Czasem przyjemnie napić się wina od winemakera. Nie zagłębiać się w terroir, nie wikłać w interpretacje, skomplikowane dialogi, trudne miłości. Mieć w kieliszku piękne, zmysłowe, bezproblemowe wino.
SMV small barrel 2006 z Bellingham Homestead, winnicy położonej w południowoafrykańskiej Franschhoek Valley, apelacyjnie należącej do regionu Paarl idealnie się do tego nadaje. Przemyślane i pedantycznie wykonane od początku do końca przez Niëla Groenwalda z najlepszych gron shiraz, mourvèdre i viognier, których dojrzałość mierzona jest refraktometrem, ma w sobie coś perfekcji ujęć Helmuta Newtona, gdzie wykonany na zimno retusz nie przysłania zmysłowości modelek.
Każde wino z ekskluzywnej linii The Bernard Series, nazwanej na cześć założyciela winnicy Bernarda Podlashuka, jest, jak gdzieś przeczytałam, designed to have distinctive personality – zaprojektowane, by mieć wyrazistą osobowość. W dobie stylistów i speców od wizerunku zdanie to nie wydaje się już paradoksalne; w każdym razie oddaje prawdę o tym winie, które wychodzi naprzeciw naszym czasom w sposób doskonały. Jest wypielęgnowane, estetyczne, „bez skuchy” jak się mówi. Bukiet jest tu szczodry, poprowadzony szerokim gestem; długo, po kolei odsłania kolejne warstwy: rozgrzaną słońcem jeżynę, słodkie przyprawy, suszone kwiaty, mokry torf, skórę, subtelną nutę śmietany. Usta – zdecydowanie bardziej monolitycznie, z rześką kwasowością, pewnie, że dodaną, ale świetnie dodaną, harmonijne, gładkie z satynowymi taninami i długim finiszem. Wszystko razem wystylizowane, powłóczyste i w punkt jak spojrzenie Palomy Picasso na fotografii Newtona.
Wracając do konkretu, myślę, że niezależnie od talentu Groenwalda kupaże rodańskie sprawdzają się gorącym klimacie RPA lepiej niż bordoskie, które często grzeszą przejrzałym owocem przy wciąż zielonych taninach. SMV z Bellingsham jest akuratne. Niczego w nim nie ma za dużo, niczego nie ma za mało. Nawet piętnastoprocentowy alkohol się nie wychyla i w ustach jest nie wyczuwalny. Natomiast „designerski” aspekt tego wina mi nie przeszkadza. Potrzebujemy czasem takich win, jak potrzebujemy niezobowiązujących, błyskotliwych small talków. Chyba, że ktoś ich nie potrzebuje. Jeśli tak – 149 PLN za tę przyjemność bez skuchy, którą na polskim rynku oferuje nam Vininova.


Ostatnio we Frankfurcie widziałem porządną zwykle bordówkę z Rust en Vrede ze Stellenbosch, która poszybowała na poziom piętnastu i pół (słownie;) procent alkoholu! Przestraszyłem się choć już w ręku miałem i uciekłem;)