Koło kogo usiąść, by za bardzo się nie wynudzić? Koło kogo, żeby tylko nie rozmawiać o pogodzie? I w ogóle nie mówić za dużo. I żeby on albo ona nie zalali nas potokiem słów. Tak mniej więcej wygląda wewnętrzna buchalteria winiarskich krytyków, kulinarnych też być może, którym przypadła w udziale ciężka praca obijania się po proszonych kolacjach. Zanim więc siądziemy, wykonamy rytualny taniec wokół stołu w mgnieniu oka oceniając przyszłych współbiesiadników, nie dostrzegając, że sami zostaliśmy już trafieni i zatopieni.
Jerzy Kruk, pośród rozmaitych eventów, urządza na Bema 65 kolacje, które odbywają się całkowicie po ciemku. Blind tasting win, potraw i, toutes proportions gardées, towarzyszy stołu, których nie mamy okazji zmierzyć wzrokiem i zabawić się z nimi w krzesła.
Pomysł jedzenia w ciemności nie jest nowy. Pierwszą „ciemną” restaurację Blindekuh otwarto w Zurychu ponad 10 lat temu. Pierwotna idea była społeczna: integrować środowisko niewidomych, skąd wywodziła się obsługa restauracji, z ludźmi widzącymi, którzy na czas kolacji zmysł wzroku musieli wyłączyć. Z Zurychu pomysł poszedł w świat, tracąc po drodze swoje społecznikowskie zacięcie. Kolejne restauracje głównie służyły rozrywce; do pakietu „jedzenia w ciemno” często dołączano formułę „randki w ciemno” – idea integracji przybrała więc inną formę, ale pozostała.
Przygotowana przez Marcina Piotrowskiego w Four Senses kolacja, zaserwowana wraz z pięcioma winami, miała jednak służyć w zamierzeniu Jurka, przede wszystkim kulinarnej zabawie: co jemy, co pijemy, co z czym najlepiej pasuje. Krótko i węzłowato: ze wszystkim, poza deserem, najlepiej pasowało Morgon od Lapierre’a. Krótko, bo nikt po ciemku nie chciał się tym zajmować, w każdym razie nie na głos. Ciemność woli psychologię od wina. Jedni zanurzali się w sobie (w końcu nikt ich nie widział, mogli więc sobie darować small talki), macając krewetkę, jedząc przegrzebki ręką, wylizując sos z talerza, orientując się po niewczasie, że z powodzeniem wsunęli risotto nożem. Drudzy głośno i dobitnie (w końcu nikt ich nie widział) chcieli mówić o sobie. Ale też słuchali z uwagą innych, bo gdy nie sposób spojrzeć w oczy, nachylić się do ucha, rozmowy w podgrupach prowadzić trudno. Zupełnie banalnie, wszyscy stali się bardziej otwarci, bezpośredni, wyzbyci uprzedzeń… Morał mógłby być z tego taki, że wzrok jest bezwzględnym dyktatorem – tak w życiu, jak w winiarskiej krytyce. Torres – skąd, to nie jest bohater naszego romansu, ale po ciemku na niego głosujemy. Bocca di Lupo nie kupimy za żadne skarby, ale w ślepej degustacji nam smakuje. Gdy pozbawiamy się wzroku, pisała na swoim blogu Ewa Rybak, okazuje się, jak bardzo za dnia jesteśmy więźniami konwenansów, punktacji, mody.
Byłoby cudownie, gdyby ślepa degustacja i randki w ciemno były odpowiedzią na wszelkie nasze ograniczenia; spotkaniem twarzą w twarz z naszym prawdziwym jestestwem. Rzeczywistość jednak rzadko udziela naiwnych odpowiedzi. Kiedy wzrok śpi, budzi się imaginacja, główka pracuje, dokonuje specyficznych targów i zakładów, sama się ogranicza i zastawia na siebie pułapki. Można by napisać traktat: „Z psychologii ślepego degustatora”. „Z psychologii randkowicza w ciemno” – pewnie też.
Ach tak, na sielankowej atmosferze kolacji w Four Senses była rysa: stłukło się kilka potrąconych w ciemności butelek. Z której strony dobiegł trzask, ile mogło pójść; może by tak rzucić się na ziemię i przez słomkę oszacować rozmiar szkody – Jurek przeżywał katusze. Koniec końców zniósł jednak stratę z humorem i nie wyjawił, jakie butelki dokonały niespełnionego żywota.
Na swoim videoblogu właściciel sklepu winiarskiego i sali degustacyjnej Four Senses przedstawia się następująco: Jerzy Kruk nie jest aktorem, nie jest purystą językowym ani winiarską Joanną Brodzik. Jerzy Kruk jest szczery i mówi to, co myśli. Najczęściej myśli o winach i ich kombinacjach z potrawami. Dla mnie Jerzy Kruk jest przede wszystkim facetem, który profesjonalnie zajmując się winem, potrafi się nim bawić. A takich jest niewielu.