Co nowego na rynku? Winemates, Brix65 i Vive le Vin

W ubiegłym tygodniu trzech małych importerów: Brix 65, Vive le Vin i Winemates na rogu Pięknej i Mokotowskiej w przeszklonym barze – który swoim designem wpisałby się i w Nowy York, i w Londyn, i w Berlin, i który już raz zdążył zmienić nazwę z The Corner na The Lounge (a pewnie w przyszłości jeszcze nie raz zmieni) – zorganizowało wspólną degustację, prezentując nowe wina ze swojej oferty. Wina zabierające już lekko zdenerwowanego degustatora (degustacja się opóźniła, bo w The Lounge serial kręcili) w zgoła odmienne klimaty niż pozbawione tożsamości wnętrza sprawiające wrażenie wiecznej poczekalni na lepsze czasy.

Winemates, czyli Marcin Soćko, Łukasz Hryniewski i Łukasz Czajkowski. Fot. Jacek Taranko/winoioliwa.com

Wszyscy trzej importerzy mają podobną filozofię: wyszukują wina autentyczne od małych producentów, często z upraw ekologicznych i biodynamicznych, ale przede wszystkim wyszukują wina dobre. Nie było wina na tej degustacji, które by mi się nie podobało, włączając w to malbeki, których – zdawało mi się – programowo nie cierpię. Piękne i pełne charakteru były malbeki od Manos Negras, które sprowadza Vive le Vin. Zupełnie nie ulizane, nawet szorstkie, bardziej ziemiste niż owocowe, pachnące ziołami i kwiatami. Zaskakujący był torrontés z tej samej winiarni, zbliżony w swojej tłustości i naftowych aromatach do rieslinga.

Genialny malbec z oferty Artura Zarzyckiego/Vive le Vin

Wspaniałe były wina od Brix65, poczynając od dojrzałego, lecz strzelistego, owocowo-słonego Rieslinga Liebenberg z Hesji Nadreńskiej od Steinmühle, przez subtelne wina Alexandra Koppitscha z Burgenlandu, aż po wina z RPA: genialny kupaż Saboteur z winiarni Luddite i esencjonalny, intensywny Pinotage ze Spice Route, szybujący ponad zwykłe możliwości odmiany wysoko.

Winemates przedstawili bardzo ciekawe, tryskające owocem barbery d’Asti od ultratradycyjnego producenta: L’Armangia oraz przepyszne rosso i brunello di Montalcino z winiarni Tiezzi – długie, naprężone, eleganckie.  Wina Brix 65 i Vive le Vin można kupić w Alewino w Warszawie (Mokotowska 48), Brix 65 sprzedaje też swoje butelki w Winnym Garażu (Mazowiecka 8, Dobiesz, między Piasecznem a Górą Kalwarią); a oferta Winemates dostępna jest na Bielanach przy Alei Reymonta 12, wybrane butelki można również dostać we wspomnianym The Lounge. Jednak wszyscy trzej importerzy przede wszystkim nastawiają się na współpracę z restauracjami. Ich oferta niewątpliwie może uatrakcyjnić restauracyjne karty. Brix 65 i Vive le Vin mają jedne z najciekawszych nowoświatowych win na rynku. Winemates sprowadzają wina europejskie i koncentrują się na Włoszech, a zwłaszcza Toskanii i Piemoncie.

Wojciech Henszel z Brix65

Opublikowano polski rynek, sklepy winiarskie | Otagowano , , | 2 komentarzy

Koniec sporu o Cannubi?

 


Cannubi na mapie Alessandro Masnaghettiego

Trzeciego października 2013 roku dekretem Sądu Najwyższego w Rzymie formalnie zakończył się wieloletni spór o jedno z najbardziej cenionych siedlisk w Barolo, jakim jest Cannubi. Przynajmniej zakończył się we Włoszech; niezadowoleni z postanowienia mogą jeszcze odwoływać się do Trybunału Europejskiego. O sporze tym pisałam wcześniej w felietonowym tonie w numerze 4/2013 Magazynu Wino, lecz niezmiennie znajduję go interesującym, gdyż pokazuje on jak na dłoni, że modne dziś w Piemoncie pojęcie cru niekoniecznie pokrywa się z książkową definicją. Definicja ta z grubsza mówi, że cru to fragment terenu, homogeniczny pod względem składu gleby i mikroklimatu, który przekazuje winom pewne specyficzne cechy, jakie wyróżniają je sposród innych. Zanim jednak przejdę do komentarza, zrelacjonuję „po bożemu” historię samej kłótni.

Fakty

* Cannubi to legendarne wzgórze położone w gminie Barolo. Nazwa Cannubi widnieje na najstarszej zachowanej butelce pochodzącej z tego regionu i była używana, zanim jeszcze markiza Falletti wymyśliła nazwę: Barolo. Najstarsza butelka sygnowana Cannubi pochodzi z 1752 roku.

*  W połowie lat 1990. władze apelacji zaczęły się interesować nazwami poszczególnych winnic, z których powstaje barolo i gromadzić dokumenty dotyczące ich historii. Już wtedy wielu producentów posiadających parcele w Cannubi dostarczyło świadectwa mówiące o tym, że część winnic znajdujących się na krańcach wzgórza zapisała się w tradycji oddzielnymi nazwami. Były to: Muscatel, San Lorenzo, Valletta i Boschis (dawniej Monghisolfo).

*  Kiedy w 2010 roku Consorzio di Tutela, mające pod swoją kuratelą apelacje Barolo, Barbaresco, Roero, Alba i Langhe opracowywało oficjalną mapę crus, zwanych po włosku menzioni geografiche aggiuntive ufficiali, decyzję wyznaczania granic poszczególnych winnic pozostawiono gminom. Gmina Barolo głosami większości zdecydowała, że nazwa Cannubi odnosi się jedynie do 15 ha położonych w centralnej części wzgórza, pozostałe zaś jego części zyskały na mapie podwójne oznaczenie: Cannubi Muscatel, Cannubi San Lorenzo, Cannubi Valletta i Cannubi Boschis.

* Decyzja ta została podważona przez Marchesi di Barolo, którzy broniąc poglądu, że podział wzgórza na odrębne części jest nieuzasadniony, odwołali się do Comitato Nazionale Vini. Komitet ten powierzył rozstrzygnięcie konfliktu Consorzio di Tutela, któremu już wtedy przewodniczył Pietro Ratti. W głosowaniu, gdzie większość radnych wstrzymała się od głosu, a tylko dwóch było przeciw używaniu nazwy Cannubi dla całości wzgórza, wypracowano kompromis, w efekcie którego Ministerstwo Rolnictwa wydało przepis mówiący, że wina pochodzące z parcel znajdujących się poza centralną partią wzgórza, można sygnować albo jako Cannubi Cośtamcośtam, albo po prostu Cannubi. Wybór pozostawiono winiarzowi.

* Dekret ten został zaskarżony w Najwyższym Sądzie Administracyjnym przez grupę 11 producentów, do których należeli m.in. Mascarello, Brezza, Damilano, Scarzello, Einaudi, Sandrone… Sąd Administracyjny odwołał postanowienie Ministerstwa Rolnictwa, orzekając, że jedynie wina z 15 centralnych hektarów, mogą być sygnowane Cannubi, reszta obowiązkowo musi nosić nazwę podwójną.

* Ministerstwo Rolnictwa odwołało się do Sądu Najwyższego w Rzymie, który, jak było wspomniane na początku tego tekstu, 3 października 2013 roku na powrót postanowił, że wina ze wszystkich 34 ha wzgórza mogą nosić nazwę Cannubi.

Historyczne butelki w piwnicy Marchesi di Barolo

Kulisy faktów

Człowiekiem, któremu niewątpliwe najbardziej zależało na utrzymaniu nazwy Cannubi na etykietach swoich win był Ernesto Abbona, właściciel Marchesi di Barolo, którego pradziadowie robili barolo w tym mitycznym miejscu jeszcze u progu XX w. Do sporu może by nie doszło, gdyby nie fakt, że Ernesto Abbona rozstał się ze swoim wspólnikiem Piero Scarzello, który posiadał parcele w centralnym Cannubi. Po rozłamie, jaki nastąpił w firmie zostały one wydzierżawione Damilano, a w posiadaniu Marchesi di Barolo ostały się jedynie parcele w winnicy Muscatel, skądinąd przez wszystkich zgodnie uważanej za jedną z najlepszych na całym wzgórzu. Ma ona przeważającą ekspozycję południową: prawdopodobnie było to kiedyś miejsce przeznaczone na potrzebujące dużo słońca grona moscatello i stąd się wzięła nazwa.

 

Maria Teresa Mascarello w domu

Maria Teresa Mascarello, która jest ostatecznym werdyktem wielce rozsierdzona, podkreśla, że Muscatel jest winnicą tak wspaniałą, że nie rozumie, dlaczego Marchesi di Barolo nie skoncentrują się na jej promocji; tak jak zrobił to Luciano Sandrone w przypadku Cannubi Boschis. Ernesto Abbona ma jednak inny pomysł na biznes, a nazwę Muscatel odrzuca między innymi dlatego, iż w jego przekonaniu może być ona myląca dla kosumenta, który będzie się po niej spodziewał słodkiego wina białego.

Dużo istotniejsze jednak jest to, że Abbona przedstawił w Sądzie Najwyższym wystarczająco dużo historycznych dokumentów świadczących o tym, że i w przeszłości uzus nazwy Cannubi bywał rozciągany na całość wzgórza. Nie wiemy, skąd dokładnie pochodziły wina sygnowane Cannubi za czasów markizy Falletti. Możemy domniemywać, że pochodziły przede wszystkim z wyższych partii i tych o południowej ekspozycji, bo gdzie indziej winogrona nie miały szans osiągnąć pełnej dojrzałości. Dolna część wzgórza, gdzie dziś dojrzewa nebbiolo, przeznaczona była na uprawę kukurydzy i sady brzoskwiniowe. Warto bowiem podkreślić, że nawet ścisłe 15 hektarów, których tożsamości nikt nie podważa, ma bardzo zróżnicowaną ekspozycję, w efekcie inny mikroklimat i trudno tu mówić o homogeniczności.  O co więc toczy się ta walka? Jedni i drudzy powiadają, że o prawdę. Jaka to jednak jest prawda? Prawda ziemi, prawda terroir – jak przedstawia to większość dziennikarzy, którzy w zasadzie jak jeden mąż opowiadają się po stronie jedenastki?

Spór o uniwersalia…

Cannubi widziane z góry

Nikt nie zbadał parcela po parceli gleby na wzgórzu Cannubi. Jedynymi, którzy podjęli się tego zadania byli bracia Ceretto, którzy zaangażowali do analizy terenu w swojej winnicy położonej w San Lorenzo Claude’a Bourgignon. Uświęcona tradycją delimitacja winnic jest w pewnym stopniu czysto uznaniowa – wynika ona z praktyki rolniczej i ukształtowania terenu, ale jest też pochodną struktury własności (Boschis chociażby wzięło swoją nazwę od nazwiska rodziny, która tę winnicę posiadała, San Lorenzo to nazwa kościoła, jaki stanął w tej części wzgórza w XIX w.).

Kłótnia o Cannubi nie jest walką o zachowanie jednorodności siedliska, wojną w obronie konkretnej rzeczywistości terroir, jest scholastycznym sporem o nazwę i jej desygnat. A desygnat nie jest wcale łatwy do ustalenia. Większość ludzi ze starszego pokolenia mówi, że Cannubi storico rozciągało się jedynie po środku wzgórza „od cmentarza po lasek laskowy” , ale już na początku XX w. , o czym świadczą gazety z tamtego okresu, nazwa Cannubi odnosiła się w mowie potocznej do całości wzgórza. Renato Ratti, jeden z pierwszych promotorów idei cru w latach 1970. (barolo tradycyjnie było kupażem różnych winnic) całość Cannubi definiował jako „historyczną strefę winiarską powołaną do tworzenia tradycyjnych win”, a poszczególnym podstrefom, czy lieux-dits, jakbyśmy powiedzieli po francusku, dodał na rozrysowanej przez siebie mapie prefiks Cannubi. Dlatego na przykład Gigi Brozzoni, dziennikarz pracujacy dla przewodnika Veronelliego oburza się, gdy prasa pisze, że Marchesi di Barolo chcą Cannubi rozszerzyć, gdyż „szersze rozumienie” Cannubi zapisało się w historii Barolo, odkąd nabrały znaczenia wina z pojedynczych winnic. G.B. Burlotto od lat robi swoje Cannubi w podstrefie Valletta; Cannubio Francesco Rinaldiego pochodzi z Cannubi Boschis.

Inną kwestią jest to, na ile Cannubi, dosyć w końcu duże, bo 34-hektarowe, daje wina jednorodne stylistycznie. Ale czy przy tak różnych stylach winifikacji, jakie są udziałem Barolo, jednolitość cru nie jest w dużej mierze mitem? Ideą, w którą lubimy wierzyć, bo porządkuje rzeczywistość, a przede wszystkim  utrzymuje nas w poczuciu, że pijąc wino, wsysamy się w smak ziemi? Trudno o bardziej krańcowy koncept zmysłowego zespolenia ze światem, dlatego tak mocno działa on na wyobraźnię.

… czy waśń o miedzę?

Ernesto i Anna Abbona

Można też spojrzeć na spór o Cannubi w sposób prozaiczny i sprowadzić go do wiejskiej waśni o międzę. Plotkuje się dużo o tym, że to utarczki frakcji lewicowej z prawicową, które wynikają z odwiecznych animozji między rodzinami, a także z zazdrości. Rodzina Abbona nie ma żadnych arystokratycznych korzeni; zdarzyło się, że ich przodek pracował dla markizy Falletti, a kolejny wykupił w 1929 roku historyczną piwnicę należącą po śmierci bogobojnej markizy do organizacji charytatywnej Opera Pia. Kupił też prawo do wykorzystywania na etykiecie obrazu zamku Fallettich, który jest ikoną Barolo. Dziś Marchesi di Barolo, mają nie tylko legendarną piwnicę, z której rozciąga się najlepszy we wsi widok na zamek, na tle którego chętnie się fotografują (co jest im głupio wypominane, podobnie jak sama nazwa winiarni, bo markizami, jak się mówi, nie są), ale są również jednymi z największych potentatów w regionie.

Jakkolwiek na ten spór nie spojrzymy, ujawnia on wyraźnie, że cru jest pewną umową społeczną, bardziej lub mniej udaną, która bierze pod uwagę tak obiektywne kryteria geograficzne i klimatyczne, jak tradycję ustną, wreszcie partykularne interesy. Niedobrze, gdy biznes jest czynnikiem decydującym, a właśnie kierowanie się chęcią zysku zarzucano Ernesto Abbonie. Ja sądzę, że w tym wypadku motywacje były bardziej złożone, a roszczenia nie były całkiem bezpodstawne. Przeciwnicy „szerokiej definicji” Cannubi twierdzą też, że dla konsumenta nazwa ta stanie się teraz myląca. Myślę, że jest dokładnie na odwrót. Konsument nie ma pojęcia o niesnaskach, a większa widzialność etykiet na rynku wzmaga popularność siedliska. Cannubi na etykiecie powinno być przede wszystkim zobowiązaniem do wysokiej jakości, a tę można znaleźć we wszystkich lieux-dits, choć nie każda parcela – także w Cannubi storico – daje wina równie wybitne. Dlatego też Alessandro Masnaghetti w swojej klasyfikacji winnic przyznał Cannubi tylko trzy gwiazdki na pięć możliwych. Siła Cannubi, jak wielu światowych cru, chociażby Clos Vougeot, tkwi w jego symbolicznym znaczeniu. Pijąc Cannubi, pijemy w końcu wino, z którego zrodziło się barolo.

 

Greenawayowska wizja Cannubi w obiektywie Olafa Kuziemki

Opublikowano Barolo, Piemont | Otagowano , , , | 6 komentarzy

La Conseillante: dyskretny urok pomerola

Fiolet - to barwa mocno akcentowana w komunikacji La Conseillante. Ma symbolizować fiołki, które można wyczuć w bukiecie tego pomerola.

Od pewnego dżentelmena, który chciał obudzić we mnie marzenia, dostałam album zatytułowany „Na pokładzie mitycznych pociągów. Od Orient-Expressu do Złotego Orła”. Można sobie tak pojechać z Moskwy do Pekinu chociażby. Niby à l’ancienne. Ale szybciej i sprawniej. Z wodą bieżącą, a nawet jacuzzi. Ściskając w ręku, nie kamyk, lecz  iPhone, patrzeć jak wszystko zostaje na fejsie. Tam Syberia, Mongolia, pusto i dziko, a my tu w piano barze popijamy szampana. Medresy, minarety, oazy, pustynie; niegdysiejszy szlak jedwabny podziwiamy z perspektywy jedwabnej pościeli. Ma to swój dyskretny urok z pewnością, choć świat pozostaje za szybą: piękny i niemy.

Podobne wrażenia mam ostatnio, gdy piję bordoską ekstraklasę. To bywa przyjemnym doświadczeniem, lecz zawsze jest bardziej spektaklem  (ho, ho, co my tu mamy za wino!) niż rzeczywistym przeżyciem. Kiedy biorę pierwszy łyk wina, którego ceny dawno poszybowały w górę tak, że znam je głównie z relacji pisanych, przypomina mi się to, co zapisał Gombrowicz, gdy po raz pierwszy przybył „do bram słonecznej Italii”,  opisanej ad nauseam, przez licznych jego poprzedników: Uroczysta chwilo! W tym uroczystym momencie wjazdu do krainy włoskiej skupiłem się duchem, by wycisnąć z siebie, choć szczyptę głębszej myśli, lecz właściwie nic nie zdołałem wycisnąć!

W uroczystym momencie miałam okazję uczestniczyć w ubiegły czwartek dzięki firmie Wealth Solutions, specjalizującej się w inwestycjach alternatywnych, która w warszawskim hotelu Le Regina urządziła elegancką kolację. Gościem specjalnym wieczoru był Jean-Michel Laporte, enolog i dyrektor zarządzający w coraz bardziej renomowanej pomerolskiej posiadłości La Conseillante, która sąsiaduje z tak legendarnymi zamkami jak Évangile, Pétrus, Vieux Château Certan czy Cheval Blanc.

Miękkie światło La Rôtisserie, kocie ruchy sommeliera, rozpływające się w ustach dania, potoczyste konwersacje, a w kieliszkach trzy roczniki La Conseillante – wina uchodzącego za archetyp prawobrzeżnej aksamitności – to wszystko było bardzo przyjemne, choć, jak mawiają Anglosasi, trudno o tym listy pisać. Przyjemna była sama rozmowa z Jean-Michelem Laportem. Człowiekiem dyskretnym, skromnym, rzeczowym, pozbawionym snobizmu i zbędnych póz, który La Conseillante kieruje od 2004 roku i wszyscy zgodnie twierdzą, że od tego czasu jakość win, która w latach 1990. była nieregularna, zaczęła wzrastać. Ale lubiący się usuwać w cień  Laporte twierdzi, że to nie tylko jego zasługa. W 2003 roku nowe pokolenie rodziny Nicolas przejęło zarządzanie zamkiem, który (co należy do rzadkości w Bordeaux) od 1871 roku jest niezmiennie w jej rękach. To Bertrand i Jean-Valmy Nicolas zaczęli wprowadzać zmiany. Tak techniczne, jak marketingowe. Nie, nie było rewolucji, gdy idzie o winifikację. Delikatny tuning. Przede wszystkim uważniejsze zbiory, z bardziej precyzyjnie wyznaczoną datą i mniejsza wydajność z hektara. Opóźniliśmy przede wszystkim datę zbiorów cabernet franc, które teraz następują kilka dni po ukończeniu zbiorów merlota, a kiedyś odbywały się zaraz po. Nie, wprowadzenie drugiego wina Duo de Conseillante w 2007 roku nie miało na celu większej koncentracji wina pierwszego, bo wcześniej wino niewykorzystane w końcowym asamblażu sprzedawane było luzem; owszem, krytyka tak pisała, ale się myliła; prawdziwym powodem wprowadzenia drugiego wina było to, że zasadziliśmy nowe winnice. Tak, Michel Rolland doradza od zeszłego roku. Boissenot, którzy głównie pracują na Lewym Brzegu, nie mieli czasu, a nasz konsultant poszedł na emeryturę. Ale, broń boże, nie chcemy zmieniać stylu win. Styl ma pozostać tradycyjny. Owszem zastąpiliśmy stal nierdzewną kadziami betonowymi, ale nie wpłynie to na smak wina. Kadzie betonowe mają znaczenie praktyczne: są kwadratowe, więc zajmują mniej miejsca, oraz znaczenie estetyczne i  marketingowe: mają budować wizerunek posiadłości przywiązanej do tradycji; dziś wszyscy przerzucają się na beton: Pétrus, Évangile… Najważniejsze jednak jest to, że z 9 kadzi przeszliśmy na 22, co pozwala nasze 12 ha winifikować parcela po parceli, umożliwia nam to większą precyzję, a w efekcie doskonalszy kupaż.

 

Jean-Michel Laporte

Że wina są coraz doskonalsze, pokazywała degustacja trzech roczników: 1998 winifikowanego jeszcze przez członków rodziny -  bez pomocy enologa; 2001, w którym powstały już wina winemakera i 2005, który był pierwszym wielkim rocznikiem Laporte’a. To z pewnością była ilustracja trzech różnych roczników. Ale była to też ilustracja zmieniającego się stylu w Bordeaux. Pierwsze wino, najbardziej gotowe do picia, zdradzało dosyć liberalne podejście do selekcji owoców i daty zbiorów: sporo w nim było zieloności, nut miętowych, liściastych, pieprznych, prawdopodobnie pochodzących z nie do końca dojrzałego cabernet franc; pałętała się też delikatna nutka stajenna, która enolog określił ziemistą. 2001 nie miało już cienia zieloności: było tłuste, kremowe, gęste, pełne słodkiego owocu. To był rocznik, który stanowił dla Laporte’a punkt odniesienia, gdy przyszedł do La Conseillante. Chciał robić wina podobnie miękkie, soczyste, o gładkiej fakturze i aksamitnych taninach. Wina atrakcyjne i eleganckie zarazem. Z pewnością mu się to udało, choć w roczniku 2005 jest jeszcze więcej owocu, koncentracji, materii, ogólnej obfitości. Choć jest to obfitość, jak mówi sam Laporte, kontrolowana; pod sutymi fałdami aksamitu, mamy bordoski twardy kręgosłup.  To wino jeszcze długo poleży.

Jak się udały inne wielkie roczniki w La Conseillante, będą mogli przekonać się ci, którzy zakupili od Wealth Solutions skrzynki z sześcioma wybranymi przez Laporte’a rocznikami: 1982, 1998, 2001, 2005, 2009 i 2010. Cena takiej skrzynki: 19 000 PLN. Czy jest ona tyle warta? Czasem myślę, że bordoskie grands crus smakowałyby mi bardziej, gdyby kosztowały mniej. Pite gdzieś w przydrożnej tawernie. Ale to tylko moje fantazje. Ci, którzy są gotowi płacić za bordoski spektakl, mają inne. I bardzo się cieszę, że są ludzie z takimi fantazjami w Polsce. Mam nadzieję, że marzą także, by te wina pić, a nie tylko mieć je w piwnicy.

Opublikowano Bordeaux, Francja | Otagowano , , , | 16 komentarzy

Porwać się z szampanem na Polskę

Marcin Golik i Monika Żołnierzak

Kiedy trzy lata temu zakładali biznes, wszyscy pukali się w czoło. Żyć ze sprzedaży szampana w kraju, gdzie bąbelki kupowane są głównie w grudniu?! I gdzie szampan jest synonimem win musujących w ogóle, nieważne gdzie i jak robionych?! Dziś ich import stanowi znaczący procent polskiego rynku szampanów, a to zaledwie początek drogi.

Dom Szampana stworzyła dwójka pasjonatów: Monika Żołnierzak i Marcin Golik. Jak wiele dobrych pomysłów, i ten po części zrodził się z nudy: pracy w finansach, która jednak – myśl to banalna – dała nowemu projektowi solidne podstawy. Ale oprócz trzeźwego biznesplanu i niezłych konceptów, o których za chwilę, Marcin i Monika mają przede wszystkim zapał, by zmieniać świat: nauczyć Polaków pić szampana.

Zaczęli od rzeczy najprostszej  – postawili przede wszystkim na szampany od tzw. RM (récoltants manipulants), małych, na ogół nieznanych winogrodników; często tańsze od szampanów wielkich marek i przeważnie dużo lepsze, choć nie jest prosto przekonać o tym konsumentów. Trochę trwało, zanim zrozumiały to rodzime restauracje, jednak dziś butelki Domu Szampana możemy zamówić w najbardziej prestiżowych gastronomicznych instytucjach. Znjadziemy je między innymi w kartach Atelier Amaro, Nolity, Belvedere, Tamki 43, Z 57, Rozbratu 20, Dyspensy, Flaminga, Papu, Zielnika, Starego Domu, Akademii czy La Rotisserie Hotelu Le Regina; i to w cenach, które od początku konkurowały z dużymi szampańskimi domami. W Krakowie są w Ancorze, Szarej, Vintage, na Konfederackiej 4. Ma je także SPA w Głęboczku i Grand Hotel w Sopocie.

By zapoznać obsługę restauracji ze swoimi szampanami, importer regularnie organizuje tzw. szampańskie poniedziałki. Firma wdrożyła też własny system szkoleń zwieńczony certyfikatem, opracowany przy współpracy z CIVC (Interprofesjonalnym Komitetem Win Szampanii), Chryste, co za nazwa,  mówiąc po ludzku: władzami apelacji, które odpowiadają za promocję regionu. W roku 2014 oprócz szkoleń przeprowadzonych w Polsce zostanie zorganizowany wyjazd do Szampanii dla kilkudziesięciu polskich sommelierów.

Natomiast dla klientów indywidualnych Dom Szampana wymyślił pocztę szampańską – zamiast kwiatów możemy zamówić pod nasze lub bliskie nam drzwi szampan. Może być od razu schłodzony, w wiaderku, z kieliszkami i z profesjonalną obsługą, która nam go otworzy i naleje. W białych rękawiczkach, tak to sobie przynajmniej wyobrażam, czego pewnie nigdy nie sprawdzę. Bo skoro już mamy w domu kieliszki i umiemy sobie nalać sami, możemy po prostu udać się na ulicę Zgoda 11, gdzie w dość ponurej przedwojennej kamienicy skrywającej  liczne tajemnice (tutaj mieści się Helsińska Fundacja Praw Człowieka oraz New Orleans Gentelmen’s Night Club) na drugim piętrze odnajdziemy grafitowy plusz foteli i ciemną, działającą kojąco tapetę Domu Szampana. Możemy tu zrobić zakupy, co jest rozwiązaniem przyjemnym, możemy też zamówić szampana przez internet. Nie przesadzę, gdy powiem, że można tu kupować w ciemno. Gdybym jednak miała polecać szampany na jesień – dojrzałe i krągłe, zdecydowanie znalazłby się wśród nich kremowy, pachnący złotą renetą Duménil Cuveée Prestige Vieilles Vignes (217 zł), a także utrzymany w podobnym stylu, choć dużo lżejszy, brzoskwiniowo-brioszkowy Carte d’Or Josepha Loriot-Pagela, cieszący się świetną relacją jakości do ceny (159 zł), a także Cuvée Gastronome 2008 od Pierre’a Gimmonet  (zeszłoroczny złoty medal Magazynu Wino, za 184 zł), a także rysowane subtelniejszą kreską, jakby rozbielone mgłą szampany od Nominé-Renard czy Forget-Chemin, a także wiele, wiele innych…

Zaletą Domu Szampana jest to, że oferuje nam całą gamę szampańskich barw: od standardowych smaków wielkich domów, które tu też kupimy, po butikowe wina nawiedzonych wariatów; od szampanów zimnych i ostrych jak żyleta po ciepłe i miękkie jak kaszmirowe szale, od malowanych akwarelą po wyrzeźbione w marmurze. Siedziałam sobie w tym ciemnym pluszu na Zgody 11, piłam Duménila, patrzyłam na deszcz za oknem w przedreferendalnej Warszawie, w której niezależnie od działań pani prezydent, sympatii dla niej czy antypatii, krajobraz szampański się zmienił.

 

 

Opublikowano polscy importerzy, polski rynek, sklepy winiarskie, Szampania | Otagowano , | 7 komentarzy

Francuska oferta Lidla: hity i kity

 

Ciężka zaduma nad winami Lidla fot. Olaf Kuziemka

Trzydziestego września Lidl wchodzi z nową ofertą francuską. Warto się tam wybrać, bo będzie kilka świetnych butelek, tak konkurujących swoimi cenami z Biedronką, jak droższych , które również stanowią rzadką okazję cenową.  Będą też, w moim odczuciu, miny – choć ewidentnie kiepskich butelek nie ma w tym katalogu dużo. Wina, wprawdzie nie wszystkie, lecz wybór dokonany przez Michała Jancika, twarz tej kampanii, miałam okazję zdegustować w połowie września na prasowej degustacji, którą urządzono ze wszech miar profesjonalnie. Nie było króliczków Playboya, nie było pokazu gotowania braci Kuroniów, nie było sommeliera opisującego, co powinniśmy poczuć w kieliszku, nie było wszystkich tych czasoumilaczy, w których gustuje Biedronka i Żabka. Michał Jancik po prostu zdekantował wina i był gotów odpowiadać na pytania. Lidl zabrał się do konstrukcji swojej oferty poważnie, zlecił i przeanalizował badania preferencji konsumenckich, z których wynika, że Polacy wciąż mają w najwyższym poważaniu wino francuskie. Zgodnie z raportem CIVB Polska znajduje się na 15 miejscu na świecie pod względem spożycia bordeaux. W Europie wyprzedzamy Szwedów, Austriaków i Rosjan. Wynik zaskakujący, wydawałoby się, a jednak francuskie supermarkety robią swoje.  Jeśli więc bordeaux lubicie, koniecznie wybierzcie się do Lidla. Wiele z tych win przywróciło mi apetyt na medoki.  Poniżej moja lista hitów i kitów.

Languedoc Rosé 2012; 14,99 zł

na singielskie wieczory

To wino dobrze schłodzone (może nawet z lodem) będzie całkiem przyjemne. Sporo jest tu owocu, struktura jest porządna, w finiszu tylko wychodzi goryczka, jakby za bardzo ktoś docisnął prasę; ujawnia się też alkohol. Ale lodówka wszystko to wychłodzi.  Nie podawałabym go gościom, ale świetnie się nadaje na samotne wieczory, gdy nie stawiamy sobie i światu zbyt wysokich wymagań: kapcie, kanapa, „M jak miłość“, „Morfina“ Szczepana Twardocha, fejsbuk.

Domaine des Hautes Ouches 2011, Cabernet d’Anjou; 17,99 zł

do zlewu

Trzy złote więcej, lecz zamiast być lepszym, wino to jest nie do picia. Cebulowa barwa i zwietrzały zapach wskazują, że to rosé jest już za stare i nie powinno się znaleźć w ofercie. W ustach lekko posłodzona woda z posmakiem alg. Osiemnaście złotych ląduje w zlewie.

Côtes du Rhone Villages; 14,99 zł

takie tam

Kompocik z alkoholem. Słodko-kwaśne, o czystych owocowych aromatach. Bezgarbnikowa  chudzinka.  Za te 15 złociszy w porządku.

Riesling 2011, Alsace, Henri Ottman; 21,99 zł

do podlania risotto lub kurczaka

Riesling, który jakoś tam rieslinga przypomina, choć pachnie jak za szybą i nieco gumowo. Rozwodniony i pustawy. U mnie znalazłby swoje miejsce w risotto lub w sosie do kurczaka.

Gewurztraminer 2012, Alsace, J.P. Muller; 27,99 zł

wyrzucone pieniądze

Ulubiony szczep Polaków, do którego ja akurat słabości nie mam. Nie po drodze mi z gewurzem, podobnie jak z perfumami Thierry Muglera. Potrafię jednak Angel obiektywnie docenić, podobnie jak dobrego gewurza. To wino jest w świecie guwerzów tym, czym tanie podróbki Angel Muglera. Pachnie słodko, lecz nieświeżo, wietrzeje szybko, usta ma gorzkie i ziejące pustką. Wyrzucone 30 złotych.

La Perrière 2012, Hautes-Cotes de Nuits, Philippe de Bois d’Arnault; 29,99 zł

prawie dobry biały burgund

Jest tu orzechowa maślaność typowa dla burgunda, ale niewiele więcej. Wino jest drewniane i suche, prawie dobre, powiedziałabym. Pytanie, czy przy 30 złotych wystarcza nam prawie dobre?

Champerrier 2011, Gevrey-Chambertin, Domaine Tortochot; 79,99 zł

trzyma poziom, nie zachwyca

Słynna burgundzka apelacja, mały producent, świetna jak na burgunda cena – triada wydawałoby się znakomita. Wino jest jednak dosyć kanciate, brakuje mu dojrzałości owocu, finisz jest lekko zielony. Ma lekkość i powietrzność, ale to trochę za mało na 80 zł. Nie odbiega jednak w żaden sposób od burgundzkiej średniej. W gruncie rzeczy jest ilustracją tego, jak horrendalne są ceny w tym regionie.

Château du Portail 2009, Graves; 23, 99 zł

tanio kosztuje i tanio smakuje

Niecałe 24 złote to mało na wino, ale też niewiele w tej butelce znajdujemy. Miodową słodycz z beczki, rozwodniony środek i gorzki finisz. Lepiej odłożyć te dwie dychy i dorzucić do innego wina.

Château Puy de Guirande 2011, Bordeaux; 13,99 zł

gdy oszczędzamy na homara

Porzeczkowo-mentolowe, nieco suche i tępe, ale ma bordoską typowość i za 13, 99 zł nie ma się, co czepiać.  Na męską samotną kolację, gdy oszczędzamy na homara dla Niej.

Les Hauts de Massone du  Château  Pilet 2011, Bordeaux; 16,99 zł

by z godnością przeżyć kryzys

Zrazu odrzuca smrodliwy nos, po chwili jednak się wietrzy, jest tu owoc, jest garbnik, jak na 17 zeta jest całkiem sporo materii i struktury. Solidne wino na kryzys.

Château Le Joncieux 2010, Blaye Côtes de Bordeaux; 19,99 zł

psuje humor

Pomimo faktu, że to wino kosztuje niecałe 20 zł i poleca je Guide Hachette,  a także rekomenuje je sommelier Lidla, uważam je za jedno z najgorszych w całej degustacji. U mnie z pewnością wylądowałoby w zlewie. Ktoś tu czymś namieszał, wino smakuje chemicznie i sztucznie. Jest tłuste, oleiste, a zarazem suche jak wiór. Osiemdzięsięcioletnie lico wysmarowane kremem nivea. Czuć tu głównie wanilię i terpentynę; owoc poszedł na spacer. Wino, po którym robi się źle i mdło.

Château Cardonna Lahourcade 2011, Médoc; 24,99 zł

witaj smutku

Ziemisty, pachnący przypaloną czekoladą medok, w końcówce mocno suchy. Za 25 złotych można go kupić, lecz smakuje smutno i nudno.

Château Le Pey 2010, Médoc Cru Bourgeois; 37,99 zł

solidny medok, świetna cena

Smolisto-czekoladowe wino z delikatną nutką wanilii i jeżynowo-śliwkowym owocem. Sporo w nim gładkiej materii, niemniej taniny są mocno zarysowane.  Dla mnie za dużo tu trochę beczki: aromatów kawowych, czekoladowych, dymnych, niemniej jest to solidny medok w bardzo atrakcyjnej cenie. Warto.

Fonréaud la Légende 2009, Haut-Médoc; 39, 99 zł

delikatny botoks

Jest gęsta materia, jest mocne uderzenie czarnej porzeczki i pieprzny finisz, jest mnóstwo czekolady i dużo alkoholu. Nieco to zbyt dosadne, jak usta na botoksie, acz umiejętnie i subtelnie dozowanym.  Dużo lepsze w moim przekonaniu jest 2 złote tańsze Château Le Pey.

Château de la Rivière 2008, Fronsac; 59,99 zł

strzał w dziesiątkę

To jest moim zdaniem jeden z najlepszych strzałów tej oferty, który potwierdza znaną prawdę, że w mniej renomowanym Fronsac można upolować prawdziwe okazje cenowe. Ma klasyczną dla bordeaux żwirową, chropawę fakturę, ma wyrazisty garbnik, pewną mięsność i krwistość, a zarazem mnóstwo śliwkowo-porzeczkowego owocu. Warte każdej wydanej złotówki. Prywatnie: mój aboslutny hit.

Pierre Delatour, Saint-Julien 2008, 64,99 zł

skąpy francuz

Zdecydowanie brakuje temu winu owocu. I trochę też struktury. Jego gładka faktura może się podobać, jest, by tak rzec, lekkostrawne i jakoś klasyczne w swojej wstrzemięźliwości, niemniej trochę za drogie jak na skąpe kształty, które oferuje.

Château d’Arsac 2011; Margaux; 74,99 zł

klasyka w najlepszym wydaniu

Mój ideał bordeaux: lekkie ciało i koncentracja smaku. Zwiewne, a zarazem z zadziorem. Pachnące delikatnie wanilią, a dalej intensywną czarną porzeczką i pieprzem. Świetne. I sprawiające sporą przyjemność już dziś.

Château Colombier-Monpelou 2008, Pauillac; 75 zł

pauillac trochę nieśmiały

To wino wymięka przy Arsac, aczkolwiek pije się je bardzo przyjemnie. Płynie gładko, może nawet zbyt gładko jak na pauillac; jest w nim jakieś rozrzedzenie, jakiś brak intensywności. Soczyste i smaczne, dające frajdę, ale na 75 zł zbyt wycofane i nieśmiałe.

Château de Camensac 2008, Haut-Médoc; 79, 99 zł

zmysłowe, apetyczne, do zakochania

Ten medok spowodował, że na powrót zakochałam się w bordeaux, które ostatnimi czasy piję rzadko. Ma w sobie zmysłowość bardziej podobną włochom niż wyziębionym francuzom: przestronne ramiona, owocu nie skąpi – wiśnia to pełną gębą, dojrzała, soczysta – faktura jest aksamitna, garbnik charakterny. Brać skrzynkami. Dobre już, ale warto je odłożyć.

Château Talbot 2010, Saint-Julien; 199 zł

niewychodzące z mody wino za małe pieniądze

Jedno z najbardziej popularnych saint-julien w bardzo okazyjnej cenie. Taniej go nie znajdziemy. Talbot jest uznawane za archetyp swojej apelacji, którą Marek Bieńczyk opisywał tak: saint-julien jest szlachetną wersją kompromisu między dwoma sąsiadami: ma głębię i fakturę garbników w stylu pauillakowskim, lecz utemperowanych margolańską delikatnością. Gdyby przełożyć cechy estetyczne – siłę i delikatność – na płciowe, saint-julien to rodzaj medokańskiego hermafrodyty. 2010 był dosyć chłodny, a co za tym Talbot z tego rocznika, jest nieco wstrzemięźliwy, o wyciszonym owocu, choć ma przyjemną potoczystość. Ewidentnie trzeba na niego jeszcze poczekać. Strzelałabym, że tzw. większości bardziej się spodoba bogatsze Château Pédesclaux.

Château Pédesclaux 2009, Grand Cru Classé, Pauillac; 199 zł

na bogato

Jest to cinquième cru classé i nie należy do najbardziej cenionych, raczej utrzymuje się w ogonie, choć rocznikowi 2012 Parker w degustacji en primeur przyznał 89-93 punkty, pisząc, że to najlepsze Pédesclaux, jakie pił do tej pory. W 2012 Pédesclaux zostało zakupione przez potentata Jacky Lorenzettiego i można się spodziewać, że jego ceny będą rosły, a jakość będzie się zmieniała. 2009 to wino dosyć nowoczesne i uwodzicielskie: ma sporo słodyczy i sporo ekstraktu. Jeśli ktoś jest niecierpliwy, może je otwierać, bo jest dosyć atrakcyjne już dziś.

L’Îlot de Haut-Bergeron, Sauternes; 49,99 zł

osłodzona pustka

Drugie wino znanego zamku Haut-Bergeron. Grzybowo-trawiaste, nie do końca czyste aromatycznie (jest tu lekka spleśniała nutka). Odnosi się wrażenie, że kiepska jakość sanitarna winogron i pewna ich niedojrzałość została tu przykryta cukrem resztkowym. Nieciekawe i mdłe.

Château d‘Arche 2004, Sauternes; 79, 99 zł

gdy sauternes’a mieć musimy

Miodowo-brzoskiwniowe wino, z przyjemną nutką suszonych grzybów, mało intensywne, ze słabym kwasem, jak większość sauternes, lekkie, ale pozbawione głębi i nerwu. 80 zł to jedak mało jak na grand cru classé i głównie dlatego to wino warto kupić. Jest dobre, ale nic ponadto.

PS. W sprzedaży będą też kieliszki i karafki Spiegelau. Seria Festival będzie sprzedawana w cenie niecałych 10 zł za kieliszek.

 

 

 

 

Opublikowano Bordeaux, Francja, polski rynek, sklepy winiarskie | Otagowano | 2 komentarzy

Cascina Morassino: czas na barbaresco

Barbaresco z lotu ptaka

Barolo, by posłużyć się kolokwializmem, wdarło się przebojem na polskie salony. Kiedy chcemy wino odświętne, wino dla ostentacyjnej konsumpcji, wino schlebiające naszemu ego, znacznie częściej wybieramy barolo niż bordoskie czy burgundzkie grands crus.  Statystyk nie znam,  dowody na to mam anegdotyczne. Przy tej popularności barolo dziwi niemal zupełna na polskim rynku nieobecność barbaresco. Fakt, historycznie było to wino mniej prestiżowe, fakt, wszędzie się sprzedaje gorzej, ale w Polsce z tego, co opowiadają importerzy, nie sprzedaje się prawie wcale.  A w końcu to ten sam szczep, ta sama elegancja, finezja i znacznie częściej niż w przypadku barolo dobre okazje cenowe.  Ale opróżniając droższe butelki, wciąż pijemy bardziej nazwy niż samo wino.

Dziś chcę opowiedzieć o barbaresco wybitnym, a mało znanym. Barbareschi 2010 Cascina Morassino podczas ostatniej ślepej degustacji Nebbiolo Prima zaznaczyłam jako jedne z najlepszych. Cascina Morassino zachwycał się kiedyś na swoim angielskim blogu także Wojciech Bońkowski, wspominając swoją tam wizytę, którą odbywał samotnie: nikt z zaproszonych na Nebbiolo Prima dziennikarzy nie był tą winiarnią zainteresowany. Faktycznie, istnienia Cascina Morassino nie odnotowują wszystkie włoskie przewodniki, nie znajdziemy też o niej wielu tekstów w sieci. W gruncie rzeczy na życzenie właściciela posiadłości.

Roberto Bianco nie chce, by Cascina Morassino miała swoją stronę www., nie wysyła win dziennikarzom do oceny (chyba że na ich specjalną prośbę), nie kleci barwnych historii rodziny (skądinąd jednej z najstarszych w Barbaresco), nie snuje okrągłych opowieści o unikalnych sposobach uprawy czy winifikacji. Choć doskonale zdaje sobie sprawę, że l’arte si vende meglio – (sztuka sprzedaje się lepiej), woli po cichu uprawiać swoje rzemiosło. Rzeczowo odpowiada na wszystkie pytania, powstrzymując w kącikach ust uśmiech, który zdaje się mówić: na każde pytanie lepiej ode mnie odpowie ci samo wino.

Roberto Bianco

A powstają tu wina przemyślane, precyzyjne, chciałoby się napisać „wewnętrznie skupione“, choć to oczywista antropomorfizacja narzucona przez spokój bijący z ich autora. Rzadko dzisiaj spotykany. Niezmącony marzeniami o ekspansji, sławie, bogaceniu się. Roberto pomimo świadomego braku marketingu, nie ma problemu ze sprzedażą i starcza mu uznanie tych, którym zdarzy się odkryć jego wina, a potem zapukać do jego drzwi.

Licząca 4 ha Cascina Morassino położona jest w gminie Barbaresco, w dystrykcie zwanym Ovello, który dał też nazwę wzgórzu, zaliczanemu do tutejszych premiers crus, choć określenie to należy potraktować jako metaforę – Langhe nie ma oficjalnej hierarchii winnic, podobnej do tej, jaką spotykamy w Burgundii. Tutejsze crus są znacznie większe i bardziej heterogeniczne od burgundzkich, dużo trudniej jest więc też opisać charakterystyczne cechy, jakie nadają one winom. Mówi się jednak, że barbareschi z Ovello mają mocne, kompaktowe taniny decydujące o ich długowieczności. Poteżną strukturę czuć również w winach Roberto, jednak masywne taniny są tu dobrze wypolerowane – te wina dobrze degustuje się już w młodości, choć warto dać im 10 lat w piwnicy.  Zarówno Barbaresco Morassino, jak Barbaresco Ovello powstają z cru Ovello, przy tym ostanie jest specjalną selekcją gron, na ogół położonych w wyższej partii winnicy i przeważnie ze starszych krzewów. Wina są fermentowane spontanicznie, niefiltrowane i nieklaryfikowane. Morassino dojrzewa w botti grandi, Ovello najpierw w baryłkach francuskich, następnie w dużych kadziach.

Cru Ovello w samo południe

Podczas ostatniej wizyty próbowałam te wina z dwóch różnych w swojej ekspresji roczników: 2010 i 2009. 2009 to wina bardziej spektakularne i mówiące donośniejszym głosem. Pełne ciała, bogate, ciężkie i sute. Owoc jest w nich słodki, taniny są już bardziej wtopione, wina nie mają jednak tak subtelnych aromatów i tak długiej, dodającej im wymiaru wibrującej kwasowości, jaką ma rocznik 2010. Barbaresco Morassino 2010 pachnie tak, że człowiek chciałby się w nim utopić: wiśnią, różą, cedrem, słodkimi korzennymi przyprawami i tym, co Włosi nazywają nutami balsamicznami, a co w świecie anglosaskim tłumaczy się aromatem coca-coli. Gdy rozłożyć jednak colę na czynniki pierwsze, można by wymienić liczne olejki eteryczne: kwiatu pomarańczy, gałki muszkatołowej, cynamonu, kolendry, cytryny… Twarde taniny są tu obudowane soczystym owocem. Materia wina jest zbita, gęsta, ale zwiewna, jak w perskim dywanie – cieniutkim, lecz o niezliczonej ilości supełków. W Ovello tych supełków zdaje się być jeszcze więcej i są jeszcze drobniejsze. Taniny są mikroskopijne, wyrafinowane, tekstura tego wina jest bardzo szlachetna. I zdaje się ono trwać w nieskończoność.

Rocznik 2010, mon amour

W roczniku 2010 szczególnie warto zakupić również Langhe Nebbiolo, gdyż powstało ono z cru Ovello, z owoców zwykle idących do barbaresco, które Roberto postanowił zdeklasować. To wino skoncentrowane, soczyste o bukiecie na miarę wielkich apelacji. Powstaje tu też ciekawe Langhe Rosso z merlota – aksamitne, skoncentrowane i lekkie zarazem. Oraz przepiękne dolcetto, równie dopracowane i hipnotyczne jak tutejsze poważniejsze butelki.

W Morassino, na peryferiach ścieżek wydeptanych przez dziennikarzy, za drzwiami, do których z rzadka pukają enoturyści, powstają wina, których autor ma czas na perfekcję.

 

Opublikowano Barbaresco, Piemont | Otagowano , , | Komentarze są wyłączone

Guillaume Deliancourt: odkurzyć Francję

fot. Robert Doisneau

 

DELiWINA to  jeden z najlepszych katalogów win francuskich na polskim rynku. Znajdziemy tu Francję o szerokiej panoramie – nie tylko Burgundię i Bordeaux, ale też wina z mniej znanych apelacji, dużo świetnego Południa, nie tylko wina uznanych sław, ale też wina gwiazd dopiero wschodzących, wina naturalizujących świrów, wina, o których mało kto słyszał. Wszystkie te butelki łączy jedno, nie ma tu żadnej, której właściciel firmy Guillaume Deliancourt sam by nie chciał wypić. Co go przywiodło do Polski i jak postrzega polski rynek w wywiadzie poniżej.

 

Jak to się stało, że Francuz zdecydował sie otworzyć firmę importerską w Polsce?

Zanim przyjechałem do Polski, przez blisko 10 lat mieszkałem w Wielkiej Brytanii. Tam zdobyłem doświadczenie w branży winiarskiej. Pracowałem jako sommelier w kilku 5-gwiazdkowych hotelach, potem jako menadżer sklepu sieci Oddbins, aż w końcu zaproponowano mi pozycję asystenta kupca w Hallgarten Druitt, dużej importerskiej firmie, wchodzącej w skład grupy WIV, której roczny obrót wynosi 300 milionów euro. Moją szefową, mentorką i przyjaciółką była Beverly Tabbron, powszechnie szanowana Master of Wine. Było to z pewnością najlepsze edukacyjne doświadczenie w moim życiu. Ale po dłuższym czasie spędzonym w Wielkiej Brytanii, poczuliśmy z żoną, która jest Polką, że chcielibyśmy mieszkać bliżej naszych rodzin: we Francji albo w Polsce. Polska przeważyła, bo zobaczyłem w tym kraju szansę na zrealizowanie mojego największego marzenia, jakim było stworzenie własnej firmy importerskiej. I tak powstały DELiWINA (DEL od Deliancourt, i dla fanów Apple’a, no i WINA).

I jak się odnalazłeś na polskim rynku?

Polski rynek nadal jest bardzo młody i niedojrzały, ale dzięki temu jest również niezwykle otwarty i daje wiele możliwości. Początki nie były łatwe, zwłaszcza że nie mówię po polsku. Frustrowałem się nieraz, że jest tyle miejsc, w których wina są wybierane z zupełnie innych powodów niż jakość produktu. Ale spotkałem wielu pomocnych ludzi pracujących w branży – sommelierów, restauratorów, hotelarzy – którzy mówili po angielsku, wierzyli w moje wina, w moją filozofię i w efekcie umożliwili DELiWINA rozwój.

A jak byś opisał swoją filozofię?

Postanowiłem, że wprowadzę na polski rynek francuskie wina najwyższej jakości. Wybieram je bardzo uważnie. Nie jest dla mnie istotne, czy wino było wysoko ocenione przez Parkera czy innego krytyka. Spędzam sporo czasu, wyszukując nowych ciekawych producentów, z filozofią winiarską, która mi odpowiada, producentów, którzy przedkładają jakość nad ilość. Wszystkie wina degustuję, biorąc pod uwagę specyfikę polskiego rynku. Kupując wino, muszę być pewien, że jest bardzo dobre, ale też, że się sprzeda.

Czyli w pewnym sensie wybierasz wina, biorąc po uwagę specyficzny polski smak?

Oczywiście muszę brać pod uwagę gust przeciętnego konsumenta, ale także jako importer chcę dać Polakom możliwość poznania nowych smaków i odkrycia nowych upodobań.

W jaki sposób dystrybuujesz swoje wina?

Przede wszystkim staram się umieszczać wina w kartach najlepszych polskich hoteli i restauracji. Koncentrujemy się na sektorze HoReCa, a także sprzedajemy w sklepach specjalistycznych. Te dwa kanały stanowią 95% naszej sprzedaży. A poza tym mamy szerokie plany na przyszłość, zbyt szerokie, by zmieściły się w tym wywiadzie. J

Sam mieszkasz w Poznaniu, ale dużo po Polsce podróżujesz. W jakich polskich miastach wino sprzedaje się najlepiej?

Większość naszych klientów znajduje się w Warszawie i w Krakowie.  To w tych polskich miastach rynek jest najbardziej rozwinięty, a zarazem najbardziej konkurencyjny. Ilość restauracji, jakie decydują się na zatrudnienienie sommeliera z prawdziwego zdarzenia, który miałby wystarczającą więdzę i doświadczenie, by samemu tworzyć karty win i którego głos by się liczył, jest nadal bardzo nikła. Ale w Warszawie i Krakowie można znaleźć stosunkowo najwięcej właściwych ludzi na właściwym miejscu.

Twoja oferta stale się poszerza, wyznaczasz sobie jakieś konkretne kierunki tej ekspansji?

Definiujemy się jako specjalista win francuskich, stąd szeroka oferta  producentów z Francji jest dla nas najważniejsza. Mamy dziś w naszym portfolio około 60 francuskich apelacji, a planujemy mieć 100 do końca roku. Myślę, że – biorąc pod uwagę niewielkie rozmiary naszej firmy – to niezły wynik. Kocham Langwedocję i niedawno dodałem do mojej oferty sporo pozycji z tego regionu. W ostatnim dzisięcioleciu dokonał się w Langwedocji ogromny winiarski postęp. Nie można tego ignorować. Poza tym w Langwedocji powstają wina bardzo różnorodne.  Jednak nie ograniczamy się wyłącznie do Francji, pracujemy też z kilkoma dobrymi producentami z Austrii, Niemiec, Włoch. Mamy wiele win o świetnej relacji jakości do ceny. Win świątecznych i tych do picia na co dzień.

Jak Twoim zdaniem wina francuskie są na polskim rynku postrzegane?

Myślę, że obraz francuskich win okropnie ucierpiał w Polsce przez sieci handlowe i dużych importerów, którzy przez lata sprowadzali do Polski podłe sikacze; prawdopodobnie niesprzedawalne gdzie indziej. Wykorzystali brak wyrobienia polskiego konsumenta, a zarazem jego przekonanie, że jak francuskie, to musi być dobre. Tymczasem okazało sie nie tylko niedobre, ale również drogie w porównaniu do wielu win Nowego Świata. Dlatego wiele ludzi zniechęciło się do win francuskich i czasem nie chcą nawet dać im drugiej szansy. Próbuję to zmieniać.

Jon Bowen z Domaine Sainte-Croix i Guillaume Deliancourt

 

***********************************************************************************************************

Kilka win z oferty DELiWINA, które polecam:

Do picia na co dzień świetne są rześkie, soczyste vins de pays d’oc od Laurent Miquela – czerwone to kupaż cabernet sauvignon i syrah; białe: viognier i chardonnay. Obydwa krągłe, apetyczne, atrakcyjne, za niewygórowaną cenę 39 zł.  Podstawowe burgundy od Domaine Machard de Gramont (zarówno biały, jak i czerwony w cenie 78 zł) mają rasowość i klasę, jaka rzadko zdarza się burgundzkim winom u dołu piramidy. Pinot noir to w istocie zdeklasowane Nuits-Saint-Georges, warto je kupić zwłaszcza w dostępnym teraz w ofercie szczodrym roczniku 2009, o czym obszerniej pisałam tutaj.  Klasyczne chablis od Louis Michela; z jednej strony pełne, owocowe,  z drugiej, ostre, przeszywające, kamienne, są jednymi z najlepszych, jakie możemy dostać na polskim rynku (87 zł za podstawowe, premier cru kosztują ok. 118, grand cru 208). W portfolio DELiWINA znajdziemy też hipnotyczne, pachnące jak pałac maharadży madiran Chapelle Lenclos (79 zł) z megatanicznej odmiany tannat, która w rękach Patricka Ducournau, ojca techniki mikroutleniania, zmienia się w czysty aksamit.  Guillaume Deliancourt ma bardzo rozbudowaną ofertę francuskiego Południa (brakuje mu Prowansji, a zwłaszcza Bandol). Z win południowych warto spróbować zmysłowych, napakowanych owocem i ziołami faugères z Domaine de Cébène (89-169 zł); intensywnego, głębokiego syrah ze starych krzewów: La Sommèliere od położonego w apelacji Costières de Nîmes Château de Campuget (89 zł); gęstego, kwasowego, potoczystego corbières Fournas (59 zł) z naturalizującej Domaine Sainte-Croix. Więcej o tych winach pisałam przy okazji degustacji langwedockiej.

W Warszawie wiele win z oferty DELiWINA jest do kupienia w sklepie Alewino przy ulicy Mokotowskiej 48. Wszystkie wina można kupić w internecie na stronie www.deliwina.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano Francja, polscy importerzy, polski rynek | Otagowano , | Komentarze są wyłączone

Czerwony gewurz

Na warszawskich stolikowych degustacjach otwartych dla szerokiej publiczności, niezależnie, czy pan stojący za stolikiem polewa akurat Alzację czy Burgundię, pada po milion razy to samo panie: Czy jest gewurztraminer? Marzyłaby mi się rzetelna antropologiczna analiza, dlaczego Polak lubiący bezpłciowe pieczarki i mdłe sery, Polak nadużywający w odniesieniu do smaku enigmatycznego pojęcia „łagodne“, sam o charakterze odwrotnie proporcjalnym do przymiotnika, którym szafuje, lubi narzucającego się, buchającego aromatami, barokowego, bynajmniej-nie-łagodnego, aczkolwiek słodzącego podniebienie gewurza. A nawet gotów jest dla niego poświęcić swoją miłość do ciężkich, tanicznych win czerwonych.  Zanim znajdzie się antropolog skłonny ten temat rozplatąć, dla wszystkich Polaków i Polek kochających zapach róży, imbiru, geranium i pudru Heleny Rubinstein w winie, mam dobrą wiadomość: istnieje czerwony odpowiednik gewurza.  Nazywa się ruché.

Widok na Castagnole Monferrato

Szczep to o niejasnych korzeniach i nieznanym rodowodzie. Uprawia się go dzisiaj przede wszystkim w piemonckiej prowincji Asti (niewielkie plantacje ma też sąsiednia Alessandria), w gminach: Castagnole Monferrato, Grana, Montemagno, Portacamaro, Refrancore, Scurzolengo i Viarigi. Niektórzy twierdzą, że ruché przybyło w XVIII w. z Burgundii (nie ma jednak żadnych dowodów na tę hipotezę), inni są zdania, że jest rdzennym szczepem Castagnole Monferrato i było tu uprawiane od zawsze. Z zapomnienia ocalił je miejscowy proboszcz Don Giacomo Cauda, który w latach 1970. zaczął ruché zasadzać, potem zaczął je sprzedawać, a w 1987 roku dzięki jego staraniom ta jedna z najrzadszych na świecie odmian (dziś jej uprawy liczą ok. 100 ha) doczekała się swojego DOC: Ruché di Castagnole Monferrato. W 2010 roku apelacja została podniesiona do rangi DOCG.  Poza duszną różaną perfumą, ruché charakteryzuje się stosunkowo niską kwasowością, słodko-pieprznym smakiem i całkiem wyrazistą taniną. Posiadłością, która włożyła bardzo duże wysiłki w promocję apelacji jest Montalbera – miejscowy „gigant“, który jest w posiadaniu 100 ha winnic, z czego 60 jest obsadzona ruché, co stanowi 55% światowych upraw. Pierwsze ruché sygnowane Montalbera zostało wypuszczone w 2003 roku. Montalbera jest własnością rodziny Morando, która od lat kieruje koncernem produkującym karmę dla zwierząt, jak również prowadzi wielką agencję nieruchomościową. Stosunek do Montalbery kilkunastu innych winiarzy produkujących ruché, dla których jest ono jedynym źródłem utrzymania, jest siłą rzeczy dwuznaczny. To jednak Montalbera jako pierwsza zaczęła wprowadzać swoje wina do restauracji i rozkręciła kampanię promocyjną, zapewniając ruché, na razie na rynku włoskim, „niszową“ widzialność.

Wina Montalbery od niedawna sprowadza do Polski importer Roberto Franco. Podstawowe ruché Tradizone (za jedyne – wobec swojej jakości – 44 zł) epatuje tę różaną perfumą, tym love it or leave it, podbitą nutami imbiru i przypraw korzennych, z soczystym śliwkowo-malinowym sercem i drzewem sandałowym w ogonie.  Tradizione to wino, które pije się nosem, jak lubią mówić Włosi. Z pewnością nie opiszę jego  zapachów lepiej niż zrobiła to zakochana w nich Marta Wrześniewska, zatem do jej opisu odsyłam. Ale to także wino, które ma przepiekną, miękką, obfitą, wbijającą w kanapę materię. Jedyną rzeczą, którą krytyk czy dziennikarz, bo nie przeciętny konsument, może mu zarzucić jest 4 g cukru, który w smaku się odczuwa. Zamysł jednak był taki, by wino miało niższy 13, 5% alkohol i piło się je gładko.  Z tym delikatnym cukrem resztkowym, z tym imbirowym smakiem i subtelnym, zwiewnym ciałem można to wino z powodzeniem zestawić z sushi. Ruché, sushi, pluszowa kanapa i przyćmione światło to zestaw idealny.

Drugim sprowadzonym do Polski winem jest poważniejsze, wysoko oceniane we włoskich przewodnikach Laccento (64 zł). Ruché to powstaje z częściowo podsuszanych na krzakach, a częściowo w pomieszczeniu winogron. Laccento jest mniej aromatyczne od Tradizione, bardziej strukturalne. Róża jest tu spokojniejsza, bardziej wycofana, ustepuję miejsca wiśni, grzybom, ściółce leśnej i ostrym przyprawom. Materia tego wina jest mięsista, gęsta, aksamitna. Do makaronu z grzybami, do kaczki, do pasztetów, do wątróbek drobiowych, do foie gras – jest świetne. Montalbera robi też ruché dojrzewane w baryłkach, zwane Limpronta, którego u nas nie kupimy. Jednak ta najdroższa butelka najmniej mnie przekonuje – nie ma w niej tej zwiewności, eteryczności, kwiatowości, która stanowi o uroku odmiany, choć może piłam to wino zbyt wcześnie.

Montalbera, winnice ruché

Opublikowano Piemont | Otagowano , | 3 komentarzy

Nebbiolo Prima 2013: zabij mnie swoją urodą

Barolo 2009 i barbaresco 2010 wchodzą właśnie na rynek.

Widok, który codziennie rano zagrzewa do boju

W 2000 roku legendarny amerykański felietonista piszący o winie w NYT, Frank J. Prial, nagabywany przez wydawców, by wystawił  wreszcie swoje oceny ostatniego rocznika w najważniejszych apelacjach, opublikował w końcu tekst So, who needs vintage charts?  (Kto potrzebuje tabel roczników?) Pisał w nim, że tabele roczników są po pierwsze przestarzałe, bo – dzięki zdobyczom nauki –także w gorszym roczniku dobry winiarz zrobi porządne wino, po drugie, że są bez sensu, bo nawet przy dużej dokładności opracowującego, jaką na przykład cechuje się Robert Parker, i tak zakładają pewną homogeniczność.  A przecież, by wziąć pierwszy z brzegu przykład  w tym samym roczniku nie tylko inaczej udają się czerwone burgundy, a inaczej białe; wśród białych i czerwonych inaczej wypadają poszczególne gminy, a nawet winnice. Roczniki są przydatne jedynie spekulantom – konkludował Prial.

Wszystko to prawda, ale w wielu regionach wina z roku na rok bardzo się różnią, toteż ogólny opis rocznika jest dla konsumenta przydatny. Do jego oceny powinno się natomiast podchodzić krytycznie – wszystko zależy od upodobań i uwarunkowań oceniającego. Poza tym nawet w słabych rocznikach potrafią powstać wielkie wina. (Takie Barolo „Pie Franco“ 2003 od Cappellano to jedno z najlepszych barolo, jakie kiedykolwiek piłam; rocznikowi 2003 w Barolo i Barbaresco poświęcę zresztą oddzielny tekst).

Przez Langhe helikopterem

Sama mam kiepską pamięć do roczników, dużo lepszą mają moi koledzy. Myślę, że to nietylko osobnicza, ale także płciowa różnica. Redaktor „Kuchni“ Łukasz Klesyk ukuł następującą teorię: roczniki = starzenie. U kobiet występuje organiczny lęk przed starzeniem (np. się). Jeszcze jej nie przetrawiłam, jeszcze mam czas… Mimowolnie jednak wbiły mi się w pamięć ostatnie roczniki barolo i barbaresco, które mam przyjemność od czterech lat degustować na dorocznej imprezie Nebbiolo Prima.  Moja ocena tych roczników nie zawsze dokładnie pokrywa się z tabelą Albeisy i Consorzio di Tutela. Taki np. 2007 w Barolo i Barbaresco według oficjalnych danych był wyjątkowy, a 2008 jedynie bardzo dobry. Mnie natomiast klasyczny, harmonijny 2008 podoba się znacznie bardziej niż spektakularnie owocowy 2007. W wydawanych przez władze regionu tabelach najlepsze oceny zyskują często roczniki tzw. łatwe – słoneczne, bezproblemowe, kiedy nie było kłopotów z chorobami winorośli i wydajność była niezła. Tzw. vintage report – klimatologiczne opisy roczników wydawane przez konsorcjum czytam wyłącznie w celach rozrywkowych. Ta ciekawa konwencja literacka łączy dyskurs kroniki kryminalnej z retoryką didaskaliów naturalistycznego dramatu.  Znajdujemy tam zawsze ten sam, pełen napięcia schemat, w którym “nietypowe zachowania pogodowe” czy “anormalny model klimatyczny” przysparzają winiarzom wiele niedogodności, ale ci “którzy przykładają się w winnicy i w piwnicy” na końcu osiągają zawsze perfekcję, a przynajmniej bardzo dobrą jakość. Raporty te, ze znaną prowadzącą do happy endu fabułą, to moje harlequiny.

 

Na pierwszym planie Kraków i Warszawa przy jednym stoliku

Prawdziwa zabawa zaczyna się podczas degustacji. Podczas Nebbiolo Prima przez 5 dni codziennie rano degustujemy 80 win, apelacja po apelacji, gmina po gminie. Można na ilość tych win narzekać, warunki degustacyjne są jednak idealne i stwarzają możliwość dobrego poznania rocznika.  Reszta to konkurs piękności, który można by zatytułować: Zabij mnie swoją urodą! Wino zauroczy, uwiedzie, powali, “zmiażdzy”, jakby powiedział redaktor Kurzeja, “urywa wiadomo co”, jakby powiedział redaktor Janicki, albo idziemy dalej. Można ewentualnie do niektórych kieliszków wrócić, ale i tak liczy się pierwsze wrażenie.  Nie jest to degustacja, która odda sprawiedliwość każdej butelce. Są wina szczególnie zamknięte na tak wczesnym etapie, są wina, które cierpią na redukcję.  Potwierdzeniem wartości ślepej degustacji jest jednak dla mnie to, że rok w rok wybieram w ciemno wina, które podobają mi się w jasno. I rok w rok wiele z moich wyborów się powtarza. Degustacja w ciemno daje ponadto szansę odkrycia nowego: zachywcenia się winami, których inaczej może byśmy nie poznali, poruszając się w magicznym kręgu naszych ulubionych nazwisk. W zeszłym roku wielkim odkryciem była dla mnie Livia Fontana z Castiglione Falletto.  W tym roku odkryć miałam jeszcze więcej, o czym poniżej.

Na tegorocznym Nebbiolo Prima przedstawiono do degustacji 382 wina

Barolo 2009

Strasznie się bałam degustacji tego rocznika, bo barbaresco 2009 były bardzo rozczarowujące. Barolo w swojej średniej wypadło znacznie lepiej, choć czuć w nich było intensywne słońce. Rocznik 2009 klimatycznie jest umiejscawiany między 2003 a 2007 – ma podobną twardą strukturę taniczną do 2003, ale ma też więcej owocowego wypełnienia, które cechowało rocznik 2007.  Wina mają relatywnie wysoki poziom alkoholu, nie tak dużo kwasowości, ale w najlepszych interpretacjach dużo atrakcyjnego owocu, który sprawia, że są dosyć przyjemne już w młodości. To kolejny dobry rocznik dla restauratorów I niecierpliwych, będą oni jednak musieli przy swoich zakupach uważać, bo 2009 był w Barolo rocznikiem niezwykle heterogenicznym i nie w każdej gminie udał się równie dobrze. Brak deszczu w lecie spowodował nierówne dojrzewanie owoców, niektórzy też bojąc się wysokiego alkoholu, podobnie jak w 2003 – zbierali winogrona przedwcześnie, co zaowocowało zielonymi taninami. Niektórzy fermentowali jednocześnie bardzo dojrzałe i niedojrzałe winogrona – win z konfiturowym owocem i zielonym finiszem było całkiem sporo. Bardzo źle pod tym względem (to chyba jednogłośna opinia wszystkich dziennikarzy) wypadła La Morra: większość win miała niedojrzałe, gorzkie taniny, była dżemowata, przegrzana i zbyt szczodrze potraktowana nową beczką, co jest zmorą La Morry od lat. Elegancję zachowało Barolo, choć nie we wszystkich siedliskach, gorzej niż zwykle wypadło legendarne wzgórze Cannubi.  Finezyjne i lekkie było Verduno. Dobrze prezentowało się Monforte (choć niemal cały show skradła Bussia), świetne było Castiglione Falletto (gdzie z kolei gwiazdą było Villero), a także Serralunga, która miała moc, ale cechowała ją również świeżość, choć nie miała tej pięknej mineralności, jaka ujawnia się w chłodniejszych rocznikach np. w 2008.

Moje rekomendacje:

Barolo:

Sebaste Azienda Agrivininicola, Barolo Bussia 2009 – jedno z moich tzw. absolutnych odkryć; finezyjny, rasowy bukiet, aksamit materii, może trochę zbyt miękkiej, ale urokliwej w swojej pluszowości.

Giuseppe Rinaldi, Barolo Cannubi-San Lorenzo-Ravera 2009 – złożona architektura, finezyjny garbnik, rasowy, klasyczny bukiet (jedno z lepszych barolo w ogóle).

Fratelli Barale, Barolo Castellero 2009 – to wino czuć Barale na kilometr, zmysłowy, intensywny bukiet i soczysty owoc nie myli (zdecydowanie w pierwszej dziesiątce barolo z tego rocznika). Importerzy: Wina z Pasją, Konrad Januszkiewicz

Cagliero, Barolo Ravera 2009 – Oddech, przestrzeń, niezwykle złożone aromaty, elegancja i świeżość, jeden z faworytów.  Importer: Adex Wina

Virna Borgogno, Barolo Sarmassa 2009 – zdecydowanie najlepsza interpretacja Sarmassy (dobra też była ta od Brezzy, ale na tym etapie jeszcze zamknięta).

Giovanni Viberti, Barolo Buon Padre 2009 – balsamiczne, lekko orientalne w nosie, niezwykle wonne, z eleganckim drobnoziarnistym garbnikiem.

Przyjemne, lekkie Cannubi zrobili też Burlotto (Importer: Alma), Francesco Rinaldi (Importer: Enoteka Polska), Podere Luigi Einaudi (Importer: Magia del Vino); bardzo atrakcyjne było to od Damilano i Michele Chiarlo. Udała się też Sarmassa Brezzy (Importer: Wine &You).

Castiglione Falletto:

Livia Fontana, Barolo Villero 2009 – filigranowe subtelne, a zarazem z twardym uściśkiem tanin.

Cordero di Montezemolo, Barolo Enrico VI (Villero) 2009 – w tym roku w moim rankingu było to najlepsze Villero, pełne, sutej, gęstej materii, dobrze wypełniające usta z finezyjnym, drobnym garbnikiem. Importer: Mielżyński

Giacomo Fenocchio, Barolo Villero 2009 – również świetne, choć w zupełnie innej, bardziej ascetycznej stylistyce. Lekko słone, jeszcze twarde, o świetnej architekturze, do odłożenia na lata.  Importer: Magia del Vino

Oddero Podere e Cantine, Barolo Rocche de Castiglione 2009 – balsamiczne, leśne, rasowe. Importer: Mielżyński

La Morra:

Mario Marengo, Barolo Brunate 2009 – wino pełne dojrzałego owocu, ale na kamiennym twardym tle, z niosącym to wszystko kwasem, bardzo długie.

Renato Ratti, Barolo Rocche 2009 –  ewidentnie nowoczesny, gładki styl, wino jak napisałam „mało barolowe“, zbliżające się się aromatami (pieprz, liść czarnej porzeczki) i typem garbnika do bordeaux, ale jeśli nie odrzucamy go ideologicznie, w swojej stylistyce bardzo dobre.

Trediberri, Barolo 2009 – kolejne wcześniej nieznane wino, które na tle suchej i przejrzałej La Morry olśniewało soczystością.

Verduno:

Fratelli Alessandria, Barolo Monvigliero 2009 – dojrzały, ciepły bukiet z charakterystycznymi ziołowymi nutami, muślinowa materia i miękki kwas.

Monforte :

Giacomo Fenocchio, Barolo Bussia 2009 – zwarte, mololityczne wino o posągowej urodzie, jak zawsze u Fenocchio pełne przypraw i słone, wymaga czasu. Importer: Magia del Vino

Stroppiana Oreste, Barolo Bussia 2009 – nieco zwierzęce, dzikie rustykalne, o bardzo intrygujących jednak aromatach, ładnej głębi i mineralnej podbudowie.

Fratelli Barale, Barolo Bussia 2009 – znów ten czarodziejski bukiet i dużo słodkiego owocu, wino obok którego trudno przejść obojetnie. Importerzy: Wina z pasją, Konrad Januszkiewicz

Serralunga:

Giovanni Rosso, Barolo 2009 – ciekawy rabarbarowy nos, elegancko skrojony i najlepszy kupaż różnych siedlisk Serralungi

Guido Porro, Barolo Vigna Lazzairasco 2009 – znów odkrycie, to wino podobało się zresztą bardzo wielu moim kolegom; jasne, przejrzyste, miodowo-słone; połączenie kamiennego chłodu z muślinem materii, soczysty owoc, szałwiowo-pierzny finisz. Mocny efekt: wow! (Bardzo dobre było też drugie wino z Lazzarito tego samego producenta: Vigna S. Caterina)

Massolino, Barolo Parafada 2009 – atrakcyjny, jagodowo-jeżynowy owoc. Importer: M&P Wines

Palladino, Barolo Parafada 2009 – mroczne, głębokie, a zarazem soczyste wino, gładka jak na Serralungę tanina.

Luigi Pira, Barolo Marenca 2009 - mnóstwo materii, elegancki garbnik, finezyjny bukiet, dziś jeszcze zbite, do odłożenia.

Ceretto, Barolo Prapó 2009 – dziś czuć jeszcze beczkę w tym winie, ale pod nią czuć soczysty owoc i szlachetną materię.

Villadoria Sas di Lanzavecchia, Barolo 2009 – lekkie, baslamiczne wino, pachnące świeżymi truskawkami, głębokie i długie.

Kupaż różnych gmin:

Bartolo Mascarello, Barolo 2009 – piękny owoc i tradycyjna eteryczność.

Skupienie

Barbaresco 2010

Lato w 2010 było ciepłe, jednak nie upalne (zwłaszcza pierwsza połowa sierpnia była stosunkowo chłodna) i cieszyło się opadami deszczu. Rocznik ten charakteryzowała również wyjątkowo długa, mroźna i śnieżysta zima, dzięki której zapasy wody w glebie były dużo większe niż w 2009. W efekcie wina są harmonijne, pełne równowagi, mają dużo świeżości, soczysty owoc, lekkie ciało, finezyjne bukiety oraz dojrzałe, lecz wyraziste taniny, które predestynują je do długiego dojrzewania. Rocznik ten bywa porównywany przez producentów barbaresco do klasycznych: 2004 i 2005. Jest  on dosyć homogeniczny, choć może najlepiej w swojej średniej wypadły wina z gmin: Barbaresco i Treiso, nieco gorzej te z Neive.

Moje rekomendacje:

Barbaresco:

Albino Rocca, Barbaresco „Duemiladieci“ 2010 – klasyczny złożony nos: nuty balsamiczne, grzybowe, herbaciane malinowe, szczupłe ciało i elegancki garbnik.

Marchesi di Gresy Barbaresco Martinenga 2010 – wino o eleganckiej zwiewnej materii, ze świetnym nerwem i kwasowością, na które trzeba jednak jeszcze wiele lat poczekać, za młodu ma bardzo zbite taniny. Importer: Dom Wina

Cascina Morassino, Barbaresco  Ovello 2010 – balasamiczno-grzybowe, pełne owocu i mięsistej materii.

Castello di Verduno, Barbaresco Rabaja 2010 – muślinowy atak, pełen mięsistego owocu, nuty rustykalne; grzybowe, ziemiste, balsamiczne. Wino z charakterem.

Bel Colle, Barbaresco Roncaglie 2010 – owocowy atak, eksplodujący soczystą maliną  i ascetyczny słony finisz.

Poderi Colla, Barbaresco Roncaglie 2010 – oryginalny herbaciano-różano-hibiskusowy bukiet i charakterystyczna dla siedliska słoność.

Rattalino, Barbaresco Quarantadue 2010 – genialne połączenie intensywnego, wyrazistego owocu z mineralnym, słonym finiszem. Świetna struktura, drobny, elegancki garbnik i finezyjny, pachnący dziką różą nos

Socré, Barbaresco 2010 – pachnące ściółką leśną, o filigranowej budowie i intensywnym owocowym smaku. Klasyczne.

Neive:

Oddero Poderi e Cantine,  Barbaresco Gallina 2010 – długie, głębokie, skupione wino o czystym wiśniowym owocu i potężnej architekturze, dziś jeszcze zamknięte. Importer: Mielżyński.

Castello di Neive, Barbaresco Gallina 2010 – strukturalne, głebokie, wypełnione słodkim owocem wino, o mocno jeszcze ściśniętych garbnikach.

Fratelli Barale, Barbaresco Serraboella  2010 – kolejne hipnotyzujące swoimi aromatami wino od Barale, pachnące wiśnią, maliną, różą; sprężyste, całkowiecie zintegrowane, pełne.  Importer: Wina z pasją.

Treiso:

Giuseppe Nada, Barbaresco Casot 2010 – bogaty, nieco „orientalny“ nos: wiśnia, dzika róża, imbir, kandyzowana pomarańcz, chce się je wąchać bez końca. Dosyć szczupłe, z twardą ramą garbników.

I radość, gdy nie trzeba już pluć i wreszcie można się napić

Barolo Riserva 2007 i Barbaresco Riserva 2008

Kategoria riserva wzbudza mało mojego entuzjazmu, rzadko kiedy riserva robi na mnie wrażenie tak potężne, bym chciała za nią płacić dwa razy więcej.  Barolo Riserva 2007, a więc  z jednego z najbardziej spektakularnych roczników ostatniej dekady cieszyły się atrakcyjnym, wybujałym owocem. Nie są to jednak wina do długiego starzenia. Barbaresco 2008 z chłodniejszego, bardziej klasycznego rocznika w większości wypadków były jeszcze ściśnięte, z suchymi taninami, w kilku wypadkach z beczką przykrywającą owoc. Trzeba na nie jeszcze poczekać.

Moje rekomendacje:

Produttori del Barbaresco, Barbaresco Riserva Rio Sordo 2008 stosunkowo szczupłe, wdzięczne, o eterycznym bukiecie. Importer: Dekanter.

Punset, Barbaresco Riserva 2008 – pachnące miodem gryczanym i chlebem, miękkie, wyważone, harmonijne.

Fratelli Cassetta, Barbaresco Riserva 2008 - kwiatowy nos, truskawkowy owoc, twardy garbnik i aksamitna materia, czyli klasyka.

Cavallotto, Barolo Riserva Bricco Boschis Vigna San Giuseppe 2007– dużo słodyczy, dużo ekstraktu, niemniej imponująca architektura. Importer: Kondrat. Wina Wybrane.

Costa di Bussia Tenuta Arnulfo, Barolo Riserva 2007 – wiśnia, kamień, twarda rama garbników, pełne klasy.

Germano Ettore, Barolo Riserva „Lazzarito“ 2007 – ładny truskawkowy dojrzały owoc, kamienna rama garbników, elegancki garbnik, lekka słoność w finiszu.

Castello di Verduno, Barolo Riserva Monvigliero 2007 – koronkowe, finezyjne, bardzo eleganckie wino.

Być może importera któregoś z win przeoczyłam. W przypadku uchybienia przepraszam i proszę o komentarze.

Opublikowano Barbaresco, Barolo, Piemont, Włochy | Otagowano | Komentarze są wyłączone

Francja z kolczykiem tu i ówdzie

Brigitte Chevalier z Domaine de Cébène ⓒ winoioliwa.com

Langwedocja-Roussillon: największy winiarski region świata, mający więcej winnic niż cała Australia i odpowiadający za blisko 1/3 francuskiej produkcji, co roku destylujący morze niesprzedawalnego wina. Region kojarzący się z tanim, szorstkim, cierpkim winem supermarketowym. Wszyscy pamiętamy Fitou, Côtes de Malepère i Corbières, które zalały francuskie sieci wyrosłe u nas w latach 1990. Z tym negatywnym obrazem Langwedocja wciąż się musi zmagać. A powstają w niej również wina wielkie; wina, które wobec swojej wielkości nie wymagają aż tak wielkich pieniędzy (musimy tylko wybić sobie z głowy odniesienie do komercyjnej masówki). Langwedocja cieszy się w końcu genialnymi siedliskami, odkrywanymi na ogół przez sympatycznych wariatów o charakternych twarzach –  kudłatych, w hipsterskich okularach, z kolczykiem tu i ówdzie, wytatuowanych, wyluzowanych, otwartych i bezpośrednich; w pewien sposób totalnie niefrancuskich.

John Bowen z Domaine Sainte-Croix ⓒ winoioliwa.com

O nich jest film Kena Paytona „Les Terroiristes du Languedoc“, który był pokazywany przy okazji degustacji pod tym samym tytułem, jaką zorganizowała w hotelu Le Regina w ubiegły czwartek Winicjatywa.  Film nie wykorzystał w pełni indywidualności postaci, pogubił się w wątkach winifikacyjnych i geologicznych – zamysł Paytona był taki, żeby za każdym razem pokazać inną glebę: łupki, żwiry, glinę… Kalifornijski reżyser, skądinąd parający się pisaniem o winie na blogu reignofterroir.com, rzuca światło na to, że w regionie są ludzie pełni pasji i poświęcenia, ludzie kochający ziemię, na której robią wino, rzemieślnicy winiarscy rzucający na szalę całe swoje życie (wszyscy są to winiarze w pierwszym pokoleniu, od powodzenia winiarni zależy ich materialny byt). Film ten jednak nie opowiada żadnej ciekawej historii, ani nie rysuje wnikliwych portretów postaci. A szkoda, bo materiał ludzki ku temu bez wątpienia jest. Konkluzję filmu Paytona można by zamknąć w jednym zdaniu: małe jest piękne. Zdaniu być może istotnym i odkrywczym w Kalifornii.

 

Emmanuel Pageot z Domaine Turner-Pageot ⓒ winoioliwa.com

To czego nie dopowiedział film, dopowiedziała z pewnością sama degustacja, która porwała wszystkich. Jak polska blogosfera długa i głęboka – wszyscy napisali entuzjastyczne recenzje. Zaprezentowane butelki były świetne, nie ma co do tego wątpliwości; co więcej, sądzę, że w Langwedocji powstają wina wprost skrojone dla polskich kubków smakowych, które lubią poczuć konkret.  Gęste, wyraziste, o nieco dzikich, dojrzałych aromatach, z wybujałą owocowością, napakowane ziołami, pachnące lawendą, tymiankiem, rozmarynem, o szorstkiej, ziemistej fakturze, garbnikach wyraźnych, lecz opakowanych soczystym owocem i smaku, w którym przebija się mineralny rys terroir. Wina pełne, intensywne i długie. Niestety nie zdążyłam spróbować wszystkich. Skoncentrowałam się przede wszystkim na producentach obecnych już w Polsce.

O Langwedocję ostatnio zaczął poszerzać swoją ofertę Guillaume Delliancourt z DELiWiNA. Ma wspaniąłą Domaine de Cébène, stworzoną przez Brigitte Chevalier, byłą dyrektor eksportu w Château Valandraud. Jej faugères są przepiękne: zmysłowe, długie, o niesamowicie złożonych aromatach, z wtopioną, niezbyt wysoką kwasowością, z mocnym uściskiem garbników, o jakiejś szczególnej energii i głębi. Genialne corbières (także DELiWINA) robi Domaine Sainte-Croix – pełne sutej materii, ale zarazem wysokokwasowe, niestawiające oporu, bardzo wytrawne, o oszałamiających oryginalnych bukietach, czasem podkreślonych kontrolowaną lotną kwasowością.

John Bojanowski z Le Clos du Gravillas ⓒ winoioliwa.com

Tradycyjnie podobały mi się nieokrzesane, ziemiste, przestrzenne wina małżeństwa Bojanowskich Le Clos du Gravillas, łączące szczodry owoc z kamiennym chłodem (Wina Szlachetne) Notki degustacyjne tych win możecie Państwo poczytać na blogu Jakuba Małeckiego. Enoteka Polska sprowadza od paru miesięcy Virgile’a Joly – wina, które łączą soczystość i ciepło z surową architekturą (opisywałam je wcześniej tutaj). Inne od wszystkich wina pokazała winnica Turner-Pageot (bez importera na razie) – słone, przyprawowe, niezwykle napięte, niemal protestanckie przy bogactwie innych.

Film Kena Paytona można kupić na jego stronie w cenie 6,99 euro.

Przede wszystkim jednak warto odkryć Langwedocję – fascynującą, bo nieco anarchiczną i wciąż buzującą energią, jak każdy region, który dopiero się tworzy.

 

Opublikowano Francja, Langwedocja | Otagowano , , , , , , | 2 komentarzy