Demon Południa

Nie miałam szczęścia do Kampanii latem, kiedy do jej kurortów na Capri, Ischii czy Wybrzeżu Amalfitańskim zjeżdża wprawna w organizacji wypoczynku, opalona, dobrze odżywiona i znudzona klasa średnia z wypchanym portfelem. Szlajałam się po pustym Capri w deszczu, po sezonie, falanghina na głównym placu mi nie smakowała, gołe manekiny ze sklepów Fendi, Gucci, Dolce&Gabbana krzyczały coś w rodzaju vanitas vanitatum et omnia vanitas…  Boże, człowiek jest taki banalny, opustoszałe letnisko zawsze w nim włącza guzik z napisem: splin. Śmiałam się z tej powtarzalności do mojej falanghiny – wspomnienia zimy na Wybrzeżu Amalfitańskim zostawili po sobie goście bardziej lotni i wprawni w pisaniu ode mnie. Chociażby Iwaszkiewicz, który na pustej amalfitańskiej plaży miał dużo czasu do rozmyślań, ale rozmyślać nie miał o czym, nic mu się nie chciało i w dzienniku zatytułował ten okres jako Śmierć w Amalfi.

 

Pusta plaża w Amalfi

Zrozumieć Dedala

Wizyta w kampańskich letniskach zimą, o ile nie lubimy się taplać we własnej melancholii, jest ryzykowna: przyklejone jakimś cudem do skały miasteczka, które tworzą jeden z najpiękniejszych krajobrazów na ziemi, w deszczu i we mgle, gdy w morze wypuścić się nie sposób, mogą nam się wydać zbyt ciasne, a uciekać z nich można tylko ciagnącą się kilometrami nad urwiskiem serpentyną, gdzie za każdym razem od nowa nie dowierzam, że samochód trzyma się asfaltu. Człowiek, przebywając dłużej w tej klaustrofobicznej, zawieszonej nad przepaścią przestrzeni, chciałby się wyrwać do lotu; to w Ravello niemiecki historyk Ferdinand Gregorovius zrozumiał Dedala. Krótko mówiąc: pomału na tym zimowym Wybrzeżu Amalfitańskim odlatujemy.

 

Widok z Ravello

Costa d’Amalfi DOC

Nie przykleją nas do świata tutejsze wina, na które bez słońca i upału spojrzymy raczej krytycznie.  Mało kto zapewne słyszał, o ile nie spędzał tutaj wakacji, że istnieje taka apelacja jak Costa d’Amalfi, która dzieli się na trzy podstrefy: Furore, Ravello, Tramonti. Oprócz bardziej znanych kampańskich szczepów, jak aglianico, piedirosso, sciasinoso czy falanghina, występuje tu kilkadziesiąt innych niezwykle rzadkich endemicznych odmian o melodyjnych nazwach, które bardziej niż do owoców pasowałyby do bohaterów literackich: na przykład biancolella, ginestra, peppella, fenile, ripolli, tintore, tronto czy serpentaria, by wymienić tylko te najbardziej popularne.

Gwiazdą wybrzeża jest mieszcząca się w Furore winiarnia Marisy Cuomo. Ale jej wina, w wielu wypadkach przebeczkowane i zbytnio alkoholowe, wszystkie natomiast gładkie i międzynarodowe nie przekonały mnie zupełnie. Nie zachwyciły mnie również wina producenta Apicella z Tramonti, a wobec ceny, która zaczynała się od sześciu euro ex-cellar, powinny. Choć może wcale nie muszą podobać się dziennikarzom i importerom z odległych krajów, bo wypijane są przez turystów wypoczywających z rozmachem nad Morzem Tyrreńskim, sprzedają się też nieźle w restauracjach w całych Włoszech, gdzie wszystkim nazwa Amalfi kojarzy się z rajskim ogrodem. I to w zasadzie kończy temat. Turystyka nie służy amalfitańskiemu winiarstwu.

 

Stuletnie krzewy w winnicy Apicella

Tenuta San Francesco

Choć jak wszędzie znajdą się wyjątki. Za Maćkiem Nowickim i Kubą Janickim (teraz zaglądając do jego tekstu, widzę, że też pięknoduch jeden pisał o melancholii) zgodnym głosem powtórzę, że niezwykłym przeżyciem są wina Tenuta San Francesco, prowadzonej przez Gaetano Bove. Piękne jest tutejsze Tramonti Bianco Per Eva, które z wiekiem upodabnia się do burgunda – staje się maślane i miękkie, lecz zachowuje owocową soczystość. Natomiast  czymś absolutnie niesamowitym jest czerwone wino: È Iss, powstające z prefilokserycznych trzystuletnich krzewów tintore. Czarne, skoncentrowane, głębokie, z intensywnym jeżynowym owocem – wpada się w nie po uszy.

Błyskawiczna kariera falanghiny

Na wybrzeżu pija się przede wszystkim falanghinę, która w ostatnich latach zrobiła egzemplaryczną karierę, jeśli chodzi o wyniki sprzedaży. Za jej popularnością nie poszła jednak wysoka jakość. Degustacja kilkudziesięciu falanghin podczas Campania Stories nie była doświadczeniem uwznioślającym. Win dusznych, lepkich, zniszczonych przez beczkę, z ziejącym pustką środkiem i gorzkim wysuszającym usta finiszem było sporo. A przecież falanghina potrafi  być winem atrakcyjnym, spływającym soczystą brzoskiwinią, tłustym, ale pełnym ożywczej kwasowości i podkręconym orzechową końcówką. Takie na przykład są wina La Rivolta z regionu Sannio, które znacząco się wybijają swoją finezją. W degustacji w ciemno wyróżniły się też falanghiny z Campi Flegrei, zwłaszcza od producentów La Sibilla i Grotta del Sole. Dużo się mówi o tym, że ich nadzwyczajną jakość zawdzięczamy wulkanicznym terenom, ostatnio jednak odkryto, że tutejsza falanghina (zwana falanghina flegrea) nie ma nic wspólnego z falanghiną beneventana występującą w innych regionach Kampanii. Aczkolwiek na razie przepisy apelacyjne z różnicy między dwiema odmianami nie zdają sprawy.

 

Widok na trąbę powietrzną z okna hotelu w Furore

Włoskie Côte d’Or?

Siłą Kampanii niewątpliwie jest Irpinia, o której wielokrotnie pisałam, nie kryjąc mojej fascynacji (tu, tu i tu oraz w numerze 4/2013 Magazynu Wino poświęcając jej temat numeru). Fiano i greco uważam za jedne z najciekawszych białych odmian Włoch. Wracając jednak do Kampanii regularnie, widzę, że ich wielkość pokazuje kilka tych samych nazwisk. Podczas ostatnich Campania Stories jak zwykle świetnie wypadli: Ciro Picariello, Colli Castelfranci, Caggiano Vigne Guadagno, Pietracupa, Traerte, Villa Diamante, Tenuta Sarno, Cantina Bambinuto.

Tom Maresca, którego lubię czytać z uwagi na jego anglosaski no nonsense style, porównywał Irpinię do Côte d’Or pod względem zróżnicowania siedlisk przy jednoczesnym niewielkim zróżnicowaniu odmian. Po ostatnim pobycie w Kampanii mam jednak poczucie, że przyjdzie nam trochę poczekać, zanim sami winiarze zaczną ten ogromny potencjał regionu, którego dowodem są wina największych, dostrzegać. Gros win jest robione w bezpiecznym, mało ekspresyjnym stylu, co zwłaszcza było widać w tak gorącym roczniku jak 2012, w którym winiarze bali się utraty kwasowości i zebrali winogrona zbyt wcześnie – w konsekwencji czego wiele win pozbawionych było dojrzałości, a co za tym idzie jakichkolwiek indywidualnych cech: wszystko neutralizowała cytrusowa kwasowość.

Kampanię gubi deficyt wiary w siebie. Wynika on po części z nieznajomości innych winiarskich regionów i braku punktów odniesienia; po części z apatii, która jest być może warunkowana szerokością geograficzną. Wszystko na Południu odbywa sie dwa razy wolniej niż na Północy – wiemy to od dawna. Ojcowie pustyni za stan ducha, który charakteryzował się poczuciem beznadziei i wyczerpaniem, zwany przech nich acedią (dzisiaj moglibyśmy go po prostu nazwać lenistwem, a przy innej interperetacji: depresją) obwiniali demona Południa. Czasami w Kampanii możemy poczuć jego ukąszenie. Z drugiej jednak strony ponieważ wszystko toczy się tutaj wolniej, trzeba dać Kampanii trochę czasu: winiarska rewitalizacja regionu zaczęła się stosunkowo niedawno.

 

Amalfi po sezonie

***

Iwaszkiewicz po długim smęceniu o tym, jak to umierał w Amalfi, podsumowując pobyt nad Morzem Tyrreńskim, zapisał takie zdania: „Z całości podróży do Amalfi mam wrażenie raczej łaskawe – wrażenie spokoju i przemijania. Dobrze mi tam było. I w całej powrotnej podróży brzmiało w uszach „w środku”, coś tak jak po uważnym wysłuchaniu dużej fugi Bacha”.

Południowa melancholia na nieziemskim Wybrzeżu Amalfitańskim, które istniało długo przed nami i jeszcze sobie pobędzie, wynika po trosze z poczucia, że wobec tego bezkresnego piękna nasze podrygi i wygibasy nie są warte złamanego szeląga. Zamówiłam kolejny kieliszek falanghiny.

Na „Campania Stories. I Vini bianchi” przebywałam na zaproszenie Miriade&Partners.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Costa d'Amalfi, Irpinia, Kampania, Włochy i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.