Wino wygodne

 

Butelka? Korkociąg? Kieliszki? Można prościej.

Korek i butelka – małżeństwo doskonałe – mają staż stosunkowo krótki. I jak wszystkie małżeństwa nie będą trwały wiecznie. Już dziś zaakceptowaliśmy istnienie zakrętki. W przyszłości przyjdzie się winomanom najprawdopodobniej pogodzić ze śmiercią butelki.

Liczba alternatywnych opakowań z roku na rok rośnie i mają one wiele zalet, których butelki nie mają. Przede wszystkim są tańsze. Tak gdy chodzi o koszty wykonania, jak koszty transportu. Na jednej palecie transportowej mieści się dla przykładu znacznie więcej bag-in-boxów i tetrapaków, przy czym pozostaje ona dużo lżejsza. Użycie innych niż szklane opakowań w dużym stopniu redukuje więc emisję dwutlenku węgla. Na tym jednak – mówiąc z grubsza – zalety się kończą. Nie wymyślono do tej pory opakowania, które w równym stopniu co butelka byłoby nieprzepuszczalne dla tlenu. W przypadku bag-in-boxów tlen przenika przez materiały, z których zrobiona jest foliowa torebka, przepuszczalny dla tlenu jest również plastikowy korek, nie mówiąc już o tym, że przy napełnianiu kieliszka także wpływa do środka pewna ilość powietrza. Wino w kartonach nie powinno dłużej przebywać na półce niż 9 miesięcy. Lepszą izolację tworzą wielowarstwowe tetrapaki, ale i w ich przypadku tlen dostaje się przez nie do końca szczelną zakrętkę. Niska barierowość cechuje również PET, z jakiego wykonywane są imitujące szkło butelki, a od niedawna małe szklaneczki, w których wino sprzedawane jest w pojedynczych porcjach. Niektóre badania mówią, że wina nie powinny przebywać w PET dłużej niż 7 miesięcy.

Proste w obsłudze.

Wszystko to nie ma oczywiście znaczenia w przypadku win przeznaczonych do szybkiej konsumpcji i natychmiast przez nas wypijanych.  Dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa wypija wino w 24 godziny od momentu zakupu. Do fast wine’ów nie potrzebujemy eleganckiej butelki i z pewnością czasy jej dominacji na tej półce się kiedyś skończą. Zmieniający się styl życia jest znacznie silniejszym impulsem do wymyślania innowacyjnych opakowań niż czysta troska o środowisko. Dziedzina produktów convenience (nie lubię tej nazwy jak babcię kocham, ale tak to się właśnie określa) zaczyna się rozrastać i obejmuje także wino.

Pakowne.

Współczesny kosument nie ma czasu i jest leniwy. Tak jak potrzeba mu wina, którym bez zagłębiania się w niuanse, natychmiast się zachwyci, tak lubi, kiedy między nim a relaksującym płynem nie stoją żadne przeszkody. „Butelka i kieliszki? Kto ma na to czas?” – takimi mniej więcej sloganami sprzedawcy zachęcają do kupowania wina w niedawno opatentowanych kubeczkach z PET. Pojawiły się one również na polskim rynku za sprawą Winnych Czarodziejów, którzy dostarczają wino do wielu modnych lokali w Warszawie: Dzika, Planu B, Regenenacji, Placu Zabaw, Baru Studio…

Mieści się nawet w kieszeni.

SPLIT, bo tak nazywa się portugalski producent wina w plastikowych zamkniętych na pokrywkę szklaneczkach, jest dostępny w Polsce na razie w dwóch postaciach: chardonnay i cabernet sauvignon. Chardonnay to smakujące dojrzałym jabłkiem i gruszką, soczyste wino o stosunkowo niskiej kwasowości, tzw. łagodne – jeśli dobrze rozumiem ten często w Polsce używany przymiotnik. Cab natomiast ma wyrazisty portugalski zaśpiew: intensywnie pachnie jeżyną, jagodą, aronią, śliwką i porzeczką, taniny ma bardzo niewiele, kwasu też; spokojnie można go pić bez jedzenia. To są przyzwoite piknikowe wina, w sam raz na miarę swojego przeznaczenia: na plażę, na kocyk, na koncert, na kajak, na ryby, Na Lato…

Kiedy ona chce białe, Ty możesz czerwone.

Producenci przekonują, że wino sprzedawane w pojedynczych porcjach promuje umiarkowanie. Mało przekonujące – bo można tych porcji kupić pięć. Twierdzą też, że umożliwia nam ono personalizajcę (sic!) naszych wyborów. Bo on może spokojnie pić czerwone, gdy jej się chce białego. Jeszcze mniej przekonujące – wobec nie tak szerokiej gamy win. Przyszło mi natomiast do głowy, że ze względu na swoją niewielkość (split to staroangielskie określenie na 1/4 butelki, a więc 0, 1875 l.) to idealne wino do singli. Ale O., gdy piłyśmy niedzielny aperitif, ostro zaprotestowała. Że co? Że singiel nie ma prawa do butelki z prawdziwego zdarzenia?! Ma przecież podwójne! (To już ja powiedziałam, nie O.).

I możesz spokojnie pić sam.

Split jest więc raczej dla tych, którzy wygodę przedkładają nad wszystko inne. Nie lubią ceregieli z butelką, wtykania nosa w kieliszek i wszystkich tych wygibasów. Lubią się napić i tyle. A jeszcze bardziej jest dla tych, którzy to wino będą sprzedawać. Na wszelkich plenerowych imprezach i wszędzie tam, gdzie goście się z baru wylewają: nad Wisłę, pod tęczę, na Rozbrat. Nie trzeba się martwić o stłuczone kieliszki i nie trzeba ich potem zmywać. A przy okazji to wszystko jest dosyć ładnie podane. I nie zalatuje aluminium jak puszki.

 

Split na off-festiwalu w Katowicach.

 

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii polscy importerzy, Polska, polski rynek, Portugalia i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.