Kolejna edycja Grand Cru u Roberta Mielżyńskiego. Do tej pory degustatorzy mogli sobie ponarzekać, bo zawsze lubią narzekać, na upał albo na dzień korzenia. Tego czwartku było diablo zimno, deszcz siąpił nieustająco i ciśnienie przygniatało wszystko do dołu; również wina, które niechętnie dobywały z siebie lżejsze owocowe aromaty, pozostając blisko ziemi. Dzień szczególnie nieszczęśliwy dla win białych; pogoda ujmowała im kwasowości i odbierała dynamikę. Jakiekolwiek by jednak nie były warunki pogodowe, mogliśmy degustować świetne i interesujące wina.
Ciekawe było porównanie dwóch znakomitych bordoskich roczników 2009 i 2005, które umożliwiły trzy posiadłości: Domaine de Chevalier, Château Kirwan oraz Château Phélan-Ségur. Rocznik 2009 został uznany przez ekspertów za spektakularny i wyprzedzający w przedbiegach fenomenalny 2005. Niektórzy, obdarzeni szczególnie dobrą pamięcią, porównywali go do tak legendarnych lat jak 1945, 1929 czy 1899. Inni uznali, że jest unikalny i okrzyknęli go matką wyjątkowych roczników nowej ery. Ciepłe i suche dni we wrześniu, a zarazem chłodne noce zapewniły dojrzały owoc, miękkie taniny i niezłą kwasowość. Alkohol w tych winach jest jednak na ogół wyższy niż w roku 2005. Wina z 2005 mają solidniejsze garbnikowe rusztowanie i nie tak wybujały owoc; innymi słowy, są bardziej klasyczne. Dyrektor sprzedaży Château Kirwan wyraźnie opowiadał się za rocznikiem 2005 – mniej opulentnym, jak się wyraził, za to eleganckim. Mocnej tanicznej struktury nie brakowało jednak beczkowej próbce czerwonego Domaine de Chevalier. Białe – hipnotyzowało słodką gruszką w sosie waniliowym. W Château Kirwan i Phélan-Ségur taniny są faktycznie miększe niż w 2005. Uderza jednak homogeniczność tych win i sute owocowe wypełnienie. Nie ma w nich nic z melancholijnej pustki – bladego wspomnienia po owocu – za którą pokochał Bordeaux Bieńczyk, czy zimnej francuskiej dyscypliny, od której ucieka do Włoch Bońkowski. To już Francja nowoczesna, Francja prezydenta, który śledzi modowe trendy i nie stroni od przyjemności. Kirwan i Chevalier 2005 zdecydowanie należy jeszcze odłożyć, Château Phélan-Ségur można już pić.
Ładne wina zaprezentował Jean Chartron – również z rocznika 2009, który i dla Burgundii był sprzyjający, aczkolwiek nie wszystkim białym winom udało się zachować rześkość. Batard-Montrachet 2009 i Chevalier-Montrachet 2009 nie brak powietrza i świeżości. Delikatna kwasowość dobrze równoważy tu dojrzały owoc, mineralna podbudowa jest kontrapunktem dla gęstej faktury i beczkowych orzechowych aromatów. Subtelne, porządne burgundy.
Niezmiennie dostarczyły mi emocji rieslingi od Georga Breuera Ze swą dobitną mineralnością na mojej winiarskiej mapie trwają jak skała. Wczoraj podobał mi się bardzo Berg Rottland 2007 – oleisty i zbity w porównaniu do strzelistego, wysmukłego i w sumie bardziej wielowymiarowego Schlossberga 2008, którego przenikliwa mineralność jednak niekoniecznie jest dobra, kiedy chłodno i pada.
Cordero di Montezemolo przedstawiło dwa Barolo Monfalletto 2006 i Bricco Gattera 2006 w swoim ornamentalnym, perfumowanym stylu. Obydwa o oszałamiających nutach: dojrzałych malin, fiołków, kakao, lukrecji. Obiektywnie – świetne wykonane wina o niebywałej jakości owocu, zwłaszcza w Gatterze, w której jest on tak bogaty i soczysty, że w żaden sposób nie przykrywa go nowa francuska beczka. Subiektywnie – wciąż nie odnajduję klucza do tych win, dostrzegając w nich przede wszystkim chłód technicznej perfekcji.
Zdecydowanie zbyt dużo beczki w winach od Capponich. Villa Calcinaia Riserva 2005 nie miała w sobie życia, jeszcze objawiającego się w poprzednim roczniku i była po prostu sucha. Wielce kontrowersyjnym winem wydało mi się Sangiovese Bastignano 2006 ze swoim cukierkowym, karmelkowo-kawowym bukietem i smolistą teksturą.
Siro Pacenti konsekwentnie kroczy drogą szybkiej komercjalizacji. Wina mają być konsumentowi przyjazne za młodu. W 2004 roku winnica wypuściła pierwsze Brunello di Montalcino, które jest wyrabiane z najlepszych winogron pochodzących wyłącznie z zachodnich stoków. Dziś to wino ma tak ewoluowany bukiet, jaki niektóre Brunello osiągają po dekadach. Dzięki kwasowości w ustach wciąż zachowuje werwę, choć jest to już werwa staruszka, któremu wciąż błyszczą oczy. Gdyby nie starczy bukiet, można by niemal napisać, że sexy. Przyjemne, choć – siłą rzeczy- perwersyjne.
Po licznych winach nowoczesnych z wytchnieniem powitałam Nobile di Montepulciano Dei – tradycyjne, w żaden sposób nieprzesadzone, zwierzęco-leśne, surowe, choć może za bardzo, bo również owoc był w nich nieco wyciszony. Niewątpliwie najlepsze i już do picia, bo z gorącego rocznika 2003 Nobile di Montepulciano Riserva Bossona o grzybowo-konfiturowym nosie, lecz – dzięki kwasowości – zachowujące sporą witalność.
Perełką tego deszczowego przedpołudnia były dla mnie wina Fratelli Tedeschi. Od Valpolicelli Lucchine, o której już pisałam, przez Valpolicellę Fabriserię 2008, aż po podstawowe Amarone 2006. Wypełnione apetyczną wiśnią, intensywne, wielowarstwowe, długie. Świeże (nawet 16% Amarone), z idealnie zintegrowaną kwasowością. Niebywale harmonijne, nos i usta stanowią tu jedność, nie ma żadnej gry pozorów ni omyłek, co coraz bardziej zaczynam doceniać. Biodynamiczny majstersztyk.
Zakończę konwencjonalnie, lecz szczerze: bywają dni, gdy deszcz przestaje doskwierać.