Archiwum kategorii ‘warszawskie sklepy winiarskie’

Do Kruka iść w ciemno

sobota, 4 Grudzień 2010

Koło kogo usiąść, by za bardzo się nie wynudzić? Koło kogo, żeby tylko nie rozmawiać o pogodzie? I w ogóle nie mówić za dużo. I żeby on albo ona nie zalali nas potokiem słów. Tak mniej więcej wygląda wewnętrzna buchalteria winiarskich krytyków, kulinarnych też być może, którym przypadła w udziale ciężka praca obijania się po proszonych kolacjach. Zanim więc siądziemy, wykonamy rytualny taniec wokół stołu w mgnieniu oka oceniając przyszłych współbiesiadników, nie dostrzegając, że sami zostaliśmy już trafieni i zatopieni.

Jerzy Kruk, pośród rozmaitych eventów, urządza na Bema 65 kolacje, które odbywają się całkowicie po ciemku. Blind tasting win, potraw i, toutes proportions gardées, towarzyszy stołu, których nie mamy okazji zmierzyć wzrokiem i zabawić się z nimi w krzesła.

Pomysł jedzenia w ciemności nie jest nowy. Pierwszą „ciemną” restaurację Blindekuh otwarto w Zurychu ponad 10 lat temu. Pierwotna idea była społeczna: integrować środowisko niewidomych, skąd wywodziła się obsługa restauracji, z ludźmi widzącymi, którzy na czas kolacji zmysł wzroku musieli wyłączyć. Z Zurychu pomysł poszedł w świat, tracąc po drodze swoje społecznikowskie zacięcie. Kolejne restauracje głównie służyły rozrywce; do pakietu „jedzenia w ciemno” często dołączano formułę „randki w ciemno” – idea integracji przybrała więc inną formę, ale pozostała.

Przygotowana przez Marcina Piotrowskiego w Four Senses kolacja, zaserwowana wraz z pięcioma winami, miała jednak służyć w zamierzeniu Jurka, przede wszystkim kulinarnej zabawie: co jemy, co pijemy, co z czym najlepiej pasuje. Krótko i węzłowato: ze wszystkim, poza deserem, najlepiej pasowało Morgon od Lapierre’a. Krótko, bo nikt po ciemku nie chciał się tym zajmować, w każdym razie nie na głos. Ciemność woli psychologię od wina. Jedni zanurzali się w sobie (w końcu nikt ich nie widział, mogli więc sobie darować small talki), macając krewetkę, jedząc przegrzebki ręką, wylizując sos z talerza, orientując się po niewczasie, że z powodzeniem wsunęli risotto nożem. Drudzy głośno i dobitnie (w końcu nikt ich nie widział) chcieli mówić o sobie. Ale też słuchali z uwagą innych, bo gdy nie sposób spojrzeć w oczy, nachylić się do ucha, rozmowy w podgrupach prowadzić trudno. Zupełnie banalnie, wszyscy stali się bardziej otwarci, bezpośredni, wyzbyci uprzedzeń… Morał mógłby być z tego taki, że wzrok jest bezwzględnym dyktatorem –  tak w życiu, jak w winiarskiej krytyce. Torres – skąd, to nie jest bohater naszego romansu, ale po ciemku na niego głosujemy. Bocca di Lupo nie kupimy za żadne skarby, ale w ślepej degustacji nam smakuje. Gdy pozbawiamy się wzroku, pisała na swoim blogu Ewa Rybak, okazuje się, jak bardzo za dnia jesteśmy więźniami konwenansów, punktacji, mody.

Byłoby cudownie, gdyby ślepa degustacja i randki w ciemno były odpowiedzią na wszelkie nasze ograniczenia; spotkaniem twarzą w twarz z naszym prawdziwym jestestwem. Rzeczywistość jednak rzadko udziela naiwnych odpowiedzi. Kiedy wzrok śpi, budzi się imaginacja, główka pracuje, dokonuje specyficznych targów i zakładów, sama się ogranicza i zastawia na siebie pułapki. Można by napisać traktat: „Z psychologii ślepego degustatora”. „Z psychologii randkowicza w ciemno” – pewnie też.

Ach tak, na sielankowej atmosferze kolacji w Four Senses była rysa: stłukło się kilka potrąconych w ciemności butelek. Z której strony dobiegł trzask, ile mogło pójść; może by tak rzucić się  na ziemię i przez słomkę oszacować rozmiar szkody – Jurek przeżywał katusze. Koniec końców zniósł jednak stratę z humorem i nie wyjawił, jakie butelki dokonały niespełnionego żywota.

Na swoim videoblogu właściciel sklepu winiarskiego i sali degustacyjnej Four Senses przedstawia się następująco: Jerzy Kruk nie jest aktorem, nie jest purystą językowym ani winiarską Joanną Brodzik. Jerzy Kruk jest szczery i mówi to, co myśli. Najczęściej myśli o winach i ich kombinacjach z potrawami. Dla mnie Jerzy Kruk jest przede wszystkim facetem, który profesjonalnie zajmując się winem, potrafi się nim bawić. A takich jest niewielu.

Deszczowe impresje

piątek, 25 Czerwiec 2010

Kolejna edycja Grand Cru u Roberta Mielżyńskiego. Do tej pory degustatorzy mogli sobie ponarzekać, bo zawsze lubią narzekać, na upał albo na dzień korzenia. Tego czwartku było diablo zimno, deszcz siąpił nieustająco i ciśnienie przygniatało wszystko do dołu; również wina, które niechętnie dobywały z siebie lżejsze owocowe aromaty, pozostając blisko ziemi. Dzień szczególnie nieszczęśliwy dla win białych; pogoda ujmowała im kwasowości i odbierała dynamikę. Jakiekolwiek by jednak nie były warunki pogodowe, mogliśmy degustować świetne i interesujące wina.

Ciekawe było porównanie dwóch znakomitych bordoskich roczników 2009 i 2005, które umożliwiły trzy posiadłości:  Domaine de Chevalier, Château Kirwan oraz Château Phélan-Ségur. Rocznik 2009 został uznany przez ekspertów za spektakularny i wyprzedzający w przedbiegach fenomenalny 2005. Niektórzy, obdarzeni szczególnie dobrą pamięcią,  porównywali go do tak legendarnych lat jak 1945, 1929 czy 1899. Inni uznali, że jest unikalny i okrzyknęli go matką wyjątkowych roczników nowej ery. Ciepłe i suche dni we wrześniu, a zarazem chłodne noce zapewniły dojrzały owoc, miękkie taniny i niezłą kwasowość.  Alkohol w tych winach jest jednak na ogół wyższy niż w roku 2005. Wina z 2005 mają solidniejsze garbnikowe rusztowanie i nie tak wybujały owoc; innymi słowy, są bardziej klasyczne. Dyrektor sprzedaży Château Kirwan wyraźnie opowiadał się za rocznikiem 2005 – mniej opulentnym, jak się wyraził, za to eleganckim. Mocnej tanicznej struktury nie brakowało jednak beczkowej próbce czerwonego Domaine de Chevalier. Białe – hipnotyzowało słodką gruszką w sosie waniliowym. W Château Kirwan i Phélan-Ségur taniny są faktycznie miększe niż w 2005. Uderza jednak homogeniczność tych win i sute owocowe wypełnienie. Nie ma w nich nic z melancholijnej pustki – bladego wspomnienia po owocu – za którą pokochał Bordeaux Bieńczyk, czy zimnej francuskiej dyscypliny, od której ucieka do Włoch Bońkowski. To już Francja nowoczesna, Francja prezydenta, który śledzi modowe trendy i nie stroni od przyjemności. Kirwan i Chevalier 2005 zdecydowanie należy jeszcze odłożyć, Château Phélan-Ségur można już pić.

Ładne wina zaprezentował Jean Chartron – również z rocznika 2009, który i dla Burgundii był sprzyjający, aczkolwiek nie wszystkim białym winom udało się zachować rześkość. Batard-Montrachet 2009 i Chevalier-Montrachet 2009 nie brak powietrza i świeżości. Delikatna kwasowość dobrze równoważy tu dojrzały owoc, mineralna podbudowa jest kontrapunktem dla gęstej faktury i beczkowych orzechowych aromatów. Subtelne, porządne burgundy.

Niezmiennie dostarczyły mi emocji rieslingi od Georga Breuera Ze swą dobitną mineralnością na mojej winiarskiej mapie trwają jak skała. Wczoraj podobał mi się bardzo Berg Rottland 2007 – oleisty i zbity w porównaniu do strzelistego, wysmukłego i w sumie bardziej wielowymiarowego Schlossberga 2008, którego przenikliwa mineralność jednak niekoniecznie jest dobra, kiedy chłodno i pada.

Cordero di Montezemolo przedstawiło dwa Barolo Monfalletto 2006 i Bricco Gattera 2006 w swoim ornamentalnym, perfumowanym stylu. Obydwa o oszałamiających nutach: dojrzałych malin, fiołków, kakao, lukrecji. Obiektywnie – świetne wykonane wina o niebywałej jakości owocu, zwłaszcza w Gatterze, w której jest on tak bogaty i soczysty, że w żaden sposób nie przykrywa go nowa francuska beczka. Subiektywnie – wciąż nie odnajduję klucza do tych win, dostrzegając w nich przede wszystkim chłód technicznej perfekcji.

Zdecydowanie zbyt dużo beczki w winach od Capponich. Villa Calcinaia Riserva 2005 nie miała w sobie życia, jeszcze objawiającego się w poprzednim roczniku i była po prostu sucha. Wielce kontrowersyjnym winem wydało mi się Sangiovese Bastignano 2006 ze swoim cukierkowym, karmelkowo-kawowym bukietem i smolistą teksturą.

Siro Pacenti konsekwentnie kroczy drogą szybkiej komercjalizacji. Wina mają być konsumentowi przyjazne za młodu. W 2004 roku winnica wypuściła  pierwsze Brunello di Montalcino, które jest wyrabiane z najlepszych winogron pochodzących wyłącznie z zachodnich stoków. Dziś to wino ma tak ewoluowany bukiet, jaki niektóre Brunello osiągają po dekadach. Dzięki kwasowości w ustach wciąż zachowuje werwę, choć jest to już werwa staruszka, któremu wciąż błyszczą oczy. Gdyby nie starczy bukiet, można by niemal napisać, że sexy. Przyjemne, choć – siłą rzeczy- perwersyjne.

Po licznych winach nowoczesnych z wytchnieniem powitałam Nobile di Montepulciano Dei – tradycyjne, w żaden sposób nieprzesadzone, zwierzęco-leśne, surowe, choć może za bardzo, bo również owoc był w nich nieco wyciszony. Niewątpliwie najlepsze i już do picia, bo z gorącego rocznika 2003 Nobile di Montepulciano Riserva Bossona o grzybowo-konfiturowym nosie, lecz – dzięki kwasowości – zachowujące sporą witalność.

Perełką tego deszczowego przedpołudnia były dla mnie wina Fratelli Tedeschi. Od Valpolicelli Lucchine, o której już pisałam, przez Valpolicellę Fabriserię 2008, aż po podstawowe Amarone 2006. Wypełnione apetyczną wiśnią, intensywne, wielowarstwowe, długie. Świeże (nawet 16% Amarone), z idealnie zintegrowaną kwasowością. Niebywale harmonijne, nos i usta stanowią tu jedność, nie ma żadnej gry pozorów ni omyłek, co coraz bardziej zaczynam doceniać. Biodynamiczny majstersztyk.

Zakończę konwencjonalnie, lecz szczerze: bywają dni, gdy deszcz przestaje doskwierać.

Wino bez "ę" i "ą"

wtorek, 11 Sierpień 2009

Chignin Bergeron G. Berlioz

Phillippe de Givenchy sprzedając swoje wina, rzadko bawi się w opisywanie ich smaków i aromatów. Mówi: „To jest wino powietrzne” albo „blisko ziemi”. Czasem stwierdza po prostu:  „bardzo piękne wino” lub obdarza butelki ulubionym przymiotnikiem: depouillé, który nie tak łatwo przełożyć na polski. Tłumacząc dosłownie znaczy to tyle, co ogołocone. Słownik Petit Robert mówi nam, że un vin depouillé – to wino pozbawione zmętnień, przejrzyste; słownik leksyki winiarskiej dodaje, że często określa się w ten sposób wino stare, pozbawione materii, rozwodnione. Z pewnością żadnego z tych znaczeń nie ma na myśli Philippe, gdy mówi o Chignin Bergeron Domaine G. Berlioz 2006.

Odwołuje się raczej do zastosowania, jakie słowo depouillé znajduje w opisie wyzbytego ornamentów stylu literackiego. Wino depouillé, jak to rozumiem, jest proste i bezpretensjonalne, sans chichi et niania – jak głosi inna etykieta obecna  w La Cave – czyli krótko mówiąc: bez „ę” i „ą”. Chignin Bergeron od Berlioza to niewątpliwie wino pełne, czyste, które uderza raczej intensywnością aromatu niż jego wielowarstwowością i wyczuwalną już w nosie słodyczą. Główne nuty to owoce tropikalne i szczypta azjatyckich przypraw. Gilles Berlioz ma ponoć najniższe zbiory w Sabaudii (40 hl/ha) i zbiera winogrona późno, stąd wysoki cukier i duża koncentracja.

Degustowaliśmy Chignin Bergeron 2006 podczas panelu w Magazynie i jak słusznie spostrzegł mój redakcyjny kolega Wojtek Bońkowski, zważywszy na jego pochodzenie z chłodnego, bądź co bądź, górskiego klimatu i szczep roussanne, który zwykle charakteryzuje się wysoką kwasowością, wino to zaskakuje słodyczą. Choć niewątpliwie jest ona równoważona mineralnością i pikantnym finiszem.  Jednak kadmowa żółć, słodki bukiet, miękka faktura, kremowa wręcz konsystencja i ogólna krągłość tego wina każą mi myśleć o barokowych kształtach Rubensa. Czy Rubens w swym przepychu był depouillé? W pewnym sensie, rzecz jasna, był. Proponował czystą, pozbawioną zahamowań – fakt – chwilami przytłaczającą zmysłowość. I być może w tym kontekście trzeba umiejscowić wino Berlioza, które ma w sobie coś z gorącego uścisku. W sam raz na dobry początek wieczoru. Gdybyśmy jednak chcieli je podać do kolacji, nie poszłoby już tak gładko. Zabrałam niewypitą na panelu resztkę do domu. Wypiliśmy ją z E. do risotto z kurkami. Ze smakiem. Bez ekstazy. Rubensowska słodycz przytłoczyła wszystko. Jednak rozmarzyłam się. A gdybym tak zrobiła tuńczyka z cebulowo-mangowym chutneyem. Albo krewetki w czerwonym curry… I tarte tatin na deser albo po prostu szarlotkę… Philippe mówi, że to wino świetne do homara. Takiego prawdziwego. Bretońskiego. Świeżego. Gdybyście znaleźli takiego nad Wisłą, koniecznie mnie zaproście. Przyjdę z Berliozem.

La Cave Philippe de Givenchy

niedziela, 2 Sierpień 2009
Philippe de Givenchy

Philippe de Givenchy

Istnienie La Cave Philippe de Givenchy przy ulicy Wilczej 28 odnotowało już wiele blogów. Pisał o tym miejscu Voyage, Warsaw Insider i Spacerownik. Zostało ono naniesione na ekoetyczną (sic!) mapę stolicy. Bo też i temat sam w sobie jest wdzięczny. Francuz w Warszawie. Arystokrata w suterenie. Były szef kuchni i właściciel paryskiej restauracji odznaczonej gwiazdką Michelina, który żyje w kraju, gdzie o francuskiej finezji można sobie jedynie pomarzyć. Daleki krewny kreatora mody sprzedający wina. I to ekologiczne. W dodatku piszący wiersze. Bez certolenia się ze słowami. Jest czym epatować mieszczucha.

O atrakcyjności pomysłu de Givenchy’ego może świadczyć fakt, że przez dwa tygodnie obecności La Cave na Facebooku zyskała ona 405 znajomych. Pozostaje mieć nadzieję, że poza sprzyjaniem idei, piją oni również wino. Pomijając bowiem barwną biografię właściciela i modną dziś ekologię, La Cave jest miejscem szczególnym ze względu na sprzedawane w niej wina. I na przekór całej otoczce, jest też miejscem cichym. Są tu w końcu apelacje nie tak dobrze znane w Polsce: Corbières, Cahors, Anjou, Coteaux du Layon, Chignin Bergeron…Bez oglądania się na to, co sprzedają inni, Philippe de Givenchy, oferuje wyłącznie to, co mu dobrze pachnie i co go urzeka. Dlatego warto z nim rozmawiać o winie. Nawet jeśli nie znamy francuskiego. De Givenchy żonglując francusko-polsko-angielską mieszanką naocznie udowadnia, że 90% komunikacji jest pozawerbalne. Poza tym jego wina mówią same za siebie. Choć trzeba dodać, że nie są to wina nadmiernie ekstrawertyczne. Wymagają skupienia, swego rodzaju przestawienia uwagi. Często kryją aromaty nieoczywiste, do których nie jesteśmy przyzwyczajeni. Nie tak prosto jest je wyróżnić i nazwać. Zaskoczenie bywa jednak największą przyjemnością.

O winach de Givenchy’ego wkrótce.

Philippe & Hugues de Givenchy

Philippe & Hugues de Givenchy

Numerous blogs have already noted La Cave Philippe de Givenchy, located at 28 Wilcza in Warsaw. The magazines Voyage, Warsaw Insider and Spacerownik have all written about this spot, and it can be found on the “ecoethical” (sic!) map of the capital. In fact, the shop spins its own irresistible story—a Frenchman in Warszawa; an aristocrat in a basement; Former executive chef and owner of a Michelin-starred Parisian restaurant, now residing in a country where real French finesse is at best a fantasy. A distant relative of the famous fashion designer, selling wine to Poles. Organic wine, at that. Who writes poetry. And doesn’t coddle his words. Yes, there’s plenty to épater le bourgeois.

In just two weeks on Facebook, Givenchy’s store had a crowd of 405 friends. I hope these folks don’t just like the idea—they also drink wine. Because it’s not just the fact that organic is in, and it’s not just the owner’s colourful biography: it’s the wine itself that makes La Cave so noteworthy. And despite the buzz, the shop itself is a quiet spot, filled with apellations not very well known in Poland, such Corbières, Cahors, Anjou, Coteaux du Layon and Chignin Bergeron. Without giving a thought to what’s on other wine merchant’s racks, Philippe de Givenchy sells only wines he delights in, which is also why it’s very worthwhile to have a conversation with this man about wine. Even if we don’t speak French. As he juggles his franco-ponglish mix, de Givenchy actually proves that ninety percent of communication is non-verbal. Plus, it helps that the wines speak for themselves. Keep in mind, however, that these are not extrovert wines. They demand concentration and a kind of shifting of attention. Often, they hide unfamiliar, unobvious aromas, very challenging to discern or describe. But isn’t surprise possibly the greatest of pleasures?

More soon on de Givenchy’s wines.