Co kupować w Lidlu?

 

Michał Jancik tłumaczy mi nową ofertę Lidla

W poniedziałek 17 listopada wchodzi do sklepów Lidla nowa oferta francuska. Jest tu więcej win tanich niż w poprzednim rzucie, o którym pisał parę tygodni temu Tomasz Prange-Barczyński. Ale też właśnie dlatego więcej win, które prezentują dobrą relację jakości do ceny. Mniej natomiast tych, które zawierają ewidentne błędy enologiczne – ryzyko, z którym zawsze musimy się liczyć, gdy kupujemy wina warte 15-25 zł. Pewien zaprzyjaźniony winiarz powiedział mi, że koszt samego opakowania: butelki, korka i etykietki wynosi w jego przypadku 2 euro. Winiarz ten uprawia winnice na 10 ha, możemy więc założyć, że koszt ten jest nieco mniejszy przy masowej produkcji. Nie zmienia to jednak faktu, że suma ta daje pewne poczucie proporcji i wyobrażenie o tym, ile warto jest samo wino w butelce, której detaliczny koszt w kraju importującym wynosi 14 złotych i 99 groszy. Żeby jednak Państwo pieniędzy nie wyrzucali i nie rozmieniali swojej wątroby na drobne, przedstawiam moje oceny francuskich win Lidla.

 

Weiber Brut, Blanc de Blancs, Crémant d’Alsace; 29,99 zł

zamiast wody z cytryną

Delikatny kwiatowy bukiet. W ustach przyjemny kwas rozciągnięty nad zupełną pustką, nieco wydmuszka, ale mokre i świeże.

Brut Rosé, Crémant d’Alsace; 29,99 zł

nuda przykryta cukrem

Ja mu mówię: nie.

Château Les Girards 2012, Bordeaux, 14,99 zł

symphatique

Dosyć rozbudowany, atrakcyjny bukiet: kwiaty, ananas, jabłko i limonka. W ustach woda z cytryną i więcej nic, co rodzi mimo wszystko pytanie: skąd, u diaska, ten aromatyczny nos?  Niemniej sympatyczne i w odczuciu naturalne. (Gdy degustowałam to wino, leciała moja ulubiona piosenka Pink Martini – Lidl potrafi organizować degustacje – która świetnie do tego białego bordeaux pasuje).

Château Marjosse 2008, Entre-Deux-Mers; 24,99 zł

zapach nieczysty, usta zielone…

… i więcej nic.

Weiber Riesling 2013, Alsace; 19,99 zł

miłe popitko

Bardzo mało alzacki w swojej ekspresji riesling. Mocno kwasowy, smakujący jak kwaśna lemoniada, ewidentnie zrobiony z niedojrzałych winogron, co pozwoliło zachować lekkość i świeżość. OK.

Pinot Gris 2013, Alsace; 24,99 zł

typowe i charakterne

Wierne charakterowi odmiany i swoim alzackim korzeniom gruszkowo-jałbkowe, lekko szorstkie, delikatnie goryczkowe z wyraźnym cukrem resztkowym alzackie pinot gris. Gdy lubi się lekką słodycz w winie, do gęsi czy kaczki z jabłkami, jak najbardziej warto.

Weiber Gewurztraminer 2012; Alsace; 29,99 zł

ja na nie, Mazurek na tak

Różane mydło w nosie, które niektórzy kochają, a od którego mnie się robi słabo. Usta przesłodzone, pozbawione równowagi, cukier przykrywa dojmującą pustkę tego wina, co nie zmienia faktu, że miłośnikom mydlanych gewurzowych klimatów, to wino może się podobać. Chociażby redaktor Mazurek wyraził stanowczy sprzeciw wobec mojej krytycznej oceny.

Château Croix Merlin 2013, Bordeaux; 14,99 zł

zdechlaczek

Nos nieświeży, usta wyblakłe i męczące. Nie warto.

Le Haut Damier Pinot Rosé 2013, Haute Vallée de l’Aude; 17,99 zł

nieinwazyjne i w porzo

W poprzedniej ofercie podobało mi się dosyć świeże, cytrusowe chardonnay tego producenta. Rosé jest podobne. Mało tu aromatów i smaku, ale nie ma też żadnych błędów, a jest sporo świeżości, co za 18 zł wystarczy. Nieinwazyjne, neutralne, w porządku.

La Ninadière 2013, Beaujolais Villages; 17,99 zł

zamiast beaujolais nouveau

Nos typowo bożoleski, fajowski: truskawkowo-wiśniowo-cynamonowy, usta rześkie, potoczyste, ale niestety gubi je nieczysta i zielona końcówka. Mimo wszystko lepsze niż niejedno droższe beaujolais nouveau.

Les Hautes Roches 2013, Côtes du Rhône; 17,99 zł

bezapelacyjne: tak!

Atrakcyjny słodki, południowy zapach, w którym główne skrzypce gra malina. Mnóstwo materii, która dobrze wypełnia usta. Owocowe, soczyste, lekkie. Mój duży faworyt.

Plan de Dieu 2012, Côtes du Rhône; 19,99 zł

dobry początek, rozmyty koniec

Rodańczyk dwa złote droższy, ale moim zdaniem wcale nie lepszy. Jest tu więcej garbnika w porównaniu do poprzedniego, jest tu też ładny owocowy nos, ale niestety w finiszu to wino ma szypułkową gorycz, niedojrzałość i trochę się rozmywa.

Réserve de Fonsalis 2011, Fitou; 19,99 zł

ostatnie dociśnięcie prasy

Pijąc to wino, nie mogłam się powstrzymać od wrażenia, że pochodzi ono z ostatniej partii tłoczonego wina. Niezwykle goryczkowe, zielone, suche, ściśnięte, o nieprzyjemnym zapachu.

Les Pys 2012, Fitou, Domaine de Roudène; 21,99 zł

warto!!!

Bardzo ładny, dość złożony wobec ceny bukiet, w którym owoc rozpościera się na ziołowo-kwiatowym tle. Interesująca szorstka faktura i przyjemny drobny garbnik. Dowód na to, że w mniej znanych langwedockich apelacjach znajdują się prawdziwe okazje. Idealny towarzysz steku.

Château Couat 2012, Bordeaux; 17,99 zł

ascetyczny klasyk

Nos pokrzywowo-liściasty, chude ciało, ale jest to chudość i zieloność, którą wielu miłośników bordeaux utożsamia z klasyką apelacji. Przy 18 zł nie ma co wybrzydzać.

Château Chauvet 2011, Bordeaux; 19,99 zł

after eight

Nie wiem, czy czekoladę z miętą wymyślili Brytyjczycy, ale musieli ją wymyślić protestanci, którzy nie chcieli sobie pozwolić na czystą przyjemność. Zieloność nurzająca się w słodko-gorzkim smaku jest czymś, czego nie lubię najbardziej na świecie. W tym wypadku wino z niedojrzałych owoców zostało zalepione beczką. Jednak miłośnikom After Eight polecam.

Château Jeanguillon 2011, Bordeaux Supérieur; 24,99 zł

im drożej, tym gorzej

Suche, ściśnietę wino o chemicznym zapachu.

Château Le Peyrat 2011, Castillon Côtes de Bordeaux; 24,99 zł

oschłe i drętwe

Spod chemicznych, nieprzyjemnych nut wynurza się czarna porzeczka. Sporo tu materii, jednak gorzkiej i ściśniętej.

Château Perey Chevreuil 2011, Saint-Émilion; 39,99 zł

tort z kandyzowaną anżeliką

Dużo tu kakao, wanilii, a do tego zielony finisz. Posmak hortexowskiego tortu z kandyzowaną anżeliką.

Château Canteloup 2012, Médoc; 29,99 zł

kupować!

Mnóstwo świeżej porzeczki i truskawki, podbitych nutami leśnych igieł. Garbnik bardzo delikatny. Mało medokańskie w charakterze, ale soczyste i pełne owocu. Warto!

Château Lesparre 2011, Graves de Vayres; 39,99 zł

wszystko osobno

Nie do końca czysty nos, a usta niezintegrowane, w finiszu sporo goryczy, kwasowość się odkleja.

Château Grand Clapeau Olivier 2011, Haut-Médoc; 34,99 zł

zestaw mały chemik

W nosie bandaż z jodyną i zestaw małego chemika. Zapachy tak odrzucające, że normalnie odmówiłabym wzięcia tego wina do ust. Spróbowałam dla dobra sprawy: po prostu nie da się tego pić.

Vieux Château Palon 2011, Montagne Saint-Émilion; 69,99 zł

przystojny bohater innego romansu

Mocno beczkowe, lecz przyzwoicie zrobione wino: dużo tu dojrzałej czarnej porzeczki i typowych dla bordeaux nut grafitowych. Dobra kwasowość i mocny garbnik. Ze względu na silnie obecną beczkę nie jest to bohater mojego romansu, ale niewątpliwie może się podobać. Cena wydaje mi się trochę wygórowana.

Château La Rose Perrière 2010, Lussac Saint-Émilion; 49,99 zł

bardzo warto!!!

To tańsze od poprzedniego wino wydaje mi się dużo ciekawsze. Soczysty owoc, potoczystość, delikatnie zarysowany, subtelny garbik. Harmonia, równowaga i bardzo dobra wobec jakości cena.

Château Gaumaran 2010, Médoc; 29,99 zł

drogo smakuje, mało kosztuje

Nos gęsty, słodki, dymny, pełen aromatów czekolady i tabaki. W ustach wątły owoc, który nie do końca jest w stanie unieść masywną beczkę, ale to wino niewątpliwie może robić wrażenie i smakuje znacznie drożej niż kosztuje. Nie jest to mój styl, ale znajdzie wielu zwolenników.

Château du Carillon 2009, Fronsac; 39,99 zł

brudasek

Winogrona użyte do tego wina nie były pierwszej czystości i dojrzałości. Ściśnięte, bez wdzięku.

Château Colombier-Monpelou 2008, Pauillac; 59,99 zł

brak mi cierpliwości

W ataku sporo owocu, ale finisz zielony, a całość psuje mocna chemiczna nuta, która sprawia, że nie chce mi się nad tym winem pochylać.

Château Andron Blanquet 2008, Saint-Estèphe; 59,90 zł

przekombinowane

Wino, którego jedna butelka – ugotowana, octowa, pełna lotnej kwasowości – była wadliwa. Druga znacznie lepsza, pozostawiła wrażenie, że wino powstało z dwóch rzutów owoców: jednych niedojrzałych dające zielone, kwasowe nuty, drugich zrodzynkowanych, które dają temu winu słodki, mdlący finisz. Te drugie właśnie mogą powodować przedwczesną ewolucję tego wina i lotną kwasowość. Coś tu przekombinowano.

Vieux Château Bourgneuf 2007, Pomerol; 99 zł

smak luksusu

Parkerowskie w stylu wino. Mnóstwo tu materii oraz słodkich aromatów czekoladowych i konfiturowych, choć jest też łamiąca to przesłodzenie nutka sierści zwierzęcej i dodający całości sznytu ładny grafitowy finisz. Smakuje z pewnością luksusowo, ja jednak wolałabym dorzucić parę groszy i kupić pomerol z poprzedniej oferty, o którym piszę na samym dole.

Château Loirac Cuvée Selection 2006, Médoc; 27,99 zł

zawracanie głowy

Nie do końca czyste, z wątłym owocem, w finiszu zanika i się urywa.

Clos Jacquemeau 2004, Saint-Émilion Grand Cru; 59,99 zł

wielkie tak!!!

Świetne, w pełni dojrzałe już saint-émilion, którego dwie butelki kupiłabym znacznie chętniej niż jedną opisywanego powyżej pomerola.  Dosyć wstrzemięźliwy grafitowo-naftowy nos z wciąż świeżą czarną porzeczką. Wciąż bardzo świeże, pełne materii, a jednocześnie o twardej architektonicznej konstrukcji. Klasyk, które oferuje bardzo dużo przyjemności za nieduże pieniądze.

Eclats de Bulles, Muscat/Sauvignon, Pays d’Oc; 16,99 zł

nieczyste i ulepkowate

Lekko musujące słodkie wino. Męczące i bez sensu.

Château Haut Galouchey „Moelleux” 2013, Bordeaux; 16,99 zł

za jakie grzechy?

Zapachu nie ma, usta słodkie i niedojrzałe.

Château Guiraud 2004, Sauternes; 149 zł

obezwładniające bogactwo

Jeśli koniecznie chcemy mieć sauterna na święta, to warto kupić tę butelkę. Zrobione na bogato, pachnące miodem, ananasową galaretką w cukrze, suszonymi owocami i politurą wino. Mnóstwo tu lepkiej, gęstej materii, mało natomiast kwasu w stosunku do chociażby większości tokajów. W swojej słodyczy i wybujałości absolutnie dekadenckie i wprawiające w odrętwienie.  Ale w końcu swego rodzaju odrętwieniu służą święta.

 

Ze starszej oferty Lidla, na którą jeszcze mogą Państwo natrafić w niektórych sklepach, polecam:

Château Les Girards 2012, Entre Deux-Mers; 19,99 zł

Chéreau Carré 2013, Sèvre et Maine; 19,99 zł

Chardonnay 2013, Aude; 17,99 zł

Valréas Domaine Lacombe Mercière 2013; Côtes du Rhône; 17,99 zł

Château Saint-Antoine 2010, Bordeaux Supérieur; 23,99 zł

Château Laulan Ducos 2010, Médoc; 22 zł

Château La Rivière 2010, Fronsac; 59,99 zł

La Légende Fonréaud 2010, Haut-Médoc; 39,99 zł

Château Vieux Maillet 2007, Pomerol; 129 zł

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano Bordeaux, Francja, Lidl, Polska, polski rynek, sklepy winiarskie, wino w dyskontach | Otagowano , | 12 komentarzy

Wino wygodne

 

Butelka? Korkociąg? Kieliszki? Można prościej.

Korek i butelka – małżeństwo doskonałe – mają staż stosunkowo krótki. I jak wszystkie małżeństwa nie będą trwały wiecznie. Już dziś zaakceptowaliśmy istnienie zakrętki. W przyszłości przyjdzie się winomanom najprawdopodobniej pogodzić ze śmiercią butelki.

Liczba alternatywnych opakowań z roku na rok rośnie i mają one wiele zalet, których butelki nie mają. Przede wszystkim są tańsze. Tak gdy chodzi o koszty wykonania, jak koszty transportu. Na jednej palecie transportowej mieści się dla przykładu znacznie więcej bag-in-boxów i tetrapaków, przy czym pozostaje ona dużo lżejsza. Użycie innych niż szklane opakowań w dużym stopniu redukuje więc emisję dwutlenku węgla. Na tym jednak – mówiąc z grubsza – zalety się kończą. Nie wymyślono do tej pory opakowania, które w równym stopniu co butelka byłoby nieprzepuszczalne dla tlenu. W przypadku bag-in-boxów tlen przenika przez materiały, z których zrobiona jest foliowa torebka, przepuszczalny dla tlenu jest również plastikowy korek, nie mówiąc już o tym, że przy napełnianiu kieliszka także wpływa do środka pewna ilość powietrza. Wino w kartonach nie powinno dłużej przebywać na półce niż 9 miesięcy. Lepszą izolację tworzą wielowarstwowe tetrapaki, ale i w ich przypadku tlen dostaje się przez nie do końca szczelną zakrętkę. Niska barierowość cechuje również PET, z jakiego wykonywane są imitujące szkło butelki, a od niedawna małe szklaneczki, w których wino sprzedawane jest w pojedynczych porcjach. Niektóre badania mówią, że wina nie powinny przebywać w PET dłużej niż 7 miesięcy.

Proste w obsłudze.

Wszystko to nie ma oczywiście znaczenia w przypadku win przeznaczonych do szybkiej konsumpcji i natychmiast przez nas wypijanych.  Dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa wypija wino w 24 godziny od momentu zakupu. Do fast wine’ów nie potrzebujemy eleganckiej butelki i z pewnością czasy jej dominacji na tej półce się kiedyś skończą. Zmieniający się styl życia jest znacznie silniejszym impulsem do wymyślania innowacyjnych opakowań niż czysta troska o środowisko. Dziedzina produktów convenience (nie lubię tej nazwy jak babcię kocham, ale tak to się właśnie określa) zaczyna się rozrastać i obejmuje także wino.

Pakowne.

Współczesny kosument nie ma czasu i jest leniwy. Tak jak potrzeba mu wina, którym bez zagłębiania się w niuanse, natychmiast się zachwyci, tak lubi, kiedy między nim a relaksującym płynem nie stoją żadne przeszkody. „Butelka i kieliszki? Kto ma na to czas?” – takimi mniej więcej sloganami sprzedawcy zachęcają do kupowania wina w niedawno opatentowanych kubeczkach z PET. Pojawiły się one również na polskim rynku za sprawą Winnych Czarodziejów, którzy dostarczają wino do wielu modnych lokali w Warszawie: Dzika, Planu B, Regenenacji, Placu Zabaw, Baru Studio…

Mieści się nawet w kieszeni.

SPLIT, bo tak nazywa się portugalski producent wina w plastikowych zamkniętych na pokrywkę szklaneczkach, jest dostępny w Polsce na razie w dwóch postaciach: chardonnay i cabernet sauvignon. Chardonnay to smakujące dojrzałym jabłkiem i gruszką, soczyste wino o stosunkowo niskiej kwasowości, tzw. łagodne – jeśli dobrze rozumiem ten często w Polsce używany przymiotnik. Cab natomiast ma wyrazisty portugalski zaśpiew: intensywnie pachnie jeżyną, jagodą, aronią, śliwką i porzeczką, taniny ma bardzo niewiele, kwasu też; spokojnie można go pić bez jedzenia. To są przyzwoite piknikowe wina, w sam raz na miarę swojego przeznaczenia: na plażę, na kocyk, na koncert, na kajak, na ryby, Na Lato…

Kiedy ona chce białe, Ty możesz czerwone.

Producenci przekonują, że wino sprzedawane w pojedynczych porcjach promuje umiarkowanie. Mało przekonujące – bo można tych porcji kupić pięć. Twierdzą też, że umożliwia nam ono personalizajcę (sic!) naszych wyborów. Bo on może spokojnie pić czerwone, gdy jej się chce białego. Jeszcze mniej przekonujące – wobec nie tak szerokiej gamy win. Przyszło mi natomiast do głowy, że ze względu na swoją niewielkość (split to staroangielskie określenie na 1/4 butelki, a więc 0, 1875 l.) to idealne wino do singli. Ale O., gdy piłyśmy niedzielny aperitif, ostro zaprotestowała. Że co? Że singiel nie ma prawa do butelki z prawdziwego zdarzenia?! Ma przecież podwójne! (To już ja powiedziałam, nie O.).

I możesz spokojnie pić sam.

Split jest więc raczej dla tych, którzy wygodę przedkładają nad wszystko inne. Nie lubią ceregieli z butelką, wtykania nosa w kieliszek i wszystkich tych wygibasów. Lubią się napić i tyle. A jeszcze bardziej jest dla tych, którzy to wino będą sprzedawać. Na wszelkich plenerowych imprezach i wszędzie tam, gdzie goście się z baru wylewają: nad Wisłę, pod tęczę, na Rozbrat. Nie trzeba się martwić o stłuczone kieliszki i nie trzeba ich potem zmywać. A przy okazji to wszystko jest dosyć ładnie podane. I nie zalatuje aluminium jak puszki.

 

Split na off-festiwalu w Katowicach.

 

 

Opublikowano polscy importerzy, Polska, polski rynek, Portugalia | Otagowano , , , | Komentarze są wyłączone

Misterium z Cornelissenem

 

Joseph di Blasi, Tomasz Kurzeja, Morten Tangen © Naturaliści

Ruszyli Naturaliści, czyli nowy importerski projekt Josepha di Blasi, Tomasza Kurzei i Mortena Tangena pod względem estetycznym perfekcyjnie dopracowany (patrz. foto); do ideologii pasuje tu nawet krakowski adres: ul Nowa 0. To obok sprowadzającego wina kosmitów wrocławskiego Winotake i nieco mocniej stąpającej po ziemi łódzkiej Mojej Italii kolejny importer, który specjalizuje się w winach naturalnych – jakkolwiek od określenia tego odżegnują się dzisiaj sami „naturalni” winiarze.

Znajdujący się w portfolio Naturalistów Frank Cornelissen mówi po prostu, że robi wino, do którego niczego nie dodaje.  Parę tygodni temu mieliśmy okazję jeść z nim lunch w Brasserie Warszawskiej – i było to jak wszystkie moje dotychczasowe kontakty z Cornelissenem – spotkanie magiczne. Ten facet ma niewątpiwie charyzmatyczną energię i ma dar zarażania swoimi ideami. Ma też niezwykłe gadane. Chce się go słuchać bez końca. I chce się z nim rozmawiać. Niekoniecznie zresztą o winie.

Cornelissen, który jest Belgiem z pochodzenia, urodził się w rodzinie kupców winiarskich (na aperitif zaserwował nam Bollingera – „przyzwyczajenie z dawnych czasów” – powiedział, jakby się tłumacząc) i jak mówi legenda to wypicie Romanée-Conti 1972 odmieniło jego życie. „Wino mnie już nigdy nie opuściło”. W 2000 roku Cornelissen kupił na Etnie 0,5 ha zapuszczonej, nieszczepionej na podkładkach winnicy. Dziś jego winnice liczą 18 ha, a w planach jest rozszerzenie ich do 25. Piętnaście lat temu na Etnie wina nie robił prawie nikt. Dziś pielgrzymują tam winiarze z całych Włoch i mówi się o tym regionie jako drugim Piemoncie.

Frank Cornelissen © Natutaliści

Cornelissen, całkowity samouk, od początku chciał robić wina terroirystyczne i od początku chciał robić wina niezmanipulowane. Pisze się o nim często, że fermentując całe kiście w otwartych kadziach na świeżym powietrzu, nie stosując żadnych środków ochrony roślin w winnicy, mając zero tolerancji dla siarki, posunął winiarstwo naturalne do ekstremum. A jednocześnie w jego przypadku to absolutnie działa. Mało jest win, które przynależąc do ruchu naturalnego, miałyby tak czyste kwiatowo-owocowe aromaty. U Cornelissena nie znajdziemy krztyny bretta. W ostatnich latach dużo lepiej też radzi sobie z oksydacją i lotną kwasowością. Pamiętam, jak parę lat temu piliśmy z Josephem di Blasi i Tomkiem Kurzeją Magmę 2002, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie, pachniała cudownie, smakowała bosko, ale była winem, które w zastraszającym tempie zmieniało się w kieliszku: traciło barwę, traciło smak, po prostu nikło. Po chwili nie wiedziałam już, czy to wszystko mi się nie przyśniło. Obiecujący towarzysz wieczoru, który zwiał drzwiami od kuchni przed deserem. To może być interesujące, to może budzić tęsknotę, ale nie takiej magii przecież  się po tej kolacji spodziewałyśmy.

Dziś wina Cornelissena są dużo bardziej stabilne. I jak zawsze zniewalają swoimi bukietami. Mieliśmy okazję pić Munjebel 2012 z trzech różnych winnic: VA: Vigna Alta, CS: Chiusa Spagnola, MC: Monte Colla. Wspaniałe były te nerello mascalese w pewnym sensie – przemawiało przez nie siedliko, wszystkie chciało się wąchać nieprzerwanie, niemniej ze względu na horrendalny alkohol (rozumiem, taki rocznik) bardzo trudno było je pić, zwłaszcza w upał.  Podobnie było z uwodzącą aromatami wiśni, piwonii, fiołków, lukrecji i orientalnych przypraw Magmą, która w ustach miała interesującą  rosołowość, jednak znowu alkohol stawiał mi duży opór. Najbardziej podobały mi się wina, z których kolei jest niezadowolony sam Cornellisen, ponieważ jego zdaniem za mało oddają terytorium: Munjebel Bianco (z 2012) i Susucaru Rosé 2013 – obydwa będące kupażami wielu rdzennych odmian. Pierwsze pachniało morelą, brzoskwinią, kardamonem i curry. Gęste, skupione, napięte, a przy tym wszystkim kremowe i miękkie. W ustach bardzo wytrawne, smakujące jak nieistniejąca w naturze słona morela. Rosé, które powstało ze wspólnie fermentowanych czerwonych i białych winogron pachniało maliną, piwonią różą, hibiskusem i czarnym bzem; było kamienne, soczyste i miało niesamowitą pijalność. Pijalność, której brakowało czerwonym winom Cornellisena z gorącego rocznika. Miałam poczucie, że to wina bardziej do przeżywania i dyskusji niż do picia.

Niemniej jeszcze niejedno nas czeka: Frank Cornellisen zmienia się i dąży do perfekcji nieustająco. Z nim i za nim zmienia się Etna.  A że region jako całość jest dla Cornelissena ważny, obrazuje jego zmieniające się podejście do etykietowania własnych win, które do 2012 roku były vino da tavola, w 2013 zyskały status IGT, a w przyszłości mają „awansować” do Etna DOC.

W portfolio Naturalistów znajdziemy też wina Patricka Desplats, Sebastiana Riffault, Jean-Pierre’a Robinot, François Plouzot, Gilles’a Azzoniego, Meinklangu, Carussin, Capella Sant’Andrea, Camillo Donatiego…

Frank Cornelissen w Brasserie Warszawskiej

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , | Komentarze są wyłączone

W cieniu wielkiego Barolo 2010: przyjazne Barbaresco i Roero 2011

 

Pączkujące nebbiolo

 

Degustacja Barolo podczas Nebbiolo Prima, zważywszy na renomę 2010, przyćmiła nieco degustację Barbaresco i Roero z rocznika 2011, z których to apelacji zwłaszcza ta ostatnia musi nieustannie walczyć o uwagę. W tym roku uwagę dziennikarzy niejako wymuszono – Roero dające wina mniej strukturalne od Barolo i Barbaresco było zawsze degustowane pierwszego dnia Nebbiolo Prima, ale podobno niektórzy dziennikarze nawet się nie fatygowali, by na sam początek przyjeżdżać. W tym roku Roero umieszczono w środku tygodnia, razem z Barolo i Barbaresco Riserva – jakie zwykle były degustowane ostatniego dnia imprezy, z którego znowu podobno część moich kolegów się urywała…

Co tu dużo gadać, tegoroczna organizacja ujawniła fundamenty skomplikowanej relacji producentów i dziennikarzy, oparte na zasadzie ograniczonego zaufania – podkreślonej również przez fakt, że po raz pierwszy na listach degustacyjnych nie podano ani nazwy gminy, ani poszczególnych crus, argumentując, że degustatorzy się nimi sugerują, oceniając wina. Pomijając nieufność wobec dziennikarzy, to nowe rozwiązanie objawiło przede wszystkim cokolwiek schizofreniczny stosunek piemonckich apelacji do pojęcia single vineyard. Z jednej strony tyle się dzisiaj mówi o tym, że należy dowartościować poszczególne siedliska, że Barolo i Barbaresco, podobnie jak Burgundia to bogactwo mikroklimatów, że należy je przybliżać konsumentom, z drugiej strony na najważniejszej imprezie promującej te wina nie daje się dziennikarzom narzędzi, by wina w obrębie jednego cru mogli porównać. I sprowadza się degustację w ciemno do konkursu piękności, który służy jedynie wystawieniu winom punktów.

Widok na winnice Barbaresco

 

Nie jestem w dodatku przekonana, czy nowa kolejność, która wcisnęła Roero między Barolo ze świetnego 2010 a potężniejsze z definicji Riservy, przysłużyła się wiecznie niedocenianej apelacji. Nie słyszałam zbyt wielu głosów entuzjazmu, a mam wrażenie, że Roero wypadło lepiej niż zwykle, że coś w tej apelacji drgnęło. Zewnętrznym problemem Roero jest to, że zbyt często bywa porównywane do Barolo i Barbaresco. Wewnętrznym problemem Roero jest to, że zbyt często próbuje te wina naśladować. Tymczasem położone na północnym brzegu rzeki Tanaro, w przeważającej większości na piaszczystych glebach, daje nebbiolo zgoła odmienne w swej naturze – lżejsze, bardziej eteryczne i niesamowicie wonne. Nie służy mu mocna ekstrakcja i nadmierne użycie beczki. Tegoroczna degustacja pokazała, że coraz więcej producentów to rozumie. Kolejnym problemem Roero jest jego nazwa; o ile Roero Arneis znalazło już swoją niszę na rynku (ale w końcu białych win w Piemoncie nie powstaje zbyt wiele), o tyle Roero wciąż nie sprzedaje się najlepiej – stąd wielu producentów deklasyfikuje swoje wina i sprzedaje je jako Langhe Nebbiolo.

Rocznik 2011 trudno jest jednoznacznie zaklasyfkować, gdyż wzorzec pogodowy był nietypowy. Z jednej strony był to rok zdecydowanie ciepły, o krótkim okresie wegetacyjnym i dosyć wczesnych zbiorach, z drugiej wysokie temperatury były przeplatane niższymi, a nawet najbardziej upalne miesiące cieszyły się chłodnymi nocami. Śnieżna zima i deszczowy marzec zapewniły zresztą glebie spore zapasy wody. Po bardzo ciepłym kwietniu i maju nastąpiły chłodniejsze czerwiec i lipiec, podczas których zdarzały się również deszcze; sierpień był upalny, we wrześniu znowu trochę padało.  W efekcie 2011 dał wina, których parametry można określić jako klasyczne: sporo w nich kwasowości i ładnej drobnej taniny. Najlepsze interpretacje barbaresco i roero mają soczysty, dojrzały owoc; sporo materii i skupienia; długą, dobrze wtopioną w wino kwasowość i drobną taninę. 2011 to rocznik win dobrze zrównoważonych, harmonijnych i eleganckich, a zarazem całkiem otwartych i gotowych do picia. Pod spodem lista barbaresco i roero, które najbardziej podobały mi sie podczas Nebbiolo Prima.

 

Barbaresco zimą

Barbaresco

Gmina Barbaresco

Castello di Verduno, Barbaresco

Największą zaletą tego wina jest soczysty, bardzo dojrzały wiśniowy owoc i miękka, pomarańczowa kwasowość. Złożoności aromatom dodają słodkie przyprawy. Materia tego barbaresco jest dosyć gładka i miękka, ale pod spodem czuć twardą, kamienną architekturę.

Cascina Morassino, Barbaresco Morassino

To jedno z tych barbaresco, które nieodmiennie w degustacji w ciemno mi się od paru lat podoba. Pisałam o tym producencie tutaj. Wina Cascina Morassino mają w sobie rzadko precyzję i skupienie materii. W roczniku 2011 sporo tu ściagającej mocnej taniny, ale też bardzo dużo dojrzałego owocu. Bardzo długie, eleganckie wino.

Poderi Colla, Barbaresco Roncaglie

Barbaresco w burgundzkim stylu, lekkie truskawkowe, świeże, o jasnej barwie i jasnym zapachu. Styl dzisiaj bardzo rzadki; mnie jego eteryczność i kruchość uwodzi.

Michele Chiarlo, Barbaresco Asili

Potoczyste, lekkie, bardzo pijalne barbaresco. Długa posuwista kwasowość, miękka, słodka, wtopiona., Owoc bardzo dojrzały, lecz świeży. Atrakcyjne.

Tenuta Cisa Asinari dei Marchesi di Gresy, Barbaresco Martinenga

Grzybowo-ziemiste, pachnące lasem barbaresco. Usta bardzo wytrawne, pełne świeżego kwasowego owocu, drobna, słodka elegancka tanina. Finezyjne i jakoś filigranowe.

Gmina Neive

Battaglio, Barbaresco Battaglio

W swojej gęstości, dojrzałości i owocowym rozbuchaniu jest to dosyć nowoczesne wino. Pachnie galaretką z czerwonych owoców i mokrą ziemia. Bardzo dużo materii, potężna struktura, napakowane taniną. W tym wszystkim zachowuje świeżość.

Oddero Poderi E Cantine, Barbaresco Gallina

Wina Marii Cristiny Oddero to wina bardzo architektoniczne. Tak jest i w tym przypadku. Nie ma tu na pierwszy niuch uwodzącego bukietu, jest za to imponująca, złożona budowa, świetny kwas, drobny garbnik i niesamowita długość.

Pasquale Pelissero, Barbaresco Bricco San Giulano

W nosie wiśnia, truskawka i coś leśno-zwierzęcego. Mnóstwo sutej materii, złożona architektura, wytrawny, przyprawowy finisz i dojrzała, choć mocno zarysowana tanina.

Gmina Treiso

Rizzi, Barbaresco Nervo

Wino pełne przesztrzeni i oddechu, pełne soczystego owocu, potoczyste, ładnie domkniętą taniną.

Il Bricco,  Barbaresco Il Bricco

Wino od małego (5 ha) nieznageo producenta, które urzeka swoim bukietem: wiśnia, malina, truskawka, korzenne przyprawy. Gładki atak i ładna rama tanin. Usta wiśniowo-pestkowe, dojrzałe , harmonijne.

Barbaresco z różnych gmin

Prunotto, Barbaresco

Bardzo urokliwe wino pachnące truskawką, wiśnią, skórką pomarańczową, korzennymi przyprawami. Soczyste, pełne owocu i słoskiej kwasowości, o sutej, zmysłowej materii. Piękne!!!

Roero

Cornarea, Roero Cornarea

Zapraszający, złożony nos: pełen czereśni i truskawki oraz korzennych przypraw. Usta soczyste, lekkie, powietrzne.

Matteo Corregia, Roero La Val dei Pretti

Jedno z najgłębszych, najbardziej złożonych roero, jakie powstają. Pachnące truskawką, wiśnią,  kardamonem, świezymi ziołami. Jest w nim mnóstwo materii, taniny, architektury, a zarazem zachowuje lekkość i delikatność. Bardzo dobrze zintegrowane.

Cascina Chicco, Roero Montespinato

Miodowo-malinowo-kwiatowem gładkie w ataku, lecz zamknięte mocną taniną. Ma dosyć poważną strukturę, lecz zachowuje lekkość.

Giovanni Almondo, Roero Bric Valdiana

Znakomite roero od jednego z najznamienitszych producentów arneis. W nosie nieco lotnej kwasowości, ale nie za dużo – tyle, by podbić aromaty: malinowo, jagodowe, podszte ściółką leśną, grzybami, ziemia, ale też brzoskiwnią i migdałowymi herbatnikami. Usta mięsistę, gładkie, zamknięte w finiszu solą i migdałową goryczką. Delikatny garbnik.

Jeśli chodzi o roero riservy 2010, absolutnym odkryciem tego roku było dla mnie Poderi Moretti, którego Ginis było niezwykle finezyjnym winem.

 

Opublikowano Barbaresco, Piemont, Roero | Otagowano , , | Komentarze są wyłączone

Śpieszmy się pić barolo

 

Wciąż relatywnie niedrogie barolo

Po tegorocznym Nebbiolo Prima wszyscy sobie bardzo dużo obiecywali. Mieliśmy w końcu degustować Barolo 2010, o którym krążyły legendy. Specjalizujący się w winach regionu Antonio Galloni napisał, że to najlepszy rocznik, jaki pił w przeciągu ostatnich 18 lat. Pociągnęło to za sobą kolejne entuzjastyczne opinie, jedynie chyba James Suckling stwierdził, że rocznik owszem dobry, ale nie znakomity, że on sam znacznie wyżej ceni 2009, bo 2010 to „crowd pleaser” – pupilek tłumów, by tak rzec, łatwy do picia i gotowy już dziś. Madonno! Jakby mu całe roczniki w degustacji podmienili. Ja bym powiedziała, że jest dokładnie na odwrót. Ciepły 2009 dał wina o atrakcyjnym owocu, bezpośrednie, soczyste, zmysłowe. Wina, jak pisałam, dla restauratorów i niecierpliwych, a także, by posłużyć się sformułowaniem Tomasza Prange-Barczyńskiego, dla „zaczynających swoją przygodę z Barolo”. Natomiast 2010 to raczej „pupilek krytyków”, którzy w większości zaczęli sobie cenić klasykę: wina z chłodniejszych roczników – bardziej wstrzemięźliwe, kwasowe, o twardym rysunku tanin, z architekturą majestatyczną i trwałą jak gotyckie katedry.  Takie jest właśnie barolo 2010.

Temperatury tego roku były niższe od piemonckiej średniej, zima długa, mroźna i śnieżna, zatem zapasy wody w glebie spore, co przydało się, gdy słońce przygrzało w kwietniu i maju; w lecie znowu sporo padało, co przysporzyło producentom sporo problemów z chorobami winorośli, ciepły sierpień i wrzesień pozwoliły jednak winogronom dobrze dojrzeć, zbiory odbyły się wedle dzisiejszych standardów dosyć późno, bo w połowie października, jednak wcześniej niż w chłodnych 2008 i 2013.  Wszystko to złożyło się na wina o wysokiej kwasowości i potężnej strukturze wróżącej długowieczność, a zarazem wina niesłychanie tanicznie – przebrnięcie przez 60-100 butelek rano (w zależności od tego, czy wybrało się program soft czy intense) było nie lada wyzwaniem, także gdy było się mięczakiem. Barolo 2010 to absolutnie nie są wina, które dziś można otworzyć i się nimi cieszyć (choć radość niech będzie z Sucklingiem). To są wręcz wina tak zamknięte, że trudno je teraz oceniać; w wielu przypadkach tanina pokrywa wszystko. Rocznik 2010 jest zdecydowanie mniej soczysty i ma mniej owocu niż inny klasyk – mój ulubiony 2008; ma też mniej intensywną perfumę. To rocznik twardy, strukturalny, architektoniczny, mi zabrakło w nim mięsistości i aromatu.

 

Widok na La Morrę z Brunate

 

Muszę też powiedzieć, że udał się rozmaicie w zależności od gminy. Po raz kolejny okazało się, że delikatne Verduno prezentuje się lepiej w ciepłych rocznikach. La Morra wręcz na odwrót, w klasycznym roczniku jak 2010 pozbyła się męczących, konfiturowych nut, które zdominowały 2009. Natomiast niezbyt podobało mi się Monforte – wiele win z tej gminy miało roślinny rys, suche taniny przy zupełnie nieobecnych bukietach. Giacomo Conterno z legendarnej monforckiej winiarni: Poderi Aldo Conterno twierdzi, że w 2010 zawiązywanie się owocu było bardzo nierówne i by zrobić dobre wina trzeba było się pozbyć znacznej części zbiorów (w Aldo Conterno wyrzucili aż 50%). W Barolo wielu winom brakowało wypełnienia w środku ust. Znakomicie natomiast wypadły Castiglione Falletto i Serralunga.  Rzecz, jaka uderzyła mnie w tym roczniku, to duża ilośc butelek, które cierpiały na redukcję. Zastanawiam się, czy ze względu na problemy z chorobami winorośli, winiarze nie użyli większej ilości siarki…

Niezależnie od wszelkich moich obiekcji, 2010 to z pewnością znakomity rocznik, choć szum wokół niego wobec obojętności, z jaką początkowo przyjmowano 2008, uważam za przesadny. Z jednej strony nakręcił go Galloni, z drugiej koniunktura. Marszandzi w USA i Wielkiej Brytanii powoli szukają innych źródeł inwestowania niż bordeaux i coraz droższe burgundy, które w rocznikach 2013 i 2012 nie są zbyt udane, a w dodatku jest ich mało. Jak donoszą Purple Pages Jancis Robinson takie londyńskie firmy jak Justerini&Brooks czy Berry Bros. wyprzedały całe zamówienie na rocznik 2010, zanim jeszcze został on zabutelkowany.  Justerini&Brooks sprzedali  ostatniego rocznika trzy razy więcej niż łatwego i przystępnego 2009. Najdroższe barolo w porównaniu do najdroższego bordeaux, za które zapłacimy jakieś 3000 euro, jest wciąż dziesięciokrotnie tańsze. Ciekawe, jak długo to potrwa?

 

Federico Ceretto, który wciąż jeszcze chce, by na jego wina było stać włoskich restauratorów/ Fot.ilkkasiren.com

 

Federico Ceretto powiedział mi kiedyś, że wstydziłby się sprzedawać swoje wina za wywindowane ceny francuzów. Nie potrafiłby spojrzeć w oczy włoskiemu restauratorowi w San Francisco czy w Sztokholmie, którego nie stać by było na jego barolo. Nie jestem pewna, czy rynek w przyszłości nie przesunie progu owego wstydu. Już dzisiaj zresztą Ceretto produkują jedno z najdroższych barolo – ich Cannubi San Lorenzo, dostępne tylko w butelce magnum (choć słowo „dostępne” to w tym przypadku oksymoron, to wino sprzedaje się tylko wybranym klientom) kosztuje jakieś 500 euro. A zatem: śpieszmy się pić barolo! A w każdym razie kupujmy je czym prędzej.

Pod spodem lista win z rocznika 2010, które podobały mi się najbardziej podczas Nebbiolo Prima, choć muszę zastrzeć, że jak zwykle wiele legendarnych winiarni nie brało udziału w degustacji. Tradycyjnie nie było chociażby Gai, La Spinetty, Aldo Conterno, Giacomo Conterno, Giuseppe Mascarellego i wielu, wielu innych; w tym roku nie było też zwykle biorących udział: Massolino, G.B. Burlotto, La Scarpy. Muszę też zrobić zastrzeżenie, że degustacja w ciemno rządzi się swoimi prawami i wiele win, które – gdy dać im więcej czasu (tak w kieliszku, jak w butelce)  – okazuje się pierwszorzędnych, w pośpiesznej degustacji wypada słabo. Wreszcie, co już wcześniej napisałam, to rocznik, który jest wyjątkowo zamknięty na tym etapie. Za największą zaletę ślepej degustacji podczas Nebbiolo Prima uważam jednak fakt, że można w niej wyłowić małe, nieznane winiarnie, na które inaczej nie zwróciłoby się uwagi. Do nich na poniższej liście należą: Guido Porro, Marco Curto, Podere Ruggeri Corsini, Trediberri…

Verduno

Fratelli Alessandria, Barolo Monvigliero

Ze wszystkich zaprezentowanych win z Verduno to było zdecydowanie najlepsze, co jest dorocznym standardem (aczkolwiek swoich win w tym roku nie zaprezentowały Castello di Verduno i Burlotto). Brakowało mu jednak zwykłej potoczystości i finezji. Intensywnie pachniało maliną, truskawką i fiołkiem, koniec było nieco suchy i gorzki. Dziś jest to wino zamknięte.

La Morra

Trediberri, Barolo

Wino z winiarni, która dopiero zaczyna swoją drogę i którą warto obserwować. Barolo, które swoim stylem intryguje i odstaje od pozostałych. Śliwkowe, gęste, miękkie; jak na barolo wręcz pluszowe, lecz w tej pluszowości urokliwe. Bardzo dobrej jakości drobniutka tanina, sporo słodyczy w finiszu. Comfort wine w dobrym znaczeniu tego słowa.

Serradenari, Barolo Serradenari

Atrakcyjne, zmysłowe wino o dosyć słodkim owocu. Pachnące wiśnią, truskawką, różą, drzewem sandałowym i dymem; słodka, wtopiona tanina. Harmonijne, dobrze wypełnione i domknięte.

Cordero di Montezemolo, Barolo Monfalleto

Absolutnie zachwycające wino, które ma wszystko, co barolo mieć powinno: intensywny, złożony bukiet pachnący maliną, truskawką, przyprawami balsamicznymi, fiołkami, skórą, truflami, a w ustach – soczysty owoc i twardą, kamienną ramę tanin. Tak. Tak. Tak. Tak, którym Molly Bloom zakończyła swój monolog.

Curto Marco, La Foia Barolo Arborina

Kolejna mała i nieznana posiadłość, która zasługuje na bliższe przyjrzenie się i która oferują świetna jakość w stosunku do ceny. Wino pachnące hibiskusem, matchą, truskawką, napakowane materią, z soczystym owocem, ładnie zamknięte taninami.

Andrea Oberto, Barolo Rocche dell’Annunziata

W cieplejszych rocznikach te wina wydawały mi się zbyt słodkie, konfiturowe. To barolo ma piękny ziołowo-kwiatowy nos oraz dojrzały, słodki owoc, kontrapunktowany kamienną, twardą budową.

Aurelio Settimo, Barolo Rocche dell’Annunziata

La Morra inna od wszystkich. Wino, które można by opisać jako śpiew kamienia. W zasadzie zawsze w ciemno można rozpoznać, że to wino Tiziany Settimo. W nosie truskawka i zioła, w ustach  orzeźwiająca głębokość kamiennej studni.  Bardzo harmonijne, zrównoważone.

Barolo

Giuseppe Rinaldi, Barolo Tre Tine

Jagodowość, lekkość, soczystość, idealnie zintegrowana tanina. Wino, które płynie, nie każe się zastanawiać, nie budzi wątpliwości. Jest. (Jako że prawo od 2010 rocznika nie zezwala na wymienianie na etykietach kilku nazw winnic, Tre Tine to nazwa barolo Rinaldiego, które kiedyś było oznaczone jako Cannubi San Lorenzo Ravera.

Brezza Giacomo, Barolo Sarmassa

Surowe, dosyć skupione wino, mocno taniczne, ale z taniną dojrzałą i dobrze wtopioną w wino. Tradycyjne, wstrzemięźliwe, eleganckie. Wina Enzo Brezzy są z roku na rok coraz lepsze.

Barale Fratelli, Barolo Castellero

Barale jest zawsze wielkim malarzem bukietów, nawet w roczniku tak mało wonnym jak 2010. Mamy tu wiśnię, truskawkę, nieco fiołków, nieco zwierzęcej sierści. To klasyczny, pełen wdzięku baroliański nos. Tanina drobna, ładnie wtopiona. Soczysty atak, sporo owocu w środku ust, kamienny finisz.

Virna Borgogno, Cannubi Boschis

Nos złożony i atrakcyjny. W ustach gęsta, skupiona materia, dobre wypełnienie. Finisz nieco niezdecydowany, brakuje mu domknięcia, niemniej ładne i intensywne wino.

Castiglione Falletto

Sobrero, Barolo”Ciabot Tanasio”

Nie odwiedzałam nigdy tej winiarni, ale to wino krzyczy do mnie, że trzeba tam absolutnie pojechać.  Truskawka, pomarańcz, fiołki, ściółka leśna – w nosie wszystko, co barolo mieć powinno. Usta soczyste, tryskające owocem, ale o  kamiennej strukturze i mocnym garbniku. Absolutnie świetne i relatywnie niedrogie wino.

Cavalotto, Barolo „Bricco Boschis”

Nie mam zwykle melodii do bardzo cenionych win Cavalotto, w których zawsze dostrzegam jakąś zieloność. To wino ma jednak imponującą architekturę. W nosie dziś owoc nieco stłumiony, ale usta mają piękną soczystość, długość i przestrzenność.

Ceretto, Barolo Bricco Rocche

Odkąd za winifikację poważnie wziął się w rodzinie Alessandro Ceretto, skądinąd kompletnie zakręcony na punkcie biodynamiki, wina z roku na rok są coraz lepsze. To wino ze zdecydowanym efektem: WOW! Elegancki truskawkowy-ziołowy bukiet, subtelna budowa, słodkie, choć twarde taniny. Finezyjne, a zarazem pełne napięcia wino, przez które płynie elektryczny prąd, jaki zwykliśmy nazywać mineralnością.

Tenuta Montanello, Barolo Montanello

Wino o tradycyjnym barolistycznym nosie: wiśnia, truskawka, róża drzewo sandałowe, przyprawy, nieco zwierza. Usta twarde, kamienne. Dużo elegancji.

Brovia, Barolo Rocche di Castiglione

Wino pachnące truskawką, przyprawami, krwią, twarde, o drobnej, eleganckiej i dobrze zintegrowanej taninie. Uwodzi przede wszystkim długością. Trwa w ustach w nieskończoność.

Monforte d’Alba

Poderi Colla, Barolo Bussia Dardi Le Rose

Złożony intensywny nos z wiśnią, truskawką, świeżymi ziołami i fiołkami, atak szczodry, soczysty, przestronny, niestety troszkę brakuje wypełnienia w środku ust, w finiszu mocna ściągająca tanina.

Podere Ruggeri Corsini, Barolo Corsini Bussia

Mało znana posiadłość, o której pisałam w ostatnim numerze Magazynu Wino. Jedna z tych, na które warto zwrócić uwagę, bo jakość w niej stale rośnie, a ceny nie sa wysokie. Przez jakiś czas wina te były sprowadzone do Polski przez Vinotękę13. W 2010 roczniku wino Nicoli Argamante się nadzwyczajnie udało. Nie brakuje mu mięsistości jak większości win z Monforte, tanina jest ładna drobnoziarnista, wino ma gęstość i skupienie, choć aromatycznie nie jest zbyt złożone.

Giacomo Fenocchio, Barolo Bussia

Wino dziś niezwykle zbite, kompaktowe, monolityczne, ale z przepieknym dojrzałym, szczodrym owocem w ataku. To jeden z moich faworytów w Monforte.

Serralunga d’Alba

Gemma Spa, Barolo Colarej

Wino pachnące maliną, truskawką, fiołkiem i miodem.  W ustach kocie, miękkie, inne od wszystkich w tym roczniku, gładkie, a zarazem skupione, z finezyjną drobną taniną.  Niesamowicie pijalne.

Cascina Luisin, Barolo Leon del Commune di Serralunga d’Alba

Świetne barolo od producenta specjalizującego się przede wszystkim w barbaresco. Pachnące wiśnią, maliną, skórą, fiołkami. W ustach potężna architektura, strzelistość i długość.

Giacomo Anselma, Barolo Collaretto

Wino z charakterem, pachnące leśnie, zwierzęco. Obok wiśni i maliny zapach garbowanej skóry, ściółki leśnej, nuty balsamiczne fiołki. Świetna soczystość, słodka tanina, głębia.

Rivetto Dal 1902, Barolo del Commune di Serralunga

To nie jest czołówka Serralungi, ale wina Enrico Rivetto z roku na rok robią się coraz lepsze, a jego cru Briccolina jest wręcz znakomite. To podstawowe barolo ma ładną gęstość materii i piękny leśny nos. W ustach jest miodowo-kamienne, całkiem potoczyste, niestety w finiszu wychodzi trochę alkohol i czuć drzewo.

Guido Porro, Barolo Lazzairasco

To jest mój wielki faworyt. Jego wina nieodmiennie mnie urzekają. Burgundzka interpretacja Serralungi. Jasna barwa. lekkość, soczystość, pijalność i hipnotyczne, zapraszające aromaty. Wino niebywale zrównowazone, o ładnej, kamiennej budowie, ale nie brakuje w nim owocu. Jeden z najbardziej niedocenionych barolistów. Świetne ceny.

Luigi Pira, Barolo Margheria

Strzeliste, potężnie zbudowane wino. Dziś napakowane taninami, ale nie brakuje mu owocu. Pachnące truskawką, czerwoną porzeczką, herbatą.

Sukkula Rikka, Barolo Meriame

Serralunga w fińskiej i kobiecej interprteacji. Wino, które podobnie jak barolo Guido Porro mówi szeptem. Pachnące wakacjami: kompotem z truskawek, rozmarynem, tymiankiem, prowansalskimi ziołami; o bardzo słodkim owocu i drobnej taninie. Trudno się od niego oderwać.

Wina z kilku gmin

Vigneti Luigi Oddero e Figli, Barolo

Wino dość chropawe, mocno taniczne, w nosie jeszcze zamknięte, ale o rozłożystej budowie, szerokich ramionach, zapowiadających długie i dobre życie

Oddero Poderi e Cantine, Barolo

Eleganckie wino o ładnym słodkim owocu w ataku i dobrze zintegrowanej dojrzałej taninie. Powściągliwe, dość surowe, eleganckie.

Bartollo Mascarello, Barolo

Wino urzekające swoją prostotą i soczystym, truskawkowym owocem. Dziś jeszcze zamknięte, ściśnięte, z nieco suchym finiszem.

 

 

 

Opublikowano Barolo, Piemont | Otagowano , | 1 komentarz

Killer device w Butchery

 

Nowa sommelierska zabawka/ Fot. Butchery and Wine

Killer device - tak producent reklamuje Coravin, rewolucyjne narzędzie, dzięki któremu można się napić wina bez otwierania butelki. Dla konsumenta prywatnego oznacza to tyle, że nie będzie musiał się szczypać i zamęczać pytaniami, czy aby na pewno dziś nadszedł dzień, by otworzyć WIELKĄ BUTELKĘ. Teraz będzie mógł wbić w korek perforowaną igłę (Greg Lambrecht, twórca Coravinu jest inżynierem specjalizującym się w igłach chirurgicznych), a następnie przez tę igłę odciągnąć wino i nalać je do kieliszka. Po wyjęciu igły z korka, dziurka się, by tak rzec, zasysa, a do butelki wpuszczany jest argon (obojętny gaz cięższy od tlenu), który tworzy nad powierzchnią wina „pierzynkę” zapobiegającą jego utlenieniu. Lambrecht, miłośnik i kolekcjoner win, pracował nad tym urządzeniem 14 lat. Czternaście lat cierpliwości po to, by ci, którzy chcą spróbować jakieś specjalnej butelki mogli to zrobić bez żalu natychmiast, resztę odkładając na później. W ten sposób kolekcjonerzy nie muszą nawet kupować paru butelek wina, by obserwować, jak wino ewoluuje w czasie, mogą swoje degustatorskie eksperymenty przeprowadzać na jednej.

Nie mamy na razie długiego doświadczenia z Coravinem, produkt wypuszczono na rynek niecały rok temu, ale ci, którzy próbowali butelek otwartych pół roku wcześniej i porównali je ze świeżo otwartymi, stwierdzili, że nie ma różnicy.

Muszę powiedzieć, że nie wierzę w użyteczność Coravinu w warunkach domowych. Na ogół jednak wielkie butelkie otwieramy wtedy, kiedy mamy gości. A jeśli nawet ich nie mamy, to czy naprawdę chcielibyśmy tak laboratoryjnie i buchalteryjnie podchodzić do wina? Nawet, jeśli są takie pary, dla których jedna butelka wina to za dużo, to przecież wielkie wina mogą postać otwarte przynajmniej dwa-trzy dni. Natomiast z całą pewnością Coravin przyda się do degustacji producentom win i ma szansę zrewolucjonizować rynek restauracji, które chętniej będą sprzedawać droższe i rzadsze wina na kieliszki. Jako pierwsza w Polsce w killer device zaopatrzyła się Butchery and Wine (Żurawia 22, Warszawa) i prawdopodobnie Kamil Wojtasiak w najbliższym czasie poszerzy stałą ofertę win na kieliszki. Na razie co jakiś czas otwiera jakąś starszą butelkę – rezerwując stolik, możecie zapytać, co akurat przekłuła igła Coravinu.

Cena Coravinu to 299 dolarów. Cena jednej kapsułki argonu, która starcza na cztery butelki wina, to 10 dolarów. Podobno firma Vinissimo planuje wypożyczać Coravin restauracjom.

Jedna z najlepszych Valpolicelli na polskim rynku/ Fot. winoioliwa.com

System Coravin sprawdzaliśmy dzięki gościnności Butchery and Wine na znakomitych valpolicellach i amarone Carlo Meroniego – intensywnych, skondensowanych, lecz lekkich i zwiewnych jak muślin. To ten rodzaj win, które po otwarciu znikają w mgnieniu oka (nawet ciężkostrawne zazwyczaj amarone) i zupełnie niepotrzebny jest im Coravin. Wina można zakupić w sklepie Wine Corner przy ulicy Biały Kamień 5 w Warszawie.

 

Opublikowano polscy importerzy, Polska, polski rynek, Veneto, wino i jedzenie, Włochy | Otagowano , , , , | 2 komentarzy

Blogosfero, dokąd?

 

Szczęśliwi uczestnicy I Zlotu Blogosfery/ Fot. winoioliwa.com

„To był fantastyczny dzień!” „Świetna impreza, świetne opowieści, świetne wina!” „[Wojciech Bońkowski] mówił, będąc w świetnej formie dwie godziny i osiem minut.” „Daj mi Boże co dzień pić w takim towarzystwie, z takimi ludźmi, a do tego niech na stole staną takie wina”. „Wine is fun!”…

Takie entuzjastyczne zdania czytam na fejsbuku i blogach autorów, którzy wzięli udział w sobotnim Zlocie Blogosfery Winiarskiej, którego organizatorem była Winicjatywa. Ich entuzjazm całkowicie podzielam; również w moim odczuciu impreza tchnęła dobrą energią. Ale poza odczuciami, mam też parę przemyśleń, by posłużyć się tą dziewiętnastowieczną dychotomią, do której odwołał się w swojej pogadance prelegent zlotu Redaktor Naczelny portalu natemat.pl – Tomasz Machała, który stwierdził, że bloger to ktoś, kto pisze od serca, podczas gdy dziennikarz pisze z mózgu. I ten drugi rodzaj pisania dziś nikogo, zdaniem Machały, nie interesuje.  Ale o tym (o ile Czytelniku nie zgadzasz się z Machałą i Twoja cierpliwość jest dużo szczodrzejsza niż 40 znaków tweeta) za chwilę.

 

Andrzej Daszkiewicz, Marcin Jagodziński i Kuba Janicki słuchają przemówienia Tomasza Machały/Fot. winoioliwa.com

Nie wiem dokładnie, jakie cele przyświecały Winicjatywie przy organizacji tej imprezy, ale wyobrażam sobie, że głównym celem ideowym była integracja polskiej blogosfery. I ten cel udało się zrealizować słabo, nie do końca z winy Winicjatywy, choć myślę, że pozostawiła ona mało miejsca na głos samych blogerów i niestety nie przewidziała momentu na przedstawienie się wszystkich uczestników, ale to są detale. Polska blogosfera po prostu nie bardzo chce się integrować, skoro na około 150 istniejących blogów winiarskich (pewnie 100 aktywnych), na zlot przyjechało ich zaledwie kilkanaście.

W kuluarach słyszało się rozmowy, że niektórym cena za wstęp wydała się zbyt wygórowana, tym bardziej że wielu musiało ponieść koszty dojazdu do Warszawy (może trzeba było to tak urządzić, by pokrył je sponsor imprezy Lidl, aczkolwiek wszędzie na świecie, niezależnie od sponsorów, to blogerzy pokrywają koszty dojazdu i opłacają wstęp). Bilety wstępu na każdą z trzech części, a więc teoretyczną, degustacyjną i afterek u Mielżyńskiego kosztowały 50 zł. Pięć dyszek nie wydaje mi się wysoką ceną za wysłuchanie wykładu Tima Atkina MW, który mówił o tym Po co pisać o winie?, warsztaty z pozycjonowania bloga oraz blogowej fotografii, panel dyskusyjny z udziałem nestorów polskiej blogosfery, jak Andrzej Daszkiewicz i Marcin Jagodziński oraz specjalisty w dziedzinie indywidulanej ekspresji Kuby Janickiego, plus atrakcyjny bonus w postaci autopromycyjnego speechu Tomasza Machały pt.: Czy warto być blogerem w Polsce?

 

Tim Atkin/Fot. winoioliwa.com

Wydaje mi się to wręcz śmieszną ceną w kontekście degustacji, prowadzonych przez dużej klasy ekspertów (Tim Atkin – Burgundia: Marek Bieńczyk  – Bordeaux, Wojciech Bońkowski – Włochy, Sławomir Chrzczonowicz – ABC degustacji, Michał Jancik i Paweł Białęcki – warsztaty z doboru win do potraw). Zwłaszcza że na degustacjach można było spróbować win, które przy dużym szczęściu pije się tylko raz w życiu: Château Palmer 1989 czy Romanée-Conti Saint-Vivant 2007, nie mówiąc już o tym, co redaktor Bońkowski na potrzeby swojego wystąpienia wyciągnął z własnej piwnicy (podczas gdy biedny MB opowiadając o Bordeaux, musiał się zmagać z winami Lidla). Było tam min. Barolo Vigna Elena 2004 od Elvio Cogno, Barolo Le Vigne 1999 od Luciano Sandrone, Camartina 1999 od Querciabelli, Brunello di Montalcino 2000 od Biondi Santi, Valpolicella Classico Superiore 2005 od Quintarellego, Amarone della Valpolicella 1990 od Meroniego… by wymienić tylko kilka najstarszych butelek.

 

"mówił, będąc w świetnej formie dwie godziny i osiem minut"/Fot. winoiloliwa.com

Jednak program ten z jakichś powodów nie wydał się blogosferze atrakcyjny, skoro jeszcze na trzy dni przed rozpoczęciem wydarzenia, były miejsca na degustacje (ostatecznie obstawione nie tylko przez blogerów), co prowokuje mnie mimo wszystko do refleksji, że polska blogosfera en gros nie jest gotowa za wino i naukę płacić. Potwierdza to lektura większości blogów, w których roi się od błędów merytorycznych i które nie wykraczają poza spis własnych wrażeń z wypitej poprzedniego dnia butelki (bardzo często przysłanej z dyskontu). Zgadzam się z Koalą/Andrzejem Szadkowskim, który w poście „Strach ma wielkie oczy” na blogu O Winach Prawie Wszystko napisał, że „prowadzenie bloga o winie po to tylko, aby czytali go tacy sami blogerzy, jak autor, nie jest wcale złe”. Ale też, powiedzmy sobie szczerze, nie ma ono żadnego znaczenia: ani dla rynku, ani dla wzrostu wiedzy o winie. Ma jedynie znaczenie, co Koala zresztą napisał, dla poprawy samopoczucia autora.

Jeśli dobrze rozumiem zamysł Winicjatywy, był on również edukacyjny. W części teoretycznej zlotu była mowa o celowości blogowania o winie, o budowaniu swojej pozycji, o podnoszeniu jakości i widzialności blogów. Przemówienie Tima Atkina, który mówił o tym, że zbyt dużo blogerów pisze dla samych siebie (dodałabym jeszcze że zbyt dużo blogerów pisze, a w ogóle nie czyta) i o tym, że istotne blogowanie nie powinno się niczym różnić od rzetelnego dziennikarstwa, przeszło bez większego echa. Wielu blogerów natomiast chętnie odwołuje się do przemówienia Tomasza Machały, który dokonał karkołomnego, moim zdaniem, rozróżnienia twierdząc, że bloger to człowiek z krainy emocji, a dziennikarz z krainy myśli i obiektywnej informacji.  Ten sąd, który słabo przystaje do rzeczywistości, jest jednak mało szkodliwy. Zastanawia mnie natomiast, dlaczego Winicjatywa na patrona intelektualnego imprezy, która jest zlotem blogów eksperckich, a w każdym razie recenzujących określony typ produktu, wybrała człowieka, który na każdym kroku głosi tezy mające racjonalizować jego własną sprzedajność. I pustym hasłem „idzie nowe” tłumaczy wszystkim, że czasy niezależnego dziennikarstwa się skończyły, że nie ma nic złego w kryptoreklamie (którą sam nazywa elegancko reklamą natywną) i uważa, że w dzisiejszym świecie naiwnością jest oczekiwanie od dziennikarza rzetelności czy weryfikacji danych. A co dopiero od blogera…

 

Tomasz Machała "Taki mamy świat. I am not sorry". /Fot. winoiloliwa.com

Czy blogi eksperckie mają jednak jakikolwiek sens, gdy stają się wyłacznie tubą firm, jakie są gotowe ich opłacać? Czy mają sens, gdy autorzy nie biorą odpowiedzialności za swoje opinie, bo w żaden sposób się pod swoimi postami nie podpisują? Czy mają sens gdy ich sądy nie są suwerenne? I wreszcie czy mają sens wtedy, gdy autorowi w żaden sposób nie zależy na samorozwoju, a jedynie na pozyskiwaniu darmowych butelek? Autor blogu przywinie.pl (skądinąd anonimowy admin) z przemówienia Machały wyniósł naukę, że o winie można pisać kiepsko i nie trzeba być do tego przygotowanym. No jasne, że można, ale czy naprawdę takie gadanie jest Twoją najwyższą ambicją, blogosfero?

 

Opublikowano Polska, polski rynek, Wino i nauka | Otagowano , , , | 31 komentarzy

Najdroższe nieistniejące barolo

Vigna Rionda, choć Barolo nie ma oficjalnej klasyfikacji crus, zarówno przez piemonckich winiarzy, jak specjalizujących się w regionie krytyków jest zgodnie uważana za jedno z najznakomitszych siedlisk – nie tylko Serralungi, ale całej apelacji. Dziesięciohektarowa winnica, niemal w całości o południowej ekspozycji i glebach (niech dziennikarskiemu zwyczajowi stanie się zadość) obfitujących w wapień i piasek, daje wina, które charakteryzuje wyjątkowa twardość i surowość; chciałabym też napisać: mineralność, gdyby to pojęcie ostatnimi czasy nie zdyskredytowało się tak bardzo. W każdym razie Vigna Rionda daje wina o posągowej architekturze, niemal kamienne w odczuciu, za młodu dość zamknięte, za to z wiekiem nabierające łagodności, przyoblekające się w miękką atłasową materię, ale nawet na stare lata zachowujące strzelistość i wyrazisty kontur. Wina, które starzeją się jak nie przymierzając Carmen dell”Orefice i przez wielu uznawane są za archetyp Serralungi.

Widok na Serralungę z winnicy Rosso

Szczęściarzy posiadających parcele w tej winnicy do tej pory było niewielu: bracia Massolino, którzy swojej winiarni górującej nad legendarnym siedliskiem dali nazwę Vigna Rionda; Poderi Oddero i Luigi Oddero (dwie winiarnie bedące efektem podziałów w rodzinie); Luigi Pira oraz Giacomo Anselma. Do 1993 roku winogrona stąd pochodzące winifikował słynny Bruno Giacosa, którego Collina Rionda w dużej mierze przyczyniła się do famy siedliska. Giacosa kupował owoce od niejakiego Aldo Canale, ale po śmierci tego ostatniego jego syn Tommaso postanowił winifikować wina sam.

Tommaso Canale mieszkał skromnie, wiejskie plotki mówią, że nie lubił wydawać pieniędzy, miał tylko jedną parę butów, ale miał parcelę w Vigna Rionda i rosnące konto w banku. Nie miał dzieci, lecz bardzo kochał swojego siostrzeńca Davide Rosso. W 2010 roku Tommasino zmarł nieoczekiwanie, pozostawiając w spadku znaczną część swojego majątku i dużą ponadhektarową część Vigna Rionda właśnie Davide. Po niecałym pół hektara dostało się jego dalszym powinowatym: Guido Porro (nieznane, a genialne wina, polecam gorąco) i Sergio Germano (z winiarni Ettore Germano). Davide otrzymał nie tylko największą, ale też najlepszą część Vigna Rionda położoną na samym szczycie wzgórza, o całkowicie południowej ekspozycji – jak sam lubi o tym mówić – Romanée-Conti Barolo.

Davide i jego Vigna Rionda

Winiarnia Giovanni Rosso, choć nie należy do najbardziej znanych w regionie, od czasu kiedy w połowie lat 1990. Davide przejął stery, z pewnością produkuje jedne z najbardziej interesujących barolo – pachnące z burgundzka, soczyste, napakowane świeżym owocem, o dosyć subtelnym jak na Serralungę rysunku tanin i delikatnie słone w finiszu. Do tej pory powstawały tu dwa crus: pełna szczodrego owocu La Serra i nieco surowsza, szczuplejsza Ceretta, a także podstawowe Barolo Serralunga, które w swojej cenie 30 euro jest absolutnie jedną z najlepszych okazji w apelacji.

Wszystkie crus Davide fermentuje w cemencie, podstawowe barolo w stali nierdzewnej, choć buduje obecnie nową winiarnię, gdzie całkowicie na cement zamierza się przerzucić. Barolo dojrzewają w 25hl botti z francuskiego dębu Fontainebleau, gdyż Davide uważa go za najbardziej neutralny. Za wyjątkiem zwinifikowanej po raz pierwszy w 2011 roku Vigna Rionda, która, by tradycji uczynić zadość, dojrzewa w dębie slawońskim. Produkcja tego wina jest minimalna, niecałe 17 hl, co daje 1800 butelek. Davide bowiem większość zasadzonej w 1945 roku winnicy wyrwał (podobnie jak Guido Porro i Sergio Germano) i zrobił nowe nasadzenia. Zostawił tylko część, najlepiej zachowanych krzaków i wyczarował z nich świetne wino. Beczkowa próbka eksplodowała czerwoną porzeczką, maliną, wiśnią, delikatnie pachniała miętą, choć to wszystko nie ma znaczenia, bo jeszcze dziesięć razy do zabutelkowania i po zabutelkowaniu się zmieni, nade wszystko jednak wino miało imponującą strukturę: było wertykalne i nieprawdopodobnie długie – naprężone jak łuk i mknące jak strzała.

Najdroższa Vigna Rionda pod słońcem

Po chwili miało się okazać, że miało również imponującą cenę; do ścieku winiarni splunęłam najdroższym barolo, jakie kiedykolwiek miałam w ustach (no może z wyłączeniem Monfortino). Davide wycenił jedną butelkę na 350 euro. Chociaż prawdopodobnie nie Davide, a David. David Berry Green, kupiec historycznej lodyńskiej firmy Berry Brothers & Rudd, który od pewnego czasu mieszka w Barolo (z jego poglądami polemizował Marek Bieńczyk w felietonie pt. „Jasny przekaz”) i powoli zaczyna przejmować pod swoje skrzydła co ciekawszych, małych producentów, a następnie sprzedaje ich wyłącznie prywatnym kolekcjonerom. W pewnym sensie odbiera im więc widzialność na brytyjskim rynku. Vigna Rionda Giovanniego Rosso prawdopodobnie w całości zniknie w czeluściach angielskich i hongkondzkich piwnic sprzedana en primeur. W zasadzie jest więc to wino „nie dla psa kiełbasa”, wino, którego nie ma dla zwykłych śmiertelników. A jeżeli to marketingowe posunięcie Berry Brothers powiedzie się na tyle, że ustanowi nową poprzeczkę cenową, która się utrzyma, gdy Rosso będzie produkował wino z całego hektara Vigna Rionda, o najlepszych winach z Serralungi będziemy mogli jedynie sobie pomarzyć.

Importerem Massolino w Polsce jest Mirosław Pawlina. Importerem Oddero Robert Mielżyński. Żaden z nich nie sprowadza Vigna Rionda, prawdopodobnie w obawie, że jest zbyt droga, a może i zbyt surowa na polski rynek. Może się okazać, że zanim do niej zdążymy dorosnąć, ona ucieknie nam w kosmos.

Carmen dell'Orefice - 83 lata i wciąż w grze


Opublikowano Barolo, Piemont | Otagowano , , , , , , , | Komentarze są wyłączone

Demon Południa

Nie miałam szczęścia do Kampanii latem, kiedy do jej kurortów na Capri, Ischii czy Wybrzeżu Amalfitańskim zjeżdża wprawna w organizacji wypoczynku, opalona, dobrze odżywiona i znudzona klasa średnia z wypchanym portfelem. Szlajałam się po pustym Capri w deszczu, po sezonie, falanghina na głównym placu mi nie smakowała, gołe manekiny ze sklepów Fendi, Gucci, Dolce&Gabbana krzyczały coś w rodzaju vanitas vanitatum et omnia vanitas…  Boże, człowiek jest taki banalny, opustoszałe letnisko zawsze w nim włącza guzik z napisem: splin. Śmiałam się z tej powtarzalności do mojej falanghiny – wspomnienia zimy na Wybrzeżu Amalfitańskim zostawili po sobie goście bardziej lotni i wprawni w pisaniu ode mnie. Chociażby Iwaszkiewicz, który na pustej amalfitańskiej plaży miał dużo czasu do rozmyślań, ale rozmyślać nie miał o czym, nic mu się nie chciało i w dzienniku zatytułował ten okres jako Śmierć w Amalfi.

 

Pusta plaża w Amalfi

Zrozumieć Dedala

Wizyta w kampańskich letniskach zimą, o ile nie lubimy się taplać we własnej melancholii, jest ryzykowna: przyklejone jakimś cudem do skały miasteczka, które tworzą jeden z najpiękniejszych krajobrazów na ziemi, w deszczu i we mgle, gdy w morze wypuścić się nie sposób, mogą nam się wydać zbyt ciasne, a uciekać z nich można tylko ciagnącą się kilometrami nad urwiskiem serpentyną, gdzie za każdym razem od nowa nie dowierzam, że samochód trzyma się asfaltu. Człowiek, przebywając dłużej w tej klaustrofobicznej, zawieszonej nad przepaścią przestrzeni, chciałby się wyrwać do lotu; to w Ravello niemiecki historyk Ferdinand Gregorovius zrozumiał Dedala. Krótko mówiąc: pomału na tym zimowym Wybrzeżu Amalfitańskim odlatujemy.

 

Widok z Ravello

Costa d’Amalfi DOC

Nie przykleją nas do świata tutejsze wina, na które bez słońca i upału spojrzymy raczej krytycznie.  Mało kto zapewne słyszał, o ile nie spędzał tutaj wakacji, że istnieje taka apelacja jak Costa d’Amalfi, która dzieli się na trzy podstrefy: Furore, Ravello, Tramonti. Oprócz bardziej znanych kampańskich szczepów, jak aglianico, piedirosso, sciasinoso czy falanghina, występuje tu kilkadziesiąt innych niezwykle rzadkich endemicznych odmian o melodyjnych nazwach, które bardziej niż do owoców pasowałyby do bohaterów literackich: na przykład biancolella, ginestra, peppella, fenile, ripolli, tintore, tronto czy serpentaria, by wymienić tylko te najbardziej popularne.

Gwiazdą wybrzeża jest mieszcząca się w Furore winiarnia Marisy Cuomo. Ale jej wina, w wielu wypadkach przebeczkowane i zbytnio alkoholowe, wszystkie natomiast gładkie i międzynarodowe nie przekonały mnie zupełnie. Nie zachwyciły mnie również wina producenta Apicella z Tramonti, a wobec ceny, która zaczynała się od sześciu euro ex-cellar, powinny. Choć może wcale nie muszą podobać się dziennikarzom i importerom z odległych krajów, bo wypijane są przez turystów wypoczywających z rozmachem nad Morzem Tyrreńskim, sprzedają się też nieźle w restauracjach w całych Włoszech, gdzie wszystkim nazwa Amalfi kojarzy się z rajskim ogrodem. I to w zasadzie kończy temat. Turystyka nie służy amalfitańskiemu winiarstwu.

 

Stuletnie krzewy w winnicy Apicella

Tenuta San Francesco

Choć jak wszędzie znajdą się wyjątki. Za Maćkiem Nowickim i Kubą Janickim (teraz zaglądając do jego tekstu, widzę, że też pięknoduch jeden pisał o melancholii) zgodnym głosem powtórzę, że niezwykłym przeżyciem są wina Tenuta San Francesco, prowadzonej przez Gaetano Bove. Piękne jest tutejsze Tramonti Bianco Per Eva, które z wiekiem upodabnia się do burgunda – staje się maślane i miękkie, lecz zachowuje owocową soczystość. Natomiast  czymś absolutnie niesamowitym jest czerwone wino: È Iss, powstające z prefilokserycznych trzystuletnich krzewów tintore. Czarne, skoncentrowane, głębokie, z intensywnym jeżynowym owocem – wpada się w nie po uszy.

Błyskawiczna kariera falanghiny

Na wybrzeżu pija się przede wszystkim falanghinę, która w ostatnich latach zrobiła egzemplaryczną karierę, jeśli chodzi o wyniki sprzedaży. Za jej popularnością nie poszła jednak wysoka jakość. Degustacja kilkudziesięciu falanghin podczas Campania Stories nie była doświadczeniem uwznioślającym. Win dusznych, lepkich, zniszczonych przez beczkę, z ziejącym pustką środkiem i gorzkim wysuszającym usta finiszem było sporo. A przecież falanghina potrafi  być winem atrakcyjnym, spływającym soczystą brzoskiwinią, tłustym, ale pełnym ożywczej kwasowości i podkręconym orzechową końcówką. Takie na przykład są wina La Rivolta z regionu Sannio, które znacząco się wybijają swoją finezją. W degustacji w ciemno wyróżniły się też falanghiny z Campi Flegrei, zwłaszcza od producentów La Sibilla i Grotta del Sole. Dużo się mówi o tym, że ich nadzwyczajną jakość zawdzięczamy wulkanicznym terenom, ostatnio jednak odkryto, że tutejsza falanghina (zwana falanghina flegrea) nie ma nic wspólnego z falanghiną beneventana występującą w innych regionach Kampanii. Aczkolwiek na razie przepisy apelacyjne z różnicy między dwiema odmianami nie zdają sprawy.

 

Widok na trąbę powietrzną z okna hotelu w Furore

Włoskie Côte d’Or?

Siłą Kampanii niewątpliwie jest Irpinia, o której wielokrotnie pisałam, nie kryjąc mojej fascynacji (tu, tu i tu oraz w numerze 4/2013 Magazynu Wino poświęcając jej temat numeru). Fiano i greco uważam za jedne z najciekawszych białych odmian Włoch. Wracając jednak do Kampanii regularnie, widzę, że ich wielkość pokazuje kilka tych samych nazwisk. Podczas ostatnich Campania Stories jak zwykle świetnie wypadli: Ciro Picariello, Colli Castelfranci, Caggiano Vigne Guadagno, Pietracupa, Traerte, Villa Diamante, Tenuta Sarno, Cantina Bambinuto.

Tom Maresca, którego lubię czytać z uwagi na jego anglosaski no nonsense style, porównywał Irpinię do Côte d’Or pod względem zróżnicowania siedlisk przy jednoczesnym niewielkim zróżnicowaniu odmian. Po ostatnim pobycie w Kampanii mam jednak poczucie, że przyjdzie nam trochę poczekać, zanim sami winiarze zaczną ten ogromny potencjał regionu, którego dowodem są wina największych, dostrzegać. Gros win jest robione w bezpiecznym, mało ekspresyjnym stylu, co zwłaszcza było widać w tak gorącym roczniku jak 2012, w którym winiarze bali się utraty kwasowości i zebrali winogrona zbyt wcześnie – w konsekwencji czego wiele win pozbawionych było dojrzałości, a co za tym idzie jakichkolwiek indywidualnych cech: wszystko neutralizowała cytrusowa kwasowość.

Kampanię gubi deficyt wiary w siebie. Wynika on po części z nieznajomości innych winiarskich regionów i braku punktów odniesienia; po części z apatii, która jest być może warunkowana szerokością geograficzną. Wszystko na Południu odbywa sie dwa razy wolniej niż na Północy – wiemy to od dawna. Ojcowie pustyni za stan ducha, który charakteryzował się poczuciem beznadziei i wyczerpaniem, zwany przech nich acedią (dzisiaj moglibyśmy go po prostu nazwać lenistwem, a przy innej interperetacji: depresją) obwiniali demona Południa. Czasami w Kampanii możemy poczuć jego ukąszenie. Z drugiej jednak strony ponieważ wszystko toczy się tutaj wolniej, trzeba dać Kampanii trochę czasu: winiarska rewitalizacja regionu zaczęła się stosunkowo niedawno.

 

Amalfi po sezonie

***

Iwaszkiewicz po długim smęceniu o tym, jak to umierał w Amalfi, podsumowując pobyt nad Morzem Tyrreńskim, zapisał takie zdania: „Z całości podróży do Amalfi mam wrażenie raczej łaskawe – wrażenie spokoju i przemijania. Dobrze mi tam było. I w całej powrotnej podróży brzmiało w uszach „w środku”, coś tak jak po uważnym wysłuchaniu dużej fugi Bacha”.

Południowa melancholia na nieziemskim Wybrzeżu Amalfitańskim, które istniało długo przed nami i jeszcze sobie pobędzie, wynika po trosze z poczucia, że wobec tego bezkresnego piękna nasze podrygi i wygibasy nie są warte złamanego szeląga. Zamówiłam kolejny kieliszek falanghiny.

Na „Campania Stories. I Vini bianchi” przebywałam na zaproszenie Miriade&Partners.

 

Opublikowano Costa d'Amalfi, Irpinia, Kampania, Włochy | Otagowano , , , , , , , , , , | Komentarze są wyłączone

Co nowego na rynku? Winemates, Brix65 i Vive le Vin

W ubiegłym tygodniu trzech małych importerów: Brix 65, Vive le Vin i Winemates na rogu Pięknej i Mokotowskiej w przeszklonym barze – który swoim designem wpisałby się i w Nowy York, i w Londyn, i w Berlin, i który już raz zdążył zmienić nazwę z The Corner na The Lounge (a pewnie w przyszłości jeszcze nie raz zmieni) – zorganizowało wspólną degustację, prezentując nowe wina ze swojej oferty. Wina zabierające już lekko zdenerwowanego degustatora (degustacja się opóźniła, bo w The Lounge serial kręcili) w zgoła odmienne klimaty niż pozbawione tożsamości wnętrza sprawiające wrażenie wiecznej poczekalni na lepsze czasy.

Winemates, czyli Marcin Soćko, Łukasz Hryniewski i Łukasz Czajkowski. Fot. Jacek Taranko/winoioliwa.com

Wszyscy trzej importerzy mają podobną filozofię: wyszukują wina autentyczne od małych producentów, często z upraw ekologicznych i biodynamicznych, ale przede wszystkim wyszukują wina dobre. Nie było wina na tej degustacji, które by mi się nie podobało, włączając w to malbeki, których – zdawało mi się – programowo nie cierpię. Piękne i pełne charakteru były malbeki od Manos Negras, które sprowadza Vive le Vin. Zupełnie nie ulizane, nawet szorstkie, bardziej ziemiste niż owocowe, pachnące ziołami i kwiatami. Zaskakujący był torrontés z tej samej winiarni, zbliżony w swojej tłustości i naftowych aromatach do rieslinga.

Genialny malbec z oferty Artura Zarzyckiego/Vive le Vin

Wspaniałe były wina od Brix65, poczynając od dojrzałego, lecz strzelistego, owocowo-słonego Rieslinga Liebenberg z Hesji Nadreńskiej od Steinmühle, przez subtelne wina Alexandra Koppitscha z Burgenlandu, aż po wina z RPA: genialny kupaż Saboteur z winiarni Luddite i esencjonalny, intensywny Pinotage ze Spice Route, szybujący ponad zwykłe możliwości odmiany wysoko.

Winemates przedstawili bardzo ciekawe, tryskające owocem barbery d’Asti od ultratradycyjnego producenta: L’Armangia oraz przepyszne rosso i brunello di Montalcino z winiarni Tiezzi – długie, naprężone, eleganckie.  Wina Brix 65 i Vive le Vin można kupić w Alewino w Warszawie (Mokotowska 48), Brix 65 sprzedaje też swoje butelki w Winnym Garażu (Mazowiecka 8, Dobiesz, między Piasecznem a Górą Kalwarią); a oferta Winemates dostępna jest na Bielanach przy Alei Reymonta 12, wybrane butelki można również dostać we wspomnianym The Lounge. Jednak wszyscy trzej importerzy przede wszystkim nastawiają się na współpracę z restauracjami. Ich oferta niewątpliwie może uatrakcyjnić restauracyjne karty. Brix 65 i Vive le Vin mają jedne z najciekawszych nowoświatowych win na rynku. Winemates sprowadzają wina europejskie i koncentrują się na Włoszech, a zwłaszcza Toskanii i Piemoncie.

Wojciech Henszel z Brix65

Opublikowano polski rynek, sklepy winiarskie | Otagowano , , | 2 komentarzy