Blogosfero, dokąd?

 

Szczęśliwi uczestnicy I Zlotu Blogosfery/ Fot. winoioliwa.com

„To był fantastyczny dzień!” „Świetna impreza, świetne opowieści, świetne wina!” „[Wojciech Bońkowski] mówił, będąc w świetnej formie dwie godziny i osiem minut.” „Daj mi Boże co dzień pić w takim towarzystwie, z takimi ludźmi, a do tego niech na stole staną takie wina”. „Wine is fun!”…

Takie entuzjastyczne zdania czytam na fejsbuku i blogach autorów, którzy wzięli udział w sobotnim Zlocie Blogosfery Winiarskiej, którego organizatorem była Winicjatywa. Ich entuzjazm całkowicie podzielam; również w moim odczuciu impreza tchnęła dobrą energią. Ale poza odczuciami, mam też parę przemyśleń, by posłużyć się tą dziewiętnastowieczną dychotomią, do której odwołał się w swojej pogadance prelegent zlotu Redaktor Naczelny portalu natemat.pl – Tomasz Machała, który stwierdził, że bloger to ktoś, kto pisze od serca, podczas gdy dziennikarz pisze z mózgu. I ten drugi rodzaj pisania dziś nikogo, zdaniem Machały, nie interesuje.  Ale o tym (o ile Czytelniku nie zgadzasz się z Machałą i Twoja cierpliwość jest dużo szczodrzejsza niż 40 znaków tweeta) za chwilę.

 

Andrzej Daszkiewicz, Marcin Jagodziński i Kuba Janicki słuchają przemówienia Tomasza Machały/Fot. winoioliwa.com

Nie wiem dokładnie, jakie cele przyświecały Winicjatywie przy organizacji tej imprezy, ale wyobrażam sobie, że głównym celem ideowym była integracja polskiej blogosfery. I ten cel udało się zrealizować słabo, nie do końca z winy Winicjatywy, choć myślę, że pozostawiła ona mało miejsca na głos samych blogerów i niestety nie przewidziała momentu na przedstawienie się wszystkich uczestników, ale to są detale. Polska blogosfera po prostu nie bardzo chce się integrować, skoro na około 150 istniejących blogów winiarskich (pewnie 100 aktywnych), na zlot przyjechało ich zaledwie kilkanaście.

W kuluarach słyszało się rozmowy, że niektórym cena za wstęp wydała się zbyt wygórowana, tym bardziej że wielu musiało ponieść koszty dojazdu do Warszawy (może trzeba było to tak urządzić, by pokrył je sponsor imprezy Lidl, aczkolwiek wszędzie na świecie, niezależnie od sponsorów, to blogerzy pokrywają koszty dojazdu i opłacają wstęp). Bilety wstępu na każdą z trzech części, a więc teoretyczną, degustacyjną i afterek u Mielżyńskiego kosztowały 50 zł. Pięć dyszek nie wydaje mi się wysoką ceną za wysłuchanie wykładu Tima Atkina MW, który mówił o tym Po co pisać o winie?, warsztaty z pozycjonowania bloga oraz blogowej fotografii, panel dyskusyjny z udziałem nestorów polskiej blogosfery, jak Andrzej Daszkiewicz i Marcin Jagodziński oraz specjalisty w dziedzinie indywidulanej ekspresji Kuby Janickiego, plus atrakcyjny bonus w postaci autopromycyjnego speechu Tomasza Machały pt.: Czy warto być blogerem w Polsce?

 

Tim Atkin/Fot. winoioliwa.com

Wydaje mi się to wręcz śmieszną ceną w kontekście degustacji, prowadzonych przez dużej klasy ekspertów (Tim Atkin – Burgundia: Marek Bieńczyk  – Bordeaux, Wojciech Bońkowski – Włochy, Sławomir Chrzczonowicz – ABC degustacji, Michał Jancik i Paweł Białęcki – warsztaty z doboru win do potraw). Zwłaszcza że na degustacjach można było spróbować win, które przy dużym szczęściu pije się tylko raz w życiu: Château Palmer 1989 czy Romanée-Conti Saint-Vivant 2007, nie mówiąc już o tym, co redaktor Bońkowski na potrzeby swojego wystąpienia wyciągnął z własnej piwnicy (podczas gdy biedny MB opowiadając o Bordeaux, musiał się zmagać z winami Lidla). Było tam min. Barolo Vigna Elena 2004 od Elvio Cogno, Barolo Le Vigne 1999 od Luciano Sandrone, Camartina 1999 od Querciabelli, Brunello di Montalcino 2000 od Biondi Santi, Valpolicella Classico Superiore 2005 od Quintarellego, Amarone della Valpolicella 1990 od Meroniego… by wymienić tylko kilka najstarszych butelek.

 

"mówił, będąc w świetnej formie dwie godziny i osiem minut"/Fot. winoiloliwa.com

Jednak program ten z jakichś powodów nie wydał się blogosferze atrakcyjny, skoro jeszcze na trzy dni przed rozpoczęciem wydarzenia, były miejsca na degustacje (ostatecznie obstawione nie tylko przez blogerów), co prowokuje mnie mimo wszystko do refleksji, że polska blogosfera en gros nie jest gotowa za wino i naukę płacić. Potwierdza to lektura większości blogów, w których roi się od błędów merytorycznych i które nie wykraczają poza spis własnych wrażeń z wypitej poprzedniego dnia butelki (bardzo często przysłanej z dyskontu). Zgadzam się z Koalą/Andrzejem Szadkowskim, który w poście „Strach ma wielkie oczy” na blogu O Winach Prawie Wszystko napisał, że „prowadzenie bloga o winie po to tylko, aby czytali go tacy sami blogerzy, jak autor, nie jest wcale złe”. Ale też, powiedzmy sobie szczerze, nie ma ono żadnego znaczenia: ani dla rynku, ani dla wzrostu wiedzy o winie. Ma jedynie znaczenie, co Koala zresztą napisał, dla poprawy samopoczucia autora.

Jeśli dobrze rozumiem zamysł Winicjatywy, był on również edukacyjny. W części teoretycznej zlotu była mowa o celowości blogowania o winie, o budowaniu swojej pozycji, o podnoszeniu jakości i widzialności blogów. Przemówienie Tima Atkina, który mówił o tym, że zbyt dużo blogerów pisze dla samych siebie (dodałabym jeszcze że zbyt dużo blogerów pisze, a w ogóle nie czyta) i o tym, że istotne blogowanie nie powinno się niczym różnić od rzetelnego dziennikarstwa, przeszło bez większego echa. Wielu blogerów natomiast chętnie odwołuje się do przemówienia Tomasza Machały, który dokonał karkołomnego, moim zdaniem, rozróżnienia twierdząc, że bloger to człowiek z krainy emocji, a dziennikarz z krainy myśli i obiektywnej informacji.  Ten sąd, który słabo przystaje do rzeczywistości, jest jednak mało szkodliwy. Zastanawia mnie natomiast, dlaczego Winicjatywa na patrona intelektualnego imprezy, która jest zlotem blogów eksperckich, a w każdym razie recenzujących określony typ produktu, wybrała człowieka, który na każdym kroku głosi tezy mające racjonalizować jego własną sprzedajność. I pustym hasłem „idzie nowe” tłumaczy wszystkim, że czasy niezależnego dziennikarstwa się skończyły, że nie ma nic złego w kryptoreklamie (którą sam nazywa elegancko reklamą natywną) i uważa, że w dzisiejszym świecie naiwnością jest oczekiwanie od dziennikarza rzetelności czy weryfikacji danych. A co dopiero od blogera…

 

Tomasz Machała "Taki mamy świat. I am not sorry". /Fot. winoiloliwa.com

Czy blogi eksperckie mają jednak jakikolwiek sens, gdy stają się wyłacznie tubą firm, jakie są gotowe ich opłacać? Czy mają sens, gdy autorzy nie biorą odpowiedzialności za swoje opinie, bo w żaden sposób się pod swoimi postami nie podpisują? Czy mają sens gdy ich sądy nie są suwerenne? I wreszcie czy mają sens wtedy, gdy autorowi w żaden sposób nie zależy na samorozwoju, a jedynie na pozyskiwaniu darmowych butelek? Autor blogu przywinie.pl (skądinąd anonimowy admin) z przemówienia Machały wyniósł naukę, że o winie można pisać kiepsko i nie trzeba być do tego przygotowanym. No jasne, że można, ale czy naprawdę takie gadanie jest Twoją najwyższą ambicją, blogosfero?

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Polska, polski rynek, Wino i nauka i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

31 odpowiedzi na „Blogosfero, dokąd?

  1. Marcin Jagodziński pisze:

    Nie uczestniczyłem w tym bezpośrednio, ale wydaje mi się, ze nie zaproszono T. Machały jako „patrona” imprezy, a już na pewno nie „intelektualnego”.

  2. blurppp pisze:

    Pani Ewo
    Powiem wprost, ma wrażenie, że Pani opinia o blogosferze jest zbyt krytyczna, a u jej podstaw leży błędne założenie. Przyjęła Pani błędny dogmat, że blogosfera winna to blogi eksperckie. To są blogi hobbystyczne. Blogami eksperckimi można nazwać blogi redaktorów MW czy Winicjatywy. Od was , ekspertów, znawców wymaga sie wiedzy, merytorycznego przygotowania i szeroko rozumianej wiedzy. My jesteśmy miłośnikami wina, entuzjastami. Zarzuca nam Pani, że piszemy o własnych odczuciach na temat „wrażeń z wypitej poprzedniego dnia butelki (bardzo często przysłanej z dyskontu)”. Tak, o tym właśnie chcemy pisać. Nikt z nas nie ma ambicji zamieniać bloga w kompendium wiedzy winnej. Sam nie chcę by wydruki blogowych autorów stały w segregatorze obok „Wina” Andre Domine czy „Wielkiego Atlasu Świata Win”. A co do tego że pijemy wina z dyskontów, tak robimy to, podobnie jak 30% Polaków. My blogerzy jesteśmy właśnie Polakami-Szarakami. Piszemy dla naszych czytelników a oni właśnie tego chcą poczytać jak smakuje wino z Biedronki i z Lidla i to wino za 25 zł , dla wielu z nich wino za 30 jest już zbyt drogie.
    Teraz kilka słów o poziomie blogosfery, tak treść pełna jest merytorycznych błędów ale nie okłamujmy sie jesteśmy samoukami. Wbrew temu co Pani napisała czytamy i staramy sie uczyć. Sam, choć w moich tekstach można odnaleźć nie jeden błąd wyraźnie widzę, że przynajmniej u części autorów wraz ze wzrostem ich doświadczenia, z przyrostem ilości tekstów maleje lista błędów.
    Kilka miesięcy temu Marcin Jagodziński napisał musimy poczekać, aż w blogosferze ilość przerodzi sie w jakość. Polska blogosfera winna tak naprawdę ma kilkanaście miesięcy ( przynajmniej jako zjawisko masowe. Wpisy na forach o których opowiadał pan Daszkiewicz to były jedynie zapowiadające wiosnę jaskółki. Trzymając sie tej metafory, dziś na blogowym kalendarzu jest nie koniec marca a początek kwietnia, do upalnych letnich nocy ciągle zostało kilka miesięcy, ale ten czas biegnie a czasem nawet przyspiesza. Głownie dzięki takim imprezą jak Zlot dającym wiedzę i podbudowującym motywacje. Pokazującym, że to co robimy ma sens.
    I jeszcze jedno, często zarzuca sie blogosferze, że nie uczestniczy w w kursach WSET, w szkoleniach sommelierskich itd. To prawda, proszę pamiętać, blogerzy to amatorzy, zawodowo nie związani z rynkiem wina , nie zarabiający na nim. Większość z nas do tej działalności dokłada. Poświęcamy swój własny czas, zapał i pieniądze.
    Przepraszam ale muszę zapytać, jak wiele Pani tekstów powstało pro publiko bono, bez honorarium, jak wiele wyjazdów zorganizowała Pani na koszt własny.
    Najdziwniejsze jest to, że mimo wszystko ktoś chce nas czytać, nie są to tłumy ale te kilka tysięcy osób w miesiącu sie znajdzie, powiedzmy 6-8 tysięcy w skali miesiąca. Wbrew temu co mówi Kolala to troszkę więcej niż 150 blogerów. I właśnie z myślą o nich warto pisać i to nawet gdy popełniamy błędy.

  3. Obydwiema rencami podpisuję się pod każdym Twoim słowem. Mimo tego, że z powodu wyjazdu impreza mnie ominęła. Kilkanaście osób – serio?!?
    Swoją drogą, to korci mnie, by napisać relację z eventu, na którym się nie było ;)

  4. Ewa Wieleżyńska pisze:

    @Marcin Jagodziński Ja sobie doskonalę zdaję sprawę, że Winicjatywa nie nadała oficjalnie takiego tytułu Tomaszowi Machale. Sama go tak utytułowałam, bo nadał ton dyskusji i lał wodę na młyn tych blogerów, którym jest wygodnie myśleć, że w sieci nie obowiązują żadne standardy.

  5. Z subiektywnymi ocenami nie dyskutuję natomiast sprostowanie kilku faktów:
    w ciągle aktualizowanym agregatorze Winicjatywy reprezentowanych jest 147 blogów z czego 59 opublikowało przynajmniej jeden wpis w ostatnich trzech miesiącach. Na Zlocie Blogosfery reprezentowane było 29 blogów.

    Château Palmer 1989 i Château Leoville–Las Cases 1970 czyli czołowe butelki z degustacji Bordeaux nie są dostępne w Lidlu. Marek Bieńczyk znał listę win przed odbyciem imprezy.

    Tomasz Machała nie był patronem intelektualnym Zlotu Blogosfery, tylko jednym z wielu gości zaproszonych do podzielenia się swoimi doświadczeniami. Patronem intelektualnym imprezy był Immanuel Kant.

  6. Celny tekst i wiele celnych szpilek. Z jednym tylko się zdecydowanie nie zgadzam, a mianowicie ze stwierdzeniem, że „polska blogosfera po prostu nie bardzo chce się integrować, skoro na około 150 istniejących blogów winiarskich (pewnie 100 aktywnych), na zlot przyjechało ich zaledwie kilkanaście.”.

    To bardzo daleko posunięta generalizacja zarówno samej definicji blogosfery, jak i chęci jej uczestników. Z jednej strony, sama piszesz o „lekturze większości blogów, (…) które nie wykraczają poza spis własnych wrażeń z wypitej poprzedniego dnia butelki”. Można pokusić się o luźne podejrzenie, że część blogów nie ma w ogóle aspiracji na tyle dużych, żeby jeździć po Polsce i się integrować i edukować. Pewnie trochę blogów można przez to odsiać. Dorzućmy do tego blogerów, którzy _jeszcze_ nie chcą, nie czują się na siłach, zaczynają przygodę, zwał jak zwał. Nie każdy ma tyle zaangażowania, żeby od pierwszej notki na prywatnym poletku, jakim jest blog, wpaść w wir poważnej aktywności i zaangażowania. Odrzucamy kolejne parę blogów.

    Jak na to spojrzeć zupełnie z innej perspektywy to okaże się, że większość aktywnych blogerów, którzy mają już ukształtowany i wyeksperymentowany cel w swojej pisaninie, to tak naprawdę albo przyjechali, albo nie mogli z obiektywnych powodów (termin, inne wydarzenia, możliwości finansowe).

    Nie widzę podstaw na bazie samej frekwencji do snucia teorii, że blogosfera czegoś nie chce. Jedno, co jest pewne, to, że blogosfera winiarska jest przede wszystkim niezdefiniowana. W jednym worku są wszyscy – od profesjonalnych dziennikarzy, przez pasjonatów o ogromnym zaangażowaniu, którzy poświęcili się winu, przez amatorów, którzy regularnie piją, degustują i w miarę możliwości chcą podnosić swoją wiedzę, kończąc na prywatnych małych blogach, które są tylko dzienniczkiem degustacyjnym służącym własnej samomotywacji. Trudno patrzeć na wszystkich w ten sam sposób.

    Jak popatrzeć na blogi modowe i zloty blogów modowych, to statystyka pewnie będzie jeszcze gorsza – biorąc pod uwagę, że blogów modowych są nie setki, a tysiące.

    Sądzę, że blogosfera chce się integrować, i jako ułamek tejże – mam nadzieję na powtórkę w przyszłym roku, bo w tym nie udało mi się niestety dotrzeć. Z powodów obiektywnych, o! :)

  7. W 100% podpisujemy się pod komentarzem blurpppa. Nic dodać nic ująć.

  8. Ewa Wieleżyńska pisze:

    Drogi Blurpppie,

    Bardzo proszę tego, co napisałam nie odnosić do siebie. Pan akurat znalazł się na liście najlepszych blogów winiarskich według Magazynu Wino. Pisałam o mizernym stanie polskiej blogosfery winiarskiej w jej średniej.

    Pisze Pan o samouctwie blogerów jakby zakrawało ono na jakieś bohaterstwo. Wszyscy jesteśmy samoukami. Ja też, redaktor Prange-Barczyński również. I Marek Bieńczyk, i Wojtek Bońkowski. Andrzej Daszkiewicz. Ewa Rybak. Autorzy Winicjatywy… No i co z tego? To znaczy, że możemy nie weryfikować informacji? Nie redagować własnych tekstów? Są blogi, których autorzy się rozwijają, wcale temu nie przeczę, ale są i takie, których autorzy w życiu nie przeczytali żadnej książki o winie, albo nigdy nie podali na swoim blogu ani jednej przydatnej informacji, ale z samozadowoleniem piszą, że od Sławka Chrzczonowicza i Wojtka Bońkowskiego to niczego nowego się nie dowiedzieli. Dlaczego nie napisać jak sprawy wyglądają wprost? Nie mam nic przeciwko recenzowaniu win z dyskontów, ale blogi, które są jedynie katalogiem notek degustacyjnych uważam za mało ciekawe. Jeśli chodzi o Pana ostatnie pytanie, to bardzo wiele tekstów w życiu napisałam pro publico bono, chociażby ten komentowany teraz przez Pana. Wydaje co miesiąc na wino niemało. I regularnie jeżdżę do Piemontu na koszt własny. Ostatnie dwa teksty na tym blogu o winnicach w Barolo – Cannubi i Vigna Rionda powstały z moich prywatnych wyjazdów.

  9. Marcin Jagodziński pisze:

    Oficjalnie czy nie oficjalnie: w ogóle nie nadała i nie wybrała, jeśli już ktoś mógłby być patronem to Tim Atkin, jako keynote speaker, który dał zresztą przykład profesjonalizmu (choćby dlatego, że przygotował swoje wystąpienie, w przeciewieństwie do).

    Jak pewnie zdajesz sobie sprawę dyskusję wywołują wcale nie najważniejsze i najmądrzejsze wypowiedzi. W tej chwili na Winicjatywie trwa burzliwa dyskusja o nic pod recenzją jednego z win z Biedronki, nie mająca zresztą nic z tematem artykułu wspólnego; pod felietonami Bieńczyka na ogół dyskusji nie ma.

    Co do poziomów blogów to mam do napisania tylko tyle, że jak wszystko podlegają one zarówno prawu Sturgeona (http://dictionary.reference.com/browse/sturgeon's+law) jak i zasadzie Greshama (http://en.wikipedia.org/wiki/Gresham's_law). Róbmy swoje i nie oglądajmy się na średnią.

  10. rurale pisze:

    Pani Ewo,

    Słowo tylko o tych wyjazdach. Przecież w normalnie funkcjonujących mediach, to nie dziennikarz płaci za własny wyjazd, ani tym bardziej jego gospodarz. Płaci za to wydawca. Sam dziennikarz zobowiązuje się też do nie przyjmowania prezentów, których wartość przekracza jakąś zwykle symboliczną kwotę. Na tym (między innymi rzecz jasna) opierają się (opierały?) gwarancje niezależności wydawanych sądów i opinii przez dziennikarzy. Tylko co to ma wspólnego z blogowaniem to nie wiem.

  11. Łukasz pisze:

    Nie narzekałbym na mizerię blogosfery, jako takiej. Jak w każdej grupie znajdują się jednostki wybitne, jednostki bardzo dobre, średnie, słabe i mierne.
    Nie każdy nadaje się do prowadzenia bloga o winie, tak samo jak o rowerach, samochodach czy życiu i śmierci :)

    Ale dlaczego ludzie nie mają zakładać takich blogów? Przecież na końcu i tak to czytelnicy ocenią, co warto, a czego nie warto czytać.

    Jeżeli chodzi o zainteresowanie samą imprezą, to chyba organizator przecenił swoje możliwości. Nie chodzi li tylko o opłatę za wstęp czy dojazd do Warszawy (jak dobrze rozumiem był sponsor, cóż… sponsorowana impreza za którą trzeba płacić?).
    Chodzi o to, że wiele osób po prostu nie ma czasu (normalna praca, nauka, dzieci), nie ma ochoty, nie ma funduszy itd. Nie można wymagać, że na branżową imprezę zaraz zlecą się setki blogerów.

    Trzeba zadbać o lepszą reklamę imprezy, to i chętni by się pojawić się znajdą.

  12. Gustaw pisze:

    Pani Ewo, absolutnie nie pozostaje anonimowy. Mam na imię Gustaw i na zdjęciu załączonym do wpisuj stoję na środku za dziewczyną z rudą grzywka :)

  13. Ewa Wieleżyńska pisze:

    @Wojciech Bońkowski A w te 29 blogów wliczasz również blogi przypisane do Winicjatywy, jak Izy Kamińskiej, Maćka Nowickiego, Kuby Janickiego, Marka Bieńczyka, Krzysztofa Dobryłki itd. Czy nie?

  14. blurppp pisze:

    Pani Ewo
    Pewnie podszedłem do sprawy zbyt emocjonalnie, może powinienem przed napisaniem tego komentarza powinienem wypić szklankę wody, policzyć do dziesięciu i poprawić drugą szklanką.
    Trochę mi przykro, że blogosfera jest tak odbierana. To trochę krzywdzące.
    Choć jak zawsze moneta ma dwie strony. Z jednej strony wielu autorów wkłada to kupę serca i wiele pracy. Z drugiej są tacy co chcą iść na skróty.
    Sam nie wszystkie blogi czytam i nie wszystkimi postawami blogerów jestem zachwycony. Rozumiem wiele zastrzeżeń które Pani podała, ale… tak naprawdę to mam do Pani żal o termin tej publikacji. Dla mnie i pewnie dla wielu innych ta sobota to było święto. Pierwsze takie. Chciałbym żeby w tym naszym dniu, czy w dniach następnych ktoś napisał o nas dobre słowo, a jak na nie nie zasługujemy to taktownie na chwile zamilknął. Ten sam tekst opublikowany za 3 tygodnie odebrałbym zupełnie inaczej. Tak mamy swoje za uszami ale kilka rzeczy nam sie udało. Dla przykładu chyba żadna inna blogosfera konsumencka ( tak jesteśmy blogerami konsumenckimi, piszemy w gruncie o produkcie) nie ma tak jasno podawanych źródeł tych produktów. Ile blogerek modowych , kulinarnych czy kosmetycznych kończy swój wpis informacją krem/sukienkę/majonez otrzymałam od importera/producenta. To niby drobiazg ale pozwalający na budowę zaufania czytelnika wobec blogera. To tylko jeden z pozytywów.
    Jasne, możemy dyskutować o blogosferze winnej, nie zawsze będę jej bronił. Proszę jednak pamiętać, że gdzieś tam w idealnym świecie dziennikarze winni powinni sie zachować wobec blogerów jak starszy brat, strać sie nauczyć tak wiele jak sami wiedzą a równocześnie ostrzegać gdzie ryzyko wdepnięcia w g. jest największe. Ten świat oczywiście nie jest idealnym, wszak jesteśmy tylko popełniającymi błędy ludźmi.
    Miłego wieczoru z kieliszkiem czegoś dobrego życzę.

  15. Ewa Wieleżyńska pisze:

    @ Rurale, to, co napisałam o wyjazdach na własny koszt było odpowiedzią na pytanie Blurpppa. I tyle. Teraz: sytuacja, w której wydawca opłaca wizytę dziennikarza w regionie, jest sytuacją idealną. I takie sytuacje się zdarzają. Na ogół jednak to jakaś organizacja winiarzy, konsorcjum lub instytucja rządowa mająca budżet na promocję danego regionu takie wyjazdy opłaca. Nie widzę tu potencjalnego konfliktu interesów. Z prezentami, to jest oddzielny, ciekawy temat. Nie wiem, jak Pan definiuję symboliczną kwotę. Ja na przykład nie oddaję i nie odsyłam przysłanych mi na święta butelek wina, choć wiem, że niektórzy dziennikarze brytyjscy tak robią. Bo wolę w relacjach z winiarzami zachować jakiś ludzki pierwiastek. Ale też nigdy o butelki podczas wizyty w w winnicy nie proszę pod pretekstem, że „chciałabym je zdegustować na spokojnie”. A takich dziennikarzy też jest trochę. Co do ogólnej zasady się z Panem zgadzam.

  16. Ewa Wieleżyńska pisze:

    @Gustaw, dziękuję za ujawnienie tożsamości. Zawsze miło znać twarz, której wpisy się czyta. Chodzi mi jednak o to, że na swoim blogu Pan się w żaden sposób nie podpisuje, ani nie ma Pan zakładki: O mnie.

  17. Krystian pisze:

    Podsumowanie Pani Ewy jest jak najbardziej celne. Pośród wszystkich aktywnych blogów w Polsce poza tymi z MW i WI, wartych uwagi jest może 10 a może mniej. Reszta nie puki co nie jest warta uwagi. To dzięki Pani i osobom równie rzetelnym czytelnicy mogą poszerzać swoją wiedzę, nie tylko o winie, te teksty bardzo często są po prostu dobrą literaturą. Pozdrawiam serdecznie!

  18. Ewa Wieleżyńska pisze:

    @Blurppp. Ja myślę, że Pan to za bardzo bierze do siebie. Pisałam o ogólnej mizerii, nie o paru zaangażowanych blogach – a pisałam teraz, bo zjazd blogosfery winiarskiej jest dla tego dobrym kontekstem. Co nie zmienia faktu, że była to impreza bardzo udana, co w moim tekście podkreśliłam.

    Skoro widzi Pan rolę dziennikarzy wobec blogosfery jako starszego brata, to dlaczego uważa Pan, że ten starszy brat powinien wyłącznie mówić do młodszego: puci, puci, mój bobasku? Bobasek już trochę okrzepł, początek blogosfery winiarskiej Andrzej Daszkiewicz datuje na 2001 rok, Magazyn Wino w 2009 roku w czasie Grand Prix wyróżnił takie zjawisko jak wykształcenie się polskiej blogosfery winiarskiej, w ubiegłym roku po raz pierwszy przyznaliśmy nagrodę dla Blogu Roku. Dostrzegamy pozytywy, ale proszę nie odbierać nam prawa do krytyki. Zresztą myślę, że krytyka świadczy o tym, że chcemy traktować blogosferę po partnersku, a nie jak gazetkę ósmoklasistów, którą nie warto się zajmować.

    Zdrowie Pana i wszystkich winiarskich pasjonatów!

  19. Maciej Nowicki pisze:

    Z pewnymi spostrzeżeniami się nie zgadzam – jak to zwykle bywa w przypadku subiektywnych ocen – ale w odniesieniu do samej blogosfery tekst zawiera wiele celnych spostrzeżeń i co najważniejsze – wywołał tak potrzebną dyskusję. Jedyne co mnie dziwi, to fakt że jest „podlinkowywany” i komentowany co do treści (a w kilku przypadkach nawet co do przebiegu!) przez tych, którzy na wspominanej imprezie się nie pojawili. Chcesz krytykować, proszę bardzo – ale najpierw się pojaw.

  20. Nie, wśród 29 blogów nie liczyłem autorów Winicjatywy, ponieważ oni na Winicjatywie nie prowadzą żadnych blogów. (Policzyłem Marcina Jagodzińskiego jako prowadzącego inny blog – Enofaza).

    Natomiast policzyłem półtora blogu Magazynu Wino na cztery zaproszone, co samo w sobie jest dobrym komentarzem do stwierdzenia „Polska blogosfera po prostu nie bardzo chce się integrować”.

    Aha, tweety na Twitterze mogą mieć 140 znaków a nie 40. Dziennikarze zwykle to wiedzą.

  21. Podejrzewam, że mój wpis może nie być obiektywny, a zamieszczając go, używając blogerskiego języka wpadam pomiędzy popitkę a zakąskę, czyli przekładając powyższy zwrot na język dziennikarski znajduję się między młotem, a kowadłem użytymi jako przyszywany synonim dziennikarza i blogera. Integracja środowisk w naszym kraju jest tematem co najmniej ciężkim. Winicjatywa podjęła się integracji blogerów, a Magazyn Wino – importerów. Wyliczanie liczebności i frekwencji nie ma chyba sensu, i nie w tym rzecz. Moim zdaniem, jako importera, a także konsumenta, potrzebujemy dziennikarzy i blogerów, i czego innego oczekujemy od jednych i drugich. Blog co do swej reguły powinien być żywiołowy i spontaniczny. Czytając blogi szukam krótkiej informacji. Oczywiście rozbudowany wpis jest dodatkowym atutem, ale nie wymagam od blogera wiedzy encyklopedycznej i nie przeszkadzają mi merytoryczne lapsusy. Nie chcę przez to napisać, że jakoś blogów jest słaba, tylko uważam, że blogi weryfikują się same poprzez liczebność czytelników zgodnie z zasadą, że każdy znajdzie to czego szuka. Zarzut, że bloger pisze dla darmowej butelki jest nieuzasadniony. Etyka blogera, jak również dziennikarza to ciężki temat. Wiadomo, importerom, dystrybutorom, sprzedawcą zależy na opisywaniu wina, więc je dajemy, nie oczekując w zamian pochlebstw tylko subiektywnej oceny. Pytanie co jest ciekawsze: suchy opis jednego z kilkudziesięciu win zdegustowanych profesjonalnie podczas jednego wieczoru czy amatorski opis jednej wypitej wczoraj butelki? Najlepszą odpowiedzią na to pytanie jest klient, który częściej kupuje wino po blogowej niż dziennikarskiej nocie. Oczywiście dziennikarz nie jest od napędzania klientów, bloger też nie, ale powyższy mechanizm pokazuje różnice w bezpośrednim odbiorze tekstów dziennikarskich i blogerskich. I tak właśnie, moim zdaniem, powinno być. Czytając artykuł w np. MW – edukuję się, czytając bloga – kupuję. Jest to oczywiście pewien skrót myślowy, ale tak to trochę działa. Dlatego wybaczam blogerom braki merytoryczne. Co do winnego dziennikarstwa to zalecam delikatną samokrytykę, bo może ona przynieść nam wszystkim więcej dobrego niż wbijanie szpilek w blogerów.

  22. Ewa Wieleżyńska pisze:

    @Mateusz Pitas Nie było moim zamiarem wbijanie szpilek, które rozumiem jako robienie złośliwych aluzji. Mój tekst aluzyjny chyba nie jest, tylko napisany wprost. W żadnym miejscu nie napisałam, że blogerzy piszą dla darmowych butelek. Nigdzie też nie napisałam, że w przysłaniu butelek przez importerów jest coś złego.

    Ja na merytoryczną krytykę jestem otwarta, więc chętnie wysłucham Pańskich uwag co do winnego dziennikarstwa, ale nie rozumiem, dlaczego tyle osób się uparło, że nie można krytykować blogerów?

  23. rurale pisze:

    Pani Ewo,

    Najpierw to była równowartość 20 dolarów, później bodaj 30 zł, a potem przestałem być dziennikarzem:)

    Natomiast krytykę blogosfery wspieram, niech Pani w niej nie ustaje. Innych też do tego namawiam. Bo zlot zlotem, ale refleksji nad jej obecnym poziomem jednak jak brakowało, tak brakuje. Konstruktywnej krytyki, dodam.

  24. @Ewa Wieleżyńska
    Szanowna Pani Redaktor, bardzo proszę tego co napisałem nie odnosić do siebie. Pani akurat jest jednym z autorów, którego artykuły i wpisy czytam bez zastrzeżeń. Moje nawoływanie do samokrytyki było ogólne, podobnie jak Pani opinia o „mizernym stanie blogosfery winiarskiej w jej średniej”. Aberracją jest założenie, że nie można krytykować blogerów. Można i nawet trzeba, to samo dotyczy się dziennikarzy. Konstruktywna krytyka, do której zachęca mój przedmówca (rurale) jest oczywiście wskazana. Pytanie czy wpisy o tematyce ogólnie odnoszącej się do całej blogosfery są konstruktywne? Moim zdaniem nie, podobnie jak moje ogólne wezwanie do samokrytyki. Niestety, czasami publikacją w MW też można zarzucić merytoryczne braki np. artykuł „Nie z nami te numerki” MW nr 64.
    Odnośnie Pani tekstu to rzeczywiście napisany jest wprost z tym, że jest w nim zawarta dziekta złośliwości, która prawdopodobnie spowodowała ożywioną dyskusję o czym świadczy między innymi mój wpis. Złośliwość jest, według jednego z klasyków, cechą ludzi inteligentnych, więc nie odmawiam jej Pani, a nawet zachęcam, bo lubię „delikatnie” złośliwe artykuły;)
    Pozdrawiam serdecznie.

  25. Pani Ewo, artykuł faktycznie pobudzający do dyskusji, co widać w komentarzach. Mimo, że nie dojechaliśmy na Zlot ze względu na termin, chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz. Wszyscy zauważamy to, że winna blogosfera rozrasta się i rozmaici ludzie próbują swoich sił z winem i klawiaturą. Tak jak we wszelkich dziedzinach życia, są początkujący, średnio-zaawansowani i zawodowcy, hobbyści i profesjonalisci. Są tacy co piszą elaboraty i są tacy co piszą krótkie notki. Jedni piszą o winach z dyskontów, inni o tych ze sklepów specjalistycznych. Konteksty wypowiedzi też są różne – podróżnicze, kulinarne etc. Jedni mają komentarze pod wpisami, inni nie… Blogosfera BARDZO się różni. . Ostatecznie czytelnik zadecyduje co chce czytać.
    Każdy kto pisze o winie jest w tym kraju na wagę złota, bo zazwyczaj pisze o nim pozytywnie i zachęca innych do konsumpcji wina.
    Niestety zauważam, że początkujący zarzucają zawodowcom, że nie są „prawdziwymi blogerami”, bo robią to zawodowo i mają łatwiej bo są wspierani przez rozmaite firmy… z kolei zawodowcy krytykują początkujących za ich braki merytoryczne. Ci co mają komentarze pod artykułami zarzucają innym że komentarzy nie mają i że nie mogą się nazywać blogiem.
    To wszystko jest śmieszne. Każdy powinien iść swoją drogą, ale tak by nie zniechęcać ludzi do wina.
    In vino veritas, in vino lux…

  26. Ewa Wieleżyńska pisze:

    Zadaje Pan pytanie, czy wpisy o tematyce ogólnie odnoszącej się do blogosfery są konstruktywne? Ufam, że mimo wszystko tak, skoro ten artykuł zasiał jakiś ferment. Nie było moim celem krytykowanie poszczególnych blogów, lecz refleksja nad celowością pisania blogów w ogóle. Bo ma wrażenie, że wiele blogów (nie dotyczy to bynajmniej tylko blogosfery winiarskiej) powstaje dlatego, że, jak ujął to Jonathan Franzen „ludzie lubią gadać, żeby gadać, ćwierkać o sobie na Twitterze i w ogóle chwalić się, ile wlezie”. Żyjemy w świecie, gdzie niemal wszyscy piszą, ale prawie nikt nie czyta. Napisałam ten tekst również dlatego, że – wbrew temu, co mówił Tomasz Machała -uważam, że blogi eksperckie (Blurppp obruszył się na to słowo, ale użyłam go jedynie w takim znaczeniu, że są to blogi, które polecają wyspecjalizowaną gałąź produktów) mają szansę na wybicie się tylko wtedy, gdy blogerzy będą dbali o pewne o standardy. Chociażby taki, by się jednak podpisywać z imienia i nazwiska, a przynajmniej jakoś przedstawiać się światu, bo inaczej niejasne są intencje piszącego, niejasne jest, czy nie pozostaje w konflikcie interesów i niejasne jest, kto bierze odpowiedzialność za daną opinię.

  27. @Mateusz Pitas – „I tak właśnie, moim zdaniem, powinno być. Czytając artykuł w np. MW – edukuję się, czytając bloga – kupuję. Jest to oczywiście pewien skrót myślowy, ale tak to trochę działa.” Bardzo ciekawa teoria. Ja jednak rekomendowałbym zejść na ziemię. To, co sprzedaje, to jakość, bez podziału na dziennikarzy i blogerów. Idąc tym tropem możemy bawić się w stwierdzenia z najstarszych szkół reklamy „najpierw kupują oczy” ergo im więcej ładnych fotek, tym wyższa sprzedaż via dany artykuł/post na blogu?

  28. @Maciek Gontarz – Podchwycił Pan moją „teorię” rozszerzając ją o reklamowe stwierdzenie. Czy to czasem czegoś Panu nie przypomina? Czy tak czasem nie zrobiły dyskonty? Oczywiście nie chcemy iść tą drogą. Jak można zauważyć nasza współpraca z blogosferą nie jest zbyt szeroka. Zdecydowanie preferujemy bezpośredni kontakt z klientem, nawet jeżeli oznacza to sprzedaż jednej butelki zamiast dziesiątek na podstawie pochlebnego opisu i zdjęcia. Co do jakości to również uważam, że jakość za rozsądną cenę obroni się sama i tak staramy się działać. Czy to nam się udaje? Serdecznie zapraszam do samodzielnego poszukania odpowiedzi na to pytanie.

  29. @Mateusz Pitas – Nie sugerowałem jakoby Wasza współpraca z blogosferą zdominowała aktywności innych graczy na rynku :) Wydaje mi się, że mimo wszystko myślimy o tym samym, tylko inaczej werbalizujemy te myśli :) Pozdrowienia!

  30. Pingback: (W)Zlot Blogerów Winiarskich | Viniculture.pl - Winna Strona Życia

  31. Pingback: “A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost!” | Poza Tokajem