Przedwczoraj wicepremier Waldemar Pawlak dołożył wisienkę do niefortunnej wypowiedzi Radosława Sikorskiego, wypowiadając się w TVN 24, że będzie gorąco namawiał pana Marka Kondrata, żeby ten zainterweniował u ministra spraw zagranicznych w kwestii podawania podczas prezydencji Polski win polskich. Sposób, w jaki wicepremier podchodzi do sprawy, jest symptomatyczny dla kraju, gdzie spożywa się per capita 2,5 l wina rocznie (dla porównania na Węgrzech jest to 24 l, we Francji – 45) i gdzie jednocześnie lubi się wykrzykiwać, że „dobre, bo polskie”. To akurat „polskie” wydało się wicepremierowi na tyle egzotyczne i frymuśne, że niepomny na fakt, iż jako minister gospodarki sam mógłby mieć w tej materii coś do powiedzenia, teatralnie postanowił uciec się do autorytetu obytego w świecie aktora, którego krasomówcze umiejętności i – w oczach wicepremiera najwyraźniej szerokie wpływy – niejednego do niejednego wina mogą przekonać. Gdyby Waldemar Pawlak choć raz słyszał mówiącego o winie Marka Kondrata, wiedziałby, że ten wychwalając w każdym wywiadzie cywilizacje, którym dane było „spokojne trwanie”, opowie się raczej za tysiącletnią ciągłością tradycji winiarskiej niż dokona patriotycznego zrywu w obronie win polskich.
Ma rację Wojciech Bońkowski – przez niedorzeczną wypowiedź Pawlaka (sprowadzającą się w gruncie rzeczy do formuły: wszystko da się jakoś załatwić, niech M. pogada z R.) tym jaskrawiej uwydatnioną – że domaga się jasnego komunikatu o zasadach, wedle których zdecydowano się przez czas polskiej prezydencji podawać wino węgierskie. Przesadza jednak mówiąc, że wybór win węgierskich jest merytorycznie idiotyczny. Ze wszystkich kultur winiarskich Europy Środkowo-Wschodniej, węgierska na przestrzeni historii była zawsze nam najbliższa i wybór węgrzynów można odczytać jako symboliczny gest nawiązujący do tej tradycji.
Niezależnie od faktu, że wypowiedź ministra Sikorskiego sugerująca, że polskie wina są niewystarczająco dobre, słusznie uraziła pionierską branżę ludzi niezwykle wytrwałych, którzy wbrew nonsensownym przepisom uniemożliwiającym im przez lata sprzedaż własnych produktów, nie ustają w trudach, by wnieść do kultury polskiej nową wartość, myślę że w efekcie szum powstały wokół sprawy może mieć jedynie pozytywny skutek: Polacy wreszcie usłyszą, że istnieje polskie wino i że – co przewijało się w publicznej debacie – wytrzymuje porównanie z węgierskim.
Przede wszystkim mam jednak wrażenie, że medialna awantura o wino (nie myślę tu o winiarskiej blogosferze, lecz mediach o szerszym zasięgu), zaskakująca w gruncie rzeczy w kraju niepijącym wina, lecz oczywista w narodzie, który „swoją dumę ma”, zagłusza prawdziwie istotne problemy, z jakimi boryka się kultura wina w Polsce. Nowa ustawa winiarska, o której szerzej w najnowszym MW, jest krokiem w stronę normalności i wreszcie (po ilu latach!) dostosowuje polskie prawo do prawa unijnego; nowe przepisy ponadto ułatwiają winiarzom wprowadzenie wina do obrotu. Nie słyszałam nigdy, by wicepremier Pawlak oburzał się wcześniej publicznie, że polskiego wina nie ma w polskich sklepach. Polska jest krajem niezliczonych absurdów prawnych, które kulturze wina nie sprzyjają. Ustawa o wychowaniu w trzeźwości, zabraniając promocji i reklamy napojów alkoholowych, z wyłączeniem piwa, jest czystą dulszczyzną. Konsekwencją tej ustawy jest znikoma obecność w polskiej prasie artykułów popularyzujących kulturę wina oraz sprzedaż polskich magazynów winiarskich w miejscach innych niż sklepy specjalistyczne zafoliowanych podobnie jak pornografia. Obok polskich leżą zresztą w Empiku zagraniczne pisma winiarskie – już niezafoliowane, co jest dobrą ilustracją tego, jak państwo dba o krzewienie rodzimej kultury picia.
Cieszyłabym się, gdyby wicepremier świadomie zajął się wprowadzeniem ustaw sprzyjających kulturze wina w kraju, zamiast w imię polskości bronił jak lew polskiego wina, próbując umówić na herbatkę Kondrata z Sikorskim.