobry na przerwę w zakupach – Chiado pełne jest modnych sklepików, starych kawiarni i teatrów. O stolik bać się nie trzeba, jest tu raczej pusto – falę turystów zatrzymują stojące na froncie restauracje.

Adres: Rua Garret, 19 – Pátio Siza Vieira , T.: +351 213 460 032, apoioaocliente@winespotchiado.pt
Godziny otwarcia: codziennie od 12.00 do 20.00
WI-Fi: Tak

Jedźcie i pijcie. Inne winne bary w Lizbonie opisuję tutaj i tutaj.

Opublikowano Bez kategorii, degustacje, delikatesy, Portugalia, wine bar | Otagowano , , , , , , | 3 komentarzy