Świeża bryza z Verduno

20 sierpnia 2010

Mało znana, nawet pośród winomanów, gmina Verduno to brzydkie kaczątko apelacji Barolo, pomijane w większości winiarskich wydawnictw. Jak pokazują wina Mario Andriona, trzydziestokilkuletniego enologa, który od 2000 roku trzyma pieczę nad winifikacją w Castello di Verduno, posiadłości Franco Bianco i Gabrielli Burlotto, ma ona wszelkie dane, by powstawały tam piękne i subtelne butelki.

Win Castello di Verduno, które były prezentowane w czasie tegorocznej degustacji Borsa Vini Italiani, wciąż nie ma niestety w Polsce, nad czym ubolewam, bo za ich eterycznym urokiem tęsknię codziennie. Położone na zachodzie Barolo siedliska Verduno mają podłoże, zwane Marne di Sant’ Agata – są to ciężkie gleby tortońskie, składające się w dużej mierze z kredowej gliny ale obfitujące również w piasek i wapień. Glebom tym zawdzięczamy finezyjne aromaty, miękkie garbniki i powietrzną lekkość piemonckich win, za którą nie wszystkie, a zwłaszcza anglosaskie gusty nie przepadają, upatrując prawdziwego wcielenia Piemontu w mocno garbnikowych, ziemistych i surowych barolo z Serralunga d’Alba. Zwiewne wina Mario Andriona pozostają na antypodach tego stylu.

Wielokrotnie doceniano je na wystawie Vini Veri odbywającej się od siedmiu lat pod Weroną w tym samym czasie co Vinitaly i prezentującej winiarzy sprzeciwiających się winiarskiej komercji. Reguły stowarzyszenia Vini Veri są dużo bardziej restrykcyjne od tych, które są wymagane przez organizacje wystawiające ekologiczne certyfikaty. Nie tylko nie dopuszcza się tutaj użycia chemii, ale również broni się naturalnego dziedzictwa regionu: wina mogą powstawać tylko z endemicznych szczepów, wszelkie nowe nasadzenia muszą pochodzić z klonów winorośli już istniejących, dozwolone są tylko rdzenne drożdże, oprócz tego, nie zezwala się na klaryfikację, filtrację, ani na kontrolę temperatury, a dopuszczalny poziom siarki dla win wytrawnych to 80 mg/l.

Castello di Verduno nie jest członkiem stowarzyszenia Vini Veri, choć Mario Andrion jest apostołem minimalnej technicznej interwencji i rewitalizacji rdzennych odmian. To jeden z ośmiu piemonckich winiarzy, którzy produkują pelavergę. Do winifikacji podchodzi jednak racjonalnie, a nie ideologicznie i uznaje np., że w gorących latach nie obejdzie się bez dodania kultury drożdży, jeśli chcemy otrzymać wina świeże i aromatyczne. Zgodnie z antyczną nauką, etyka idzie tu w parze z estetyką. Prawdziwe spotyka się  z pięknym i dobrym. Wzdrygający się przed „autentycznymi” zapachami obornika nie mają więc się czego obawiać. Wina Mario mają czyste i klarowne zapachy, zawsze poświadczone w ustach, co jest najlepszym potwierdzeniem autentyzmu. Profil aromatyczny we wszystkich winach jest bardzo podobny, różna jest natomiast tekstura, architektura i gramatura garbników. Stylistyka konsekwentnie pozostaje ta sama, ale wypełnia ją odmienna fabuła.

Winifikacja w Castello di Verduno odbywa się klasyczną metodą: używa się dużych slawońskich beczek, maceracja jest długa (ponad miesiąc) i dłuższy niż minimalny czas dojrzewania w drewnie. Choć, jak zawsze, sekretem tych win są nienagannie prowadzone siedliska oraz utalentowany, aczkolwiek skromny winiarz, co w gruncie rzeczy nie tak często się wyklucza. Trudno też nie wspomnieć, że niebywale otwarty i serdeczny. Na ocenę win to nie wpływa, ale zawsze przyjemniej pije się wina od tych, którzy darzą świat sympatią.

Bezsprzecznie Castello di Verduno powinno znaleźć się na mapie każdego winomana jako benchmark swojej małej 17-hektarowej gminy. Poza wszystkim mają tam piękny hotel, świetną restaurację i szkołę kulinarną. U nas moglibyśmy mieć chociaż wina, które jak na Piemont utrzymują się w bardzo rozsądnych cenach.

Pelaverga 2008 Basadone

Klasyczna pelaverga, w której najmocniej dochodzi do głosu ziołowość. Pierwszą nutę gra tu kwaśna truskawka, wyraźnie pobrzmiewają również fiołki, jednak owoc i kwiaty szybko giną pod mocnymi, długo utrzymującymi się akordami przyprawowości: gałką muszkatołową, białym pieprzem i chininową końcówką. Miękkie cytrusowe taniny nadają temu winu o zwiewnej materii opływowe kształty. Tekstura nieco pylasta, z wyczuwalną kredą i piaszczystością. 10 euro za nieziemsko rzadką i diablo smaczną pelavergę, której przypisuje się afrodyzjakalne właściwości! Afrodyzjakalnych właściwości jakoś nie zgłębiłam, ale od tej pelavergi uzależniłam się całkowicie: za nią tęsknię, do niej wzdycham.

Barbera d’Alba 2009

Barbera powstająca wyłącznie w nierdzewnej stali, wbrew modernistycznemu trendowi skłaniającemu do ekstensywnego użycia beczki. Atrakcyjny, połyskliwy  kolor ciemnej wiśni. W ustach sporo koncentracji i słodycz gryczanego miodu. Intensywne wiśniowe aromaty tonuje kredowość i typowe dla win z tej posiadłości nuty gałki muszkatołowej, białego pieprzu, fiołków, irysów oraz mięty. Miękko płynie od początku do końca, kończąc się atłasowymi taninami. Wyraźna przyprawowość w końcówce nadaje jej jednak charakterność. Jeszcze zdecydowanie za młoda.

Barbaresco 2006

Kupaż z dwóch siedlisk: Rabaja i Faset. Delikatna, filigranowa wręcz jak na Barbaresco budowa. Czyste, miękkie, linearne, spływające gładko prostą wiśniową linią. Nieprzegadane, owocowe, z garbnikami jak w białej herbacie i delikatną chlorofilową końcówką. Tak czystych win szukać ze świecą. Finezyjna, koronkowa robota.

Barbaresco 2003 Faset

Wino pochodzące z 1-ha winnicy Faset, która daje relatywnie mocną garbnikową strukturę, stąd w młodości nie są to butelki tak bezpośrednie jak proste Barbaresco. Pomimo gorącego rocznika, świetnie zachowana kwasowość. Jasna, ceglasta barwa, ale – jak powiada Mario – świeżość jest istotniejsza od koloru. Ciepły bukiet i smak dojrzałej,  jednak nie przejrzałej maliny. Wigor zachowany dzięki ożywczej mięcie w finiszu i mocno zarysowanym cytrusowym garbnikom.

Barolo Massara 2003

Cru o wschodniej ekspozycji, co przy tak gorących rocznikach jak 2003 ma niebywałe znaczenie. Stąd – nieprawdopodobna jak na rocznik kwasowość Skoncentrowane, gęste, a zarazem miękkie wino pełne dojrzałego owocu. Truskawka spotyka się tu z wiśnią, ale pojawia się też ewoluowany aromat skóry. Drobnoziarniste aksamitne taniny i bardzo długi finisz.

Barolo Riserva 2004 Monvigliero

Najlepsze cru Verduno o trzydziestoletnich krzewach. Największym atutem tego wina jest jego potoczystość (chce się pić, jeszcze i jeszcze) oraz głęboki mineralny wymiar. Truskawka, różane pot-pourri i miękkie cytrusowo-herbaciane taniny. Filigranowe i silne zarazem.

Barolo Riserva 2000 Monvigliero

Po 10 latach wciąż świeży, nieewoluowany owoc robi duże wrażenie.  Truskawka, trochę słodkich orientalnych przypraw, subtelna nuta skóry, a w finiszu ocet balsamiczny i trufle. Pluszowe, idealnie już zintegrowane taniny. Powłóczyste, przeciągłe, piękne.

Mario Andrion z córką Virginią

Deszczowe impresje

25 czerwca 2010

Kolejna edycja Grand Cru u Roberta Mielżyńskiego. Do tej pory degustatorzy mogli sobie ponarzekać, bo zawsze lubią narzekać, na upał albo na dzień korzenia. Tego czwartku było diablo zimno, deszcz siąpił nieustająco i ciśnienie przygniatało wszystko do dołu; również wina, które niechętnie dobywały z siebie lżejsze owocowe aromaty, pozostając blisko ziemi. Dzień szczególnie nieszczęśliwy dla win białych; pogoda ujmowała im kwasowości i odbierała dynamikę. Jakiekolwiek by jednak nie były warunki pogodowe, mogliśmy degustować świetne i interesujące wina.

Ciekawe było porównanie dwóch znakomitych bordoskich roczników 2009 i 2005, które umożliwiły trzy posiadłości:  Domaine de Chevalier, Château Kirwan oraz Château Phélan-Ségur. Rocznik 2009 został uznany przez ekspertów za spektakularny i wyprzedzający w przedbiegach fenomenalny 2005. Niektórzy, obdarzeni szczególnie dobrą pamięcią,  porównywali go do tak legendarnych lat jak 1945, 1929 czy 1899. Inni uznali, że jest unikalny i okrzyknęli go matką wyjątkowych roczników nowej ery. Ciepłe i suche dni we wrześniu, a zarazem chłodne noce zapewniły dojrzały owoc, miękkie taniny i niezłą kwasowość.  Alkohol w tych winach jest jednak na ogół wyższy niż w roku 2005. Wina z 2005 mają solidniejsze garbnikowe rusztowanie i nie tak wybujały owoc; innymi słowy, są bardziej klasyczne. Dyrektor sprzedaży Château Kirwan wyraźnie opowiadał się za rocznikiem 2005 – mniej opulentnym, jak się wyraził, za to eleganckim. Mocnej tanicznej struktury nie brakowało jednak beczkowej próbce czerwonego Domaine de Chevalier. Białe – hipnotyzowało słodką gruszką w sosie waniliowym. W Château Kirwan i Phélan-Ségur taniny są faktycznie miększe niż w 2005. Uderza jednak homogeniczność tych win i sute owocowe wypełnienie. Nie ma w nich nic z melancholijnej pustki – bladego wspomnienia po owocu – za którą pokochał Bordeaux Bieńczyk, czy zimnej francuskiej dyscypliny, od której ucieka do Włoch Bońkowski. To już Francja nowoczesna, Francja prezydenta, który śledzi modowe trendy i nie stroni od przyjemności. Kirwan i Chevalier 2005 zdecydowanie należy jeszcze odłożyć, Château Phélan-Ségur można już pić.

Ładne wina zaprezentował Jean Chartron – również z rocznika 2009, który i dla Burgundii był sprzyjający, aczkolwiek nie wszystkim białym winom udało się zachować rześkość. Batard-Montrachet 2009 i Chevalier-Montrachet 2009 nie brak powietrza i świeżości. Delikatna kwasowość dobrze równoważy tu dojrzały owoc, mineralna podbudowa jest kontrapunktem dla gęstej faktury i beczkowych orzechowych aromatów. Subtelne, porządne burgundy.

Niezmiennie dostarczyły mi emocji rieslingi od Georga Breuera Ze swą dobitną mineralnością na mojej winiarskiej mapie trwają jak skała. Wczoraj podobał mi się bardzo Berg Rottland 2007 – oleisty i zbity w porównaniu do strzelistego, wysmukłego i w sumie bardziej wielowymiarowego Schlossberga 2008, którego przenikliwa mineralność jednak niekoniecznie jest dobra, kiedy chłodno i pada.

Cordero di Montezemolo przedstawiło dwa Barolo Monfalletto 2006 i Bricco Gattera 2006 w swoim ornamentalnym, perfumowanym stylu. Obydwa o oszałamiających nutach: dojrzałych malin, fiołków, kakao, lukrecji. Obiektywnie – świetne wykonane wina o niebywałej jakości owocu, zwłaszcza w Gatterze, w której jest on tak bogaty i soczysty, że w żaden sposób nie przykrywa go nowa francuska beczka. Subiektywnie – wciąż nie odnajduję klucza do tych win, dostrzegając w nich przede wszystkim chłód technicznej perfekcji.

Zdecydowanie zbyt dużo beczki w winach od Capponich. Villa Calcinaia Riserva 2005 nie miała w sobie życia, jeszcze objawiającego się w poprzednim roczniku i była po prostu sucha. Wielce kontrowersyjnym winem wydało mi się Sangiovese Bastignano 2006 ze swoim cukierkowym, karmelkowo-kawowym bukietem i smolistą teksturą.

Siro Pacenti konsekwentnie kroczy drogą szybkiej komercjalizacji. Wina mają być konsumentowi przyjazne za młodu. W 2004 roku winnica wypuściła  pierwsze Brunello di Montalcino, które jest wyrabiane z najlepszych winogron pochodzących wyłącznie z zachodnich stoków. Dziś to wino ma tak ewoluowany bukiet, jaki niektóre Brunello osiągają po dekadach. Dzięki kwasowości w ustach wciąż zachowuje werwę, choć jest to już werwa staruszka, któremu wciąż błyszczą oczy. Gdyby nie starczy bukiet, można by niemal napisać, że sexy. Przyjemne, choć – siłą rzeczy- perwersyjne.

Po licznych winach nowoczesnych z wytchnieniem powitałam Nobile di Montepulciano Dei – tradycyjne, w żaden sposób nieprzesadzone, zwierzęco-leśne, surowe, choć może za bardzo, bo również owoc był w nich nieco wyciszony. Niewątpliwie najlepsze i już do picia, bo z gorącego rocznika 2003 Nobile di Montepulciano Riserva Bossona o grzybowo-konfiturowym nosie, lecz – dzięki kwasowości – zachowujące sporą witalność.

Perełką tego deszczowego przedpołudnia były dla mnie wina Fratelli Tedeschi. Od Valpolicelli Lucchine, o której już pisałam, przez Valpolicellę Fabriserię 2008, aż po podstawowe Amarone 2006. Wypełnione apetyczną wiśnią, intensywne, wielowarstwowe, długie. Świeże (nawet 16% Amarone), z idealnie zintegrowaną kwasowością. Niebywale harmonijne, nos i usta stanowią tu jedność, nie ma żadnej gry pozorów ni omyłek, co coraz bardziej zaczynam doceniać. Biodynamiczny majstersztyk.

Zakończę konwencjonalnie, lecz szczerze: bywają dni, gdy deszcz przestaje doskwierać.

Złoty środek

23 czerwca 2010

Każda prezentacja Barolo i, szerzej, win piemonckich siłą rzeczy zaczyna się od stwierdzenia, że w żadnym innym regionie dyskusja tradycji z moderną nie przetoczyła się z równą siłą, owocując dwoma odrębnymi stylami, które w dużym uproszczeniu można by sprowadzić do frazy: botti kontra barriques. Wielkim orędownikiem starego stylu jest u nas Wojtek Bońkowski, który z ulgą powitał podczas tegorocznej degustacji Nebbiolo Prima odwrót od ultra-nowoczesnych trącących wanilią Barolo. I słusznie.

Tam gdzie jednak, jak to się dzisiaj w żargonie winiarskim mówi, „tradycja idzie ręka w rękę z moderną” potrafią powstawać wielkie wina, skoncentrowane, intensywne, a jednocześnie nie przykrywające terroir.

Pomiędzy dwoma obozami plasuje się posiadłość Elvio Cogno. Prowadzący obecnie winnicę zięć Cogno – Valter Fissore ostatnimi czasy wydłużył proces winifikacji nawet do 40 dni, a w dojrzewaniu zwiększył udział dużych slawońskich beczek. Sam proces fermentacji przeprowadzany jest tu jednak na modłę nowoczesną: w nierdzewnych kadziach z kontrolą temperatury.

Dziesięciohektarowa winnica w gminie Novello, a więc do nie dawna uważanej za pośledniejszą w stosunku do takich siedlisk jak Barolo, Serralunga d’Alba czy La Morra jest w posiadaniu jednej z najlepszych parcel: Ravery. Obecnie przechodzi się tu na ekologiczną uprawę. Wina z Novello zbliżone są w swojej ekspresji do win pochodzących z Barolo, uznawanych za ucieleśnienie piemonckiej klasyki. Świeży owoc, soczystość i miękkie garbniki to ich największy atut.

Dostępne na polskim rynku dzięki Vini e Affini Barolo Ravera 2004 od Elvio Cogno (do kupienia w Warszawie min. w takich sklepach, jak Four Senses, Wine Corner, Dominus; w cenie ok. 170 PLN) w sposób doskonały łączy tradycyjną finezję z intensywną owocowością. Wino to może starzeć się przez dekady nabierając złożoności, ale już dziś sprawia ogromną przyjemność. Nie jest jak tradycyjne Barolo winem sknerowatym, które trzeba odkładać na długie lata, by dopiero je docenić. Ani jak nowoczesne Barolo  posągową rzeźbą o garbnikach, które dałoby się kroić nożem (to tendencja, która dziś wciąż silnie utrzymuje się w Serralundze i La Morrze). Wybijającą cechą tego wina jest potoczystość. Dojrzały owoc, ostra kwasowość, słodko-gorzki środek i miękkie cytrusowe taniny tworzą tu krągłą całość, która miękko płynie, niczego nie pozostawiając osobno. Ciepły hedonistyczny bukiet, w którym możemy doszukiwać się herbaty z sokiem malinowym, fiołków, słodkich przypraw i tarty cytrynowej zaskakująco nas prowadzi do wina o wysmukłym ciele i delikatnej satynowej fakturze. Nie ma tu cienia rozwodnienia, które jak WB wspominał na łamach Magazynu Wino było problemem rocznika 2004. Kolejny dowód na to, by w słabszych rocznikach kupować tylko wino od najlepszych. I na to, że kompromisowa droga między tradycją a modernizmem nie musi być wcale kompromisem z jakością.

Bez skuchy

15 maja 2010

Czasem przyjemnie napić się wina od winemakera. Nie zagłębiać się w terroir, nie wikłać w interpretacje, skomplikowane dialogi, trudne miłości. Mieć w kieliszku piękne, zmysłowe, bezproblemowe wino.

SMV small barrel 2006 z Bellingham Homestead, winnicy położonej w południowoafrykańskiej Franschhoek Valley, apelacyjnie należącej do regionu Paarl idealnie się do tego nadaje. Przemyślane i pedantycznie wykonane od początku do końca przez Niëla Groenwalda z najlepszych gron shiraz, mourvèdre i viognier, których dojrzałość mierzona jest refraktometrem, ma w sobie coś perfekcji ujęć Helmuta Newtona, gdzie wykonany na zimno retusz nie przysłania zmysłowości modelek.

Każde wino z ekskluzywnej linii The Bernard Series, nazwanej na cześć założyciela winnicy Bernarda Podlashuka, jest, jak gdzieś przeczytałam, designed to have distinctive personalityzaprojektowane, by mieć wyrazistą osobowość. W dobie stylistów i speców od wizerunku zdanie to nie wydaje się już paradoksalne; w każdym razie oddaje prawdę o tym winie, które wychodzi naprzeciw naszym czasom w sposób doskonały. Jest wypielęgnowane, estetyczne, „bez skuchy” jak się mówi. Bukiet jest tu szczodry, poprowadzony szerokim gestem; długo, po kolei odsłania kolejne warstwy: rozgrzaną słońcem jeżynę, słodkie przyprawy, suszone kwiaty, mokry torf, skórę, subtelną nutę śmietany. Usta – zdecydowanie bardziej monolitycznie, z rześką kwasowością, pewnie, że dodaną, ale świetnie dodaną, harmonijne, gładkie z satynowymi taninami i długim finiszem. Wszystko razem wystylizowane, powłóczyste i w punkt jak spojrzenie Palomy Picasso na fotografii Newtona.

Wracając do konkretu, myślę, że niezależnie od talentu Groenwalda kupaże rodańskie sprawdzają się gorącym klimacie RPA lepiej niż bordoskie, które często grzeszą przejrzałym owocem przy wciąż zielonych taninach. SMV z Bellingsham jest akuratne. Niczego w nim nie ma za dużo, niczego nie ma za mało. Nawet piętnastoprocentowy alkohol się nie wychyla i w ustach jest nie wyczuwalny. Natomiast „designerski” aspekt tego wina mi nie przeszkadza. Potrzebujemy czasem takich win, jak potrzebujemy niezobowiązujących, błyskotliwych small talków. Chyba, że ktoś ich nie potrzebuje. Jeśli tak – 149 PLN za tę przyjemność bez skuchy, którą na polskim rynku oferuje nam Vininova.

Vinitaly okiem strange journalist

6 kwietnia 2010

W świecie idealnym konkursy winiarskie byłyby wielkim świętem wina, którego pierwszym celem jest ukoronowanie najlepszych butelek, w świecie realnym są wielkim biznesem, gdzie liczą się przede wszystkim pieniądze.

Na tegoroczną 18 edycję międzynarodowego konkursu Vinitaly odbywającego się w Weronie spłynęło ponad 3600 butelek z 27 krajów, z czego 70% stanowiły wina włoskie. Za każdą wysłaną butelkę producent musiał zapłacić 138 euro, łatwo więc obliczyć, że stanowi to około pół miliona europejskiej waluty do rozdysponowania. Do udziału w jury zaproszono 42 zagranicznych dziennikarzy (strange journalists, jak z wdziękiem przekładała tłumaczka), 21 zagranicznych enologów (strange oenologists) i 42 enologów włoskich (tym razem: italian). Nie chcę się bawić w dziennikarza śledczego i dokładnie prezentować tu koszty organizacji; jest jasne, że zarabia się na tym interesie niemałe pieniądze. I dobrze, niech moc będzie z tymi, którzy to potrafią. Byłoby jednak lepiej, gdyby oprócz pompatycznej oprawy zadbano również o jakość degustacji i wypracowano lepszy system oceniania. To jednak nie sprawiało wrażenia kwestii priorytetowej. W tym wypadku nie wierzę w statystykę i śmiem twierdzić, że końcowe wyniki konkursu są w dużej mierze przypadkowe. Oto dlaczego.

1. Jury Vinitaly zostało podzielone na 21 pięcioosobowych komisji składających się z dwóch dziennikarzy i trzech enologów. Wszyscy z całkowicie innym przygotowaniem; kwestię te jednak zostawmy na boku, gdyż organizacyjnie jest praktycznie nie do rozwiązania: trudno zapraszać ludzi z odległych krajów i odsyłać ich w razie, gdy nie przejdą testu. Rozsądnie jednak jest uczynić założenie, że komisja komisji nierówna.

2. Podczas czterech dni eliminacji każda z komisji degustowała inne wina skategoryzowane w 16 ogólnych grupach określonych regulaminem. Trzy podstawowe grupy stanowiły wina spokojne, musujące i półmusujące, dalej podzielone ze względu na kolor, wiek i rodzaj dojrzewania; w przypadku win słodkich ze względu na poziom cukru resztkowego, a w przypadku musujących na metodę fermentacji.

O ile ze względu na ramy czasowe konkursu, można zrozumieć, że w czasie eliminacji wina zostały rozparcelowane po różnych komisjach, o tyle wydaje się pomysłem niedobrym, by podczas sesji finałowej jedynie 5 komisji degustowało te same wina.

3.  Wszystkie degustowane wina podawano nam za ciepłe. Nie mierzyłam temperatury białych, czerwone sięgały 24 stopni.

4. Szczegółowe kryteria dobierania win do sesji degustacyjnych, na jakie składało się 12-13 próbek, pozostają na Vinitaly całkowicie nieprzejrzyste. Ten rodzaj degustacji, zwany double blind, grupuje razem wina z różnych nieujawnianych komisjom szczepów i krajów pochodzenia. Konkursy, gdzie w poszczególnych sesjach zestawia się ten sam szczep, region geograficzny bądź typ, i informację o tym się ujawnia, uważam za bardziej miarodajne.

Oczywiście idealistyczne założenie jest takie, że wprawny degustator rozpozna próbkę; wśród kryteriów oceny jest wszakże punkt: genuineness, a więc jak rozumiem autentyczność, szczerość, wierność odmianie. Prawda natomiast jest taka, że przy takiej skali i rozpiętości konkursu nawet najwprawniejsi degustatorzy mylą się często, wprawni mylą się bardzo często, a najmniej wprawni przez cztery minuty, jakie mają na wypełnienie degustacyjnego arkusza, w ogóle nie zawracają sobie głowy rozpoznaniem próbki. Tradycyjnie przepadają w tej degustacji wina o wątlejszym ciele, mniejszym ekstrakcie, subtelniejszym bukiecie, zwłaszcza, że na ich niekorzyść działa metoda ewaluacji opracowana przez Union Internationale des Oenologues przedkładająca w moim przekonaniu doskonałość techniczną  nad typowość i złożoność.

5. Metoda ta, operująca stupunktową skalą, dzieli ocenę na trzy ogólne kategorie: kolor, za który maksymalnie wino może otrzymać 18 punktów, bukiet – maksymalnie 30 punktów, smak -  maksymalnie 44 punkty, plus jest jeszcze ocena końcowa – maksymalnie 8 punktów.  Jednak poszczególne kryteria dzielą się na od 3 do 6 podkryteriów, stąd degustator w pośpiechu dokonujący szczegółowej analizy może łatwo zagubić obraz całości. I nie zawsze suma końcowa jest tą, jaką chciał winu nadać. Można oczywiście sobie radzić, szykując gotowce na 80 punktów na przykład, jak to czynili niektórzy, i dalej odejmować lub dodawać w osobnych krateczkach, posługując się wzorcem. Można najpierw dać ocenę końcową i jeśli liczy się szybko, podporządkowywać jej poszczególne punkty. Tak czy owak, statystycznie rzecz biorąc kilkupunktowe wahania w jedną lub drugą stronę były rzeczą nagminną. Mało komu chciało się kruszyć kopie o punkt czy dwa, nie zawsze zresztą starczało czasu na wypełnianie arkusza od nowa. Dlatego sensowniejszym rozwiązaniem byłoby pozwolenie degustatorom na dokonywanie analizy w cichości sumienia i operowanie stupunktową skalą od razu.

W końcowej kalkulacji oceny najniższe (te dają strange jornalists poszukujący oryginalności) i najwyższe (tę dają strange oenologists zainteresowani przede wszystkim poprawnością techniczną) zostają pomijane. Obowiązuje więc tutaj zasada ograniczonego zaufania do zaproszonych gości: średnią arytmetyczną wyciąga się z ocen środkowych.

Z tych wszystkich powodów najlepsi producenci i najbardziej znani degustatorzy konkursy omijają z daleka.

Czego nauczyłam się na Vinitaly? Niewiele. Może wymagam za dużo, ale nie oczekując profitów finansowych, spodziewam się benefitu w postaci nauki, która byłaby możliwa, gdyby po każdej sesji zechciano nam ujawnić szczepy i kraje degustowanych próbek. Albo gdyby była możliwa dyskusja w ramach komisji, co, w moim przekonaniu, wpłynęłoby pozytywnie na adekwatność ocen. Na Vinitaly członkowie jury są maszynami do robienia punktów.

Imponujące wrażenie robił natomiast codzienny pokaz sommelierów, którzy przy każdej sesji wykonywali synchroniczny taniec, z lekkością poruszając się po sali pod dyktando głównego wodzireja, przewodniczącego komisji Giuseppe Martelliego. Jego hipnotyczny głos, powtarzający po tysiąckroć: prego, prego, prego, tak bardzo wniknął w moje zakończenia nerwowe, że budził mnie rano, zanim jeszcze zadzwonił budzik. Prego, prego, prego? Miękkie Do przodu! Marsz!

Giuseppe Martelli w primaaprilisowym przebraniu

Poza tym Werona piękna, hotel o niegdysiejszym przepychu, karmiono i pojono nas wprawdzie średnio (owszem, dziennikarze winiarscy to najbardziej malkontencka profesja świata), towarzystwo swojskie, aczkolwiek codzienne small talki bywają męczące. Nie było jednak od nich ucieczki, bo nawet gdy mieliśmy dwa wolne wieczory (o dwie kolacje mniej dla organizatorów i o dwie znacznie lepsze dla nas), to i tak jedni drugim usiłując umknąć, spotykaliśmy się w końcu w Bottega del Vino. Cóż, wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Przynajmniej gdy człowiek jest strange journalist. A jeśli potrafi o tym zapomnieć i pobłażliwie powściągnie swój krytycyzm, wtedy everything is cool i viva la dolce vita! Można mieć całkiem udane wakacje. Tylko czy o to w tym wszystkim chodzi?

Lucynka w Klekotkach

25 marca 2010

Od Valpolicelli trzymałam się raczej na dystans. Ze wszystkich “prostych win do kuchni domowej”, jak to zgrabnie ujął Tadzio Pióro, ta wydawała mi się nazbyt miękka, już samym brzmieniem zbyt dziewczyńska, za mało garbnikowa, za bardzo zbliżona swoją naturą do wiśniowego soku, a za mało winna. Nic w tym osobliwego, błąd to powszechny, taki obraz Valpolicelii ma większość konsumentów. Znalazł się wśród nich i sam Robert Parker, który nazwał Valpolicellę “mdłym przemysłowym chłamem”. Nie bez powodu oczywiście. Veneto jest najbardziej płodnym regionem Włoch, który od połowy lat 90. wyprzedza rozmiarami produkcji wcześniej przodujące Apulię i Sycylię. Większość winnic znajduje się więc w rękach kooperatyw nastawionych na wytwórczość masową. Nie było też łatwo o dobrą Valpolicellę w Polsce, przez lata jej wizerunek wyznaczał komercyjny producent Pasqua, którego to Valpolicellę piłam z niejaką życzliwością kilka lat temu w Tajlandii, gdzie o wina europejskie trudno. Ale żeby kupować ją w Polsce?

Obraz Valpolicelli odczarowała dla mnie w mroźną zimową noc butelka od Tedeschiego. 2008 Lucchine Valpolicellę Classico przywiózł do Klekotek Michał Poddany, którego stopień spoufalenia z tym winem i sympatia dla niego są na tyle duże, że nazywa je pieszczotliwie Lucynką. Myliłby się jednak ten, kto by pomyślał, że Lucynka to spolegliwa dziewczynka. Wino to choć proste i codzienne, znajduje się na antypodach tego, co można by nazwać łatwością. Powstaje z ręcznie zbieranych gron, które przechodzą krótką macerację i fermentację z kontrolą temperatury, co ma mu zapewniać owocową świeżość. Obok apetycznego sorbetu z wiśni i borówek pojawiają się tu jednak również nuty iglaste, ziemiste, liściaste, które nadają temu winu leśny charakter. Delikatnie ziarnista faktura, zadziorna kwasowość i mocno ziołowa końcówka komponowały się genialnie z legendarnym klekotkowym kulebiakiem. Lucchine dobitnie udowadnia tezę, jakiej Tedeschi poświęca wiele wysiłku, że corvina może produkować światowej klasy wina bez uciekania się do appassimento.

Żeby się o tym przekonać musiałam pojechać do Klekotek – mazurskiego SPA, powstałego wokół XVII-wiecznej posiadłości młynarza. Do tej pory, podobnie jak od Valpolicelli, trzymałam się od SPA raczej na dystans – z tego samego lęku o zderzenie z nadmierną komercją. Młyn Klekotki pokazuje, że może być inaczej. To hotel o światowym standardzie, który poza wszelkimi dogodnościami, ma przede wszystkim wspaniały genius loci. Stara architektura została zachowana, nowa stylistycznie komponuje się ze starą, wnętrza cieszą oczy, krajobraz jest zjawiskowy, tereny ogromne, więc nic nas nie skazuje na przebywanie w stadzie. A poza wszystkim jest tam wspaniała kuchnia obfitująca w regionalne specjały oraz świetnie zaopatrzona piwnica, zgodnie z zasadą “jedz lokalnie, pij globalnie”. Nawet siarczysta zima, było wtedy -30, zupełnie nam nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie było przepięknie, a co odważniejsze towarzyszki biesiady pobiegły ochoczo z kieliszkami Valpolicelli przez śnieg, w negliżu, do stojącego w polu parującego jacuzzi.

Siedząc teraz, w wiosenny dzień, z kieliszkiem Lucchine, myślę, że to jedno z najlepszych zimowych wspomnień. I jeszcze jedna banalna myśl telepie mi się po głowie: że nie tylko Valpolicella, ale także i Polska bardzo się zmienia. Wiem, wiem, to banał, ale za każdym razem, kiedy to widzę, strasznie się cieszę.

(2008 Lucchine Valpolicella Classico – do kupienia u Roberta Mielżyńskiego za 35, 90 PLN)


Szkoła uczuć degustatorów

18 lutego 2010

Zamieszczona w książce Benjamina Wallace’a The Billionaire’s Vinegar dykteryjka powiada: Abe kupił ładunek sardynek, który wcześniej już wielokrotnie sprzedano i za każdym razem z zyskiem. Jednak w przeciwieństwie do poprzednich kupców Abe zadał sobie trud, by otworzyć jeden z nabytych kartonów. Sardynki były wstrętne. Zadzwonił do Joe, od którego je kupił, by usłyszeć: „Ależ Abe te sardynki są do handlowania, a nie do jedzenia”.

Napisana z ironią książka Wallace’a to jednak więcej niż bezlitosna kpina z rynku winiarskich białych kruków. Jeden z amerykańskich blogerów porównał ją do tołstojowskiej Wojny i pokoju. Zachowajmy jednak proporcje; dość powiedzieć, że jest to wypełniona powieściowym współczuciem historia o nieposkromionych pasjach i straconych złudzeniach.

Mrocznym obiektem pożądania jest tu wino, pożądane tym bardziej, że osiągalne cenowo dla niewielu, a dla tych, dla których osiągalne – nieprzeznaczone do konsumpcji. Tak czy owak pozostające w świecie fantazji. Choć Malcolm Forbes po przebiciu rekordu cenowego, jaki kiedykolwiek osiągnęła butelka wina, przez swojego syna, który w 1985 roku zakupił na prowadzonej przez Michaela Broadbenta aukcji w Christie’s Château Lafite 1787  za 156 000 $ nie bardzo zrozumiał tę fantazję, wściekł się i w wywiadzie telewizyjnym udzielonym jeszcze tego samego dnia burknął: „Rodzina Forbesów miałaby się znacznie lepiej, gdyby Thomas Jefferson wypił to cholerstwo”.

No właśnie, skoro już znajdziemy się w posiadaniu wiekowej butelki (pofantazjuję sobie przez chwilę) to pić czy nie pić, oddając się marzeniom o tym, jak mogłaby smakować? Kalifornijski winiarz André Tchelistcheff popijając Lafite 1898 stwierdził: „Degustowanie starego wina jest jak uprawianie miłości ze starszą damą”. Po teatralnej pauzie: „To jest możliwe”. Po kolejnej pauzie: „To może być nawet przyjemne”. I po ostatnim łyku: „Ale wymaga pewnej dozy wyobraźni”. Tak czy owak skazani jesteśmy na imaginację. To ona prowadziła pióra słynnych degustatorów, którzy na przyjęciach urządzanych przez Hardy’ego Rodenstocka sporządzali notatki z legendarnych Yquem 1811, Margaux 1900, Pétrusa 1921, Mouton 1945 i wielu innych starszych roczników. Niektórzy wypowiadali się nawet, że kto nigdy nie spróbował win sprzed filoksery, powinien w ogóle powstrzymać się od oceniania, bo nie ma o winie pojęcia.

Sprawa komplikuje się jednak w świetle naukowych odkryć, które niechybnie wskazują na to, że Hardy Rodenstock fałszował wina, choć nigdy mu tego sądownie nie udowodniono. Poza wszystkim popełnił parę głupich błędów – zdarzało mu się na przykład zniekształcać kolory i rozmiary etykiet, a nawet puścić w obieg wina, które nigdy nie istniały: w roku 1947 Romanée Conti nie miało zbiorów wcale, a Pétrus 1921 nie powstał w butelce magnum. Pétrus, którym zachwycał się Parker i napisał, że wykracza poza 100-punktową skalę. Jancis Robinson do dziś jest przekonana, że Yquem 1811 z kolekcji Rodenstocka należało do najwspanialszych win, jakie kiedykolwiek piła. I że jeżeli było fałszywe, to ktokolwiek je stworzył, zasługuje na pełen szacunek. Co jednak teraz począć z tymi wszystkimi notkami degustacyjnymi czy z książką Broadbenta opisującą stare roczniki, które w większości pochodziły z kolekcji niemieckiego oszusta?

Książka Wallace’a dobitnie pokazuje, że w winie nie chodzi o prawdę, lecz o wzruszenia. O grę naszej wyobraźni. Między ustami a brzegiem pucharu, czy tego chcemy czy nie, panoszy się zmyślenie. I to za nasze zmyślenia, a nie za prawdę, jesteśmy gotowi w życiu słono płacić.

Biedny Bill Sokolin, który zbił w nowojorskim Four Seasons Hotel swoją ubezpieczoną na 212 000$ butelkę Margaux 1787 (who knows czemu zbił mówią złośliwi), wypowiedział znamienne słowa: „Jeśli o mnie chodzi, butelka była prawdziwa, ponieważ w to wierzyłem. A poza tym spróbowałem tego wina i było to absolutne świństwo. Świństwo. Więc pomyślałem: Jezu, może jest prawdziwa.” A Benjamin Wallace konkluduje: „Jeśli fałszywe wino jest serwowane na degustacji i nikt tego nie zauważa, czy miałoby to jakiekolwiek znaczenie, gdyby było ono prawdziwe?”

Największym przegranym całej tej historii jest sam demiurg Hardy Rodenstock, który szczodrze dostarczał wzruszenia innym, lecz sam był ich pozbawiony. Mówię to bez cienia współczucia.

Suma przyjemności

18 stycznia 2010

Wczoraj w jednym z winiarskich sklepów Warszawy sympatyczny sprzedawca zachwalając mi kolejne butelki, namiętnie używał przymiotnika „konsystencyjny”. „Naprawdę bardzo konsystencyjne wino, proszę pani” – powtarzał. Neologizm bardzo mi się spodobał, choć jego czar nie zadziałał na tyle, bym na owe „konsystencyjne” butelki dała się namówić. Chociaż pan miał niewątpliwą rację, uciekając się do swojego określenia, bo tak jak istnieją pewne cechy narodowe, istnieją też zakreślone przez geografię upodobania smakowe i my Polacy zdecydowanie „konsystencyjne” wina lubimy. Czy wpływ ma na to chłodny klimat, czy upodobanie do słodyczy, które nam wpoiły stołówkowe kompoty czy też skłonność do trunków mocniejszych nieco, mniejsza o to. Idea dobrego czerwonego wina, nasza „ikona stylu” to wino gęste, esencjonalne, wygładzone beczką, z miękkimi taninami i najlepiej z odrobiną cukru resztkowego. Snobizm przybiera u nas masywne szaty i wyrafinowanie najbardziej snobistycznej apelacji świata, jaką jest Burgundia, do nas nie przemawia. Jeśli już mamy wydać na wino większe pieniądze, lepiej by ta suma przekładała się na oczywistą moc.

A ceny burgundów są owszem wysokie, więc nie sprzedają się one u nas najlepiej i są słabo obecne na polskim rynku, choć sytuacja się poprawia, o czym pisaliśmy już w Magazynie Wino (5/2009). Nie wszyscy importerzy mają też w ofercie wina ze starszych roczników, a burgund jak mało które wino potrzebuje kilku lat w butelce. Więc kiedy znajdzie się już wśród nas taki, kogo nagle dociśnie niecierpliwa chęć na porządnego burgundzkiego pinota, w dodatku w cenie, która by nas nie zmuszała do ewentualnych kłamstw przed współmałżonkiem, nie jest wcale łatwo tej chęci schlebić. Ale niecierpliwe chęci są wytrwałe i znajdują w końcu swoją realizację. Moja znalazła w Maranges 1er Cru La Fussière 2007 od Rogera Bellanda. (Mersault od tego producenta otrzymało tegoroczny brązowy medal w Grand Prix MW).

Maranges uważana jest za najpośledniejszą z burgundzkich premiers crus, niektórzy nawet podważają jej przynależność do Côte d’Or, jako że leży już w Saône-et-Loire, jej wzgórza mają odmienną od reszty regionu, południową ekspozycję i choć załapuje się na ostatni pas typowego dla Côte d’Or wapienia, w skład jej gleby wchodzą również bogate w magnez dolomity i łupki ilaste. Co w konsekwencji daje pinoty mniej mineralne, bardziej krągłe, o cieplejszym charakterze. Marek Bieńczyk napisał, że mało inspirujące, choć tanie. Ale w końcu nie zawsze szukamy inspiracji na dłuższy elaborat, czasem na blognotkę wystarczy. Podobnie jak nie co wieczór trzeba jeść kolację z inspirującym facetem i częściej zadowala nas po prostu komunikatywny.

Roger Belland wpisuje się swoimi burgundami w nową burgundzką falę – win otwartych, szczodrych, apetycznych. Winifikacja La Fussière przebiega w niskich temperaturach, co ma wzmocnić aromaty czerwonych owoców i złagodzić garbniki. Owoc rzeczywiście jest tu pięknie wydobyty, ale wachlarz zapachowy jest bardziej przestronny, oprócz truskawki i kwaśnej wiśni, w tle pojawiają się fiołki, nutka torfu i kamienna mineralność, której i w ustach jest niemało. Wino skoncentrowane, intensywne, choć nie brakuje mu burgundzkiej zwiewności i aksamitnego dotyku. Pełne z nadającą mu gibkość kwasowością. Nie trzeba się w nie specjalnie zagłębiać, co niektórym może zdawać się mało inspirujące, jednak natychmiastowa przyjemność, którą oferuje już za młodu, jest naprawdę nie do pogardzenia. Rocznik 2007 jest gotowy do picia, choć spokojnie na jakieś pięć lat można go jeszcze odłożyć. Wino jak na burgunda treściwe, a jak na Maranges naprawdę głębokie i długie. 82 złote i 50 groszy to mało na butelkę wina nie jest, ale w tym przypadku wszystko mi się zwróciło. Subtelność czasem bardziej popłaca niż „konsystencyjność”. I nie ma się po niej kaca.

Do kupienia u Roberta Mielżyńskiego.

Na dobry koniec roku

30 grudnia 2009

Miasto zastygło w międzyświątecznym bezczasie. Rodzina wyjechała, mieszkanie posprzątane, zeszłoroczne prace oddane, na przyszłoroczne jeszcze nie przyszła pora, garderoby na jutrzejszy wieczór szykować nie muszę – na żaden bal, na szczęście, się nie wybieram. Cisza i spokój. Pewnie groziłby mi marazm, gdyby nie podarowana butelka Saffredi 2006 z toskańskiej Maremmy. Bardzo miły koniec roku. Przytulne i ciepłe popołudnie.

Saffredi to jeden z pierwszych supertoskanów, który rocznikiem 2006 obchodzi swoje dwudziestolecie. Z tej okazji Elisabetta Geppetti, właścicielka Fattoria Le Pupille wypuściła je w świat z nową etykietą, która – jak mówi – przypomina odświętną suknię. Jednak niechaj inni oblewają Saffredim swoje rocznice, dla mnie pozostanie ono winem domowego zacisza. Ze szczodrym owocem ciemnej wiśni, czarnej porzeczki i jeżyny, delikatnymi nutami rozmarynu i sosu sojowego w tle, miękką sztruksową fakturą, która z czasem niechybnie przejdzie w aksamit, przeciągłą kwasowością, dojrzałymi taninami i długą mineralną końcówką – wino to ma wszystko, czego od wina oczekiwać można. Mogłabym co prawda ubolewać, że piję je tak wcześnie, bo prawdziwą wielkość osiągnie ono dopiero za jakieś lat dziesięć, ale pod koniec roku nad niczym ubolewać nie zamierzam, może jedynie nad tym, że nie mogę o Saffredim powiedzieć tego, co Johnny Depp powiedział o Chateau Calon-Ségur, że „wino to ma bardzo przystępną cenę, poza tym jest wspaniałe i dlatego piję je na co dzień”. Zresztą o Calon-Ségur też bym tak chciała powiedzieć. Choć rocznik 2006 na pewno nie byłby jeszcze gotowy, a w każdym razie dużo mniej gotowy niż Saffredi. Ciekawe jakie roczniki pija Depp na co dzień?

Zostawmy jednak marzenia na boku, zachowajmy je na rok przyszły, dzisiaj mamy w kieliszku bardzo porządne wino, od którego odrywać się nie należy i które, jak na swój  młody wiek, jest zaskakująco ułożone i otwarte. Co prawda toskański kupaż Caberneta z Merlotem z niewielką domieszką Alicante, mógłby zdawać się miłośnikom Bordeaux nazbyt gładki, ale ja takich win czasami bardzo potrzebuję, a już zwłaszcza w przededniu sylwestrowej depresji: intensywnych, zmysłowych, głębokich, lecz nieskomplikowanych. Szczodrych i nie stawiających oporu.

I takiego właśnie – szczodrego i nie stawiającego oporu – kolejnego roku sobie i Państwu życzę. Oraz, rzecz jasna, jak najlepszych win codziennych.

Comfort wine

4 listopada 2009

Bandol Longue Garde

Dbający o moją rzetelność dziennikarską mąż sprowadził dla mnie ze Stanów Vignon – przyprawę, o której idei napisałam już krytyczny felieton w październikowym numerze Magazynu. Nie było więc rady trzeba było urządzić kolację, która miałaby obalić bądź potwierdzić  (ucierając mi nosa) jej zalety. Vignon, jak głosi etykietka, jest all natural wine friendly, uczyni każde wino gładkim i pysznym (smooth and delicious), można go stosować zamiast soli, ma zero kalorii i nie zawiera glutaminianu sodu. Zawiera za to sól morską (zamiast soli), grzybki shitake, suszone pomidory,  ekstrakt drożdżowy, sos sojowy i różne naturalne aromaty, jak cytrynowy, serowy, czy czosnkowy. Innowacyjność tej przyprawy ma polegać na tym, że dodana do jedzenia, zrównoważy smak każdego wina i każdego dania tak, że wszystko świetnie się ze sobą połączy, by nie powiedzieć, pomiesza.

Udałam się więc na Wiktorską po rybę, pod Halę Mirowską po polędwicę (niczego w tym mieście nie można kupić w jednym sklepie albo przynajmniej w dwóch pobliskich),  przygotowałam mocno kwasowy Riesling Estate 2008 od Breuera i butelkę Bandol Longue Garde 1999 od Jean-Pierre’a Gaussena. Mieliśmy sprawdzić, to znaczy głównie mój dociekliwy mąż  („bo ja zawsze wszystko muszę wiedzieć”), czy Riesling z krwistym mięsem przy Vignon okaże się świetny, a potężne Mourvèdre  zagra z rybą.

Vignon

Dorada ze sklepu na Wiktorskiej okazała się świetna. Wybrałam się tam pierwszy raz i ucięłam uroczą pogawędkę z panem w stylowym berecie, który pouczył mnie, że przegrzebki nie mają nic wspólnego z małżami Świętego Jakuba, bo przegrzebki to po francusku „coques”.  Nulla dies sine linea! Dzień zapowiadał się na spełniony. Niestety przy kolacji pieczeń nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań, okazała się sucha i twarda (nie da się jednak kupić porządnej polędwicy za 30 złotych, choć już się cieszyłam), a  Vignon spełniło najgorsze przeczucia. Smakuje jak Vegeta, tyle że jest bardziej słone, nie ma w nim jak w Vegecie cukru, a jego sekret równoważenia wina i potraw polega na tym, że w ustach uporczywie utrzymuje się smak sosu sojowego zabijający wszystkie inne aromaty. Ani dorada, ani Breuer, ani Gaussen na to nie zasługiwali.

Breuer jak zawsze okazał się niezawodny, a Gaussen przyniósł prawdziwe pocieszenie przy łykowatym mięsie, które można było sobie podarować i pić, pić, pić… Gdyby nie to, że butelka nam się szybko skończyła.

Nigella Lawson często pisze o comfort food – takim , co kojarzy się nam z dzieciństwem, niesie ukojenie, odgania chandrę  i od którego po prostu nie możemy się oderwać. Zważywszy, że łapią się na to pojęcie często niezbyt wyszukane potrawy i niechlubne słabości, zawsze uważałam je za ambiwalentne, jeśli nie lekko pejoratywne. Jednak myśląc o Bandol Gaussena, które w jakimś sensie odbiły się na moim winiarskim dzieciństwie, określenie comfort wine uparcie pcha mi się do głowy. Zaproszona na kolację nasza przyjaciółka powiedziała, że to wino jest jak wieczór, który spędzamy w domu i jest nam z tym dobrze.

Jean-Pierre Gaussen Bandol Logue Garde 1999 to potężne, gęste wino o głębokich aromatach czarnych owoców. Słodkie jeżyny i ciemne czereśnie są w nim równoważone bardziej wstrzemięźliwymi nutami: lawendy, skóry i ziół prowansalskich. Jest w nim ciepłe światło południowej Francji i surowość tamtejszych skał rysowanych twardą Cézanne’owską kreską.  W ustach trwa jak pękająca garść dojrzałych owoców, których sok łącząc się z subtelnymi ziołowymi smakami , tworzy lekko ziarnistą fakturę. Mam wrażenie, że Bandol Gaussena odwołuje się we mnie do jakichś atawizmów: ciemne i skondensowane, a zarazem miękkie i soczyste, jest, jakkolwiek nie brzmiałoby to pretensjonalnie, czystą esencjonalnością czerwonego wina. A zwyczajnie i po prostu – jest esencją przyjemności.

W „Winach Europy” Gaussen jest nazwany patriarchą bandolskiej apelacji, dziś już trochę przykurzonym. Przykurzenia w jego Longue Garde 1999 na pewno nie czuć. Pomimo swoich dziesięciu lat to wciąż świeże wino o łagodnych garbnikach. Ma w sobie pogodę i łagodność dojrzałego wieku; komfort starości.

Mój mąż natomiast, gdy mnie nie ma w domu, z upodobaniem dodaje Vignon do omletów. Pije wtedy piwo i czuje się z tym bardzo komfortowo.