Gdybym, to bym

W ubiegłym tygodniu popełniłam niezręczność i przepłukałam kieliszek pewną ilością drogiego barolo. Faux pas, popełnione – złośliwy losie – na forum, skłania mnie zwykle do refleksji.

Pierwsze wino Pingusa skończyło się. Drugie też. Na szczęście jest jeszcze trzecie... | fot. Piotr Glazer

Lubię o sobie myśleć, że choćbym była obrzydliwie bogata, nie wydawałabym na wino niezdrowych sum. Wino jest winem, produktem spożywczym, rolniczym – gdzieś więc leży granica jakości, a i pewna, abstrakcyjna dość, skala finezji wydaje się mieć jakiś koniec. Zżymam się czasem, że paręset czy parę tysięcy złotych za butelkę to zwyczajne w nią nabijanie, kreowanie iluzji dla iluzji, a nie wina spragnionych. Lubię myśleć, że byłabym skromna i rozsądna (przyjmijmy za rozsądek kwotę do 50 złotych, za którą da się wypić morze świetnego wina), nie szalałabym, nie wyrzucała w błoto, nie przepuszczała fortuny.

Ten przydługi wstęp jest potrzebny. Degustacje, w których uczestniczyłam w piątek, wydały mi się w powyższym kontekście śmiesznie nierzeczywiste podobnie jak absurdalny, niezdrowo upstrzony bogactwem korek do wina wysadzany diamentami (załączam obrazek klejnotu do podziwiania).

Ten stopper kosztuje 40 000 euro | fot. ansa.it

O zakrapianej szampanem piątkowej kolacji napiszę niebawem. Około południa tego samego dnia spróbowałam kilku wielkich win w Winkolekcji. Degustację z właściwym sobie wdziękiem prowadził Sławek Chrzczonowicz, krzewiciel winnej kultury, który spróbował „wielkie wino” najpierw zdefiniować. To wino, które rozwija szeroką gamę aromatów – mówił. Wino, którego posmak czujemy bardzo długo, zdolne do długiego starzenia, które rozwija prawdziwą elegancję i finezję. Wino wielce zrównoważone. Czy to wyczerpuje definicję? Z pewnością nie. Oczywiście, że nie. Wraz z wielkim winem kupujemy sobie znacznie więcej.

Zdefiniowanie "wielkiego wina" to karkołomne zadanie. Sławek się jednak podjął | fot. Piotr Glazer

Pośród wielkich win znalazło się Giunco 2012 Vermentino di Sardegna DOC – ekstraktywne i kwasowe, o cytrusowych aromatach, mineralne w ustach. Urocze, w zaskakującej jak na „wielkie wino” cenie 83 zł. Nie mogło zabraknąć białej Francji: wypiliśmy aromatyczną bombę, Château Chantegrive 2010, strukturalne i miękkie, dojrzewane nad osadem, starzone w stalowych kadziach. Prawdziwie eleganckie w nie ścinającej z nóg cenie 75 zł. Pomyślałam wówczas, że nie jest źle; że można pić piękne wina nie tracąc rozumu, nie ocierając się o snobizm, nie oddalając się nadto od codzienności, którą żyją inni. I wtedy nalano Löwengang 2010 od biodynamicznego pioniera z Górnej Adygi. Pięknie skrojone chardonnay, aromatyczne, tropikalne, krągłe i zaczęło się obcowanie z winem wielkim również w cenie (169 zł).

Przyszła kolej na wina czerwone. Nie wypiliśmy pierwszego wina Pingusa, bo się skończyło po tygodniu od dostawy. Pytanie, które zadaję sobie czasem po cichu – kto to kupi? – straciło termin ważności. Szczęśliwie Peter Sisseck z Dominio de Pingus robi też wino drugie (także się skończyło…) i trzecie, którego nie zabrakło podczas degustacji. PSI 2010 powstaje z winogron kupionych od zaprzyjaźnionych z producentem plantatorów, ze starych winnic bio i biodynamicznych. Wyciągasz 200 złotych i dostajesz przeczyste, eleganckie tempranillo z Ribera del Duero; pikantne, owocowo-czekoladowe, z wielkim potencjałem. Pijesz wino, w którym czuć ludzką troskę i precyzję, aż przestaje Cię obchodzić, że ceny Pingusa rozdmuchane są do granic absurdu, zbudowane na wielkim popycie i zawsze za małej podaży, by utrzymywać apetyt, nigdy nie zaspokoić rynku do końca.

Jedno z wielkich win | fot. Piotr Glazer

Nie wiem ile kosztuje beczka, w której dojrzewał Dragomis 2008 – cieliste, głębokie barolo i soczystym porzeczkowym niuansem. Piłam i wiedziałam, że gdyby mnie było stać, popijałabym nim codzienną porcję delikatnie przyprawionej dziczyzny lub wołowiny.

Na koniec temat trudny, bo zabarwiony emocjami: Château Musar. Już kiedyś nie pisałam o nim, bo pozostawiło mnie w osłupieniu. Podobnie było tym razem, z rocznikiem 1999: ziołowo-balsamiczne, lukrecjowe, pięknie zrównoważone, o kwasowości i garbniku, wobec których trudno przejść obojętnie. Ta ilość wrażeń sprawia, że 185 złotych wydaje się ceną okazyjną.

Myślę, że wina takie jak Musar, pozbawiają rozsądku. Gdybym mogła, piłabym je codziennie, w zamyśleniu nad swoim ładnym, beztroskim życiem, nie pytając „Ile to kosztuje i czemu tak drogo?”, bo każde wino warte jest dokładnie tyle, ile chcemy i możemy za nie zapłacić. Tylko czy smakowałby wtedy równie wybitnie..?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii, degustacje, delikatesy, Francja, Hiszpania, osobiste, trendy, Włochy i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>