Burza w szklance wina

27 czerwca 2011

Przedwczoraj wicepremier Waldemar Pawlak dołożył wisienkę do niefortunnej wypowiedzi Radosława Sikorskiego, wypowiadając się w TVN 24, że będzie gorąco namawiał pana Marka Kondrata, żeby ten zainterweniował u ministra spraw zagranicznych w kwestii podawania podczas prezydencji Polski win polskich. Sposób, w jaki wicepremier podchodzi do sprawy, jest symptomatyczny dla kraju, gdzie spożywa się per capita 2,5 l wina rocznie (dla porównania na Węgrzech jest to 24 l, we Francji – 45) i gdzie jednocześnie lubi się wykrzykiwać, że „dobre, bo polskie”. To akurat „polskie” wydało się wicepremierowi na tyle egzotyczne i frymuśne, że niepomny na fakt, iż jako minister gospodarki sam mógłby mieć w tej materii coś do powiedzenia, teatralnie postanowił uciec się do autorytetu obytego w świecie aktora, którego krasomówcze umiejętności i – w oczach wicepremiera najwyraźniej szerokie wpływy – niejednego do niejednego wina mogą przekonać. Gdyby Waldemar Pawlak choć raz słyszał mówiącego o winie Marka Kondrata, wiedziałby, że ten wychwalając w każdym wywiadzie cywilizacje, którym dane było „spokojne trwanie”, opowie się raczej za tysiącletnią ciągłością tradycji winiarskiej niż dokona patriotycznego zrywu w obronie win polskich.

Ma rację Wojciech Bońkowski – przez niedorzeczną wypowiedź Pawlaka (sprowadzającą się w gruncie rzeczy do formuły: wszystko da się jakoś załatwić, niech M. pogada z R.) tym jaskrawiej uwydatnioną – że domaga się  jasnego komunikatu o zasadach, wedle których zdecydowano się przez czas polskiej prezydencji podawać wino węgierskie. Przesadza jednak mówiąc, że wybór win węgierskich jest merytorycznie idiotyczny. Ze wszystkich kultur winiarskich Europy Środkowo-Wschodniej, węgierska na przestrzeni historii była zawsze nam najbliższa i wybór węgrzynów można odczytać jako symboliczny gest nawiązujący do tej tradycji.

Niezależnie od faktu, że wypowiedź ministra Sikorskiego sugerująca, że polskie wina są niewystarczająco dobre, słusznie uraziła pionierską branżę ludzi niezwykle wytrwałych, którzy wbrew nonsensownym przepisom uniemożliwiającym im przez lata sprzedaż własnych produktów, nie ustają w trudach, by wnieść do kultury polskiej nową wartość, myślę że w efekcie szum powstały wokół sprawy może mieć jedynie pozytywny skutek: Polacy wreszcie usłyszą, że istnieje polskie wino i że – co przewijało się w publicznej debacie – wytrzymuje porównanie z węgierskim.

Przede wszystkim mam jednak wrażenie, że medialna awantura o wino (nie myślę tu o winiarskiej blogosferze, lecz mediach o szerszym zasięgu), zaskakująca w gruncie rzeczy w kraju niepijącym wina, lecz oczywista w narodzie, który „swoją dumę ma”, zagłusza prawdziwie istotne problemy, z jakimi boryka się kultura wina w Polsce. Nowa ustawa winiarska, o której szerzej w najnowszym MW, jest krokiem w stronę normalności i wreszcie (po ilu latach!) dostosowuje polskie prawo do prawa unijnego; nowe przepisy ponadto ułatwiają winiarzom wprowadzenie wina do obrotu. Nie słyszałam nigdy, by wicepremier Pawlak oburzał się wcześniej publicznie, że polskiego wina nie ma w polskich sklepach. Polska jest krajem niezliczonych absurdów prawnych, które kulturze wina nie sprzyjają. Ustawa o wychowaniu w trzeźwości, zabraniając promocji i reklamy napojów alkoholowych, z wyłączeniem piwa, jest czystą dulszczyzną. Konsekwencją tej ustawy jest znikoma obecność w polskiej prasie  artykułów popularyzujących kulturę wina oraz sprzedaż polskich magazynów winiarskich w miejscach innych niż sklepy specjalistyczne zafoliowanych podobnie jak pornografia. Obok polskich leżą zresztą w Empiku zagraniczne pisma winiarskie – już niezafoliowane, co jest dobrą ilustracją tego, jak państwo dba o krzewienie rodzimej kultury picia.

Cieszyłabym się, gdyby wicepremier świadomie zajął się wprowadzeniem ustaw sprzyjających kulturze wina w kraju, zamiast w imię polskości bronił jak lew polskiego wina, próbując umówić na herbatkę Kondrata z Sikorskim.

Andezyt, riolit, zeolit…

17 kwietnia 2011

Isztván Szepsy

Przyjemnie słucha się Szepsy’ego, gdy opowiada o andezytach, riolitach i zeolitach; choć człowiek ledwo nadąża, słychać, że Isztván wypowiada te nazwy ze zmysłową radością i na pamięć zna każdy kamień w swojej winnicy. Wyraźnie jednak nudzą go pytania: czy była fermentacja malolaktyczna? (w kilku beczkach była, w innych nie była), jakie prasy? (różne), jakie beczki? (takie i owakie). Zresztą nawet jeśli uzyskamy szczegółowe odpowiedzi na temat procesu winifikacji, to i tak staniemy przed winami Szepsy’ego jak uczniaki, które rozkładając poezję na sylaby, próbują się dogrzebać semantycznej funkcji rymów okalających.

Kiedy w 2002 roku Szepsy, mistrz win słodkich, podjął decyzję, by robić też wina wytrawne, wniósł do światowego winiarstwa zupełnie nową i niepowtarzalną jakość: furminta mogącego stawać w szranki z największymi białymi winami Europy. Na degustacji 14 kwietnia Szepsy, oprócz swoich legendarnych szamorodnich i 6-puttonowych aszú, zademonstrował również sześć win wytrawnych – cztery furminty (w tym trzy roczniki z winnicy „grand cru” Szent Tamás) oraz dwa roczniki Király Hárslevelű. Skromnie opowiadał, że jest to dopiero początek drogi, bo wytrawnego furminta Tokaj odkrył dopiero 10 lat temu. Nie ma zresztą chyba artykułu poświęconego Szepsy’emu, któryby o jego skromności nie wspominał. Za każdym razem wobec genialnych efektów jego pracy robi ona wrażenie. Choć jest w jakimś sensie spójna z filozofią win, które mają przede wszystkim wyrażać siedlisko. W wytrawnych winach Szepsy’ego nie znajdziemy więc wyrazistych różnic szczepowych miedzy furmintem a hárslevelű, które zwykle opisuje się przez opozycje: twardość-miękkość, powściągliwość-szczodrość aromatyczna. Hárslevelű w wydaniu Szepsy’ego ma także twarde, kamienne oblicze. Marek Bieńczyk mówił nawet, że wina te mają cokolwiek wydrążone, puste usta. Ta pustka jednak jest wynikiem wyciszenia owocu, który ustępuje miejsca mineralności, przykrywającej typowość odmiany na tyle, że Szent Tamás Furmint 2006 został na profesjonalnej degustacji w ciemno uznany przez krytyków za najlepszy przykład mineralnej ekspresji Montrachet. Wytrawne furminty i hárslevelű Szepsy’ego to chłodne, krystaliczne wina, w których obok aromatów owocowych (pigwy, złotej renety, brzoskwini) pojawiają się z równą siłą jesienne nuty roślinne. Każdy rocznik tych win znacząco się różni; Szepsy polega wyłącznie na naturalnych drożdżach, fermentację przeprowadza bez kontroli temperatury, stąd czasem dochodzi do fermentacji malolaktycznej, czasem nie, czasem tylko częściowo. Poza tym nieustająco eksperymentuje; w 2007 roku po raz pierwszy użył do swojego Furminta Szent Tamás nowych beczek. Krytycy w większości to wino krytykują jako zbyt beczkowe, mnie wydało się interesujące: wciąż wyraźne nuty toffi i wanilii idealnie równoważył słony finisz.

Można lubić Szepsy’ego z beczką lub bez, z „malo” lub nie, z cukrem bądź wytrawnego, istotne jednak jest to, że każda jego butelka przynosi nowy, nieznany dotąd ludzkości smak.

Do Kruka iść w ciemno

4 grudnia 2010

Koło kogo usiąść, by za bardzo się nie wynudzić? Koło kogo, żeby tylko nie rozmawiać o pogodzie? I w ogóle nie mówić za dużo. I żeby on albo ona nie zalali nas potokiem słów. Tak mniej więcej wygląda wewnętrzna buchalteria winiarskich krytyków, kulinarnych też być może, którym przypadła w udziale ciężka praca obijania się po proszonych kolacjach. Zanim więc siądziemy, wykonamy rytualny taniec wokół stołu w mgnieniu oka oceniając przyszłych współbiesiadników, nie dostrzegając, że sami zostaliśmy już trafieni i zatopieni.

Jerzy Kruk, pośród rozmaitych eventów, urządza na Bema 65 kolacje, które odbywają się całkowicie po ciemku. Blind tasting win, potraw i, toutes proportions gardées, towarzyszy stołu, których nie mamy okazji zmierzyć wzrokiem i zabawić się z nimi w krzesła.

Pomysł jedzenia w ciemności nie jest nowy. Pierwszą „ciemną” restaurację Blindekuh otwarto w Zurychu ponad 10 lat temu. Pierwotna idea była społeczna: integrować środowisko niewidomych, skąd wywodziła się obsługa restauracji, z ludźmi widzącymi, którzy na czas kolacji zmysł wzroku musieli wyłączyć. Z Zurychu pomysł poszedł w świat, tracąc po drodze swoje społecznikowskie zacięcie. Kolejne restauracje głównie służyły rozrywce; do pakietu „jedzenia w ciemno” często dołączano formułę „randki w ciemno” – idea integracji przybrała więc inną formę, ale pozostała.

Przygotowana przez Marcina Piotrowskiego w Four Senses kolacja, zaserwowana wraz z pięcioma winami, miała jednak służyć w zamierzeniu Jurka, przede wszystkim kulinarnej zabawie: co jemy, co pijemy, co z czym najlepiej pasuje. Krótko i węzłowato: ze wszystkim, poza deserem, najlepiej pasowało Morgon od Lapierre’a. Krótko, bo nikt po ciemku nie chciał się tym zajmować, w każdym razie nie na głos. Ciemność woli psychologię od wina. Jedni zanurzali się w sobie (w końcu nikt ich nie widział, mogli więc sobie darować small talki), macając krewetkę, jedząc przegrzebki ręką, wylizując sos z talerza, orientując się po niewczasie, że z powodzeniem wsunęli risotto nożem. Drudzy głośno i dobitnie (w końcu nikt ich nie widział) chcieli mówić o sobie. Ale też słuchali z uwagą innych, bo gdy nie sposób spojrzeć w oczy, nachylić się do ucha, rozmowy w podgrupach prowadzić trudno. Zupełnie banalnie, wszyscy stali się bardziej otwarci, bezpośredni, wyzbyci uprzedzeń… Morał mógłby być z tego taki, że wzrok jest bezwzględnym dyktatorem –  tak w życiu, jak w winiarskiej krytyce. Torres – skąd, to nie jest bohater naszego romansu, ale po ciemku na niego głosujemy. Bocca di Lupo nie kupimy za żadne skarby, ale w ślepej degustacji nam smakuje. Gdy pozbawiamy się wzroku, pisała na swoim blogu Ewa Rybak, okazuje się, jak bardzo za dnia jesteśmy więźniami konwenansów, punktacji, mody.

Byłoby cudownie, gdyby ślepa degustacja i randki w ciemno były odpowiedzią na wszelkie nasze ograniczenia; spotkaniem twarzą w twarz z naszym prawdziwym jestestwem. Rzeczywistość jednak rzadko udziela naiwnych odpowiedzi. Kiedy wzrok śpi, budzi się imaginacja, główka pracuje, dokonuje specyficznych targów i zakładów, sama się ogranicza i zastawia na siebie pułapki. Można by napisać traktat: „Z psychologii ślepego degustatora”. „Z psychologii randkowicza w ciemno” – pewnie też.

Ach tak, na sielankowej atmosferze kolacji w Four Senses była rysa: stłukło się kilka potrąconych w ciemności butelek. Z której strony dobiegł trzask, ile mogło pójść; może by tak rzucić się  na ziemię i przez słomkę oszacować rozmiar szkody – Jurek przeżywał katusze. Koniec końców zniósł jednak stratę z humorem i nie wyjawił, jakie butelki dokonały niespełnionego żywota.

Na swoim videoblogu właściciel sklepu winiarskiego i sali degustacyjnej Four Senses przedstawia się następująco: Jerzy Kruk nie jest aktorem, nie jest purystą językowym ani winiarską Joanną Brodzik. Jerzy Kruk jest szczery i mówi to, co myśli. Najczęściej myśli o winach i ich kombinacjach z potrawami. Dla mnie Jerzy Kruk jest przede wszystkim facetem, który profesjonalnie zajmując się winem, potrafi się nim bawić. A takich jest niewielu.

Świeża bryza z Verduno

20 sierpnia 2010

Mało znana, nawet pośród winomanów, gmina Verduno to brzydkie kaczątko apelacji Barolo, pomijane w większości winiarskich wydawnictw. Jak pokazują wina Mario Andriona, trzydziestokilkuletniego enologa, który od 2000 roku trzyma pieczę nad winifikacją w Castello di Verduno, posiadłości Franco Bianco i Gabrielli Burlotto, ma ona wszelkie dane, by powstawały tam piękne i subtelne butelki.

Win Castello di Verduno, które były prezentowane w czasie tegorocznej degustacji Borsa Vini Italiani, wciąż nie ma niestety w Polsce, nad czym ubolewam, bo za ich eterycznym urokiem tęsknię codziennie. Położone na zachodzie Barolo siedliska Verduno mają podłoże, zwane Marne di Sant’ Agata – są to ciężkie gleby tortońskie, składające się w dużej mierze z kredowej gliny ale obfitujące również w piasek i wapień. Glebom tym zawdzięczamy finezyjne aromaty, miękkie garbniki i powietrzną lekkość piemonckich win, za którą nie wszystkie, a zwłaszcza anglosaskie gusty nie przepadają, upatrując prawdziwego wcielenia Piemontu w mocno garbnikowych, ziemistych i surowych barolo z Serralunga d’Alba. Zwiewne wina Mario Andriona pozostają na antypodach tego stylu.

Wielokrotnie doceniano je na wystawie Vini Veri odbywającej się od siedmiu lat pod Weroną w tym samym czasie co Vinitaly i prezentującej winiarzy sprzeciwiających się winiarskiej komercji. Reguły stowarzyszenia Vini Veri są dużo bardziej restrykcyjne od tych, które są wymagane przez organizacje wystawiające ekologiczne certyfikaty. Nie tylko nie dopuszcza się tutaj użycia chemii, ale również broni się naturalnego dziedzictwa regionu: wina mogą powstawać tylko z endemicznych szczepów, wszelkie nowe nasadzenia muszą pochodzić z klonów winorośli już istniejących, dozwolone są tylko rdzenne drożdże, oprócz tego, nie zezwala się na klaryfikację, filtrację, ani na kontrolę temperatury, a dopuszczalny poziom siarki dla win wytrawnych to 80 mg/l.

Castello di Verduno nie jest członkiem stowarzyszenia Vini Veri, choć Mario Andrion jest apostołem minimalnej technicznej interwencji i rewitalizacji rdzennych odmian. To jeden z ośmiu piemonckich winiarzy, którzy produkują pelavergę. Do winifikacji podchodzi jednak racjonalnie, a nie ideologicznie i uznaje np., że w gorących latach nie obejdzie się bez dodania kultury drożdży, jeśli chcemy otrzymać wina świeże i aromatyczne. Zgodnie z antyczną nauką, etyka idzie tu w parze z estetyką. Prawdziwe spotyka się  z pięknym i dobrym. Wzdrygający się przed „autentycznymi” zapachami obornika nie mają więc się czego obawiać. Wina Mario mają czyste i klarowne zapachy, zawsze poświadczone w ustach, co jest najlepszym potwierdzeniem autentyzmu. Profil aromatyczny we wszystkich winach jest bardzo podobny, różna jest natomiast tekstura, architektura i gramatura garbników. Stylistyka konsekwentnie pozostaje ta sama, ale wypełnia ją odmienna fabuła.

Winifikacja w Castello di Verduno odbywa się klasyczną metodą: używa się dużych slawońskich beczek, maceracja jest długa (ponad miesiąc) i dłuższy niż minimalny czas dojrzewania w drewnie. Choć, jak zawsze, sekretem tych win są nienagannie prowadzone siedliska oraz utalentowany, aczkolwiek skromny winiarz, co w gruncie rzeczy nie tak często się wyklucza. Trudno też nie wspomnieć, że niebywale otwarty i serdeczny. Na ocenę win to nie wpływa, ale zawsze przyjemniej pije się wina od tych, którzy darzą świat sympatią.

Bezsprzecznie Castello di Verduno powinno znaleźć się na mapie każdego winomana jako benchmark swojej małej 17-hektarowej gminy. Poza wszystkim mają tam piękny hotel, świetną restaurację i szkołę kulinarną. U nas moglibyśmy mieć chociaż wina, które jak na Piemont utrzymują się w bardzo rozsądnych cenach.

Pelaverga 2008 Basadone

Klasyczna pelaverga, w której najmocniej dochodzi do głosu ziołowość. Pierwszą nutę gra tu kwaśna truskawka, wyraźnie pobrzmiewają również fiołki, jednak owoc i kwiaty szybko giną pod mocnymi, długo utrzymującymi się akordami przyprawowości: gałką muszkatołową, białym pieprzem i chininową końcówką. Miękkie cytrusowe taniny nadają temu winu o zwiewnej materii opływowe kształty. Tekstura nieco pylasta, z wyczuwalną kredą i piaszczystością. 10 euro za nieziemsko rzadką i diablo smaczną pelavergę, której przypisuje się afrodyzjakalne właściwości! Afrodyzjakalnych właściwości jakoś nie zgłębiłam, ale od tej pelavergi uzależniłam się całkowicie: za nią tęsknię, do niej wzdycham.

Barbera d’Alba 2009

Barbera powstająca wyłącznie w nierdzewnej stali, wbrew modernistycznemu trendowi skłaniającemu do ekstensywnego użycia beczki. Atrakcyjny, połyskliwy  kolor ciemnej wiśni. W ustach sporo koncentracji i słodycz gryczanego miodu. Intensywne wiśniowe aromaty tonuje kredowość i typowe dla win z tej posiadłości nuty gałki muszkatołowej, białego pieprzu, fiołków, irysów oraz mięty. Miękko płynie od początku do końca, kończąc się atłasowymi taninami. Wyraźna przyprawowość w końcówce nadaje jej jednak charakterność. Jeszcze zdecydowanie za młoda.

Barbaresco 2006

Kupaż z dwóch siedlisk: Rabaja i Faset. Delikatna, filigranowa wręcz jak na Barbaresco budowa. Czyste, miękkie, linearne, spływające gładko prostą wiśniową linią. Nieprzegadane, owocowe, z garbnikami jak w białej herbacie i delikatną chlorofilową końcówką. Tak czystych win szukać ze świecą. Finezyjna, koronkowa robota.

Barbaresco 2003 Faset

Wino pochodzące z 1-ha winnicy Faset, która daje relatywnie mocną garbnikową strukturę, stąd w młodości nie są to butelki tak bezpośrednie jak proste Barbaresco. Pomimo gorącego rocznika, świetnie zachowana kwasowość. Jasna, ceglasta barwa, ale – jak powiada Mario – świeżość jest istotniejsza od koloru. Ciepły bukiet i smak dojrzałej,  jednak nie przejrzałej maliny. Wigor zachowany dzięki ożywczej mięcie w finiszu i mocno zarysowanym cytrusowym garbnikom.

Barolo Massara 2003

Cru o wschodniej ekspozycji, co przy tak gorących rocznikach jak 2003 ma niebywałe znaczenie. Stąd – nieprawdopodobna jak na rocznik kwasowość Skoncentrowane, gęste, a zarazem miękkie wino pełne dojrzałego owocu. Truskawka spotyka się tu z wiśnią, ale pojawia się też ewoluowany aromat skóry. Drobnoziarniste aksamitne taniny i bardzo długi finisz.

Barolo Riserva 2004 Monvigliero

Najlepsze cru Verduno o trzydziestoletnich krzewach. Największym atutem tego wina jest jego potoczystość (chce się pić, jeszcze i jeszcze) oraz głęboki mineralny wymiar. Truskawka, różane pot-pourri i miękkie cytrusowo-herbaciane taniny. Filigranowe i silne zarazem.

Barolo Riserva 2000 Monvigliero

Po 10 latach wciąż świeży, nieewoluowany owoc robi duże wrażenie.  Truskawka, trochę słodkich orientalnych przypraw, subtelna nuta skóry, a w finiszu ocet balsamiczny i trufle. Pluszowe, idealnie już zintegrowane taniny. Powłóczyste, przeciągłe, piękne.

Mario Andrion z córką Virginią

Deszczowe impresje

25 czerwca 2010

Kolejna edycja Grand Cru u Roberta Mielżyńskiego. Do tej pory degustatorzy mogli sobie ponarzekać, bo zawsze lubią narzekać, na upał albo na dzień korzenia. Tego czwartku było diablo zimno, deszcz siąpił nieustająco i ciśnienie przygniatało wszystko do dołu; również wina, które niechętnie dobywały z siebie lżejsze owocowe aromaty, pozostając blisko ziemi. Dzień szczególnie nieszczęśliwy dla win białych; pogoda ujmowała im kwasowości i odbierała dynamikę. Jakiekolwiek by jednak nie były warunki pogodowe, mogliśmy degustować świetne i interesujące wina.

Ciekawe było porównanie dwóch znakomitych bordoskich roczników 2009 i 2005, które umożliwiły trzy posiadłości:  Domaine de Chevalier, Château Kirwan oraz Château Phélan-Ségur. Rocznik 2009 został uznany przez ekspertów za spektakularny i wyprzedzający w przedbiegach fenomenalny 2005. Niektórzy, obdarzeni szczególnie dobrą pamięcią,  porównywali go do tak legendarnych lat jak 1945, 1929 czy 1899. Inni uznali, że jest unikalny i okrzyknęli go matką wyjątkowych roczników nowej ery. Ciepłe i suche dni we wrześniu, a zarazem chłodne noce zapewniły dojrzały owoc, miękkie taniny i niezłą kwasowość.  Alkohol w tych winach jest jednak na ogół wyższy niż w roku 2005. Wina z 2005 mają solidniejsze garbnikowe rusztowanie i nie tak wybujały owoc; innymi słowy, są bardziej klasyczne. Dyrektor sprzedaży Château Kirwan wyraźnie opowiadał się za rocznikiem 2005 – mniej opulentnym, jak się wyraził, za to eleganckim. Mocnej tanicznej struktury nie brakowało jednak beczkowej próbce czerwonego Domaine de Chevalier. Białe – hipnotyzowało słodką gruszką w sosie waniliowym. W Château Kirwan i Phélan-Ségur taniny są faktycznie miększe niż w 2005. Uderza jednak homogeniczność tych win i sute owocowe wypełnienie. Nie ma w nich nic z melancholijnej pustki – bladego wspomnienia po owocu – za którą pokochał Bordeaux Bieńczyk, czy zimnej francuskiej dyscypliny, od której ucieka do Włoch Bońkowski. To już Francja nowoczesna, Francja prezydenta, który śledzi modowe trendy i nie stroni od przyjemności. Kirwan i Chevalier 2005 zdecydowanie należy jeszcze odłożyć, Château Phélan-Ségur można już pić.

Ładne wina zaprezentował Jean Chartron – również z rocznika 2009, który i dla Burgundii był sprzyjający, aczkolwiek nie wszystkim białym winom udało się zachować rześkość. Batard-Montrachet 2009 i Chevalier-Montrachet 2009 nie brak powietrza i świeżości. Delikatna kwasowość dobrze równoważy tu dojrzały owoc, mineralna podbudowa jest kontrapunktem dla gęstej faktury i beczkowych orzechowych aromatów. Subtelne, porządne burgundy.

Niezmiennie dostarczyły mi emocji rieslingi od Georga Breuera Ze swą dobitną mineralnością na mojej winiarskiej mapie trwają jak skała. Wczoraj podobał mi się bardzo Berg Rottland 2007 – oleisty i zbity w porównaniu do strzelistego, wysmukłego i w sumie bardziej wielowymiarowego Schlossberga 2008, którego przenikliwa mineralność jednak niekoniecznie jest dobra, kiedy chłodno i pada.

Cordero di Montezemolo przedstawiło dwa Barolo Monfalletto 2006 i Bricco Gattera 2006 w swoim ornamentalnym, perfumowanym stylu. Obydwa o oszałamiających nutach: dojrzałych malin, fiołków, kakao, lukrecji. Obiektywnie – świetne wykonane wina o niebywałej jakości owocu, zwłaszcza w Gatterze, w której jest on tak bogaty i soczysty, że w żaden sposób nie przykrywa go nowa francuska beczka. Subiektywnie – wciąż nie odnajduję klucza do tych win, dostrzegając w nich przede wszystkim chłód technicznej perfekcji.

Zdecydowanie zbyt dużo beczki w winach od Capponich. Villa Calcinaia Riserva 2005 nie miała w sobie życia, jeszcze objawiającego się w poprzednim roczniku i była po prostu sucha. Wielce kontrowersyjnym winem wydało mi się Sangiovese Bastignano 2006 ze swoim cukierkowym, karmelkowo-kawowym bukietem i smolistą teksturą.

Siro Pacenti konsekwentnie kroczy drogą szybkiej komercjalizacji. Wina mają być konsumentowi przyjazne za młodu. W 2004 roku winnica wypuściła  pierwsze Brunello di Montalcino, które jest wyrabiane z najlepszych winogron pochodzących wyłącznie z zachodnich stoków. Dziś to wino ma tak ewoluowany bukiet, jaki niektóre Brunello osiągają po dekadach. Dzięki kwasowości w ustach wciąż zachowuje werwę, choć jest to już werwa staruszka, któremu wciąż błyszczą oczy. Gdyby nie starczy bukiet, można by niemal napisać, że sexy. Przyjemne, choć – siłą rzeczy- perwersyjne.

Po licznych winach nowoczesnych z wytchnieniem powitałam Nobile di Montepulciano Dei – tradycyjne, w żaden sposób nieprzesadzone, zwierzęco-leśne, surowe, choć może za bardzo, bo również owoc był w nich nieco wyciszony. Niewątpliwie najlepsze i już do picia, bo z gorącego rocznika 2003 Nobile di Montepulciano Riserva Bossona o grzybowo-konfiturowym nosie, lecz – dzięki kwasowości – zachowujące sporą witalność.

Perełką tego deszczowego przedpołudnia były dla mnie wina Fratelli Tedeschi. Od Valpolicelli Lucchine, o której już pisałam, przez Valpolicellę Fabriserię 2008, aż po podstawowe Amarone 2006. Wypełnione apetyczną wiśnią, intensywne, wielowarstwowe, długie. Świeże (nawet 16% Amarone), z idealnie zintegrowaną kwasowością. Niebywale harmonijne, nos i usta stanowią tu jedność, nie ma żadnej gry pozorów ni omyłek, co coraz bardziej zaczynam doceniać. Biodynamiczny majstersztyk.

Zakończę konwencjonalnie, lecz szczerze: bywają dni, gdy deszcz przestaje doskwierać.

Złoty środek

23 czerwca 2010

Każda prezentacja Barolo i, szerzej, win piemonckich siłą rzeczy zaczyna się od stwierdzenia, że w żadnym innym regionie dyskusja tradycji z moderną nie przetoczyła się z równą siłą, owocując dwoma odrębnymi stylami, które w dużym uproszczeniu można by sprowadzić do frazy: botti kontra barriques. Wielkim orędownikiem starego stylu jest u nas Wojtek Bońkowski, który z ulgą powitał podczas tegorocznej degustacji Nebbiolo Prima odwrót od ultra-nowoczesnych trącących wanilią Barolo. I słusznie.

Tam gdzie jednak, jak to się dzisiaj w żargonie winiarskim mówi, „tradycja idzie ręka w rękę z moderną” potrafią powstawać wielkie wina, skoncentrowane, intensywne, a jednocześnie nie przykrywające terroir.

Pomiędzy dwoma obozami plasuje się posiadłość Elvio Cogno. Prowadzący obecnie winnicę zięć Cogno – Valter Fissore ostatnimi czasy wydłużył proces winifikacji nawet do 40 dni, a w dojrzewaniu zwiększył udział dużych slawońskich beczek. Sam proces fermentacji przeprowadzany jest tu jednak na modłę nowoczesną: w nierdzewnych kadziach z kontrolą temperatury.

Dziesięciohektarowa winnica w gminie Novello, a więc do nie dawna uważanej za pośledniejszą w stosunku do takich siedlisk jak Barolo, Serralunga d’Alba czy La Morra jest w posiadaniu jednej z najlepszych parcel: Ravery. Obecnie przechodzi się tu na ekologiczną uprawę. Wina z Novello zbliżone są w swojej ekspresji do win pochodzących z Barolo, uznawanych za ucieleśnienie piemonckiej klasyki. Świeży owoc, soczystość i miękkie garbniki to ich największy atut.

Dostępne na polskim rynku dzięki Vini e Affini Barolo Ravera 2004 od Elvio Cogno (do kupienia w Warszawie min. w takich sklepach, jak Four Senses, Wine Corner, Dominus; w cenie ok. 170 PLN) w sposób doskonały łączy tradycyjną finezję z intensywną owocowością. Wino to może starzeć się przez dekady nabierając złożoności, ale już dziś sprawia ogromną przyjemność. Nie jest jak tradycyjne Barolo winem sknerowatym, które trzeba odkładać na długie lata, by dopiero je docenić. Ani jak nowoczesne Barolo  posągową rzeźbą o garbnikach, które dałoby się kroić nożem (to tendencja, która dziś wciąż silnie utrzymuje się w Serralundze i La Morrze). Wybijającą cechą tego wina jest potoczystość. Dojrzały owoc, ostra kwasowość, słodko-gorzki środek i miękkie cytrusowe taniny tworzą tu krągłą całość, która miękko płynie, niczego nie pozostawiając osobno. Ciepły hedonistyczny bukiet, w którym możemy doszukiwać się herbaty z sokiem malinowym, fiołków, słodkich przypraw i tarty cytrynowej zaskakująco nas prowadzi do wina o wysmukłym ciele i delikatnej satynowej fakturze. Nie ma tu cienia rozwodnienia, które jak WB wspominał na łamach Magazynu Wino było problemem rocznika 2004. Kolejny dowód na to, by w słabszych rocznikach kupować tylko wino od najlepszych. I na to, że kompromisowa droga między tradycją a modernizmem nie musi być wcale kompromisem z jakością.

Bez skuchy

15 maja 2010

Czasem przyjemnie napić się wina od winemakera. Nie zagłębiać się w terroir, nie wikłać w interpretacje, skomplikowane dialogi, trudne miłości. Mieć w kieliszku piękne, zmysłowe, bezproblemowe wino.

SMV small barrel 2006 z Bellingham Homestead, winnicy położonej w południowoafrykańskiej Franschhoek Valley, apelacyjnie należącej do regionu Paarl idealnie się do tego nadaje. Przemyślane i pedantycznie wykonane od początku do końca przez Niëla Groenwalda z najlepszych gron shiraz, mourvèdre i viognier, których dojrzałość mierzona jest refraktometrem, ma w sobie coś perfekcji ujęć Helmuta Newtona, gdzie wykonany na zimno retusz nie przysłania zmysłowości modelek.

Każde wino z ekskluzywnej linii The Bernard Series, nazwanej na cześć założyciela winnicy Bernarda Podlashuka, jest, jak gdzieś przeczytałam, designed to have distinctive personalityzaprojektowane, by mieć wyrazistą osobowość. W dobie stylistów i speców od wizerunku zdanie to nie wydaje się już paradoksalne; w każdym razie oddaje prawdę o tym winie, które wychodzi naprzeciw naszym czasom w sposób doskonały. Jest wypielęgnowane, estetyczne, „bez skuchy” jak się mówi. Bukiet jest tu szczodry, poprowadzony szerokim gestem; długo, po kolei odsłania kolejne warstwy: rozgrzaną słońcem jeżynę, słodkie przyprawy, suszone kwiaty, mokry torf, skórę, subtelną nutę śmietany. Usta – zdecydowanie bardziej monolitycznie, z rześką kwasowością, pewnie, że dodaną, ale świetnie dodaną, harmonijne, gładkie z satynowymi taninami i długim finiszem. Wszystko razem wystylizowane, powłóczyste i w punkt jak spojrzenie Palomy Picasso na fotografii Newtona.

Wracając do konkretu, myślę, że niezależnie od talentu Groenwalda kupaże rodańskie sprawdzają się gorącym klimacie RPA lepiej niż bordoskie, które często grzeszą przejrzałym owocem przy wciąż zielonych taninach. SMV z Bellingsham jest akuratne. Niczego w nim nie ma za dużo, niczego nie ma za mało. Nawet piętnastoprocentowy alkohol się nie wychyla i w ustach jest nie wyczuwalny. Natomiast „designerski” aspekt tego wina mi nie przeszkadza. Potrzebujemy czasem takich win, jak potrzebujemy niezobowiązujących, błyskotliwych small talków. Chyba, że ktoś ich nie potrzebuje. Jeśli tak – 149 PLN za tę przyjemność bez skuchy, którą na polskim rynku oferuje nam Vininova.

Vinitaly okiem strange journalist

6 kwietnia 2010

W świecie idealnym konkursy winiarskie byłyby wielkim świętem wina, którego pierwszym celem jest ukoronowanie najlepszych butelek, w świecie realnym są wielkim biznesem, gdzie liczą się przede wszystkim pieniądze.

Na tegoroczną 18 edycję międzynarodowego konkursu Vinitaly odbywającego się w Weronie spłynęło ponad 3600 butelek z 27 krajów, z czego 70% stanowiły wina włoskie. Za każdą wysłaną butelkę producent musiał zapłacić 138 euro, łatwo więc obliczyć, że stanowi to około pół miliona europejskiej waluty do rozdysponowania. Do udziału w jury zaproszono 42 zagranicznych dziennikarzy (strange journalists, jak z wdziękiem przekładała tłumaczka), 21 zagranicznych enologów (strange oenologists) i 42 enologów włoskich (tym razem: italian). Nie chcę się bawić w dziennikarza śledczego i dokładnie prezentować tu koszty organizacji; jest jasne, że zarabia się na tym interesie niemałe pieniądze. I dobrze, niech moc będzie z tymi, którzy to potrafią. Byłoby jednak lepiej, gdyby oprócz pompatycznej oprawy zadbano również o jakość degustacji i wypracowano lepszy system oceniania. To jednak nie sprawiało wrażenia kwestii priorytetowej. W tym wypadku nie wierzę w statystykę i śmiem twierdzić, że końcowe wyniki konkursu są w dużej mierze przypadkowe. Oto dlaczego.

1. Jury Vinitaly zostało podzielone na 21 pięcioosobowych komisji składających się z dwóch dziennikarzy i trzech enologów. Wszyscy z całkowicie innym przygotowaniem; kwestię te jednak zostawmy na boku, gdyż organizacyjnie jest praktycznie nie do rozwiązania: trudno zapraszać ludzi z odległych krajów i odsyłać ich w razie, gdy nie przejdą testu. Rozsądnie jednak jest uczynić założenie, że komisja komisji nierówna.

2. Podczas czterech dni eliminacji każda z komisji degustowała inne wina skategoryzowane w 16 ogólnych grupach określonych regulaminem. Trzy podstawowe grupy stanowiły wina spokojne, musujące i półmusujące, dalej podzielone ze względu na kolor, wiek i rodzaj dojrzewania; w przypadku win słodkich ze względu na poziom cukru resztkowego, a w przypadku musujących na metodę fermentacji.

O ile ze względu na ramy czasowe konkursu, można zrozumieć, że w czasie eliminacji wina zostały rozparcelowane po różnych komisjach, o tyle wydaje się pomysłem niedobrym, by podczas sesji finałowej jedynie 5 komisji degustowało te same wina.

3.  Wszystkie degustowane wina podawano nam za ciepłe. Nie mierzyłam temperatury białych, czerwone sięgały 24 stopni.

4. Szczegółowe kryteria dobierania win do sesji degustacyjnych, na jakie składało się 12-13 próbek, pozostają na Vinitaly całkowicie nieprzejrzyste. Ten rodzaj degustacji, zwany double blind, grupuje razem wina z różnych nieujawnianych komisjom szczepów i krajów pochodzenia. Konkursy, gdzie w poszczególnych sesjach zestawia się ten sam szczep, region geograficzny bądź typ, i informację o tym się ujawnia, uważam za bardziej miarodajne.

Oczywiście idealistyczne założenie jest takie, że wprawny degustator rozpozna próbkę; wśród kryteriów oceny jest wszakże punkt: genuineness, a więc jak rozumiem autentyczność, szczerość, wierność odmianie. Prawda natomiast jest taka, że przy takiej skali i rozpiętości konkursu nawet najwprawniejsi degustatorzy mylą się często, wprawni mylą się bardzo często, a najmniej wprawni przez cztery minuty, jakie mają na wypełnienie degustacyjnego arkusza, w ogóle nie zawracają sobie głowy rozpoznaniem próbki. Tradycyjnie przepadają w tej degustacji wina o wątlejszym ciele, mniejszym ekstrakcie, subtelniejszym bukiecie, zwłaszcza, że na ich niekorzyść działa metoda ewaluacji opracowana przez Union Internationale des Oenologues przedkładająca w moim przekonaniu doskonałość techniczną  nad typowość i złożoność.

5. Metoda ta, operująca stupunktową skalą, dzieli ocenę na trzy ogólne kategorie: kolor, za który maksymalnie wino może otrzymać 18 punktów, bukiet – maksymalnie 30 punktów, smak -  maksymalnie 44 punkty, plus jest jeszcze ocena końcowa – maksymalnie 8 punktów.  Jednak poszczególne kryteria dzielą się na od 3 do 6 podkryteriów, stąd degustator w pośpiechu dokonujący szczegółowej analizy może łatwo zagubić obraz całości. I nie zawsze suma końcowa jest tą, jaką chciał winu nadać. Można oczywiście sobie radzić, szykując gotowce na 80 punktów na przykład, jak to czynili niektórzy, i dalej odejmować lub dodawać w osobnych krateczkach, posługując się wzorcem. Można najpierw dać ocenę końcową i jeśli liczy się szybko, podporządkowywać jej poszczególne punkty. Tak czy owak, statystycznie rzecz biorąc kilkupunktowe wahania w jedną lub drugą stronę były rzeczą nagminną. Mało komu chciało się kruszyć kopie o punkt czy dwa, nie zawsze zresztą starczało czasu na wypełnianie arkusza od nowa. Dlatego sensowniejszym rozwiązaniem byłoby pozwolenie degustatorom na dokonywanie analizy w cichości sumienia i operowanie stupunktową skalą od razu.

W końcowej kalkulacji oceny najniższe (te dają strange jornalists poszukujący oryginalności) i najwyższe (tę dają strange oenologists zainteresowani przede wszystkim poprawnością techniczną) zostają pomijane. Obowiązuje więc tutaj zasada ograniczonego zaufania do zaproszonych gości: średnią arytmetyczną wyciąga się z ocen środkowych.

Z tych wszystkich powodów najlepsi producenci i najbardziej znani degustatorzy konkursy omijają z daleka.

Czego nauczyłam się na Vinitaly? Niewiele. Może wymagam za dużo, ale nie oczekując profitów finansowych, spodziewam się benefitu w postaci nauki, która byłaby możliwa, gdyby po każdej sesji zechciano nam ujawnić szczepy i kraje degustowanych próbek. Albo gdyby była możliwa dyskusja w ramach komisji, co, w moim przekonaniu, wpłynęłoby pozytywnie na adekwatność ocen. Na Vinitaly członkowie jury są maszynami do robienia punktów.

Imponujące wrażenie robił natomiast codzienny pokaz sommelierów, którzy przy każdej sesji wykonywali synchroniczny taniec, z lekkością poruszając się po sali pod dyktando głównego wodzireja, przewodniczącego komisji Giuseppe Martelliego. Jego hipnotyczny głos, powtarzający po tysiąckroć: prego, prego, prego, tak bardzo wniknął w moje zakończenia nerwowe, że budził mnie rano, zanim jeszcze zadzwonił budzik. Prego, prego, prego? Miękkie Do przodu! Marsz!

Giuseppe Martelli w primaaprilisowym przebraniu

Poza tym Werona piękna, hotel o niegdysiejszym przepychu, karmiono i pojono nas wprawdzie średnio (owszem, dziennikarze winiarscy to najbardziej malkontencka profesja świata), towarzystwo swojskie, aczkolwiek codzienne small talki bywają męczące. Nie było jednak od nich ucieczki, bo nawet gdy mieliśmy dwa wolne wieczory (o dwie kolacje mniej dla organizatorów i o dwie znacznie lepsze dla nas), to i tak jedni drugim usiłując umknąć, spotykaliśmy się w końcu w Bottega del Vino. Cóż, wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Przynajmniej gdy człowiek jest strange journalist. A jeśli potrafi o tym zapomnieć i pobłażliwie powściągnie swój krytycyzm, wtedy everything is cool i viva la dolce vita! Można mieć całkiem udane wakacje. Tylko czy o to w tym wszystkim chodzi?

Lucynka w Klekotkach

25 marca 2010

Od Valpolicelli trzymałam się raczej na dystans. Ze wszystkich „prostych win do kuchni domowej”, jak to zgrabnie ujął Tadzio Pióro, ta wydawała mi się nazbyt miękka, już samym brzmieniem zbyt dziewczyńska, za mało garbnikowa, za bardzo zbliżona swoją naturą do wiśniowego soku, a za mało winna. Nic w tym osobliwego, błąd to powszechny, taki obraz Valpolicelii ma większość konsumentów. Znalazł się wśród nich i sam Robert Parker, który nazwał Valpolicellę „mdłym przemysłowym chłamem”. Nie bez powodu oczywiście. Veneto jest najbardziej płodnym regionem Włoch, który od połowy lat 90. wyprzedza rozmiarami produkcji wcześniej przodujące Apulię i Sycylię. Większość winnic znajduje się więc w rękach kooperatyw nastawionych na wytwórczość masową. Nie było też łatwo o dobrą Valpolicellę w Polsce, przez lata jej wizerunek wyznaczał komercyjny producent Pasqua, którego to Valpolicellę piłam z niejaką życzliwością kilka lat temu w Tajlandii, gdzie o wina europejskie trudno. Ale żeby kupować ją w Polsce?

Obraz Valpolicelli odczarowała dla mnie w mroźną zimową noc butelka od Tedeschiego. 2008 Lucchine Valpolicellę Classico przywiózł do Klekotek Michał Poddany, którego stopień spoufalenia z tym winem i sympatia dla niego są na tyle duże, że nazywa je pieszczotliwie Lucynką. Myliłby się jednak ten, kto by pomyślał, że Lucynka to spolegliwa dziewczynka. Wino to choć proste i codzienne, znajduje się na antypodach tego, co można by nazwać łatwością. Powstaje z ręcznie zbieranych gron, które przechodzą krótką macerację i fermentację z kontrolą temperatury, co ma mu zapewniać owocową świeżość. Obok apetycznego sorbetu z wiśni i borówek pojawiają się tu jednak również nuty iglaste, ziemiste, liściaste, które nadają temu winu leśny charakter. Delikatnie ziarnista faktura, zadziorna kwasowość i mocno ziołowa końcówka komponowały się genialnie z legendarnym klekotkowym kulebiakiem. Lucchine dobitnie udowadnia tezę, jakiej Tedeschi poświęca wiele wysiłku, że corvina może produkować światowej klasy wina bez uciekania się do appassimento.

Żeby się o tym przekonać musiałam pojechać do Klekotek – mazurskiego SPA, powstałego wokół XVII-wiecznej posiadłości młynarza. Do tej pory, podobnie jak od Valpolicelli, trzymałam się od SPA raczej na dystans – z tego samego lęku o zderzenie z nadmierną komercją. Młyn Klekotki pokazuje, że może być inaczej. To hotel o światowym standardzie, który poza wszelkimi dogodnościami, ma przede wszystkim wspaniały genius loci. Stara architektura została zachowana, nowa stylistycznie komponuje się ze starą, wnętrza cieszą oczy, krajobraz jest zjawiskowy, tereny ogromne, więc nic nas nie skazuje na przebywanie w stadzie. A poza wszystkim jest tam wspaniała kuchnia obfitująca w regionalne specjały oraz świetnie zaopatrzona piwnica, zgodnie z zasadą „jedz lokalnie, pij globalnie”. Nawet siarczysta zima, było wtedy -30, zupełnie nam nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie było przepięknie, a co odważniejsze towarzyszki biesiady pobiegły ochoczo z kieliszkami Valpolicelli przez śnieg, w negliżu, do stojącego w polu parującego jacuzzi.

Siedząc teraz, w wiosenny dzień, z kieliszkiem Lucchine, myślę, że to jedno z najlepszych zimowych wspomnień. I jeszcze jedna banalna myśl telepie mi się po głowie: że nie tylko Valpolicella, ale także i Polska bardzo się zmienia. Wiem, wiem, to banał, ale za każdym razem, kiedy to widzę, strasznie się cieszę.

(2008 Lucchine Valpolicella Classico – do kupienia u Roberta Mielżyńskiego za 35, 90 PLN)


Szkoła uczuć degustatorów

18 lutego 2010

Zamieszczona w książce Benjamina Wallace’a The Billionaire’s Vinegar dykteryjka powiada: Abe kupił ładunek sardynek, który wcześniej już wielokrotnie sprzedano i za każdym razem z zyskiem. Jednak w przeciwieństwie do poprzednich kupców Abe zadał sobie trud, by otworzyć jeden z nabytych kartonów. Sardynki były wstrętne. Zadzwonił do Joe, od którego je kupił, by usłyszeć: „Ależ Abe te sardynki są do handlowania, a nie do jedzenia”.

Napisana z ironią książka Wallace’a to jednak więcej niż bezlitosna kpina z rynku winiarskich białych kruków. Jeden z amerykańskich blogerów porównał ją do tołstojowskiej Wojny i pokoju. Zachowajmy jednak proporcje; dość powiedzieć, że jest to wypełniona powieściowym współczuciem historia o nieposkromionych pasjach i straconych złudzeniach.

Mrocznym obiektem pożądania jest tu wino, pożądane tym bardziej, że osiągalne cenowo dla niewielu, a dla tych, dla których osiągalne – nieprzeznaczone do konsumpcji. Tak czy owak pozostające w świecie fantazji. Choć Malcolm Forbes po przebiciu rekordu cenowego, jaki kiedykolwiek osiągnęła butelka wina, przez swojego syna, który w 1985 roku zakupił na prowadzonej przez Michaela Broadbenta aukcji w Christie’s Château Lafite 1787  za 156 000 $ nie bardzo zrozumiał tę fantazję, wściekł się i w wywiadzie telewizyjnym udzielonym jeszcze tego samego dnia burknął: „Rodzina Forbesów miałaby się znacznie lepiej, gdyby Thomas Jefferson wypił to cholerstwo”.

No właśnie, skoro już znajdziemy się w posiadaniu wiekowej butelki (pofantazjuję sobie przez chwilę) to pić czy nie pić, oddając się marzeniom o tym, jak mogłaby smakować? Kalifornijski winiarz André Tchelistcheff popijając Lafite 1898 stwierdził: „Degustowanie starego wina jest jak uprawianie miłości ze starszą damą”. Po teatralnej pauzie: „To jest możliwe”. Po kolejnej pauzie: „To może być nawet przyjemne”. I po ostatnim łyku: „Ale wymaga pewnej dozy wyobraźni”. Tak czy owak skazani jesteśmy na imaginację. To ona prowadziła pióra słynnych degustatorów, którzy na przyjęciach urządzanych przez Hardy’ego Rodenstocka sporządzali notatki z legendarnych Yquem 1811, Margaux 1900, Pétrusa 1921, Mouton 1945 i wielu innych starszych roczników. Niektórzy wypowiadali się nawet, że kto nigdy nie spróbował win sprzed filoksery, powinien w ogóle powstrzymać się od oceniania, bo nie ma o winie pojęcia.

Sprawa komplikuje się jednak w świetle naukowych odkryć, które niechybnie wskazują na to, że Hardy Rodenstock fałszował wina, choć nigdy mu tego sądownie nie udowodniono. Poza wszystkim popełnił parę głupich błędów – zdarzało mu się na przykład zniekształcać kolory i rozmiary etykiet, a nawet puścić w obieg wina, które nigdy nie istniały: w roku 1947 Romanée Conti nie miało zbiorów wcale, a Pétrus 1921 nie powstał w butelce magnum. Pétrus, którym zachwycał się Parker i napisał, że wykracza poza 100-punktową skalę. Jancis Robinson do dziś jest przekonana, że Yquem 1811 z kolekcji Rodenstocka należało do najwspanialszych win, jakie kiedykolwiek piła. I że jeżeli było fałszywe, to ktokolwiek je stworzył, zasługuje na pełen szacunek. Co jednak teraz począć z tymi wszystkimi notkami degustacyjnymi czy z książką Broadbenta opisującą stare roczniki, które w większości pochodziły z kolekcji niemieckiego oszusta?

Książka Wallace’a dobitnie pokazuje, że w winie nie chodzi o prawdę, lecz o wzruszenia. O grę naszej wyobraźni. Między ustami a brzegiem pucharu, czy tego chcemy czy nie, panoszy się zmyślenie. I to za nasze zmyślenia, a nie za prawdę, jesteśmy gotowi w życiu słono płacić.

Biedny Bill Sokolin, który zbił w nowojorskim Four Seasons Hotel swoją ubezpieczoną na 212 000$ butelkę Margaux 1787 (who knows czemu zbił mówią złośliwi), wypowiedział znamienne słowa: „Jeśli o mnie chodzi, butelka była prawdziwa, ponieważ w to wierzyłem. A poza tym spróbowałem tego wina i było to absolutne świństwo. Świństwo. Więc pomyślałem: Jezu, może jest prawdziwa.” A Benjamin Wallace konkluduje: „Jeśli fałszywe wino jest serwowane na degustacji i nikt tego nie zauważa, czy miałoby to jakiekolwiek znaczenie, gdyby było ono prawdziwe?”

Największym przegranym całej tej historii jest sam demiurg Hardy Rodenstock, który szczodrze dostarczał wzruszenia innym, lecz sam był ich pozbawiony. Mówię to bez cienia współczucia.