Nowe fetysze Bordeaux

Didier Cuvelier nalewa 2011 rocznik Léoville-Poyferré fot.TPB

Monsieur Didier Cuvelier zasiadł za biurkiem, wskazał nam trzy krzesła naprzeciw, usiedliśmy bezszelestnie, Marek Bieńczyk, redaktor naczelny i ja. Kolanka ściśnięte, rączki na kolankach, wygładziłam spódniczkę, uśmiech, uśmiech, cisza… Cuvelier sonduje nas stalowym błękitem, MB poprawił czapeczkę, TPB zaszurał, mnie przypomniał się egzamin, kiedy profesor Teorii Literatury wskazał mi równie władczym gestem katedrę, sam usiadł w ławce i czekał, jak zdawało mi się wówczas, na pytania. A może na performance? Ale ani wtedy, ani teraz nie miałam pomysłu. Cuvelier chrząknął i znowu cisza. Wczułam się zatem w rolę, którą mam nazbyt dobrze wyćwiczoną. Wyjęłam kajet, długopis i zaczęłam recytować dobrze odrobioną lekcję:  Jaki procent nowej beczki? A jaki procent merlota? Jaki procent vin de presse w pierwszym winie? A jaki procent drugiego wina w produkcji?  –  Czy Michel Rolland doradza? – przyszedł mi w sukurs Marek. Czy stosowana jest mikrooksydacja? A co z odwróconą osmozą? Co z koncentratorami? Co z zielonymi zbiorami? – Jaka wydajność z hektara i jaka gęstość nasadzeń? – dodałam. ­ – Tak. Nie. 80% – odpowiadał beznamiętnie Cuvelier.

– A może moglibyśmy spróbować wina? –  wtrącił przytomnie TPB. ­ ­­Właściciel Léoville-Poyferré skłonił milcząco głowę, ale dalej ani drgnął i znów zapadła cisza.  Cholercia, pomyślałam, było już wszystko, stopień wypalenia beczki, prefermentacja na zimno,  assemblage, pigeage, remontage, délestage, soutirage, filtracja, klarowanie, nie ma o co pytać, c’est fini, nie dla psa kiełbasa, jesteśmy nudziarzami, egzamin oblany, nie spróbujemy bordeaux, któremu w 2009 Parker dał setkę.  Zaraz, zaraz, jak to się nazywało, to, o czym wczoraj była mowa. – Czy jest pan za ko-ino-kulacją? – wybąkałam. Trafiony zatopiony, oczy Cuveliera zabłysły cieplejszym światłem.

Oenococcus oeni - gatunek bakterii wykorzystywany przy koinokulacji

Dzień wcześniej okazało się, że lekcji nie odrobiliśmy do końca. Naturalny porządek rzeczy, kiedy wino najpierw przechodzi fermentację alkoholową dokonywaną przez drożdże, w Bordeaux raczej zawsze winu zaszczepiane, a więc inokulowane, a następnie fermentację malolaktyczną przeprowadzoną przez bakterie mlekowe, jest passé. Teraz wina są koinokulowane.  W tym samym czasie zaszczepia się do kadzi z moszczem drożdże i specjalny gatunek bakterii, tak by obie fermentacje mogły przebiegać jednocześnie. Malolaktyczna kończy się czasem przed alkoholową. Jakie są z tego korzyści? Po pierwsze, minimalizacja ryzyka. W czasie między fermentacją alkoholową a jabłkowo-mlekową, która w Bordeaux czasem „odpala” kilka miesięcy później, może pojawić się lotna kwasowość, a także dzikie drożdże, doprowadzając do tzw. dewiacji aromatycznych. W każdym razie żeby się nie pojawiły, trzeba uważać. A tak kłopot z głowy.  Po drugie, zyskuje się na czasie. Koinokulację doprowadzono do perfekcji w Beaujolais – dzięki temu winiarze mają gwarancję, że beaujolais nouveau będzie skończone w listopadzie. Kwestia czasu niebagatelna jest też w Bordeaux, próbki muszą być gotowe na marcową degustację en primeur, gdy wina poddaje się dziennikarzom do oceny. Im wcześniej wino przejdzie malo, tym szybciej można przeprowadzić asamblaż, tym prędzej wino będzie stabilne, tym lepsza ostateczna próbka. Przeciwnicy koinokulacji, których w pierwszych crus bordoskich jest coraz mniej (koinokulacja hula od 2005 roku), twierdzą, że im dłużej trwa fermentacja malolaktyczna, tym aromaty wina są bardziej złożone.

– Nie – odparł Cuvelier, po raz pierwszy z cieniem emocji – Koinokulacja jest do niczego. Mnie interesuje wyłącznie malo w barriques, wtedy wino nabiera pięknych tostowych aromatów. A ja to bardzo lubię.  Są lepsze sposoby na podnoszenie jakości i oszczędzenie na czasie np. tri optique. – Cuvelier po raz pierwszy szczerze się uśmiechnął. – Maszyna do sortowania winogron, optyczny selekcjoner. Programuje się go, robiąc zdjęcie wzorcowych owoców, z jakich ma powstać wino. Wszystkie niepasujące do wzorca są odrzucane. Optyczny selekcjoner sortuje 15 000 kg na godzinę. Mój jest najnowszej generacji i dodatkowo jest wyposażony w sondę do wykrywania chlorofilu. Winogrona zawierające chlorofil też lądują w koszu.  Adieu, choćby najsłabsze zielone nuty. Ta era jest już za nami.

Selekcjoner optyczny najnowszej generacji firmy Defranceschi

– A czy zostały Panu jeszcze jakieś marzenia? – spytał nieśmiało MB. – O tak, marzę o filtrze tangencjalnym. To jest coś niebywałego – Cuvelier spojrzał gdzieś w dal…

Ostatecznie napiliśmy się wina. I nauczyliśmy się, by się nie wygłupiać. Darowywaliśmy sobie grę wstępną z jej sztampą. Od razu przechodziliśmy do sedna: jest koinokulacja czy nie? Żwiry, gliny, piaski, proporcje merlota do caberneta już dawno przestały być narzędziem komunikacji w Bordeaux. Dziś nie jest nim nawet Michel Rolland. Zastąpił go optyczny selekcjoner.

Opublikowano Bordeaux, Francja | Otagowano , , , , | 28 komentarzy

Wino karmione Mozartem

Geę pierwszy raz piłam w Butchery and Wine. Zachwalił mi ją Piotr Woyde – człowiek, który jest zdolny sprzedać każde wino. Z dużym wdziękiem. A kiedy już naopowiadał się o genialności tej butelki, powiedział: w dodatku ta historia, pani zna… – Taaa, znam, znam.  Co robić, człowiek teraz musi trzymać fason, jak pisał Marek Bieńczyk, zaświadczać przez sommelierem, że wie, że kuma.

Nie pamiętałam historii Gei i całe szczęście, bo nie wiem, czy zamówiłabym butelkę.  A tak mam wino, po które od tego czasu ciągle wracam  i które chciałabym pić codziennie. Ale jak to zwykle bywa, wina, które chcemy pić codziennie, niecodziennie możemy kupować.

Gea 2008 z toskańskiej posiadłości Paradiso di Frassina to jedna z najładniejszych interpretacji sangiovese. Jest tu przede wszystkim czysta wiśnia – hipnotyczna, wciągająca, wsysająca swoją soczystością do środka. Są podręcznikowe dla sangiovese fiołki i delikatne nadające wymiaru nuty przypraw (gałka muszkatołowa?). Jest powietrzna, zwiewna materia, wartka kwasowość, idealnie już wtopione, krągłe taniny. I tyle. W swej prostocie jest to jednak niezwykle długie, głębokie i precyzyjnie zarysowane wino. Bez zbędnych ozdobników, bez żadnego elementu, który by wystawał. Poza historią, jaka za nim stoi: Giancarlo Cignozzi puszcza swoim winogronom Mozarta. Głośniki dla posiadłości ufundowała firma Bose, a uniwersytet we Florencji prowadzi od paru lat badania o wpływie muzyki na rozwój fizjologiczny roślin. Winiarz z Montalcino nie jest pierwszym, który eksperymentuje z muzyką – o korzystnym wpływie śpiewów gregoriańskich na wino pisał Nicolas Joly, a beczkom z winem puszcza je od dawna znany chilijski winiarz Aurelio Montes.  Stefano Mancuso, profesor prowadzący badania w Paradiso di Frassina, mówi, że nie przyszedł jeszcze czas, by opijać definitywne konkluzje, ale miłą stroną tego projektu jest fakt, że daje okazję do picia dobrego wina.

U nas w domu, na szczęście, pije się Geę bez okazji. Kiedy już bardzo zatęsknimy za jej smakiem. Czasami pocieszamy się podstawowym winem Cignozziego Frassiną 2010 (59 zł)  – kupażem sangiovese, cabernet sauvignon, syrah i ancelloty – dużo bardziej skoncentrowanym, muskularnym i gęstym, ale doskonale wyważonym. Harmonijnie łączącym słodycz, kwasowość i gorycz. Pachnącym jeżyną i rozgrzanym żwirem. Nieco bordoskim w swojej garbnikowej budowie i aromatycznej ekspresji. Intensywnym, przyjemnym, pełnym ogłady, ale bez głębi Gei.

Wina Paradiso di Frassina sprowadza do Polski Vini e Afiini. Można je kupić w Alewino przy Mokotowskiej 48. Gea kosztuje 99 zł. Ale jest warta każdej (mojej) złotówki. Uwaga: w sprzedaży znajduje się również rocznik 2007 – bardzo już w smaku ewoluowany, balsamiczno-grzybowy, ciekawy, ale nie ma powietrznego uroku 2008.

Opublikowano Toskania, wino i muzyka, Wino i nauka, Włochy | Otagowano , , | Komentarze są wyłączone

Ponadczasowe albariño, modne QS i zabójstwo mencíi

Parę ładnych lat temu w surrealnie niedzisiejszej restauracji Los Caracoles w Barcelonie kelner zaproponował mi O Rosal Terras Gauda – wino, które od tamtej pory darzę niesłabnącym sentymentem. Dlatego ucieszyłam się, gdy Groupos Terras Gauda zaanonsowało, że chce mi wysłać sześć win do recenzji. Byłam jedną z mróweczek – identyczną paczkę wysłano min. do Jamie’ego Goode’a, Toma Cannavana, The Cellar Fella, The Cambridge Wine Blogger, The Wine Rambler… W polskiej blogosferze znalazłam recenzje na Vinisferze i na Środkowej Półce, ale może coś przeoczyłam.

Grupa Terras Gauda została ufundowana w 1989 roku i początkowo skupiała się na swoich winnicach w Rías Baixas – ojczyźnie albariño, potem poszerzyła się o posiadłość Pittacum w Bierzo  – krainie słynącej ze zmysłowej mencíi, a ostatnio rozwinęła projekt Quinta Sardonia – winiarnię położoną w Castilla y León i będącą nowym oczkiem w głowie postaci kultowej dla hiszpańskiego winiarstwa: Petera Sissecka.  

Peter Sisseck: rewolucjonista i trendsetter

Duńczyk z pochodzenia, Sisseck był jednym z tych winiarzy, którzy w latach 1990. rewolucjonizowali hiszpańskie winiarstwo. W swojej posiadłości Dominio de Pingus w Ribera del Duero drastycznie ograniczył wydajność z hektara, wprowadził rygorystyczną selekcję winogron, a także – niestety – zaczął stosować tzw. 200% nowej beczki; proceder polegający na przeprowadzaniu fermentacji malolaktycznej w nowych beczkach, a następnie przelewaniu wina do kolejnych nowych beczek.  Wina w efekcie bardziej pachniały dębem niż owocem, ale podobały się Robertowi Parkerowi, który o pierwszym roczniku Pingusa powiedział, że to „jedno z największych i najbardziej ekscytujących win, jakie kiedykolwiek pił w życiu”.  Dziś cena butelki Pingusa kształtuje się na poziomie 400-500 euro.  Sisseck jednak ograniczył znacząco stosowanie nowej beczki i coraz mniej mówi o perfekcjonizmie technicznym, a coraz więcej o potrzebie ekspresji terroir, a nawet o naturalnej winifikacji; jego wina fermentują spontanicznie i pochodzą z upraw biodynamicznych.

Reklama Quinta Sardonia na www.zachys.com

Nigdy nie piłam Pingusa, a o Quinta Sardonia mówi się jako o nowym Pingusie Hiszpanii, znacznie tańszym w dodatku, bo kosztującym między 40-80 euro, zatem myśl, że będę mogła QS spróbować, co więcej za butelkę nie płacąc, była ekscytująca.  Zanim jednak otworzyłam wiele obiecujące QS, po bożemu przeszłam przez wszystkie trzy wina białe i dwa wina z Bierzo, nad którymi Sisseck, wraz z francuskim enologiem, Jeromem Bougnaud, również czuwa.  Rías Baixas nie zawiodło i w upalny dzień skończyło się z szybkością światła.

Abadia de San Campo 2011, Rías Biaxas, Terras Gauda

Importer Vininova; cena 74 zł

Wciągający zapach kwiatów i mokrych kamieni. W ustach wrażenie dojrzałości, miodowy finisz, ale też żywy cytrusowy kwas i trochę soli. Nie ma tu wielkiej koncentracji, ale jest nieprawdopodobna soczystość. Doskonała interpretacja czystego albariño, w którym dojrzałość, słodycz, sól i kwas tworzą idealną harmonię.

O Rosal 2011, Rías Biaxas, Terras Gauda

Importer Vininova; cena 84 zł

Tradycyjny kupaż albariño  (70%), loureiry (20%) i caiño blanco (10%). Wino o poważniejszej strukturze, pełniejsze, lepiej zbudowane niż poprzednie, o większej koncentracji owocu, ale też bardziej mineralne w odczuciu. W ustach smak dojrzałej brzoskwini, krystaliczna czystość, kamienny chłód.

La Mar 2010, Rías Biaxas, Terras Gauda

nie ma importera w Polsce

Wino na bazie caiño blanco (70%), z domieszką albariño i loureiry. Materia jest w nim cięższa, bardziej suta, usta niemal kremowe, niemniej dojrzałe pigwowe aromaty i pełna budowa są tu doskonale równoważone przez sól i kwasowość. W finiszu delikatna migdałowa goryczka. Intrygujące w swoim bogactwie, ale najmniej energetyczne ze wszystkich.

Wina czerwone były wielkim rozczarowaniem od początku do końca. Nie pomogła im biodynamiczna uprawa, nie pomogły spontaniczne fermentacje, wszystkie co do jednego zabiła beczka i wysoki alkohol.

Mencía 2007, Bierzo, Pittacum

Importer: Vininova; cena 69, 90 zł

Dojrzewana 8 mięsiecy we francuskiej i amerykańskiej beczce mencía jest numerem jeden na liście TOP 10 Vininovy jak dowiadujemy się z ich strony. Króluje tu wanilia, toffi, czekolada i to, jak rozumiem, może się podobać, ale gdzie jesteś mencío? Owoc w tym winie przypomina zeschłą na wiór śliwkę, utopioną w nalewce babuni. Szczodre, przytłaczające alkoholem i słodyczą wino znikąd, które ścina z nóg po pierwszym kieliszku.  

 Mencía „Aurea” 2007, Bierzo, Pittacum

nie ma importera w Polsce

Tak zwany atrakcyjny i anonimowy bukiet. Wylizany beczką, tytoniowo-skórzany, z leśnym poszyciem w tle oraz intensywnymi jeżyną i jagodą.  Zdecydowanie więcej tu owocu niż w prostej mencíi, choć wino dojrzewało dłużej w beczce (14 mięsięcy). Atak jest ładny, soczysty, ale szybko ginie w szorstkiej, gęstej, materii i kończy się boleśnie gorzko i alkoholowo. Morderstwo mencíi suchą deską w biały dzień.  

 

QS 2007, Castilla y León,Quinta Sardonia

nie ma importera w Polsce

Obiektywnie muszę postawić temu winu ocenę bardzo dobrą, choć to mało, zważywszy, że musimy wyskoczyć przynajmniej z 200 zł. W Magazynie podpadłoby pod kategorię: kontrowersyjne. 52% tinto fino jest tu uzupełnione cabernet sauvignon, merlotem, syrah, petit verdot, cabernet franc i malbekiem. Peter Sisseck krytykował Jaya Millera za to, że promował w Hiszpanii „smoliste, potężne, skaczące do oczu, pokaż mi pieniądze wina”. Ale mam wrażenie, że jego QS niestety pod tę kategorię również podpada. Jest zbite i suche jak fusy od herbaty, o smaku wysmażonej konfitury, w której suche łebki jagódek chrzęszczą w zębach. Wyraźna w nosie jest też wanilia, cedr i smoła. Po ilu latach zejdą? Ale co wtedy zostanie? Skoro brak tu świeżego owocu. Alkohol 15% jest bardzo wyczuwalny, zarówno w nosie, jak w ustach. Choć biodynamiczne i spontaniczne, jest to jednak zupełnie nieautentyczne wino o „międzynarodowym” stylu. Sisseck, który boi się, że brett i oksydacja przykryją terroir, zdaje się nie zauważać tego, że mogą je przekreślić dąb i procenty.

Opublikowano Bierzo, Castilla y León, Hiszpania | Otagowano , , , , , , | 1 komentarz

Prosecco z sałatką czy bez?

Franco Adami, jeden z najlepszych producentów prosecco,  powiedział mi kiedyś, że nie ma prosecco bez sałatki macedońskiej. Że gdy wsadzamy nos w kieliszek, ma nam pachnieć słodko i owocowo. Że wszystkie eksperymenty, które usiłują prosecco upodobnić do szampana, a więc przeprowadzać drugą fermentację w butelce, są jak robienie z baletnicy trenera rugby. Prosecco powinno być lekkie, zwiewne i łatwe do opowiedzenia – mówił Adami. Ta ostatnia cecha jednocześnie powoduje, że nie najlepiej się o nim pisze, zwłaszcza gdy pisze się po raz kolejny; bezproblemowość nie sprzyja dyskursywności. Czują to zresztą spece od reklamy, którzy ostatnimi laty próbują zrobić z beztroskiego trunku napój wyrafinowany. Hasła, pod sztandarami których odbywa się Vino in Villa – doroczna duża degustacja prosecco w Suseganie – są coraz bardziej wymyślne; ostatnia edycja została szumnie zatytułowana „Autoctono cosmopolita”. 

Jednak autochtoniczne, chłopskie u swych początków prosecco dziś – poza nielicznymi wyjątkami – jest kosmopolitycznym salonowcem, który wypiera się swych korzeni. Wbrew temu jak widzi typowość prosecco Adami, do lat 70. ubiegłego wieku prosecco było winem fermentowanym w butelce, którego po fermentacji nie zlewano znad osadu. Było więc mętne, pełne chlebowo-orzechowych aromatów i delikatnie musowało. Nazywano je col fondo – wino z osadem. Sałatki macedońskiej w nim nie było; pojawiła się ona dopiero wraz z wprowadzeniem fermentacji w autoklawie, dodatkiem odpowiednich drożdży, kontrolą temperatury. I zapotrzebowaniem na świeże owocowe aromaty za oceanem.

Loris dall'Acqua - enolog Col Vetoraz

Sama wolę, gdy w moim kieliszku sałatki macedońskiej nie ma, aczkolwiek prosecco Adamiego, które do Polski sprowadza Vininova, uważam za świetne w swojej stylistyce. Słodki smak jest tu równoważony świetną kwasowością i słonym finiszem. (Adami jest  genialny do melona z grubą morską solą). Mistrzem owocowego stylu jest importowany przez Rubikon Col Vetoraz. Nie ma w tych winach owocowego rozgadania, owoc jest czysty, skupiony, naturalny – nie popada w przesłodzone „puszkowe” klimaty, chociaż są to wina w odczuciu dosyć słodkie. Podobnie świetną jakość owocu, za to większą wytrawność  znajdziemy w prosecco Foss Marai – smukłych, subtelnych, soczystych, o drobnych, finezyjnych bąbelkach. Winifikacja przeprowadzana jest tu w sposób pedantyczny, w trakcie fermentacji co parę godzin pobierane są próbki do analizy. Foss Marai dokonuje też własnej selekcji drożdży. To jedne z najbardziej perfekcyjnych i eleganckich prosecco, które istniały jeszcze parę lat temu na polskim rynku, ale teraz niestety zniknęły.

Charakterystyczne butelki Foss Marai

Jednak prosecco, które – w moim przekonaniu – wyprzedza wszystkie inne o kilka długości, nawet znakomitego  i bardzo lubianego przeze mnie Nino Franco (do kupienia u Mielżyńskiego) jest Sottoriva od Malibrána. Maurizio Favrel odważnie postanowił wskrzesić col fondo i produkuje po prostu bełta. Nie najlepiej co prawda szła mu sprzedaż, gdy wino było butelkowane – tak jak to tradycyjnie bywało – pod kapslem. Pod kapslem czy pod korkiem Sottoriva jest najbardziej głębokim, złożonym, wielowymiarowym prosecco, jakie kiedykolwiek piłam.  Jest to wino zupełnie pozbawione cukru (choć regulacje nie przewidują dla prosecco kategorii extra brut), pełne niezafałszowanego, autentycznego owocu – innego niż w większości prosecco, które odmieniają brzoskwinię i gruszkę przez wszystkie przypadki.  Jest tu biała porzeczka, jabłko, trawa cytrynowa, kamienne w odczuciu usta i smak solonych migdałów w finiszu. Jeśli nie chcemy pić bełta, powinniśmy trzymać butelkę w pozycji pionowej przez trzy dni. Jeśli mętność nam nie przeszkadza i możemy pić wino lekko wstrząśnięte, poczujemy jeszcze inne poza owocowymi aromatami. Wino z rozproszonym w butelce osadem staje się bardziej intensywne, krągłe, miękkie; wychodzą z niego pszeniczne, chlebowe aromaty i zapach typowej dla prosecco glicynii. Wydaje się jednak mniej słone, mniej kwasowe i bąbelki stają się łagodniejsze. 

Autentyczne, autochtoniczne prosecco

W Polsce do kupienia jest również Gorio od Malibrána; wino już dużo słodsze (extra dry) i bardziej sztampowe, z charakterystyczną dla prosecco brzoskwinią, jednak zachowuje sprężystość i sól w finiszu. Malibrán jest importowany do Polski przez Vini e Affini; oba jego wina są do kupienia w sklepie Ale wino! przy Mokotowskiej 48.

Opublikowano Prosecco, Włochy | Otagowano , , , , , | 6 komentarzy

Co kupować u Mielża w tym sezonie…

 

Theresa Breuer nie może oderwać się od Marion

Robert Mielżyński aktywnie edukuje swoją klientelę: w ciągu roku odbywają się u niego dwie duże degustacje otwarte dla publiczności i szereg mniejszych. Na tradycyjnej czerwcowej imprezie Grand Cru tak dziennikarze, jak wszyscy entuzjaści wina, mają okazję spróbować najlepszych sprowadzanych przez Mielżyńskiego posiadłości. Co więcej, mogą porozmawiać z ich właścicielami, enologami, dyrektorami sprzedaży… Nie w sterylnych warunkach degustacyjnej sali, lecz w atmosferze pikniku. To jedno z najbardziej atrakcyjnych wydarzeń winiarskich w Warszawie, którego urok polega również na rytualnej powtarzalności. Z roku na rok często spotykamy tutaj tych samych producentów, co jest trafionym pomysłem na stałe wzmacnianie ich marki na polskim rynku. Etykiety Mielżyńskiego w segmencie win powyżej 30 zł należą do najbardziej rozpoznawalnych w Warszawie.

Podczas tegorocznej degustacji Grand Cru zdecydowanie lepiej wypadły wina białe. Dzień należał do Chartrona, świetne było jego proste Hautes Côtes de Baune 2010 (78 zł) – łączące energetyczną kwasowość z krągłą maślaną materią w sposób, w jaki tylko burgundy potrafią. Wspaniałe było Puligny-Monrachet 2010 (187,70 zł) ­– dojrzałe, gładkie, napięte, głębokie.

Dobrym, prostym winem do codziennego pica jest Grüner Veltliner Wieden Berg 2011 od Salomona (55,50 zł) owocowy w nosie, lecz zaskakująco słony, czysty i szczupły w ustach. Za 98 zł możemy kupić Grüner Veltliner Lindberg (niedługo pojawi się w sprzedaży rocznik 2011)  kamienne, słone, bardzo strukturalne wino o dojrzałych aromatach.  Niezwykle ciekawe było porównanie, jakie  przygotował Berthold Salomon – który ma drugą posiadłość w Australii ­–  Shiraza Alttus 2003 z Côte-Rôtie 2003 Guigala. Jakkolwiek nie chciałabym tego przyznać, wypadło ono na korzyść australijczyka, który wciąż wibrował świeżością, podczas gdy Guigal z ciepłego rocznika zmatowiał i stracił iskrę.

Jak zawsze smakowały mi rieslingi Breuera, do których mam słabość i mogę je pić o każdej porze dnia i nocy, choć muszę przyznać, że odkąd rządy w piwnicy objęła młoda Theresa Breuer robią się one coraz szczuplejsze. Charmes, niegdyś riesling o wyraźnym cukrze resztkowym, dziś zbliża się do wytrawnego, mocno kwasowego  Sauvage’a. Berg Rottland, zwłaszcza w chłodnym roczniku 2010, ma kamienność, mineralność, lekkość, ale wieje trochę pustką. Podobnie chciałoby się więcej materii w znajdującym się obecnie w sprzedaży roczniku 2009 (155 zł). Jeśli wolimy rieslingi tłustsze, nieco bogatsze, powinniśmy sięgnąć po Breuerowską Terrę Montosę 2009 (107 zł) – oleistą, miękką, naftowo-orzechową, która – jak zresztą wszystkie droższe rieslingi Breuera zyska – gdy odłożymy ją na parę lat.

Znudziły mnie, piszę otwarcie, bordeaux, których picia, gdy osiągają  15% jak gęste, zbite Château Siaurac 2009 od Baronne Guichard zdecydowanie odmawiam. Phélan-Ségur, odkąd w 2006 roku nastały tam rządy Michela Rollanda, to wina bardzo przyjemne, owocowe, wygładzone i łatwe. Rocznikiem, który naprawdę mi smakował był 2005 – już przyjemnie ewoluowany, złożony – do kupienia u Mielżyńskiego za 392 zł. Dobrze się prezentował Kirwan 2010  (generalnie chłodniejszy 2010 wypadał lepiej od 2009, wbrew ocenom Parkera; dobra wiadomość dla portfeli wszystkich zainteresowanych bardziej klasyczną ekspresją bordeaux) – mocno zbudowany, pełen sutej  materii, o wyraźnie zaznaczonym charakternym garbniku; dziś nie do picia, ale – jak to się mówi – perspektywiczny.

Największej przyjemności spośród czerwonych win dostarczyła mi Valpolicella Superiore  Marion – doskonała zwłaszcza w rocznikach 2002 i 2005, które były zbyt chłodne na Amarone i wszystkie najlepsze owoce poszły do Superiore. Obydwa wina o umiarkowanym 13,5% alkoholu, soczyste, pijalne, eleganckie i zmysłowe.  Rocznik 2005 do kupienia u Mielżyńskiego za 138 zł. 

Hedonistyczne, atrakcyjne, pełne słodyczy, ale świetnie zrównoważone i soczyste wina zaprezentowała Quinta do Vallado z Douro. Jeśli lubi się gęsty, południowy, lekko smolisty styl to jest to strzał w dziesiątkę. Podstawowe wino Vallado Tinto kosztuje 49 zł.

Mielżyński ma świetne wyczucie tego, co w Polsce może się podobać, choć ma to odwrotną stronę medalu: jego ofertę można nazwać bezpieczną. Nie ma tu miejsca, na przykład, a w każdym razie do tej pory nie ma, na tak niszową apelację, jaką jest Beaujolais. Nie ma miejsca na prezentujące nienajlepszą relację jakości do ceny wina z Izraela. Nie ma miejsca na freakowe wina biodynamo. Ani na grignolino, pelavergi, arneis czy inne obco brzmiące nazwy. I aczkolwiek niektóre wina z tej oferty mogą nudzić, nie zdarzają się tu raczej pomyłki – każde wino w ramach swojej półki cenowej i stylistyki jest dobre.

Wiele sprowadzanych przez Roberta win to moje dyżurne pewniaki, które kupuję niezależnie od sezonu. Rieslingi Sauvage, Charme i Estate od Breuera, rieslingi Bürklina-Wolfa, rieslingi i grünery veltlinery od Salomona, Gemischter Satz od Weningera, Valpolicella Lucchine od Tedeschich, chinon od Olgi Raffault to moi powszedni towarzysze stołu, to o nich myślę najczęściej, gdy kończę pisać zdanie. Jeszcze jedno i  można otworzyć butelkę.

Robert Mielżyński w ciągłym ruchu

Opublikowano sklepy winiarskie, wine bary | Otagowano , , , , , , , , , | 4 komentarzy

Heniek w gorącej wodzie kąpany

Widok na Serralungę z podwórka Rivetto fot. Anders Levander

Wizyta Roberta Parkera i pracujących dla niego dziennikarzy w winnicy trwa ponoć średnio piętnaście minut. Dzień dobry, siadają, kręcą kieliszkiem, wąchają, plują, nic nie mówią, notują i do widzenia. Parker zawsze twierdził, że nie zaprzyjaźnia się z winiarzem, nie je z nim kolacji, nie śpi u niego w domu. W ten sposób zachowuje dziennikarską integralność, nic nie zniekształca jego oceny i efektywniej pracuje.

Zupełnie nieefektywnie, gdy brać po uwagę ilościowy przyrost winiarzy wklepanych na dysk mojego komputera, podczas każdego pobytu w Piemoncie odbywam rytualną wizytę u Enrico (Henia) Rivetto. I nie trwa ona 15 minut. Przez sam kwadrans tylko gapię się na panoramę zamku w Serralundze, rozciągniętą przed Heńkową agroturystyką, zapisując ją od nowa na twardym dysku pamięci, żeby w któryś z listopadowych poranków wyświetlić sobie, że ten widok tam jest i że zawsze można tam pojechać.

Enrico z nascettą fot. Anders Levander

Enrico jest typem zapaleńca, który zawsze się entuzjazmuje ostatnio przeczytaną książką. Odkąd objął posiadłość w 1998 roku, wprowadził w niej najpierw stal nierdzewną, potem spróbował, czym jest rotofermentator, teraz myśli, by na powrót zacząć fermentować w dużych tradycyjnych kadziach, zakupił baryłki, później baryłki zaczął wyrzucać na rzecz dużych sławońskich beczek; dziś jego konikiem jest nie piwnica, lecz winnica, w której wdraża system zrównoważonej uprawy. Od Enrico można się dowiedzieć wszystkiego o wszystkich obowiązujących w przeszłości i obecnie w Barolo winifikacyjnych trendach. Jakkolwiek Rivetto przetestował wiele, filozofie, którymi się fascynuje i książki, które czyta, muszą być coraz lepsze, bo regularnie wzrasta jakość jego win, które przeszły drogę od dość zbitych, skoncentrowanych i ekstraktywnych do eleganckich i bardzo atrakcyjnych. Jego Barolo Riserva Leon 2006 podczas ślepej degustacji Nebbiolo Prima (nie byłam zatem pod wpływem uroku Heńka, zahipnotyzowana widokiem Serralungi, rozanielona pastą mamy Rivetto) oznaczyłam jako jedną z najlepszych riserv. O ciepłym grzybowo-ziemistym bukiecie, tryskające świeżą wiśnią, bardzo długie, powłóczyste o wtopionych, soczystych taninach, jest to wino, które można z przyjemnością pić już dzisiaj. Co potwierdziło się dwa dni temu, gdy piliśmy je w warszawskiej scenerii z TPB i Heńkiem, który przyjechał na Euro. Przyjemne jest również podstawowe barolo Rivetto (Barolo Comune di Serralunga), choć nietypowe jak na twarde z natury wina Serralungi, bo bardzo miękkie, wręcz pluszowe, jednak pełne świeżego, słodkiego owocu.  Rivetto robi też kilka barber – w tym gęstą, jeżynową, mięsistą Barberę Zio Nando, a także atrakcyjne, aksamitne dolcetto.  Jak również wypuszcza białe wino z rzadkiego piemonckiego szczepu: nascetty (uprawia ją zaledwie kilkunastu producentów) – bogate, strukturalne, ale energetyczne i rześkie. Rivetto rozbiegany, Rivetto „w gorącej wodzie kąpany” – jak sam o sobie po polsku mówi, bo mówi w tym dziwnym języku – nie ma chyba sam ze sobą łatwo, ale nam pijącym jego wina nie pozwala się nudzić. Każda wizyta u niego jest nowym odkryciem, choć wierzę, że czasy rewolucji się skończą i zostanie tu osiągnięty constans.

Rodzina Rivetto fot. Anders Levander

 

Opublikowano Barolo, Piemont, Włochy | Otagowano , | 3 komentarzy

Nowe dobre adresy w Warszawie

Od dwóch tygodni mamy w stolicy dwa nowe wine bary. Jeden otworzyła Winkolekcja na Mokotowie przy ulicy Olkuskiej 7 (jadąc od centrum przed Odyńca, naprzeciwko kościoła świętego Michała, przy stacji benzynowej Statoilu). Drugi powstał przy sklepie Alewino, w podwórku pod adresem Mokotowska 48; tuż za Przegryziem Najsztuba, idąc od Wilczej.

 Winkolekcja, Olkuska 7

Martwa natura z burakiem

Siłą tego miejsca jest ciekawa oferta importera, w której szczególnie mocno obsadzona jest Francja. A także świetne ceny – do każdej butelki zamówionej w barze, dolicza się 15 zł korkowego, natomiast za kieliszek bardzo porządnego wina zapłacimy 9 zł. Każdej butelki do 100 złotych możemy spróbować na kieliszki. Dobra, jest tu kuchnia, szefową jest Małgorzata Marchewka, która wcześniej pracowała w Mariocie oraz Bristolu i która specjalizuje się w kuchennej stylizacji. Wszystko dostajemy więc kolorystycznie skoordynowane i ułożone na talerzu z czułością.  A przede wszystkim, zgodnie ze słusznym trendem, przygotowane z sezonowych składników.  Przy tej jakości, zaskakujące, zwłaszcza jak na Warszawę, są ceny: lunch z trzech dań – zupa, drugie, deser – zjemy za 18 zł.  Za pyszną sałatę (buraki, szparagi, kozi ser), kieliszek Rieslinga od Guy Wacha i espresso zapłaciłam 35 zł.

Warto w Winkolekcji spróbować skoncentrowanych, ognistych i długich rieslingów Markusa Molitora, subtelnych, rześkich alzatczyków od Guy Wacha (Domaine des Maronniers), niedrogich  w stosunku do jakości win z Południowego Zachodu z Château Puy Servain.  Zaryzykowałbym też twierdzenie, że Winkolekcja ma w swojej ofercie najlepsze na polskim rynku Sancerre od Henry Pelle’a: pełne dojrzałych nut tropikalnych, a zarazem przeszywająco mineralne. Znajdziemy tu również jedne z lepszych Chablis od Christiana Moreau. Podstawowe, za które zapłacimy 77 zł, to miękkie, gładkie, hedonistyczne wino o apetycznych orzechowych nutach i cytrusowej soczystości. Perłą w kolekcji jest niewątpliwie świetna selekcja bordeaux.  Za 49 zł kupimy naprawdę dobre podstawowe bordosy, w tym moje ulubione, utrzymane w tradycyjnym, powściągliwym stylu Costes du Château Féret Lambert. Na wyższych półkach znajdziemy najlepsze sklasyfikowane zamki jak Camensac, Cantemerle, Citran, Sociando Mallet, Pontet Canet, Kirwan, Beau-Séjour Bécot, Calon Ségur, Phélan Ségur, Lagrange, Talbot, Léoville Poyferré, by wymienić tylko kilka, a także zamki premier cru. Do kupienia są również starsze roczniki.

Wszystko to wynagradza jedyny mankament baru Winkolekcji, jakim jest jego usytuowanie w cokolwiek bezdusznym biurowcu, który ma jednak szansę u parteru ducha zyskać.

 Alewino, Mokotowska 48

Centrum Warszawy, cyprysy jak w Toskanii, hortensje jak w Vancouver, rozmaryn jak w Prowansji

Alewino to niemalże mój sklep osiedlowy, w którym regularnie wykupuję zapasy naszego dyżurnego wina codziennego, jakim jest ożywczy Furmint od Dereszli w rewelacyjnej cenie 28 zł. Od niedawna przy sklepie, który ma bardzo dobry wybór win i niewielkie marże, działa wine bar, w którym można zjeść zimne przekąski – sałaty, sery, szparagi, prosciutto, oliwki, gazpacho i napić się wina. Wszystko proste, ale przy wykorzystaniu najlepszych produktów. Owocowej galaretki z cavy nie powstydziłyby się najlepsze restauracje w tym mieście. Cena każdej przekąski – 15 zł. Cena kieliszka wina – 10 zł.  To wszystko na prostych krzesłach jak ze szkolnej klasy, ale wyniesionych na designerski poziom, bo narysowanych ręką znanego projektanta Tomasza Rygalika, stojących wśród skrzynek ze świeżymi ziołami i hortensjami. Warto skręcić w nieco ukryte podwórko.

Najlepsza galaretka w mieście

Opublikowano sklepy winiarskie, wine bary | Otagowano , , | 16 komentarzy

Barbaresco 2009: smutek tropików

 

Widok z Neive fot. Anders Levander

Do dziś powielany w podręcznikach stereotyp mówi, że barbaresco to kobieca wersja barolo.  Cieplejszy, suchszy i nieco łagodniejszy klimat Barbaresco powoduje, że winogrona dojrzewają tu nieco wcześniej niż w Barolo, w teorii dając wina mniej taniczne, nie tak surowe, bardziej bezpośrednie i szybciej pijalne za młodu. Regulacje dla barolo i barbaresco zasadniczo są podobne, z niewielkimi różnicami, które domniemany lżejszy styl barbaresco mają odzwierciedlać: nieco niższy jest tu wymagany poziom alkoholu: 12,5 %  (dla barolo jest to 13 %), a przede wszystkim krótszy jest minimalny okres starzenia – 26 miesięcy, z czego 9 miesięcy  w beczce; dla barolo jest to 38 miesięcy, w tym 18 miesięcy w beczce.

Wizerunek barbaresco jako słabszego barolo w latach 1960. zaczęli zmieniać Angelo Gaja i Bruno Giacosa. Dziś w regionie powstają wina, które nie tylko nie są kobiecym odpowiednikiem barolo, ale przewyższają je tanicznością, ekstraktem i mocną strukturą.

W roczniku 2009 powietrznych, eleganckich barbaresco można ze świecą szukać. Wbrew zapowiedziom o intensywnej, bezpośredniej owocowości tych win i charakterze zbliżonym do rocznika 2007, 2009 wypadł w trakcie degustacji Nebbiolo Prima bardzo rozczarowująco. Wina były zbite, żylaste, ściśnięte, brakowało im wypełnienia owocem, alkohol często palił w końcówce, niedostatek kwasowości był bolesny.

Myślę niestety, że cechy te nie są wyłącznie wypadkową upalnego lata, lecz odpowiada za nie również winifikacja. Zwłaszcza gminy Treiso i Neive nie odżegnały się wciąż od agresywnej ekstrakcji i zbyt mocnego traktowania wina beczką; wiele win miało kolor nad wyraz ciemny, budzący wątpliwości co do 100-procentowego użytku nebbiolo, a w każdym razie pytanie o użycie tzw. stabilizatorów koloru; raziła też często oleista, nienaturalna w odczuciu konsystencja tych win. Miałam smutne poczucie, że potencjał regionu jest marnowany przez nadmiar techniki i usilne próby uczynienia z nebbiolo czegoś, czym nie jest.

Należy oczywiście wziąć poprawkę na to, że piliśmy te wina zdecydowanie za wcześnie. Zwłaszcza w tak garbnikowym roczniku jak 2009, barbaresco z pewnością przydałby się jeszcze jeden rok dojrzewania w butelce. Dużo win, dopiero co zabutelkowanych, cierpiało też z powodu redukcji (z tego powodu nie do oceny było bardzo wiele próbek, w tym lubiane przeze mnie Punset i Castello di Neive). Niezależnie jednak od tego, że na barbaresco 2009 trzeba jeszcze poczekać, tam gdzie nie ma owocu, już go nie będzie. Ale paru producentom udało się zachować owoc i zrobić nieprzekombinowane wina, szczególnie w gminie Barbaresco – zestawienie moich rekomendacji (w kolejności degustowania) poniżej.

  • Barbaresco 2009, Armando Piazzo (Alba)
  • Duemilanove 2009, Albino Rocca (Alba- San Rocco Seno d’Elvio)
  • Sanadaive 2009, Marco e Vittorio Adriano (Alba- San Rocco Seno d’Elvio) (wino dla kwasolubów; niezbyt złożone, ale w swojej subtelności i niebywałej jak na rocznik kwasowości, ujmujące)
  • Barbaresco 2009, Prunotto (Barbaresco, Treiso)
  • Barbaresco 2009, Cantina del Pino (Barbaresco, Neive)
  • Barbaresco 2009, Olek Bondonio (Barbaresco)
  • Roncaglie 2009, Poderi Colla (Barbaresco)
  • Rio Sordo 2009, Pier (Barbaresco)
  • Martinenga 2009, Tenute Cisa Asinari del Marchesi di Gresy (Barbaresco) (degustacje tego wina trudno nazwać ślepą, gdyż podaną na fiszkach degustacyjnych nazwę Martinenga nosi jedynie wino Marchesi di Gresy. Nie jest to najlepszy rocznik Martinengi, bukiet jest jakby za mgłą, niemniej wino ma bardzo ładną spoista materię, jest sprężyste, eleganckie, głębokie).
  • Cascinotta 2009, Angelo Negro e figli (Neive)
  • Bordini 2009, Fontanabianca (Neive)
  • Serraboella 2009, Fratelli Barale (Neive)

 

W Piemoncie przebywałam na zaproszenie producentów Albeisy. Nebbiolo Prima 2012 zostało zorganizowane przez agencję Gheusis.

Opublikowano Barbaresco, Piemont, Włochy | Otagowano , | Komentarze są wyłączone

Barolo 2008: powrót klasyki

 

Widok na zamek w Barolo z dachu Borgogno fot. Anders Levander

Rocznik 2008 z początku nie zbierał entuzjastycznych recenzji w Barolo. Chłodny i mokry – zwłaszcza wiosną – przysporzył winiarzom dużo kłopotów: z mączniakiem, z pleśnią, z nadmiernym rozrostem winorośli  (często były potrzebne podwójne, a nawet potrójne zielone zbiory), na końcu z gradem – wydajność była nawet do 15% mniejsza niż w bezproblemowym, ciepłym i suchym 2007. Niemniej po degustacji ponad dwustu barolo z tego rocznika w czasie ostatniej edycji Nebbiolo Prima, jestem jego absolutną entuzjastką. 2007 z pewnością charakteryzował się bardziej atrakcyjną owocowością, jednak w swojej średniej wydawał mi się bardziej nierówny: wiele win, szczególnie z La Morry, było przeekstrahowanych, alkoholowych, napakowanych; Serralunga miewała suche garbniki.

2008, który miał najdłuższy okres wegetacyjny i najpóźniejszy zbiór w ostatniej dekadzie, dał wina bez tak wyrazistego owocu jak 2007, co sprawia że odczucie garbnikowości w wielu winach jest silne, inaczej jednak niż Wojciech Bońkowski, odniosłam wrażenie, że w znakomitej większości wypadków taniny są świetnie zintegrowane z winem, dojrzałe, scentralizowane i bynajmniej nie wpływają na ogólną soczystość tych win. Barolo 2008 są zrównoważone, harmonijne, z wysokim poziomem kwasowości – mają potoczystość, której brakowało wielu winom z rocznika 2007, i obawiam się, że może jej brakować również w roczniku 2009, sądząc po degustacji zabutelkowanego już barbaresco, o czym w kolejnym poście.

Nie każda gmina wypadła równie wspaniale, jednym z moich rozczarowań było bardzo lubiane przeze mnie eteryczne Verduno. W chłodniejszym roczniku winom z tej gminy zabrakło materii i wypełnienia owocem, środek ust bywał pusty.

La Morra zaprezentowała subtelniejsze oblicze niż zwykle, nie było win ugotowanych i konfiturowych, w jakie ciepły 2007 obfitował,  za to sporo słodkiego owocu, który podobał się niemal wszystkim (dla mnie ogólny poziom słodyczy był w tych winach za wysoki i brakowało mi świeżości, ale taki już urok La Morry. Wciąż też najwięcej było w tej gminie win nadekstraktywnych, pluszowych, popadających w mleczne i czekoladowe tony).

Gmina Barolo dała przestronne, soczyste, klasyczne w swojej twardej architekturze wina; bardzo owocowe i soczyste zwłaszcza w ciepłym siedlisku Cannubi.

W Monforte d’Alba genialnie wypadły wina z wzgórza Bussia. W Castiglione Falleto z Villero.

Absolutną gwiazdą degustacji była jednak Serralunga, której mocnym garbnikowym winom klasyczny rocznik najwyraźniej się przysłużył – były zdecydowanie mniej zbite i kompaktowe niż w roku ubiegłym, o subtelnej materii, mięsistym owocu i lepiej wydobytej mineralności, którą słodycz cieplejszego rocznika nieco przykrywała. Poniżej zestawienie win, które zrobiły na mnie największe wrażenie podczas ślepej degustacji.

Kupaż różnych gmin:

  • Barolo 2008, Prunotto; Importer: Centrum Wina 

Novello:

  • Ravera 2008, Elvio Cogno; Importer: Vini e Affini

Verduno:

  • Monvigliero 2008, Pietro Rinaldi
  • Monvigliero 2008, Paolo Scavino  („blind tasting never lies” podobno; nie jest to wino, do którego miałabym słabość w jasno, jednak na tle innych, zwykle moich ulubionych Verduno, jak chociażby Burlotto,  wyróżniało się owocową pełnią, głębią i wspaniałą architekturą)

Barolo:

  • Castellero 2008, Fratelli Barale; Importer: Rubikon
  • Brunate-Le Coste 2008, Giuseppe Rinaldi  (W dwóch powyższych winach wybijająca się jakość owocu)
  • Cannubi 2008, Brezza; Importer: Wine and You
  • Barolo 2008 (Barolo-La Morra), Bartolo Mascarello (To kompletnie niekonkursowe wino odznaczało się swoją powietrznością, nieprawdopodobna głębią, surową budową i bladą, przezroczystą czerwienią).
  • Cannubio 2008, Francesco Rinaldi e Figli; Importer: Enoteka Polska
  • Cannubi 2008, Damilano
  • Coste di Rose 2008, Bric Cenciurio

 Castiglione Falleto:

  • Villero 2008, Livia Fontana (Faworytka tegorocznej degustacji, zaznaczyłam jej wszystkie wina)
  • Villero 2008, Oddero; Importer: Mielżyński
  • Villero 2008, Giacomo Fennocchio; Importer: Magia del Vino
  • Parussi 2008 Massolino; Importer: M&P (Gwiazda Serralungi i kolejny faworyt tegorocznej degustacji – wszystkie wina były znakomite)

La Morra:

  • Barolo 2008, Aurelio Settimo; Importer: 101win.pl (Kamienność i surowość tego wina nawet w ciemno wskazuje na rękę Tiziany Settimo. Nietypowa, twarda i pełna świeżego owocu La Morra)
  • Vigneto Brunate 2008, Andrea Oberto; Importer: Rubikon
  • Rocche dell’Annunziata 2008, Rocche Costamagna
  • Roggeri 2008, Ciabot Berton
  • Tortoniano 2008, Michele Chiarlo

Monforte d’Alba:

  • Bussia 2008, Livia Fontana
  • Bussia 2008, Fratelli Barale; Importer: Rubikon

 Serralunga d’Alba:

  • Margheria 2008, Massolino; Importer: M&P
  • Margheria 2008, Luigi Pira
  • Marenca 2008, Luigi Pira
  • Parafada 2008, Palladino
  • Bricco Rocche Prapò 2008, Ceretto
  • Ceretta 2008, Germano Ettore

 W Piemoncie przebywałam na zaproszenie producentów Albeisy; Nebbiolo Prima 2012 zostało zorganizowane przez agencję Gheusis.

 

 

 

Opublikowano Barolo, Piemont, Włochy | Otagowano , , , | Komentarze są wyłączone

Nie pisz o grignolino

Widok z ogrodu Castello di Neive

Ciepłego majowego popołudnia zwiedzaliśmy z A. piwnice Castello di Neive. Właściciel, Italo Stupino, pokazywał nam z dumą „bibliotekę”, gdzie zgromadził stare roczniki swoich barbaresco, kiedy A. – chłopak, który zawsze umie się znaleźć – wyparował: „What’s your vintage, Ewa?” W zasadzie jedyną dobrą reakcją byłaby w tym wypadku głupkowata odpowiedź, że kobiet o wiek się nie pyta. Nie miałam jej jednak na podorędziu. A jeśli już chciało się grać w tę grę, to trzeba się było odmłodzić. Taki 1978 na przykład był w Barbaresco wyjątkowy. Ale, zabrakło mi refleksu. Niemniej, grzechem byłoby narzekać – 1974 też był niezły, choć wypita parę miesięcy później butelka, wraz z redaktorem Kurzeją zresztą, dostarczyła mi głównie sentymentalnej przyjemności picia wina z własnego rocznika – pierwszego w życiu skądinąd, co naturalnie połączyło mnie sentymentem również z Castello di Neive i jego serdecznym właścicielem.  Po tym nieco przydługim disklejmerze, przechodzę do rzeczy.

Claudio Roggero, enolog Castello di Neive & Italo Stupino

Barbaresco Castello di Neive uważam za jedno z bardziej niedocenionych i najlepszych w swojej cenie. Italo Stupino jest jedynym posiadaczem świetnego siedliska Santo Stefano, które zdobyło rozgłos, dzięki winom Bruno Giacosy (Giacosa skupuje winogrona od Stupino). Dla porównania Barbaresco Riserva Santo Stefano Giacosy kosztuje we Włoszech na półce około 90 euro, Riserva Castello di Neive z tejże winnicy około 40. Podstawowe barbaresco Castello di Neive kosztuje mniej więcej 25 euro. Pite dzisiaj (Italo przyjechał szukać w Polsce importera) z rocznika 2008 było już dosyć otwarte – choć warto rzecz jasna na nie poczekać – utrzymane w klasycznym, subtelnym stylu: eteryczne, zwiewne, muślinowe, o jasnym ceglastym kolorze, który ma tylko nebbiolo. Stupino dojrzewa swoje barbaresco w dużych beczkach, a fermentuje, kontrolując temperaturę w stalowych kadziach. Wszystkie wina cechuje niezwykła jakość owocu. Stupino nie lubi nadmiernej kwasowości, ale jego wina nigdy też nie popadają w przejrzałość. Są niezwykle soczyste, o dobrze rozpuszczonym kwasie i zintegrowanych, dojrzałych taninach. Santo Stefano i Santo Stefano Riserva to wina głębokie, długie, eleganckie, o twardej ramie garbników, a zarazem mięsistej, sutej materii. Odpowiednio 2008 i 2006 pite dzisiaj dostarczały już mnóstwo przyjemności (rzecz nie do pogardzenia w niecierpliwym świecie). Castello di Neive robi też świetne dolcetto – gęste, skoncentrowane, pełne jagodowego owocu i chłodzącej mięty w finiszu i wspaniałą świeżą barberę, która na przekór obowiązującemu wciąż trendowi w ogóle nie dotyka beczki – fermentuje i dojrzewa w stali, nie gubiąc w ten sposób rześkiego wiśniowego owocu. Barbera Riserva również jest niezwykle przyjemna i potoczysta. W portfolio jest też ciekawe pinot nero (w tym musujące metodo classico), niezłe arneis i grignolino, które osobiście uwielbiam – pieprzne, ziołowe, lekkie i mega kwasowe, choć pewnie to szczep ekscentryczny dla zmęczonych pluciem podniebień. Italo szepnął mi na pożegnanie: tylko nie pisz, że najlepiej mi wychodzi grignolino. Oczywiście, że nie, ale nawet grignolino-dziwoląg jest świetne.  

Zakłopotana, lecz szczęśliwa redaktor, rocznik 1974 i Italo

Opublikowano Piemont, Włochy | Otagowano , , , , , , , , | 1 komentarz