Suma przyjemności

18 stycznia 2010

Wczoraj w jednym z winiarskich sklepów Warszawy sympatyczny sprzedawca zachwalając mi kolejne butelki, namiętnie używał przymiotnika „konsystencyjny”. „Naprawdę bardzo konsystencyjne wino, proszę pani” – powtarzał. Neologizm bardzo mi się spodobał, choć jego czar nie zadziałał na tyle, bym na owe „konsystencyjne” butelki dała się namówić. Chociaż pan miał niewątpliwą rację, uciekając się do swojego określenia, bo tak jak istnieją pewne cechy narodowe, istnieją też zakreślone przez geografię upodobania smakowe i my Polacy zdecydowanie „konsystencyjne” wina lubimy. Czy wpływ ma na to chłodny klimat, czy upodobanie do słodyczy, które nam wpoiły stołówkowe kompoty czy też skłonność do trunków mocniejszych nieco, mniejsza o to. Idea dobrego czerwonego wina, nasza „ikona stylu” to wino gęste, esencjonalne, wygładzone beczką, z miękkimi taninami i najlepiej z odrobiną cukru resztkowego. Snobizm przybiera u nas masywne szaty i wyrafinowanie najbardziej snobistycznej apelacji świata, jaką jest Burgundia, do nas nie przemawia. Jeśli już mamy wydać na wino większe pieniądze, lepiej by ta suma przekładała się na oczywistą moc.

A ceny burgundów są owszem wysokie, więc nie sprzedają się one u nas najlepiej i są słabo obecne na polskim rynku, choć sytuacja się poprawia, o czym pisaliśmy już w Magazynie Wino (5/2009). Nie wszyscy importerzy mają też w ofercie wina ze starszych roczników, a burgund jak mało które wino potrzebuje kilku lat w butelce. Więc kiedy znajdzie się już wśród nas taki, kogo nagle dociśnie niecierpliwa chęć na porządnego burgundzkiego pinota, w dodatku w cenie, która by nas nie zmuszała do ewentualnych kłamstw przed współmałżonkiem, nie jest wcale łatwo tej chęci schlebić. Ale niecierpliwe chęci są wytrwałe i znajdują w końcu swoją realizację. Moja znalazła w Maranges 1er Cru La Fussière 2007 od Rogera Bellanda. (Mersault od tego producenta otrzymało tegoroczny brązowy medal w Grand Prix MW).

Maranges uważana jest za najpośledniejszą z burgundzkich premiers crus, niektórzy nawet podważają jej przynależność do Côte d’Or, jako że leży już w Saône-et-Loire, jej wzgórza mają odmienną od reszty regionu, południową ekspozycję i choć załapuje się na ostatni pas typowego dla Côte d’Or wapienia, w skład jej gleby wchodzą również bogate w magnez dolomity i łupki ilaste. Co w konsekwencji daje pinoty mniej mineralne, bardziej krągłe, o cieplejszym charakterze. Marek Bieńczyk napisał, że mało inspirujące, choć tanie. Ale w końcu nie zawsze szukamy inspiracji na dłuższy elaborat, czasem na blognotkę wystarczy. Podobnie jak nie co wieczór trzeba jeść kolację z inspirującym facetem i częściej zadowala nas po prostu komunikatywny.

Roger Belland wpisuje się swoimi burgundami w nową burgundzką falę – win otwartych, szczodrych, apetycznych. Winifikacja La Fussière przebiega w niskich temperaturach, co ma wzmocnić aromaty czerwonych owoców i złagodzić garbniki. Owoc rzeczywiście jest tu pięknie wydobyty, ale wachlarz zapachowy jest bardziej przestronny, oprócz truskawki i kwaśnej wiśni, w tle pojawiają się fiołki, nutka torfu i kamienna mineralność, której i w ustach jest niemało. Wino skoncentrowane, intensywne, choć nie brakuje mu burgundzkiej zwiewności i aksamitnego dotyku. Pełne z nadającą mu gibkość kwasowością. Nie trzeba się w nie specjalnie zagłębiać, co niektórym może zdawać się mało inspirujące, jednak natychmiastowa przyjemność, którą oferuje już za młodu, jest naprawdę nie do pogardzenia. Rocznik 2007 jest gotowy do picia, choć spokojnie na jakieś pięć lat można go jeszcze odłożyć. Wino jak na burgunda treściwe, a jak na Maranges naprawdę głębokie i długie. 82 złote i 50 groszy to mało na butelkę wina nie jest, ale w tym przypadku wszystko mi się zwróciło. Subtelność czasem bardziej popłaca niż „konsystencyjność”. I nie ma się po niej kaca.

Do kupienia u Roberta Mielżyńskiego.

Na dobry koniec roku

30 grudnia 2009

Miasto zastygło w międzyświątecznym bezczasie. Rodzina wyjechała, mieszkanie posprzątane, zeszłoroczne prace oddane, na przyszłoroczne jeszcze nie przyszła pora, garderoby na jutrzejszy wieczór szykować nie muszę – na żaden bal, na szczęście, się nie wybieram. Cisza i spokój. Pewnie groziłby mi marazm, gdyby nie podarowana butelka Saffredi 2006 z toskańskiej Maremmy. Bardzo miły koniec roku. Przytulne i ciepłe popołudnie.

Saffredi to jeden z pierwszych supertoskanów, który rocznikiem 2006 obchodzi swoje dwudziestolecie. Z tej okazji Elisabetta Geppetti, właścicielka Fattoria Le Pupille wypuściła je w świat z nową etykietą, która – jak mówi – przypomina odświętną suknię. Jednak niechaj inni oblewają Saffredim swoje rocznice, dla mnie pozostanie ono winem domowego zacisza. Ze szczodrym owocem ciemnej wiśni, czarnej porzeczki i jeżyny, delikatnymi nutami rozmarynu i sosu sojowego w tle, miękką sztruksową fakturą, która z czasem niechybnie przejdzie w aksamit, przeciągłą kwasowością, dojrzałymi taninami i długą mineralną końcówką – wino to ma wszystko, czego od wina oczekiwać można. Mogłabym co prawda ubolewać, że piję je tak wcześnie, bo prawdziwą wielkość osiągnie ono dopiero za jakieś lat dziesięć, ale pod koniec roku nad niczym ubolewać nie zamierzam, może jedynie nad tym, że nie mogę o Saffredim powiedzieć tego, co Johnny Depp powiedział o Chateau Calon-Ségur, że „wino to ma bardzo przystępną cenę, poza tym jest wspaniałe i dlatego piję je na co dzień”. Zresztą o Calon-Ségur też bym tak chciała powiedzieć. Choć rocznik 2006 na pewno nie byłby jeszcze gotowy, a w każdym razie dużo mniej gotowy niż Saffredi. Ciekawe jakie roczniki pija Depp na co dzień?

Zostawmy jednak marzenia na boku, zachowajmy je na rok przyszły, dzisiaj mamy w kieliszku bardzo porządne wino, od którego odrywać się nie należy i które, jak na swój  młody wiek, jest zaskakująco ułożone i otwarte. Co prawda toskański kupaż Caberneta z Merlotem z niewielką domieszką Alicante, mógłby zdawać się miłośnikom Bordeaux nazbyt gładki, ale ja takich win czasami bardzo potrzebuję, a już zwłaszcza w przededniu sylwestrowej depresji: intensywnych, zmysłowych, głębokich, lecz nieskomplikowanych. Szczodrych i nie stawiających oporu.

I takiego właśnie – szczodrego i nie stawiającego oporu – kolejnego roku sobie i Państwu życzę. Oraz, rzecz jasna, jak najlepszych win codziennych.

Comfort wine

4 listopada 2009

Bandol Longue Garde

Dbający o moją rzetelność dziennikarską mąż sprowadził dla mnie ze Stanów Vignon – przyprawę, o której idei napisałam już krytyczny felieton w październikowym numerze Magazynu. Nie było więc rady trzeba było urządzić kolację, która miałaby obalić bądź potwierdzić  (ucierając mi nosa) jej zalety. Vignon, jak głosi etykietka, jest all natural wine friendly, uczyni każde wino gładkim i pysznym (smooth and delicious), można go stosować zamiast soli, ma zero kalorii i nie zawiera glutaminianu sodu. Zawiera za to sól morską (zamiast soli), grzybki shitake, suszone pomidory,  ekstrakt drożdżowy, sos sojowy i różne naturalne aromaty, jak cytrynowy, serowy, czy czosnkowy. Innowacyjność tej przyprawy ma polegać na tym, że dodana do jedzenia, zrównoważy smak każdego wina i każdego dania tak, że wszystko świetnie się ze sobą połączy, by nie powiedzieć, pomiesza.

Udałam się więc na Wiktorską po rybę, pod Halę Mirowską po polędwicę (niczego w tym mieście nie można kupić w jednym sklepie albo przynajmniej w dwóch pobliskich),  przygotowałam mocno kwasowy Riesling Estate 2008 od Breuera i butelkę Bandol Longue Garde 1999 od Jean-Pierre’a Gaussena. Mieliśmy sprawdzić, to znaczy głównie mój dociekliwy mąż  („bo ja zawsze wszystko muszę wiedzieć”), czy Riesling z krwistym mięsem przy Vignon okaże się świetny, a potężne Mourvèdre  zagra z rybą.

Vignon

Dorada ze sklepu na Wiktorskiej okazała się świetna. Wybrałam się tam pierwszy raz i ucięłam uroczą pogawędkę z panem w stylowym berecie, który pouczył mnie, że przegrzebki nie mają nic wspólnego z małżami Świętego Jakuba, bo przegrzebki to po francusku „coques”.  Nulla dies sine linea! Dzień zapowiadał się na spełniony. Niestety przy kolacji pieczeń nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań, okazała się sucha i twarda (nie da się jednak kupić porządnej polędwicy za 30 złotych, choć już się cieszyłam), a  Vignon spełniło najgorsze przeczucia. Smakuje jak Vegeta, tyle że jest bardziej słone, nie ma w nim jak w Vegecie cukru, a jego sekret równoważenia wina i potraw polega na tym, że w ustach uporczywie utrzymuje się smak sosu sojowego zabijający wszystkie inne aromaty. Ani dorada, ani Breuer, ani Gaussen na to nie zasługiwali.

Breuer jak zawsze okazał się niezawodny, a Gaussen przyniósł prawdziwe pocieszenie przy łykowatym mięsie, które można było sobie podarować i pić, pić, pić… Gdyby nie to, że butelka nam się szybko skończyła.

Nigella Lawson często pisze o comfort food – takim , co kojarzy się nam z dzieciństwem, niesie ukojenie, odgania chandrę  i od którego po prostu nie możemy się oderwać. Zważywszy, że łapią się na to pojęcie często niezbyt wyszukane potrawy i niechlubne słabości, zawsze uważałam je za ambiwalentne, jeśli nie lekko pejoratywne. Jednak myśląc o Bandol Gaussena, które w jakimś sensie odbiły się na moim winiarskim dzieciństwie, określenie comfort wine uparcie pcha mi się do głowy. Zaproszona na kolację nasza przyjaciółka powiedziała, że to wino jest jak wieczór, który spędzamy w domu i jest nam z tym dobrze.

Jean-Pierre Gaussen Bandol Logue Garde 1999 to potężne, gęste wino o głębokich aromatach czarnych owoców. Słodkie jeżyny i ciemne czereśnie są w nim równoważone bardziej wstrzemięźliwymi nutami: lawendy, skóry i ziół prowansalskich. Jest w nim ciepłe światło południowej Francji i surowość tamtejszych skał rysowanych twardą Cézanne’owską kreską.  W ustach trwa jak pękająca garść dojrzałych owoców, których sok łącząc się z subtelnymi ziołowymi smakami , tworzy lekko ziarnistą fakturę. Mam wrażenie, że Bandol Gaussena odwołuje się we mnie do jakichś atawizmów: ciemne i skondensowane, a zarazem miękkie i soczyste, jest, jakkolwiek nie brzmiałoby to pretensjonalnie, czystą esencjonalnością czerwonego wina. A zwyczajnie i po prostu – jest esencją przyjemności.

W „Winach Europy” Gaussen jest nazwany patriarchą bandolskiej apelacji, dziś już trochę przykurzonym. Przykurzenia w jego Longue Garde 1999 na pewno nie czuć. Pomimo swoich dziesięciu lat to wciąż świeże wino o łagodnych garbnikach. Ma w sobie pogodę i łagodność dojrzałego wieku; komfort starości.

Mój mąż natomiast, gdy mnie nie ma w domu, z upodobaniem dodaje Vignon do omletów. Pije wtedy piwo i czuje się z tym bardzo komfortowo.

Alberello w domu i w laboratorium

2 listopada 2009

alberello 015

Uff, minął ciężki czwartek i piątek, kiedy ocenialiśmy podczas ślepej degustacji wina w Grand Prix Magazynu Wino. Nie ujmując tym dniom znaczenia, ich nieszczęście polega na tym, że po porannym wytężeniu zmysłów, wieczorem nie mam najmniejszej ochoty na wino, ba, nie chcę mi się o nim nawet myśleć. Stan ten, nieprzyjemny dla mnie, wydaje mi się przede wszystkim krzywdzący dla samego wina. Co pocieszające, nie trwa on długo, więc już w sobotę mogłam otworzyć wino, które parę dni wcześniej i mnie, i znajomym przy kolacji dało bezapelacyjną przyjemność za jedyne 30 złotych. Już wtedy chciałam o nim napisać, ale, jak później sprawdziłam, wyważałabym drzwi otwarte, bo dostrzeżono je już w kwietniowym panelu Magazynu, w którym nie uczestniczyłam, i oznaczono jako posiadające najlepszy stosunek jakości do ceny.

Alberello Rosso Salento 2006 z winnicy Felline to czysty hedonizm, który nie tak często możemy sobie zafundować w tej cenie. Pijąc je teraz po raz drugi, zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę próbuję je po raz trzeci, pobiegłam po wczorajsze konkursowe notatki i znalazłam: zaznaczyłam kółkiem, że mi się podoba, ale w rezultacie porównań i targów z samą sobą, w końcu je odrzuciłam.

Król naszego skromnego dnia w konkursowych zapasach został przeze mnie dobrowolnie zdetronizowany. Mogłabym mieć pretensje do siebie, że nie rozpoznałam smaku, który raz mnie oczarował i nie pozostałam mu wierna. Myślę jednak, że ślepe degustacje w jakimś sensie zniekształcają prawdę o winie. Nie ma, jak mówią, lepszej „obiektywnej” metody oceny, jednak doskonale wiemy, że wina o wyraźnym owocowym charakterze, świeże i pełne wigoru w przypadku białych, a miękkie i beczkowe w przypadku czerwonych w degustacjach w ciemno mają większe szanse. I niezależnie od wiedzy i doświadczenia, nie zawsze głosujemy na to, co w świetle dnia i pite pojedynczo nam się podobało. Wybierając w krótkim czasie jedynie kilka spośród większej ilości win, ulegamy nierzadko winom bardziej ekspresywnym bądź idziemy na kompromisy, oceniając jedno wino beczkowe, jedno nie, jedno południowe, jedno północne. Idziemy za głosem chwilowej zmysłowej przyjemności bądź nie ufając jej zbytnio, staramy się ją przechytrzyć. Ułamek sekundy decyduje czasem, że postanawiamy odrzucić wino, które skądinąd chętnie byśmy pili codziennie. Gdzieś na końcu wyniki wszystkich degustatorów się uśredniają i w tym można upatrywać niejakiego obiektywizmu. Jednak znane są historie słynnych konkursów, kiedy uczestnicy nie byli ze swoich wyborów zadowoleni. Krytykowane przez wielu Château Pavie 2001 w jednej z londyńskich degustacji wyprzedziło takie bordoskie zamki, jak Margaux, Latour czy Lafleur. Często mówi się, że cenione przez Parkera tzw. bomby owocowe z mocnym ekstraktem i dojrzałymi taninami w ślepych degustacjach wypadają lepiej. Ale sam Parker w niejednym konkursie dał najwyższe noty winom, które w swoich przewodnikach ocenił najniżej. Upokorzenie więc nie omija tutaj nikogo. Wygrywają oczywiście wina dobre, świetne i doskonałe. Nie zawsze jednak wśród przegranych znajdują się wina najgorsze.

Ponad wszelką wątpliwość Alberello, skoncetrowany kupaż Negroamaro i Primitivo, w swojej klasie cenowej pozostaje dla mnie świetne.

Jak miałam się okazję przekonać, otwierając ostatnio do kolacji dwa wina z 2006 rocznika, poszczególne butelki mogą się od siebie różnić. W pierwszej dawały znać o sobie lekko przejrzała jeżyna i nuta utlenionej fermentującej aronii, w tle suszone borówki, na końcu przyprawy: goździki, gałka muszkatołowa, liście laurowe i smużka trufli. I myślę, że taką, ewoluowaną już, butelkę degustowałam podczas Grand Prix Magazynu. Druga miała zdecydowanie świeższy owoc, mniej w niej było utlenienia, więcej słodkiej suszonej śliwki, w tle podobne przyprawy. W obu przypadkach mocną słodycz i południowy ekstrakt tego wina równoważyła odpowiednia kwasowość i ziołowa końcówka. Jest to proste wino, ale o gęstej materii, więc wbrew pozorom potrzebuje tej materii w potrawie. Było niezłe do makaronu z grzybami, ale naprawdę pyszne okazało się do jagnięcego tadżinu z suszonymi śliwkami. Do kupienia w Enotece Polskiej na Długiej 23/25 w Warszawie.

Jakiekolwiek miałyby być wyniki konkursów, pozostaje nam się cieszyć, że mamy swoich codziennych faworytów i odkrycia domowego zacisza.

Magiczne noce Cablanc czyli Bordeaux idzie w gadżety

2 października 2009

wina Cablanc

Wiadomo, że apelacje Bordeaux i Bordeaux Supérieur nie mają łatwo i od lat borykają się z kryzysem. Prawie każdy odwiedzany tam winiarz będzie z bólem podkreślał, że znajduje się na dole bordoskiej piramidy i musi jakoś ze swoją niższością sobie radzić. W zeszłym roku – dzięki silnemu lobbingowi – prawo dopuściło dosypywanie chipsów dębowych podczas fermentacji, i wina, które w ślepej degustacji smakują jak chilijskie merloty, mnożą się na potęgę. Młoda, nowoczesna twarz Bordeaux uśmiecha się do dwudziestolatków, przekonując ich, że wino bordoskie jest osiągalne, przystępne i może dostarczyć codziennej, prostej przyjemności. Hasła i styl stawiają na młodych, dla których wino rodziców jest zbyt  wyrafinowane i za drogie, a zresztą stało się niemodne. Kampania antywinna we Francji się pogłębia, spożycie wina z roku na rok spada na głowę, hasła ze starych (sponsorowanych przez państwo!) plakatów: „Pijcie wino, żyjcie radośnie!” dziś są nie do pomyślenia.

Pijcie wino, żyjcie radośnie

Plakat z 1938

Nie tylko nikt już nie mówi o radości z kieliszka wina, nie wspomina się już nawet o zdrowiu, teraz obowiązuje dyskurs roztrząsający, które wino jest bardziej szkodliwe (podobno białe i z dwojga złego lepiej pić różowe).

W tym powszechnym amoku Jean Daniel Debart z Château Cablanc w St Pey de Castets stworzył program, który u nas dumnie się określa „edukacją dla przyszłości”.  – Nikt by do mnie nie przyjechał dla samego wina – twierdzi – musiałem mieć do zaoferowania coś więcej. To coś więcej to „Sekrety Doliny” – ścieżka zadań, jakie mogą wykonać przyjeżdżające do château razem z rodzicami dzieci. Zadań w jakimś sensie z winem powiązanych. Dzieci dostają zapinaną na biodrach saszetkę z odpowiednim oprzyrządowaniem, rodzice koszyk z prowiantem bio i gra się rozpoczyna. Można wygrać odblaskowy długopis. Program obejmuje także zwiedzanie piwnicy, gdzie np. wkłada się głowę do kadzi fermentacyjnej, w której usłyszymy odtwarzaną z taśmy „konwersację” drożdży, a dalej z piwnicy droga wiedzie do „balowej komnaty pałacu księżniczki” i… „jak będziesz duża, to weźmiesz tutaj ślub”. Dorosłe księżniczki już teraz urządzają w Cablanc wesele. A jak nie chcą wesela, to w towarzystwie swoich księciów mogą wziąć udział w magicznych nocach Cablanc. Przychodzi wtedy prawdziwy magik i z kieszeni pani siedzącej w pierwszym rzędzie wyciąga butelkę wina.

Jean Daniel Debart

Jean Daniel Debart

Jean Daniel Debart to facet pełen dobrej energii i po przejściu Doliny Sekretów i wszystkich innych atrakcji, oczarowana, czekałam na szczęśliwe zakończenie: teraz, myślałam, wina powalą mnie na kolana i będę miała za swoje wyszydzanie enoturystyki. I gdyby szukać w winach wanilii, a nie owocu, koniec podróży należałoby uznać za pozytywny. Mnie nie zdołało jednak olśnić nawet wino o nazwie Revelation wycenione na 20 euro. Śliwka, kawa i słodkie przyprawy w ustach ginęły pod pylastą teksturą drewnianych tanin. Wcześniej wino to nosiło nazwę Inaccessible (Niedostępne) i było zamknięte w gipsowej rzeźbie, do której dołączony był młotek. Cena takiej butelki: 850 euro. Jakoś  się nie sprzedawało.

Rynek, marketing, enoturystyka, magia, gadżety … Naiwnie chcę wierzyć, że żyjemy w świecie, w którym dobre, proste wino ekonomicznie się obroni. A jeśli nawet tak nie jest, to naszym dzieciom najpierw chciałabym opowiadać o świecie, w którym liczy się autentyczna jakość, a nie atrakcyjne opakowanie.

Osobny świat

23 września 2009

mołdawia 2148

Mołdawia na wyobraźniowej mapie Europejczyków w zasadzie nie istnieje. „Gdzie to dokładnie jest?” – można nieraz usłyszeć. Również mołdawskie wina słabo istnieją w świadomości winomanów. W Polsce kojarzą się przede wszystkim z najniższą półką. Wybierałam się więc do Mołdawii z tym większą ciekawością i pytaniem, czy stereotyp ten da się obalić. W końcu na wciśniętym między Ukrainę a Rumunię wąskim pasie lądu uprawia się aż 122 tysiące hektarów winnic, co daje największy w stosunku do powierzchni gruntów areał w Europie. Krajowe spożycie wina również jest spore: rocznie wynosi bowiem 28 litrów na głowę (czyli dziesięć razy więcej niż w Polsce). Na tę liczbę składa się jednak przede wszystkim wino produkowane ze stołowych winogron rosnących w przydomowych ogródkach. Pachnie ono rozkładającymi się truskawkami i nosi piękne imiona: Lidia, Isabella, Suruczena… Ponad 90% wina jakościowego szło zawsze na eksport. Paradoksalnie więc Mołdawia, która produkuje rocznie blisko cztery miliony hektolitrów wina, jest krajem, w którym nie ma winiarskiej kultury.

mołdawia

Wielkie bogate winnice stanowią kontrast dla otaczających je biednych wsi. W mołdawskim krajobrazie Bizancjum miesza się z nędzą, wschodnia depresja z południowym farniente. Ubóstwo jakby przykrywają malownicze barwy chat i cerkwi, wieś jest wiejska jak nigdzie w Europie, pomidory i ogórki należą do najlepszych na świecie, no i jest tam bryndza, doskonała bryndza. Przejeżdżając przez wsie, mija się scenki, które nastrojem przypominają filmy Kusturicy. Chłopcy wyciągają starą ładę z rowu, jakąś para wyleguje się pod drzewem, babuszki sprzedają owoce, dzieci wysiadują na murku, pop odprawia przydrożną mszę. Wino stanowi świat cokolwiek osobny.

mołdawia

mołdawia

mołdawia

Piwnice, jakie zwiedzaliśmy, swoim wystrojem przechodziły najśmielsze sny szalonego architekta. Państwowa Cricova to 100 km wyżłobionych w wapiennej skale korytarzy znajdujących się 60-80 metrów pod ziemią. Składują w niej swoje wina liczni notable min. Vladimir Putin.  Znajduje się tu również kolekcja Hermanna Göringa, niestety listy win nam nie udostępniono. Atrakcją samą w sobie jest jednak wystrój licznych sal degustacyjnych, który mnie skojarzył się z radzieckim science-fiction, natomiast Wojtek Bosak i Mariusz Kapczyński optowali za „Doktorem No” . Oceńcie sami.

mołdawia

cricova

cricova

W czasach Związku Radzieckiego Cricova była dostępna jedynie dla rządowych oficjeli. Dziś po podziemnych korytarzach ciuchcią rodem z wesołego miasteczka może przejechać się  każdy, jeśli tylko zechce uiścić opłatę w wysokości 60 euro.

cricova

z kolekcji hermanna goringa

Z kolekcji Hermanna Goringa

kolekcja vladimira putina

Kolekcja Vladimira Putina

Niewiele przepychem od Cricovej odbiegała Vila Sonic – piwnice winnicy Lion Gri, po których ze swadą oprowadzała nas właścicielka Nelly Sonic.

Nelly Sonic/ photo by Ewa Wieleżyńska

Nelly Sonic/ photo by Ewa Wieleżyńska

vila sonic

Znajdowała się w nich również atrapa mołdawskiej tradycyjnej wsi w skali 1:1.

vila sonic

W Château Vartely obwarowanym zamkowym murem urządzono hotel, gdzie do dyspozycji gości oddano bilardową salę wyposażona w basen, saunę oraz ikonę Matki Boskiej.

Przy tych pokazach mocy wino schodziło jakby na dalszy plan, więcej było rozmów o cyfrach niż o smakach i procesie winifikacji. After all, who cares? Only few professionals – zdarzyło nam się usłyszeć. Jakby wino było przede wszystkim towarem obliczonym na szybki zysk i nie miało żadnych wartości estetycznych czy symbolicznych, choćby w najbardziej prymitywnej, marketingowej postaci: wciąż mało się w Mołdawii myśli o konsekwentnym budowaniu marki. Mołdawskich winiarzy przez lata rozpuścił rynek rosyjski (stanowiący 85% eksportu), który brał wszystko bez względu na jakość. Jednak kiedy w 2006 roku Rosjanie obłożyli zakazem import z Mołdawii, tamtejsze winiarstwo pogrążyło się w kryzysie. Zakaz co prawda rok temu zdjęto, jednak w między czasie rynek rosyjski zorientował się, że za mniejsze pieniądze można sprowadzać wina z Hiszpanii czy z Argentyny. W kryzysie tym jest pewna szansa: Mołdawianie muszą zacząć myśleć o konkurencyjności na innych rynkach.

Ostatniego dnia w kiszyniowskim wine barze Symposium mieliśmy okazję przekonać się, że pojawiły się pierwsze jaskółki. Constantin Stratan, enolog Dionisos Mereni, ruszył z osobistym projektem i winifikuje między innymi 100% Rara Neagra. To endemiczny szczep, dający soczyste, skoncentrowane wina, który do tej pory był używany co najwyżej w kupażach  i stopniowo był wypierany przez międzynarodowe Cabernet Sauvignon czy Merlota.

Niektórzy wciąż spoglądają na Stratana jak na dziwaka, świat wina jednak dziwakami stoi.

Więcej o mołdawskich winach w październikowym numerze Magazynu Wino.

O Mołdawii na swoim blogu pisze również Wojtek Bosak.

Winomowa

6 września 2009

copyright by Ronald Searle

Pleasantly scented, very agreeable

W często przywoływanym monologu z Bezdroży Maya zwierza się Miles’owi: „Lubię myśleć o życiu wina, o winie jako żywym bycie […] Uwielbiam to, że wino wciąż ewoluuje, że za każdym razem, kiedy otwieram butelkę, smakuje ona inaczej, niż gdybym otworzyła ją kiedy indziej. Bo butelka wina rzeczywiście żyje – przez cały czas się zmienia, nabiera złożoności – jak twój ’61 Cheval Blanc – a potem zaczyna się jej powolny, nieunikniony schyłek. No i zajebiście dobrze smakuje! (And it tastes so fucking good!)”.

Wypowiadając to ostatnie zdanie, Maya wydaje się najbardziej prawdziwa. Porzuca antropomorfizacje, popada w rozmarzenie i kończy kulturalną rozmowę. Chce pocałować Miles’a, ten robi jednak unik i idzie zrobić siusiu.

Bezdroża dotykają wielu winnych tematów. Ale również i tego: o co nam pijącym wino chodzi? O zmysłową przyjemność (so fucking good) czy o wypełnienie jej słowem?

Marek Bieńczyk mówi, że w winie chodzi przede wszystkim o słowo. Że w życiu nie idzie o to, by panteistycznie rozpylić siebie w smaku i wyciągnąć się rozkosznie w chwili. Że może kobiety to potrafią. Tylko one słodko rozlewają się po bożym świecie. Ale dla niego wino to przede wszystkim ćwiczenie intelektualne. W felietonie Kolano Andrzeja pisze nawet, że kiedy podobni jemu winomaniacy idą do restauracji, największą ich przyjemnością jest lektura karty win oraz przebywanie we własnym, rozumiejącym się bez słów,  monomaniakalnym gronie. O ile lepiej – pisze dalej – spędzać w restauracji czas ze sobą niż z jakimiś przypadkowymi członkami rodziny, typu brat czy żona.

Dla braci i żon nie rozumiejących języka winomaniaków Ronald Searle opublikował w 1983 roku książkę: The Illustrated Winespeak. Ronald’s Searle Wicked World of Winetasting. Z wrodzoną sobie skłonnością do dostrzegania komizmu w ludzkich zachowaniach rysunkami spointował kalki degustacyjnego żargonu. Książkę Searle’a można również czytać jako ilustrowany podręcznik popularnych winiarskich sformułowań.

copyright by Ronald Searle

Coarse but generous

copyright by Ronald Searle

Full bodied, with great character

copyright by Ronald Searle

Lacks subtlety

copyright by Ronald Searle

Unpretentious

Winespeak powstała w okresie, kiedy język winiarskiej krytyki efektywnie się przekształcał. Kwieciste metafory opisujące wino w kategoriach płci czy klasy zaczęły być zastępowane konkretnymi określeniami aromatów: do języka winiarskiego po raz pierwszy weszły specyficzne nazwy owoców i warzyw. Duże zasługi położył w tym względzie Emile Peynaud swoją wydaną w 1980 roku książką Le Goût du Vin, która jako pierwsza dostarczyła degustatorom szczegółowych terminów technicznych. Odległe porównania wydawały się również zbyt hermetyczne dr Ann Noble z uniwersytetu UC Davis w Sacramento, która w 1984 roku opracowała słynne Aroma Wheel – koło pojawiających się najczęściej w winie aromatów. Tym samym chciała uczynić język winiarski bardziej komunikatywnym i dostępnym dla szerokiej rzeszy konsumentów, a nie tylko dla happy few, dzierżących klucze metafor.

Dziś w winiarskim leksykonie mamy do dyspozycji zarówno określenia aromatów, jak antropomorfizujące przymiotniki. Jedne i drugie są przydatne. Jedne i drugie bywają śmieszne. Peynaud był zdania, że czasem trochę fantazji nie zaszkodzi, jednak generalna rada jest taka, żeby nie przesadzić. Nie każde wino zniesie przesadzone opisy i nie każda publiczność zniesie absurd. W oparach absurdu, jakże przyjemnego, często tarzamy się my – winomaniacy.

Ja jednak inaczej niż Marek Bieńczyk, pewnie banalnie i wcale nie winomaniakalnie, może cholera – jakby chcieli specjaliści od genderu – jakoś kobieco widzę przyjemność w piciu wina. Czy ma być ona zmysłowa czy słowna, największa jest dla mnie wtedy, gdy się winem dzielę.  Dlatego wolę iść do restauracji z mężem czy z siostrą niż sama.

Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę wybaczyć filmowemu Miles’owi, że wypił swoje Cheval Blanc samotnie pod stołem lokalnego Fast Foodu. W dodatku w styropianowym kubku i wcinając przy tym hamburgera, zamiast – ach tak, wstrzymałyśmy oddech z przyjaciółką – pensjonarsko i naiwnie myślałyśmy, że jedzie z nim do Mayi.

Konfrontacja z mitem

2 września 2009

Chateau de PibarnonZawsze chciałam wypić Château de Pibarnon. Może w dobrym towarzystwie wstyd tak mówić, bo w końcu to klasyka, wszyscy to uznane Bandol pili już po kilka razy, ba, zdążyli nawet porównać roczniki. Ja jednak Château de Pibarnon nigdy nie piłam, jakoś się nie składało, chociaż w Bandol spędzałam wielokrotnie wakacje. Głównie jednak w czasach, kiedy szczyty moich marzeń smakowych stanowiły lody kokosowe i naleśniki z nutellą. Przez długie lata Bandol było w mojej głowie synonimem kolorowego kapitalizmu oferującego nieosiągalne w Polsce jarmarczne przyjemności.

Na początku ubiegłego stulecia był to ulubiony kurort pisarzy. Przyjeżdżali tu Tomasz Mann, Aldous Huxley, D. H. Lawrence i Katherine Mansfield, która ufała, że śródziemnomorskie powietrze wyleczy ją z gruźlicy. Dziś miejscowość zachowała niewiele z literackiego uroku, w sezonie zamienia się w turystyczną dżunglę, w której nie tylko nie mają czego szukać artyści, ale również miłośnicy wina. W miasteczku pije się przede wszystkim hektolitry różowego Côtes de Provence i jakby nikt tutaj nie pamięta, że Bandol to jedyna miejscowość Lazurowego Wybrzeża, która ma własną apelację. Inna sprawa, że tutejsze mourvèdre daje gęste czerwone wina, które lepiej nadają się na zimowe wieczory niż na upalną kanikułę.

u GaussenaMoje odkrycie czerwonych Bandol zaczęło się od spotkania z Jean-Pierre’em Gaussenem. Uśmiechnięty, prostolinijny, ze spracowanymi rękami stanowił kontrast do pań w perłach sprzedających wina w turystycznie nastawionych winnicach. Był to szczęśliwy czas, kiedy nie robiłam notek degustacyjnych, ale zapamiętałam jego wina jako ciemne skondensowane o aromatach czarnych dojrzałych owoców, podbudowanych zwierzęcymi, rustykalnymi nutami. Funky and chunky – jak pisała o bandolskiej apelacji Jancis Robinson – wina Gaussena wyznaczyły dla mnie kanon Bandol jako win słonecznych, po które chętnie sięgamy w rodzimą pluchę. I właśnie zamkniętego w butelce słońca spodziewałam się, kupując pod koniec wakacji na paryskim lotnisku czerwone Château de Pibarnon 2004 w okazyjnej cenie 25 euro.  (W warszawskim Vinariusie rocznik 2003 kosztuje 179 zł.)

Wino zaskoczyło mnie swoim kolorem – przejrzystym, jasnorubinowym, lekko już wpadającym w karmazyn. Miało bardzo finezyjny bukiet – przestrzenny, szeroki, bogaty. Czuć w nim było jeżyny, czereśnie, jagody, ale też nieco smoły, lukrecji, lawendy i prowansalskich ziół: tymianku, rozmarynu. W ustach było niespodziewanie lekkie jak na mourvèdre – którego jest tu 90%, pozostałe 10% to grenache – miało jedwabną fakturę, miękkie, ułożone taniny, niespotykaną jak na Bandol mineralność i miałoby pewnie soczystość, gdyby nie niknęła pod gryzącym pazurem alkoholu (14%). I to niestety alkohol dawał głównie znać o słońcu, gdyż owocu było w smaku zdecydowanie mniej niż bukiecie – jakby uszedł, pozostawiając jedynie ziołowość i zbyt wątłe w stosunku do alkoholu ciało.  Nie pomógł na to ani czas w kieliszkach, ani jagnięcina.

Źle się czuję pisząc nienajlepiej o tej butelce, bo w końcu Pibarnon jest zwane Pétrusem Bandol (obydwie winnice położone są na niebieskich marglach), a co więcej, wiele sobie po tym winie obiecywałam. Rocznik 2004 został oceniony przez Gault Millaut i La Revue du Vin de France na 18/20 punktów, ale już Bettane&Desseauve oceniają go tylko na 15,5 punktu. Potencjał temu winu przypisują jednak bardzo duży – piszą, że należy je pić między rokiem 2009 a 2015. Niektórzy piszą, że teraz wino jest u szczytu. Ale w moim winie owocu już nie było, nie było też przysłowiowej dla Pibarnon harmonii – alkohol zbyt mocno się wybijał. Może to problem tej konkretnej butelki, a może niska cena znajduje tutaj swoją motywację.

Chateau de Pibarnon różoweZdecydowanie lepiej, w swoje klasie, wypadło różowe Château de Pibarnon 2008 (17 euro na lotnisku de Gaulle’a) – w kolorze jasnego łososia, z mgiełką owocu w nosie: nutach brzoskwini, moreli, truskawki, kandyzowanej skórki od cytryny i mocniejszymi aromatami ziół oraz oliwek. Wino wyciszone, eleganckie, subtelne, jednak o potężnej jak na rosé strukturze i wyczuwalnych w gorzkawej końcówce taninach.

Oczywiście nie jest tak, żebym za sprawą jednej butelki lekką ręką pożegnała się z mitem. Z pewnością sięgnę po następne czerwone Pibarnon. Może jednak nie trzeba go kupować na lotnisku, podobnie jak do Bandol nie trzeba jeździć w lecie.

winnica Gaussena

Moja magdalenka tygodnia

12 sierpnia 2009

La Begou

Zaobserwowałam ciekawe zjawisko. Łatwiej przychodzi nam się pogodzić z tym, że komuś nie spodobała się książka, którą lubimy. Albo film, płyta, obraz… Trudniej natomiast przyjmujemy fakt, że ktoś ma odmienną opinię na temat wina. Być może wytłumaczenie jest proste. Film – dajmy na to –  jaki jest, każdy widzi. Łatwo rozebrać go na części pierwsze i zanalizować. Jeśli nawet nasza interpretacja jest inna, wrażenia wzrokowe są te same. Co do smaku i aromatu nigdy nie jesteśmy pewni, czy towarzysz przy stole odbiera te same doznania. Więc jeśli zgadzamy się w ocenie, a przede wszystkim w opisie, jesteśmy szczęśliwi. Utwierdza nas to w przekonaniu, że nasze zmysły nas nie zwodzą, że nasz sąd ma wartość nie tylko dla nas samych i że mówienie o winie ma sens.  Jeśli się nie zgadzamy, to i tak nie chcemy przystać na subiektywność wrażeń, i łatwiej niż w innych wypadkach popadamy w pułapkę kwestionowania naszej bądź cudzej władzy sądzenia.

Smak w końcu to kwestia bardziej osobista niż intelektualne poglądy. Krytykę wina, które cenimy, odczuwamy jako krytykę własnej osobowości.

Wojtek ostro zareplikował, gdy uznałam, że Chignin Bergeron 2006 z Domaine Berlioz, o którym pisałam wcześniej, może rzeczywiście pasowałoby do homara. Philippe natomiast wydawał się zmartwiony, gdy powiedziałam mu, że to wino wydaje mi się ciut za słodkie. I nie pocieszył go fakt, że La Bégou 2006 od Maxima Magnon było dla mnie olśnieniem. Bo on to wino lubi, owszem, ale przy Berliozie wydaje mu się „rozgadane”.  Cóż, do mnie wielowarstwowość  i złożoność tego Grenache Gris przemówiła. Fakt, jest to wino paradoksalne, wino przeciwieństw.  Z potężnym ciałem, lecz bez oleistości. Fakturę ma lekko chropawą, jerseyową, a jednocześnie jest soczyste: jak twarde winogrono, które po przegryzieniu się rozpływa. Słono – słodkie, z lekką goryczką i orzeźwiającą cytrusową końcówką. Nafta w bukiecie przywodzi na myśl stare Rieslingi. Jest tu jeszcze pigwa, mirabelki, odrobina szafranu i kwiatów. Opisywać kolejne niuanse faktycznie można by bez końca. Wino to jednak przede wszystkim odwołało się do jakiegoś atawizmu we mnie. Czy zdarzało Wam się w dzieciństwie ssać pestkę od wiśni albo mirabelki? Z próżna nadzieją, że zatrzymacie smak owocu w ustach… La Begóu trwa bardzo długo. Jest zrealizowanym marzeniem o mirabelce bez potrzeby napychania brzucha. Odnalazłam swoją magdalenkę. Wy na pewno macie swoje. Life is good.

Wino bez "ę" i "ą"

11 sierpnia 2009

Chignin Bergeron G. Berlioz

Phillippe de Givenchy sprzedając swoje wina, rzadko bawi się w opisywanie ich smaków i aromatów. Mówi: „To jest wino powietrzne” albo „blisko ziemi”. Czasem stwierdza po prostu:  „bardzo piękne wino” lub obdarza butelki ulubionym przymiotnikiem: depouillé, który nie tak łatwo przełożyć na polski. Tłumacząc dosłownie znaczy to tyle, co ogołocone. Słownik Petit Robert mówi nam, że un vin depouillé – to wino pozbawione zmętnień, przejrzyste; słownik leksyki winiarskiej dodaje, że często określa się w ten sposób wino stare, pozbawione materii, rozwodnione. Z pewnością żadnego z tych znaczeń nie ma na myśli Philippe, gdy mówi o Chignin Bergeron Domaine G. Berlioz 2006.

Odwołuje się raczej do zastosowania, jakie słowo depouillé znajduje w opisie wyzbytego ornamentów stylu literackiego. Wino depouillé, jak to rozumiem, jest proste i bezpretensjonalne, sans chichi et niania – jak głosi inna etykieta obecna  w La Cave – czyli krótko mówiąc: bez „ę” i „ą”. Chignin Bergeron od Berlioza to niewątpliwie wino pełne, czyste, które uderza raczej intensywnością aromatu niż jego wielowarstwowością i wyczuwalną już w nosie słodyczą. Główne nuty to owoce tropikalne i szczypta azjatyckich przypraw. Gilles Berlioz ma ponoć najniższe zbiory w Sabaudii (40 hl/ha) i zbiera winogrona późno, stąd wysoki cukier i duża koncentracja.

Degustowaliśmy Chignin Bergeron 2006 podczas panelu w Magazynie i jak słusznie spostrzegł mój redakcyjny kolega Wojtek Bońkowski, zważywszy na jego pochodzenie z chłodnego, bądź co bądź, górskiego klimatu i szczep roussanne, który zwykle charakteryzuje się wysoką kwasowością, wino to zaskakuje słodyczą. Choć niewątpliwie jest ona równoważona mineralnością i pikantnym finiszem.  Jednak kadmowa żółć, słodki bukiet, miękka faktura, kremowa wręcz konsystencja i ogólna krągłość tego wina każą mi myśleć o barokowych kształtach Rubensa. Czy Rubens w swym przepychu był depouillé? W pewnym sensie, rzecz jasna, był. Proponował czystą, pozbawioną zahamowań – fakt – chwilami przytłaczającą zmysłowość. I być może w tym kontekście trzeba umiejscowić wino Berlioza, które ma w sobie coś z gorącego uścisku. W sam raz na dobry początek wieczoru. Gdybyśmy jednak chcieli je podać do kolacji, nie poszłoby już tak gładko. Zabrałam niewypitą na panelu resztkę do domu. Wypiliśmy ją z E. do risotto z kurkami. Ze smakiem. Bez ekstazy. Rubensowska słodycz przytłoczyła wszystko. Jednak rozmarzyłam się. A gdybym tak zrobiła tuńczyka z cebulowo-mangowym chutneyem. Albo krewetki w czerwonym curry… I tarte tatin na deser albo po prostu szarlotkę… Philippe mówi, że to wino świetne do homara. Takiego prawdziwego. Bretońskiego. Świeżego. Gdybyście znaleźli takiego nad Wisłą, koniecznie mnie zaproście. Przyjdę z Berliozem.