Misterium z Cornelissenem

 

Joseph di Blasi, Tomasz Kurzeja, Morten Tangen © Naturaliści

Ruszyli Naturaliści, czyli nowy importerski projekt Josepha di Blasi, Tomasza Kurzei i Mortena Tangena pod względem estetycznym perfekcyjnie dopracowany (patrz. foto); do ideologii pasuje tu nawet krakowski adres: ul Nowa 0. To obok sprowadzającego wina kosmitów wrocławskiego Winotake i nieco mocniej stąpającej po ziemi łódzkiej Mojej Italii kolejny importer, który specjalizuje się w winach naturalnych – jakkolwiek od określenia tego odżegnują się dzisiaj sami „naturalni” winiarze.

Znajdujący się w portfolio Naturalistów Frank Cornelissen mówi po prostu, że robi wino, do którego niczego nie dodaje.  Parę tygodni temu mieliśmy okazję jeść z nim lunch w Brasserie Warszawskiej – i było to jak wszystkie moje dotychczasowe kontakty z Cornelissenem – spotkanie magiczne. Ten facet ma niewątpiwie charyzmatyczną energię i ma dar zarażania swoimi ideami. Ma też niezwykłe gadane. Chce się go słuchać bez końca. I chce się z nim rozmawiać. Niekoniecznie zresztą o winie.

Cornelissen, który jest Belgiem z pochodzenia, urodził się w rodzinie kupców winiarskich (na aperitif zaserwował nam Bollingera – „przyzwyczajenie z dawnych czasów” – powiedział, jakby się tłumacząc) i jak mówi legenda to wypicie Romanée-Conti 1972 odmieniło jego życie. „Wino mnie już nigdy nie opuściło”. W 2000 roku Cornelissen kupił na Etnie 0,5 ha zapuszczonej, nieszczepionej na podkładkach winnicy. Dziś jego winnice liczą 18 ha, a w planach jest rozszerzenie ich do 25. Piętnaście lat temu na Etnie wina nie robił prawie nikt. Dziś pielgrzymują tam winiarze z całych Włoch i mówi się o tym regionie jako drugim Piemoncie.

Frank Cornelissen © Natutaliści

Cornelissen, całkowity samouk, od początku chciał robić wina terroirystyczne i od początku chciał robić wina niezmanipulowane. Pisze się o nim często, że fermentując całe kiście w otwartych kadziach na świeżym powietrzu, nie stosując żadnych środków ochrony roślin w winnicy, mając zero tolerancji dla siarki, posunął winiarstwo naturalne do ekstremum. A jednocześnie w jego przypadku to absolutnie działa. Mało jest win, które przynależąc do ruchu naturalnego, miałyby tak czyste kwiatowo-owocowe aromaty. U Cornelissena nie znajdziemy krztyny bretta. W ostatnich latach dużo lepiej też radzi sobie z oksydacją i lotną kwasowością. Pamiętam, jak parę lat temu piliśmy z Josephem di Blasi i Tomkiem Kurzeją Magmę 2002, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie, pachniała cudownie, smakowała bosko, ale była winem, które w zastraszającym tempie zmieniało się w kieliszku: traciło barwę, traciło smak, po prostu nikło. Po chwili nie wiedziałam już, czy to wszystko mi się nie przyśniło. Obiecujący towarzysz wieczoru, który zwiał drzwiami od kuchni przed deserem. To może być interesujące, to może budzić tęsknotę, ale nie takiej magii przecież  się po tej kolacji spodziewałyśmy.

Dziś wina Cornelissena są dużo bardziej stabilne. I jak zawsze zniewalają swoimi bukietami. Mieliśmy okazję pić Munjebel 2012 z trzech różnych winnic: VA: Vigna Alta, CS: Chiusa Spagnola, MC: Monte Colla. Wspaniałe były te nerello mascalese w pewnym sensie – przemawiało przez nie siedliko, wszystkie chciało się wąchać nieprzerwanie, niemniej ze względu na horrendalny alkohol (rozumiem, taki rocznik) bardzo trudno było je pić, zwłaszcza w upał.  Podobnie było z uwodzącą aromatami wiśni, piwonii, fiołków, lukrecji i orientalnych przypraw Magmą, która w ustach miała interesującą  rosołowość, jednak znowu alkohol stawiał mi duży opór. Najbardziej podobały mi się wina, z których kolei jest niezadowolony sam Cornellisen, ponieważ jego zdaniem za mało oddają terytorium: Munjebel Bianco (z 2012) i Susucaru Rosé 2013 – obydwa będące kupażami wielu rdzennych odmian. Pierwsze pachniało morelą, brzoskwinią, kardamonem i curry. Gęste, skupione, napięte, a przy tym wszystkim kremowe i miękkie. W ustach bardzo wytrawne, smakujące jak nieistniejąca w naturze słona morela. Rosé, które powstało ze wspólnie fermentowanych czerwonych i białych winogron pachniało maliną, piwonią różą, hibiskusem i czarnym bzem; było kamienne, soczyste i miało niesamowitą pijalność. Pijalność, której brakowało czerwonym winom Cornellisena z gorącego rocznika. Miałam poczucie, że to wina bardziej do przeżywania i dyskusji niż do picia.

Niemniej jeszcze niejedno nas czeka: Frank Cornellisen zmienia się i dąży do perfekcji nieustająco. Z nim i za nim zmienia się Etna.  A że region jako całość jest dla Cornelissena ważny, obrazuje jego zmieniające się podejście do etykietowania własnych win, które do 2012 roku były vino da tavola, w 2013 zyskały status IGT, a w przyszłości mają „awansować” do Etna DOC.

W portfolio Naturalistów znajdziemy też wina Patricka Desplats, Sebastiana Riffault, Jean-Pierre’a Robinot, François Plouzot, Gilles’a Azzoniego, Meinklangu, Carussin, Capella Sant’Andrea, Camillo Donatiego…

Frank Cornelissen w Brasserie Warszawskiej

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.