Moja magdalenka tygodnia

La Begou

Zaobserwowałam ciekawe zjawisko. Łatwiej przychodzi nam się pogodzić z tym, że komuś nie spodobała się książka, którą lubimy. Albo film, płyta, obraz… Trudniej natomiast przyjmujemy fakt, że ktoś ma odmienną opinię na temat wina. Być może wytłumaczenie jest proste. Film – dajmy na to –  jaki jest, każdy widzi. Łatwo rozebrać go na części pierwsze i zanalizować. Jeśli nawet nasza interpretacja jest inna, wrażenia wzrokowe są te same. Co do smaku i aromatu nigdy nie jesteśmy pewni, czy towarzysz przy stole odbiera te same doznania. Więc jeśli zgadzamy się w ocenie, a przede wszystkim w opisie, jesteśmy szczęśliwi. Utwierdza nas to w przekonaniu, że nasze zmysły nas nie zwodzą, że nasz sąd ma wartość nie tylko dla nas samych i że mówienie o winie ma sens.  Jeśli się nie zgadzamy, to i tak nie chcemy przystać na subiektywność wrażeń, i łatwiej niż w innych wypadkach popadamy w pułapkę kwestionowania naszej bądź cudzej władzy sądzenia.

Smak w końcu to kwestia bardziej osobista niż intelektualne poglądy. Krytykę wina, które cenimy, odczuwamy jako krytykę własnej osobowości.

Wojtek ostro zareplikował, gdy uznałam, że Chignin Bergeron 2006 z Domaine Berlioz, o którym pisałam wcześniej, może rzeczywiście pasowałoby do homara. Philippe natomiast wydawał się zmartwiony, gdy powiedziałam mu, że to wino wydaje mi się ciut za słodkie. I nie pocieszył go fakt, że La Bégou 2006 od Maxima Magnon było dla mnie olśnieniem. Bo on to wino lubi, owszem, ale przy Berliozie wydaje mu się „rozgadane”.  Cóż, do mnie wielowarstwowość  i złożoność tego Grenache Gris przemówiła. Fakt, jest to wino paradoksalne, wino przeciwieństw.  Z potężnym ciałem, lecz bez oleistości. Fakturę ma lekko chropawą, jerseyową, a jednocześnie jest soczyste: jak twarde winogrono, które po przegryzieniu się rozpływa. Słono – słodkie, z lekką goryczką i orzeźwiającą cytrusową końcówką. Nafta w bukiecie przywodzi na myśl stare Rieslingi. Jest tu jeszcze pigwa, mirabelki, odrobina szafranu i kwiatów. Opisywać kolejne niuanse faktycznie można by bez końca. Wino to jednak przede wszystkim odwołało się do jakiegoś atawizmu we mnie. Czy zdarzało Wam się w dzieciństwie ssać pestkę od wiśni albo mirabelki? Z próżna nadzieją, że zatrzymacie smak owocu w ustach… La Begóu trwa bardzo długo. Jest zrealizowanym marzeniem o mirabelce bez potrzeby napychania brzucha. Odnalazłam swoją magdalenkę. Wy na pewno macie swoje. Life is good.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Francja i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Moja magdalenka tygodnia

  1. Pingback: Magdalenka w stajni « Wojciech Bońkowski

  2. Magdalenka w stajni « Wo pisze:

    [...] dziś wino, które jest dla mnie magdalenką co prawda nie z dzieciństwa, lecz degustacyjnego niemowlęctwa. “Nieoczekiwanego” podał mi w marcu A.D. 2000 w [...]

  3. ula de lula pisze:

    co do tego, że nasze wrażenia wzrokowe sa te same nie mogę się zgodzić… czyż błękit jednego morza w ustach dwóch stojących na tym samym brzegu spacerowiczów nie nabiera skrajnie różnych odcieni? apropos wrażeń… z zachytem czytając o odnalezionej magdalence, zatęskniłam za własną, wyruszam na poszukiwanie…

  4. wielezynska pisze:

    Błękit w ustach? To pięknie powiedziane, jeszcze tego nie doświadczyłam. Czyżbyś miała, droga przyjaciółko, specjalne kubki smakowe, które wykrywają niuanse kolorów?

    Z radością poszukam kolejnej magdalenki razem z Tobą. Może znajdziemy jakąś wspólną.

  5. Bruna pisze:

    „Smak w końcu to kwestia bardziej osobista niż intelektualne poglądy. Krytykę wina, które cenimy, odczuwamy jako krytykę własnej osobowości.”

    W jaki sensie osobista!? Światopogląd, intelektualne poglądy są bardzo silnym budulcem naszej osobowości. Są równie „osobiste” jak doznania cielesne. Problem polega chyba na tym, że poglądy są dyskursywne, doznania wymykają się pojęciom; w tym względzie są bardziej „osobiste”.

    „Film – dajmy na to – jaki jest, każdy widzi. Łatwo rozebrać go na części pierwsze i zanalizować. Jeśli nawet nasza interpretacja jest inna, wrażenia wzrokowe są te same.”

    Dlaczego przedkładać zmysły słuchu i wzroku nad inne? Wymieniając poglądy na temat filmu mamy na uwadze jego myśl, ideę, pojęcie. Natomiast co do zmysłu wzroku, słuchu – każdy może mieć inne doznanie kolorystyki i dźwięku…

    Nie wszystkie obrazy można „zanalizować” i „rozebrać na części pierwsze”.
    I na odwrót:
    wreszcie dlaczego smak wina nie może być intelektualną przygodą?
    Aby móc komunikować się z osobą, z którą przeżywam picie wina, stworzyłyśmy skalę cytatów literatury, którą znamy i uwielbiamy. Kłótni o ocenę wina jest mniej, a dyskusje są znacznie ciekawsze:)

    A smak koloru? Synestezja – czy nie jest to podejście tzw. intelektualne?

    Pozdrawiam, Bruna

  6. wielezynska pisze:

    Pisząc, że smak jest kwestią osobistą, miałam na myśli smak w szerokim sensie – nie tylko jako zmysł, ale również gust. A ten, jak sądzę, bardziej niż intelektualne poglądy jest idiosynkratyczny. Światopogląd, jak to ujęłaś, jest budulcem naszej osobowości. Ja bym posunęła się jeszcze dalej i powiedziała, że jest konstruktem. Gust, rzecz jasna, można kształcić, wyrabiać, ale w dużo większej mierze wypływa on z nieświadomości, jest amalgamatem psychologii, wychowania, uprzedzeń i zamiłowań, które są pochodnymi rozmaitych ukrytych procesów.

    Stąd zapewne stare, choć niezbyt mądre powiedzenie, że o gustach się nie dyskutuje. Bo oczywiście wszystkie estetyczne dyskusje, również te o winie, są o gustach właśnie. Maksyma ta ma jednak jakiś sens w kontekście zasad savoir vivru. Nie mamy przecież problemu, żeby powiedzieć komuś, że książka, którą lubi, jest do kitu. Ale większość z nas nie powiedziałaby znajomemu, że się okropnie ubiera albo że ma fatalnie urządzone mieszkanie. A jeśli podaruje nam w prezencie przysłowiową Fronterę, zaciśniemy zęby i jeśli jesteśmy bardzo tolerancyjni i pobłażliwi otworzymy ją do kolacji, a jeśli nie, to zaniesiemy ją na przysłowiowe imieniny cioci.

    Tradycja przedkładania pewnych zmysłów nad inne oczywiście istnieje. Platon, a następnie Plotyn byli zdania, że smak i węch w odróżnieniu od wzroku i słuchu nie przedstawiają niczego innego poza samymi sobą, dostarczają więc jedynie zmysłowej przyjemności, nie prowadzą natomiast do poznania. Tomasz z Akwinu zaliczył wzrok i słuch do zmysłów kognitywnych, zaś smak i węch do nie-kognitywnych. Również Hegel odróżnia przyjemności podniebienia od estetycznych doświadczeń, które są „zmysłowym ucieleśnieniem Idei”. Zostawmy jednak filozofów na boku.

    Osobiście nie mam własnej hierarchii zmysłów, choć jedne mam bardziej wykształcone od innych. Wydaje mi się tylko, że podstawowa różnica między smakiem, węchem i dotykiem a wzrokiem i słuchem polega na tym, że trzy pierwsze opierają się wyłącznie na doświadczeniu wewnętrznym. Nawet jeżeli inaczej nazywamy odcienie błękitu, mamy przed oczyma jedno i to samo morze. Wskazując palcem na zewnątrz, możemy nasze doznania porównać i omówić. Pijąc wino, nie mamy żadnego zewnętrza, do którego możemy się odwołać. Choć, rzecz jasna, możemy dyskutować.

    Podobnie jak Ty jestem zdania, że wino, poza czystym zmysłowym doznaniem, jest doświadczeniem estetycznym i intelektualną przygodą. Inaczej ten blog by nie powstał. I też myślę, że niejedna metafora więcej powie o smaku niż opis aromatów. I zgadzam się, że kłócić się przy winie szkoda.

    Wielu dobrych butelek i ciekawych dyskusji,

    Ewa