Houellebecq, kobieta po trzydziestce i malbec

Jest dziś zbyt upalnie, by stroić się w polityczną poprawność. Nie lubię malbeka i już. Nie myślę tu o atramentowym, szorstkim i nieco dzikim cahors, lecz współczesnym, argentyńskim wcieleniu tej odmiany. Ugłaskanym i wymuskanym, które zrobiło z malbeka celebrytę.

Parę lat temu do Warszawy przyjechał Michel Houllebecq, którego dwie powieści miałam okazję tłumaczyć. Po spotkaniu w Gazecie, gdzie wszyscy ze wszystkimi się pokłócili, koniec końców wylądowałam sama z Houellebecq’iem u Mielża.  Był upał taki jak teraz, liczyłam, że napiję się rieslinga, Houellebecq jednak powiedział, że rzadko pija wino, a jeśli już, to malbeka. Siedzieliśmy więc w gęstym powietrzu nad gęstym płynem, kultowy pisarz, najwyraźniej niedomagający, bo opatulony w zimową kurtkę i zadowolona z życia pańcia, której marzył się szampan. Pisarz natomiast raz po raz ospale odwracał wzrok za sięgającymi wysoko nogami, które stukały w te i wewte na trasie do toalety, aż wreszcie zagaił rozmowę: „Wiesz – stwierdził – kobieta po trzydziestce bez operacji plastycznej, nie da rady…”  

Przypomniało mi się to zdarzenie na sympatycznej kolacji zorganizowanej przez Ambasadę Argentyny z okazji Dnia Malbeka. Mieliśmy w kieliszkach najlepsze malbeki dostępne na polskim rynku, które wybrał Matias Glusman, odważnie zestawiając je z różnymi daniami i jeszcze odważniej poddając te zestawienia naszej ocenie. Ze wszystkich win najbardziej pijalny wydał mi się Malbec Melipal 2009 (Winkolekcja) z wstrzemięźliwą jak na argentyńczyka owocowością; dobrą, zdawałoby się, naturalną kwasowością i wyraźnie zarysowanymi taninami. Klasę trzymał Kaiken Ultra 2009 od Montesa (Sommelier/Domaine Menada) – bez przesadnej ekstrakcji, harmonijny, nie tylko bujny i mięsisty, ale też solidnie zbudowany. Żadne z podanych win nie nadawało się jednak do jedzenia. Zakrzykiwały każdą potrawę – zalewały ją oleistą materią, niszczyły rozbuchanym alkoholem, mordowały zbyt słodkim owocem i nic tu nie pomogło nachalne dokwaszenie (w Trapiche Single Vineyard Jorge Miralles 2008 [Centrum Wina], który bardzo się niemal wszystkim podobał, kwas aż wżerał się podniebienie). Jakiś dialog wywiązał się dopiero przy befsztyku, choć najlepiej do niego sprawdziło się Grand Vin 2007 od Cuvelier Los Andes (Mielżyński)w którym malbec jest poważnie uzupełniony cabernetem dającym winu charakterny twardy garbnik.  

Niektóre wina dążyły do elegancji, inne się na nią nie siliły, ale wszystkie cechował przerost ciała nad intelektem. To były wina napompowane, po licznych korektach i liftingach – karykaturalnym tego przykładem był Ice Wine Las Perdices (Winkolekcja) z mrożonych winogron. Nie było tu czego interpretować i nad czym się zagłębiać. Nie było jak wejść w dialog, o czym listów pisać. A jednocześnie każde z tych win zaznaczało mocno swoją obecność i już po pierwszym łyku czuło się w je skroniach. Po pierwszym kieliszku – w łydkach. Zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę nie wiemy, jak smakuje czysty, niewygładzony beczką, niedokwaszony, naturalny argentyński malbec. Jednak taki, jakim go znamy, jest winem na wskroś współczesnym; metaforą opisanej przez Houellebecqa nowoczesności. Powala swoją poprawioną, napakowaną urodą. Na miękko i słodko zagłusza doskonale wieczorną samotność. Wymarzone wino dla singla. W ciężkiej butelce, gdzie dużo wszystkiego: koncentracji, alkoholu i barwy, pozwala nowej klasie średniej poczuć dobrze wydane pieniądze. Nie jest może winem do jedzenia (ale i tak jemy w biegu i na stojąco), ale za to świetnie nadaje się do telewizji. Doprawdy nie wiem, po co niektórzy tracą czas na szukanie wyrafinowanych połączeń filmów i trunków, skoro malbec zawsze nam gwarantuje komfortowe wgniecenie w kanapę.  I o to może w końcu chodzi: zapaść się łagodnie i miękko.

Opublikowano Argentyna, Mendoza | Otagowano , | 6 komentarzy

Dominio de la Vega: bobal i cava

Bobal brzmi trochę niepoważnie. Przez lata tak też był ten szczep traktowany – zajmując trzecią pozycję pod względem areału w Hiszpanii, służył głównie do produkcji sprzedawanej w kartonach masówki bądź jako dodatek do kupaży. Jego zaletą jest duża plenność, co w regionie skrajnego klimatu (mrozy w zimie, susza w lecie) i niezbyt gęstych nasadzeń, jakim jest Utiel-Requena, ojczyzna bobala, bardzo się przydaje. Jednak bobal ma też poważniejszy atut: dużo wyższą kwasowość niż trzy najbardziej znane szczepy Hiszpanii: tempranillo, garnacha i monastrell. Gdy poprowadzony właściwie, daje apetyczne wina ociekające soczystym owocem, a zarazem o porządnej tanicznej strukturze. Takie są bobale Dominio de la Vega, które pewnego pięknego dnia otrzymałam w skrzynce od nowego, wchodzącego na rynek importera: Vinocamino.  Wszystkim trzem dałam oceny bardzo dobre.

Añacal Bobal 2010 (35 zł)

Prawdziwe vin de soif, które chce się po prostu pić. Zwiewne, soczyste, pełne wiśniowego owocu, o znakomitej kwasowości z charakterną pieprzno-migdałową końcówką i kamienną, chłodną strukturą. Całkiem złożone jak na swoją cenę i niosące mnóstwo owocowej, niezafałszowanej beczką przyjemności.

Bobal barrica 2010 (49 zł)

Podobnie jak w poprzednim winie kwiatowo-owocowy nos, choć nieco przytłumiony aromatem dębu. Pełne słodkiej śliwki, o dobrym faktorze pijalności, który byłby jeszcze lepszy, gdyby nie beczka. Wysokokwasowe, o wygładzonych taninach, dobrej strukturze i mineralnym finiszu ( wino pochodzi ze starych 45-letnich krzewów).

Reserva 2005 (65 zł)

Ładne wino, o ciepłym beczkowym aromacie, świetnej kwasowości i zmysłowym fioletowym owocu: (czarna porzeczka, jagoda, jeżyna). Beczka nadaje winu miękkości, ale na szczęście nie przygniata go swoim aromatem, pojawia się jedynie delikatna nuta cedru i drzewa sandałowego. Uładzone wino o wypolerowanych garbnikach, całkiem eleganckie z kosmopolitycznym sznytem (do bobala i tempranillo dodano tu cabernet), niemniej o subtelnej strukturze i bardzo soczyste. Zwolennicy dzikości będą woleli czystego bobala, ale na stronie importera czytamy, że „raczej dla koneserów, szukających klejnotów, niż na początek, bo jeśli zaczniesz przygodę od tego wina to jest obawa, że żadne inne nie będzie ci już smakowało”.

Dominio de La Vega to także producent, który zasłynął ze świetnych cav. Jego Brut Reserva Especial w latach: 2003 i 2006 została najlepszą cavą Hiszpanii w konkursie Enoforum. O tych cavach napisał pochlebnie już Krzysztof Dobryłko, krytykując jednocześnie ich polskie ceny.  Przy porównaniu w wine-searcher.com marże nie wydają się tu jednak odbiegać bardzo od tych, jakie na Gramonie i Raventós i Blanc, które grają w tej samej ekstraklasie, ma Złoto Hiszpanii. Przymykając więc oko na ceny,  co często kupując w Polsce, musimy robić, polecam prostą, ożywczą, wysokokwasową, niemniej krągłą Brut Nature (55 zł), dalej Brut Rosado (45 zł) – które ze swoją miękkością i delikatną słodyczą tonująca kwasowość spełnia sen o winie przyjemnym i niesprawiającym interpretacyjnych kłopotów, Brut Reserva Especial (89 zł) – bogate wino o miodowo-dymnych aromatach, pełne dojrzałego owocu, jak również Artemayor (169 zł) aksamitne, kremowe, długie, o szampańskiej aromatycznej złożoności, wobec czego w szampańskiej już cenie.

Dominio de la Vega na hiszpańskim rynku oferuje nie tylko świetną jakość, ale również bardzo dobrą relację jakości do ceny, gdyby Vinocamino spuściło trochę z tonu, mielibyśmy szansę na cenowy hit.

Degustacja Dominio de la Vega w Tapas Bar Cramona

Wszystkie wina piłam na zaproszenie importera. 

Opublikowano Hiszpania | Otagowano , , , | 3 komentarzy

Dlaczego wolę spontan

 

Saccharomyces cerevisiae © Lallemand

Współautor swego rodzaju winiarskiego Pudelka zarzucił mi, że pisząc tutaj o spontanicznej fermentacji, okazałam się podatna na marketingowy bełkot i siliłam na popisywanie wiedzą zaczerpniętą z folderów reklamowych (no bo skądże inąd wicenaczelne miałyby ją czerpać?) Jak wywodził, nie ma sensu czytać o tym, jak sposób winifikacji wpływa na ostateczny smak wina, bo a) jest to proces tak złożony, że winopisarze nie potrafią go ogarnąć b) winiarze na temat winifikacji kłamią c) głupi dziennikarze wierzą im na słowo.

Nie będę teraz dyskutować z powyższymi wierzeniami, bo po pierwsze – z wierzeniami dyskutować trudno, a po drugie – zajęłoby to zdecydowanie za dużo miejsca, które wolę poświęcić na wypunktowanie, dlaczego wina fermentowane naturalnie, jeśli tylko winifikacja przebiega bezbłędnie, są bardziej złożone.

S. cerevisiae - portet w żółci © Lallemand

W fermentacji spontanicznej, a więc takiej, która odbywa się jedynie przy udziale drożdży naturalnie obecnych na skórkach winogron, udział bierze nawet do 30 różnych ich gatunków, takich jak Kloeckera, Hanseniaspora, Candida, Cryptococcus, Kluyveromyces, Metschnikovia, Pichia… Wszystkie one obumierają, kiedy alkohol osiąga poziom 4-6%, zostawiając pola Saccharomyces cerevisiae, najwytrwalszemu i jak dotąd jedynemu gatunkowi, który nauczyliśmy się hodować na szeroką skalę.

Różnica między spontaniczną a kontrolowaną fermentacją, w której uczestniczy na ogół jedynie gatunek S. cerevisiae bądź czasami spokrewniony z nim S. bayanus, tkwi więc w samym początku. Ten początek decyduje jednak tak o aromatach wina, które w przypadku win fermentowanych spontanicznie są mniej konwencjonalne i bardziej kompleksowe (nie mamy tu nigdy nudnego cherry-berry i więcej nic); jak również o jego materii – rdzenne drożdże wpływają na podwyższony poziom glicerolu i polioli w winie, toteż wina naturalne mają miększą i gładszą fakturę. Spontaniczna fermentacja przebiega wolniej, co jest zwłaszcza istotne w przypadku win czerwonych, gdyż pozwala tlenowi wchodzić w reakcje z antocyjanami i innymi związkami fenolicznymi, zapewniając lepszą stabilność koloru i przyspieszając polimeryzację fenoliczną,  co znów wpływa zarówno na teksturę wina (taniny są lepiej zintegrowane), jak jego aromaty. Przy fermentacji spontanicznej używa się mniej siarki (nie siarkuje się winogron zaraz po zbiorze, by zabić populację rdzennych drożdży i zaszczepić selekcję), co również istotnie wpływa na profil aromatyczny wina.

Firma Young reklamuje swoje drożdże jako "simply natural", a zarazem nadające winu krągły charakter i bogaty, owocowy smak

Kultury drożdży nauczyliśmy się selekcjonować w zależności od celu, jaki chcemy osiągnąć. Mamy S. cerevisiae odporne na chłodne temperatury, szczególnie wytrzymałe na wysoki poziom alkoholu, i takie, które mogą wydzielać przy fermentacji pewne pożądane/modne aromaty. Ba, mamy nawet S. cerevisiae tak genetycznie modyfikowane, że zapobiegają ponoć bólom głowy, bo przy fermentacji wytwarzają mniej alergogennych substancji.

Fermentowanie przez selekcję drożdży jest oczywiście łatwiejsze i mniej niebezpieczne, nie narażamy się na ryzyko zatrzymania fermentacji i minimalizujemy prawdopodobieństwo pewnych dewiacji aromatycznych, takich jak pojawienie się bretta czy lotna kwasowość.

Niemniej odwrót w stronę naturalnej fermentacji jest dzisiaj faktem. Wielu winiarzy stwierdza po prostu, że jest to jedyna droga, by uzyskać wino niereplikowalne – drożdże odpowiadając za gros lotnych substancji zapachowych, jakie pojawiają się w winie, przekazują mu właściwości siedliska, klimatu, rocznika. W moim przekonaniu te wina po prostu nie smakują banalnie i mają więcej oryginalnego, niepodrabialnego smaku. Ale dowód, czy wino fermentowane naturalnie jest ciekawsze – jest zawsze w kieliszku, a nie w folderze reklamowym.  

Więcej o fermentacji naturalnej, terroir i mineralności w najnowszym numerze Magazynu Wino, który na dniach będzie do kupienia.

Opublikowano Wino i nauka | Otagowano | 15 komentarzy

Wino do żurku i śledzia

 

Jajka i sherry - małżeństwo doskonałe

Jak przetrwać żurek z białą kiełbasą, peklowaną cielęcinę, pasztety, jajka na twardo z majonezem, śledzie, chrzan i ogórki kiszone razem wzięte? Jak przetrwać bez wódki? Szampan nie jest złym rozwiązaniem, choć śledź i żurek to nie są bohaterowie jego romansu. Znacznie lepiej poradzi sobie wino, o którym często przy kulinarnych połączeniach zapominamy. Sherry Fino.

O sherry mówi się, że jest nowym pupilkiem krytyków, ale nikt się z nią nie chce bawić. Po kulinarnych warsztatach z sherry, jakie urządził niedawno Robert Mielżyński wraz z Ignacio Lópezem de Carrizos z posiadłości Lustau Wojciech Bońkowski pisał o winach dziwnych, które wymagają przestawienia kubków smakowych i myślenia; Krzysztof Dobryłko o winach ekstremalnych pełnych bezkompromisowych smaków, Iza Kamińska o doznaniach ciężkich do przełknięcia.  

Lustau Puerto Fino; Mielżyński, 49 zł

Sherry jest winem totalnie oldskulowym, totalnie nieowocowym, zbudowanym na słoności, kwasowości, miękkiej kremowej fakturze, oddrożdżowych i utlenionych aromatach, ale cała ta złożoność czyni je niezwykle elastycznym partnerem potraw, co sprawdza się znakomicie, gdy – jak na wielkanocnym stole – wszystko jest od Sasa do lasa.

Sherry w przeciwieństwie do innych wysokokwasowych, na ogół szczupłych win, ma maślaną, miękką konsystencję – dlatego w wytrawnym wydaniu (fino, manzanilla) jest idealnym partnerem zupy. Dzięki swojej cięższej materii sherry przy zupie nie ginie. Nie ma chyba lepszego wina do tłustego, a zarazem kwaśnego i słonego żurku. Nie ma też lepszego wina do rosołu – i tu, i tu pełno jest umami (choć naukowcy niedawno odkryli, że w sherry umami jako takiego nie ma, są natomiast diketopiperazyny, które podbijają smak umami, ale nie będziemy tym sobie teraz zawracać głowy). Nie ma wreszcie lepszego wina do jajek, których subtelny smak ciężkie, garbnikowe wina przytłaczają, a zbyt szczupłe kwasowe odstają na ogół od ich galaretowato-płynnej struktury. Trudno mi wymyślić jakąś wielkanocną potrawę, z którą sherry sobie nie poradzi. Do mazurków czekoladowych, śliwkowych, migdałowych, orzechowych, kajmakowych, kawowych i nugatów – świetne będzie sherry pedro ximenez.  

Od dekady Consejo Regulador w Jerez wraz z Instytutem Sherry z powodzeniem  promują sherry jako wino gastronomiczne. Dla mnie większość udanych połączeń (pomijając desery i PX) zatrzymuje się na fino i manzanillii. Amontillado czasem sprawdza się przy niektórych cięższych i słodszych zupach (pomidorowa, grzybowa). Reszta to sztuka dla sztuki. Bogatsze, słodsze i bardziej alkoholowe oloroso i palo cortado wolę pić solo w zimne popołudnie niż do obiadu, po którym niechybnie czeka człowieka zwałka. A sjesta w tym kraju nie jest wliczona w dzień pracy. Kiedy tydzień pracy wróci i przestawicie się na dietę z jajek na twardo lub wrócicie do codziennych zup, pamiętajcie jednak o sherry fino. Sherry w narodzie kochającym jajecznicę, śledzie, zupy, wędzoną, a także puszkowaną makrelę i stoły uginające się pod różnorodnymi dobrami zasługuje na większą atencję.

Opublikowano Hiszpania, Jerez, wino i jedzenie | Otagowano , | 6 komentarzy

Spontan po węgiersku

Andras Kató z Terroir Club

Pierwszy zachwyt winami węgierskimi zawdzięczam Andrasowi Kató. Parę lat temu objechaliśmy z AD i MB Balaton, wypiliśmy somlońskie juhfarki, zahaczyliśmy o Eger, gdzie odwiedziliśmy takie znakomitości jak St Andrea i Groff Butler, ale prawdziwe, spontaniczne  „wow” dobyło się ze mnie na rubieżach Budapesztu przy Csillaghegyi útca 13 w sklepie pod tytułem: Terroir Club, stworzonym właśnie przez Kató, który jest zarazem dystrybutorem reprezentowanych przez siebie posiadłości. O tamtej wizycie pisałam tutaj.

Winiarze skupieni pod auspicjami Terroir Clubu bazują na rdzennych odmianach, fermentują spontanicznie, ich wina nie są zarażone węgierską chorobą: nie osiągają absurdalnych wyżyn alkoholu, nie pławią się w zupiastej konsystencji i rozmamłanych garbnikach jak u wielu medialnych nazwisk, by wymienić Gere i Sauskę z Villány czy Heimanna i Taklera z Szekszárdu. Ten ostatni wprost opisuje swoją filozofię jako: „Creating dark, heavy-bodied, round and harmonic red wines, rich in smooth tannins and spicy flavours representing the wine region („spicy flavours” reprezentują, moim zdaniem, w tym przypadku dobrze wypaloną beczkę) completed by unique elegance”.  À propos, jak osiągnąć gęstą konsystencję i pluszową materię, interesujący przepis na swoim blogu zamieściła ostatnio Fiona Beckett.

Na zorganizowanej przez Taste Italy i In Vino Consulting węgierskiej degustacji w Reginie, która odbyła się 30 marca, stolik Andrasa budził autentyczne emocje po niemych zaklejmordkach wyżej wspomnianych producentów. Można było na nim spróbować pięknego soczystego Kurucvéra 2007 - kupażu kékfrankosa, pinot noir i kadarki z wulkanicznych gleb, wypuszczonego przez nową balatońską winiarnię Csobánci. Świetnej Kadarki początkujących winiarzy z niewielkiej posiadłości Pósta Borház w Szekszárdzie – żywego dowodu na to, że na południu mogą powstawać kwasowe, energetyczne wina. Wspaniałych tokajów Királyudvar - czystych, miękkich, a jednocześnie kwasowych o delikatnie słonym finiszu. Zaskakujących win Lajosa Takácsa z somlońskiego Hollóvaru – pikantnego, gorącego jak wulkan Hárslevelű 2009 i niezwykle interesującego Sauvignon Blanc 2009 (Takács jest miłośnikiem sancerre) – kwasowego, mineralnego, a zarazem o kremowej konsystencji, całkowicie pozbawionego nudnej zieloności. Wreszcie można było zdegustować wina Tamása Póka – jednego z największych węgierskich enologów, który opuścił Monarchię alias Kovacs Nimród, by robić wina pod własnym szyldem. Najbardziej podobał mi się jego Kékfrankos 2009 ze słynnego siedliska Nagy Eged – pełen skoncentrowanego i kwasowego wiśniowego owocu, głęboki, potoczysty i długi.

Coraz bardziej skłaniam się do przekonania, że nie ma wina prawdziwie interesującego bez naturalnej fermentacji.  Rdzenne drożdże wnoszą w wino zapis siedliska, klimatu, rocznika; nie pozwalają mu osiągnąć nienaturalnie wysokiego alkoholu; czynią jego materię miększą i bardziej przyjazną; rozwijają w każdym roku, nieco inne, unikalne aromaty.

Wśród innych próbowanych przeze mnie win (zaznaczam, że nie zdegustowałam wszystkich prezentowanych producentów) na najwyższą rekomendację zasługują niezwykle czyste, nieco protestanckie, wyciszone wina Franza Weningera z Sopronu oraz  subtelne, kamienne, słodko-słone wina Kreinbachera z Somló.

Opublikowano Węgry | Otagowano , , | 6 komentarzy

Dokąd na szampana w Warszawie?

Do niedawna ochota na kieliszek szampana w stolicy zdawała się wybrykiem natury. Mało kto szampana na kieliszki serwował, a ci, którzy serwowali, robili to za odleciałe w stratosferę ceny. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie chce płacić za kieliszek Brut Impérial ponad 70 zł, za którą to cenę chodził Moët-Chandon, chociażby w warszawskim Bristolu. Dziś zastąpił go podstawowy Mumm, którego kieliszek kosztuje 75 zł. Lepiej się napijemy w Reginie, gdzie za świetnego szampana od małego producenta Alaina Bernarda – Dizy Premier Cru Brut, a także za Billecarta-Salmona Reserve Brut zapłacimy złotych 68 (chociaż przy cenie 99 zł za butelkę tego pierwszego w Domu Szampana, marża jest gigantyczna). Rozumiem prawa eleganckich hoteli, smutna to jednak  rzeczywistość, w której kieliszek prostego szampana jest rzadko spełnialnym kaprysem w ekskluzywnym przybytku. Dlatego świetnie, że wysypało nam trochę barów szampańskich – od lutego, niczym grzyby po deszczu, pojawiły się w Warszawie aż trzy. Co zabawne, każdy z nich głosi, że jest pierwszym. I deklaruje, że nie wie o istnieniu pozostałych.

 MIMOCHODEM

 La Champagnerie, Galeria Mokotów, ul. Wołoska 12

Zupełnie nieekskluzywnie i dosłownie en passant możemy się napić szampana w La Champagnerie w Galerii Mokotów, gdzie za bar robi kilka białych foteli ustawionych w korytarzu na pierwszym piętrze obok Furli i Longchamps. Co prawda centra handlowe są ostatnim miejscem, gdzie chciałabym spożywać cokolwiek, a tym bardziej umawiać się na szampana z kimkolwiek, zwyczaj świętowania zakupów szampanem (o którym opowiadał mi przemiły barman) jest dla mnie niepojęty, zachowania w stylu „poczekaj tu, kochanie, a ja kupię torebkę” – też obce, ale rozumiem, że dla tych, którzy latają po piętrach w zakupowej delirce, kieliszek Moëta może być wytchnieniem. Napijemy się tu na kieliszki szampanów z wszystkich domów (oprócz Kruga, ten jest na butelki) koncernu LVMH w rozsądnych cenach. Kieliszek Brut Impérial – 29 zł. Kieliszek podstawowej Veuve Clicquot – 32 zł. Blanc de Blancs Ruinarta – 49 zł.  Ceny butelek na miejscu takie jak ich ceny w sklepach; bar jest ewidentnie wehikułem reklamowym szampańskiego giganta. Przekąski przygotowuje Café Bristol.  Bezpretensjonalnie i sympatycznie (o ile w centrum handlowym sympatycznie być może); tym, którzy nie stronią od zakupów w Galmoku, polecam.

Przyszli konsumenci Moëta

 MONEY, MONEY, MONEY, MUST BE FUNNY

Flaming & Co Champagne Bar, ul. Mokotowska 43

Ten bar ma wielki atut: świetną lokalizację w miłej części miasta i okna z widokiem na świat, a nie witryny sklepowe. Przychodzić by tu można po prostu dla szampana, a nie po to, by opijać nim zakupy (o czym również dalej), gdyby ceny i wybór na kieliszki były lepsze.  Na kieliszki – dostaniemy tu Brut Impérial – 49 zł i Ruinart Blanc de Blancs – 69 zł, co nawet biorąc pod uwagę fakt, że szampany te zostały zakupione od importera, a nie sprowadzone samodzielnie, jest dużo za dużo. Oraz rocznikowego Dom Pérignon za 99 zł. Zdecydowanie lepsze ceny na butelki (poniżej wklejam kartę). Najlepsza relacja jakości do ceny: Larmandier-Bernier Brut Tradition. Na plus, dosyć zróżnicowana karta, która jeszcze ma się poszerzyć.  Dostępna też jest obszerna lista innych win i trunków, spisana jednak w sposób skandaliczny – o ile przy szampanach mamy nazwy producentów (choć nie zawsze już konkretnego szampana), uznano je za zupełnie nieistotne tam, gdzie mowa o franciacorcie, brunello di Montalcino czy pinot blanc z Alzacji; niestety w karcie jest też sporo literówek (błędy skądinąd nagminne w warszawskiej gastronomii). Oprócz zimnych, są też przekąski na ciepło. Nienajlepiej jest z wystrojem, choć to kwestia indywidualna, ale czy musimy od razu pić szampana w towarzystwie Jamesów Bondów, Hitchcocków, kobiet z torebkami od Louis Vuittona, których wystylizowane zdjęcia zdobią tutejsze ściany? W klimat fotek satyrycznie wpisywała się Abba z Money, money, money, must be funny in the rich men’s world.

We Flamingu zdecydowanie bardziej warto zamawiać butelki

NAJLEPSZY SZAMPAN W MIEŚCIE

Bar 13 with René Geoffroy, ul. Bracka 9

Pomimo kompletnie surrealnego anturażu, jaki stanowi luksusowy dom handlowy Likusów Wolf Bracka, gdzie obsługi i manekinów jest więcej niż klientów, tamtejszy bar szampański po prostu lubię. Brak tu dziennego światła i człowiek chciałby usiąść wygodniej, ale rozumiem, że koncept znowu jest taki, by posadzić na moment misiaczka, gdy przymierza się buciki, ewentualnie stuknąć się z misiaczkiem kieliszkiem, wznosząc toast za jego szczodrość. Pal sześć jednak koncept. Diapazonowość kamiennych ścian, niewygodę metalowych krzeseł i widok na smutne czarne kukły w ubraniach od Lanvina (a może Gianfranco Ferré, nie pamiętam), całkowicie odkupia miła obsługa, a przede wszystkim najlepszy w swojej cenie na kieliszki szampan w mieście. Likusowie promują tu sprowadzanego przez siebie małego szampańskiego producenta René Geoffroy, którego podstawowe Cuvée Expression, bijące na głowę, w moim przekonaniu, Moëta, kosztuje za butelkę 145 zł. Cena za kieliszek: 29 zł. Pięknym, już bardzo złożonym, szampanem jest Volupté: 245/49 zł. Wszystkie szampany Geoffroy są dostępne na kieliszki. Znacznie gorzej jest tu z cenami szampanów wielkich domów; te zdecydowanie taniej spożyjemy na Mokotowskiej, nie mówiąc już o szampanach LVMH – które mają bezkokunkeryncyjne ceny w Galmoku, ale z drugiej strony nie znam nikogo, kto w podobnej scenerii chciałby pić Kruga. Kanapki za to są tutaj lepsze i tańsze niż we Flamingu (5 zł), podobnie jak ostrygi – za 3 ostrygi u Likusów zapłacimy 18 zł, za jedną na Mokotowskiej -10 zł.  

Nie udało mi się uciec od wulgarnej buchalterii. W kolejnym wpisie ani słowa o pieniądzach, obiecuję.

Widok z baru Likusów

Opublikowano wine bary | Otagowano , , , , | 24 komentarzy

Wino jako performance

 

Zielonkawe - typowe dla vermentino refleksy

Czy chciałabyś się napić wina wyłowionego z morza? - spytał w słuchawce głos TPB – Pytanie! Od razu pomyślałam o szampanach wydobytych z dna Bałtyku, które podobno po 200 latach potrafią smakować znakomicie, jakby w ogóle się nie zestarzały. Nurek, który w pobliżu Wysp Alandzkich natknął się na 168 butelek szampanów z 1830 roku, wypuszczonych przez nieistniejący już dom Juglar, a także Veuve Clicquot i Heidsiecka, tak opisywał odkorokowane przez siebie wino: “Było pyszne, miało bardzo słodki smak, mnóstwo małych bąbelków, dało się w nim wyczuć smak dębiny i silny zapach tabaki”. Widać, że facet znał się nie tylko na nurkowaniu. Ale dąb i tabaka po tylu latach? Jakby dopiero opuściło beczkę?  

Spumante, które przywiozła nam do degustacji Elżbieta Poletti, nie zatonęło wraz z statkiem, nie płynęło transportem do cara, pochodziło z rocznika 2008 i zostało spuszczone w odmęty Morza Liguryjskiego na 18 miesięcy celowo. Podobno Pierluigi Lugano, właściciel Cantina Bisson w Ligurii, którego spokojne wina z lokalnych odmian: vermentino i bianchetty cieszą się dużą renomą, marzył o tym, by robić wina musujące, ale nie miał miejsca w piwnicy, by je dojrzewać. Był poza tym przekonany, że morze dojrzewaniu win musujących służy – temperatura jest niska i stała, podwodne prądy wstrząsają delikatnie osadem, nie ma dostępu światła, nie ma najmniejszego dostępu tlenu, a przeciwciśnienie wody wpływa na lepszą pienistość bąbelków (???) 

Jakkolwiek by nie było, Abissi (bo tak zostało ochrzczone spumante metodo clasicco, kupaż vermentino i bianchetty) bąbelki miało niezwykle finezyjne: drobne, łagodne i trwałe. Praktycznie bezwonne, w smaku głównie winne, zupełnie wytrawne (zero dosage) i porządnie kwasowe – piło się je bardzo przyjemnie, choć przyjemność tę wzmagała otchłanna nazwa i widok butelki porosłej algami (szczęściarze mogą trafić na butelkę z ostrygą czy rozgwiazdą, pieczołowicie zaszuszoną pod plastikiem). Na srebrnej plakietce wyczytałam, że wino dojrzewało na dnie chronionej strefy morskiej Portofino; informację, że powstało w apelacji Golfo del Tigullio znalazłam dopiero na wiszącej u szyjki karteczce. Sprytnie. Portofino wszystkim się jakoś kojarzy, o Golfo del Tigullio nikt nie słyszał. Można złośliwie autora podejrzewać o marketingową sztuczkę. Albo odwrotnie: wydziwiać dziennikarskie tezy, że Pierluigi Lugano pogłębia kocept terroir, powierzając proces dojrzewania wina całkowicie naturalnemu środowisku. Można też podejść do rzeczy bez emocji i spojrzeć na cały pomysł z ekopraktycznego punktu widzenia: podwodne piwnice to najbardziej energooszczędne rozwiązanie. Pierluigi Lugano, z wykształcenia artysta malarz, wygląda jednak na faceta, który chciał przede wszystkim urządzić happening. Trzeba powiedzieć, udany: każdy przy stole maca butelkę, każdy by ją chciał wziąć do domu, każdy mówi, że to wino-gadżet, ale jednocześnie rozprawia coś o morskim słonym finiszu i zielonkawych morskich refleksach.  Z 40 euro, jakie trzeba zapłacić za to wino we Włoszech, 2/3 płacimy za stojący za nim performance.

Abissi - wino starzone w morzu

Opublikowano Liguria, Włochy | Otagowano , , | 7 komentarzy

Osiem dych zmienić w milion dolarów

Pomijając nostalgiczne powroty do dostępnego na światowych lotniskach markiza de Riscal, rioję kupuję rzadko. Waniliowo-czereśniowe aromaty i wypolerowana materia nie nęcą już jak w czasach, kiedy w sklepach królowała cierpka i grubo ciosana Sophia. Jeszcze u początków Mielżyńskiego na Burakowskiej, rioja crianza stanowiła jeden z moich najbezpieczniejszych codziennych zakupów. Robert Mielżyński miał wtedy dużo czasu, by wychodzić przed sklep i mamić przechodniów kieliszkiem wina, często właśnie atrakcyjnej riojy, co udawało mu się z powodzeniem – Valserrano i Lan należały do najczęściej pojawiających się etykiet na warszawskich imprezach. Sentyment do nich jest więc oczywisty: świat sprzed Lan i Valserrano był światem bez Mielżyńskiego na warszawskiej mapie, czyli światem zgoła innym. Odstawmy jednak sentymenty na bok.

Jak dziś smakuje Valserrano, kiedy rynek i nasze smaki ewoluowały? W piątkowy poranek Robert Mielżyński wraz z właścicielem posiadłości Viñedos y Bodegas de la Marquesa Pablem de Simónem urządzili pionową degustację Reservy Valserrano.

Rioja Alavesa, gdzie leży posiadłość, to najbardziej na północ wysunięta część Riojy. Na jej klimat wpływa bliskość Atlantyku – jest tu chłodniej i więcej pada niż w pozostałych riojańskich podregionach. Podręcznikowo uznaje się, że wina z Alavesy są najlżejsze i cechuje je największa finezja. Bez wątpienia Valserrano są subtelnie zbudowane, bez nadmiaru słodyczy i koncentracji, które mogą męczyć w wielu hiszpańskich winach. Przyjemne, aczkolwiek nieco monotematyczne za młodu, poza soczystym czereśniowym owocem i delikatnym beczkowym makijażem, niewiele mają do zaoferowania. Na Valserrano Reservę warto jednak poczekać. Roczniki 1998 i 2002 (2001 miał nieco liściasty finisz, wątlejszy owoc i wciąż niezintegrowane drewno) dają dzisiaj  szczyty winiarskiej przyjemności. Beczka rozwiała się już w nicość, do jednowymiarowych owocowych aromatów dołączyły złożone ewoluowane nuty, faktura zmiękła, wyszlachetniała, wina nabrały głębi, a dzięki energetycznej kwasowości, wciąż jest w nich mnóstwo życia; osiągnęły, jak to się mówi, pełną harmonię i smakują jak milion dolarów. Rocznik 2004, który w butelce magnum kipiał od świeżej słodkiej czereśni (w butelce 0,75 zdecydowanie był jeszcze nie do picia), dawał dużo radości, znaczył jednak granicę między znakomitością wina a jego prostolinijną smacznością. Znajdująca się obecnie w sprzedaży u Mielżyńskiego Valserrano Reserva 2006 o sutej, mięsistej materii, świetnej koncentracji owocu i drobnoziarnistych garbnikach zapowiada się na wino równie długodystansowe jak 1998 i 2002. Warto je kupić dzisiaj za 78 zł i odłożyć. Zamrożona suma jest niewielka, a do wygrania zaskakująco dużo.

Szczęśliwi degustatorzy

 

Opublikowano Hiszpania, Rioja | Otagowano , | 4 komentarzy

Kandyzowany tatarak

 

Włoska oferta Biedronki została już skrytykowana tu i tu przez Wojciecha Bońkowskiego.  Sama również otrzymałam od dyskontu sześć win zapakowanych w elegancką drewnianą skrzynkę z wiele obiecującym napisem: „Spotkanie z winami świata”. Naprawdę chciałam się z nimi spotkać, wypić jednego czy drugiego włocha do kolacji, a przy okazji nie zgodzić się z Wojtkiem – w końcu na kontrze pisze się łatwiej i kontrowersje są ciekawsze. Niestety dla tej notki i niestety dla „włoskiej roboty” Biedronki mogę jedynie do krytyki się przyłączyć. Inaczej tylko rozłożyłabym akcenty, dwa białe wina zdecydowanie uważam za najlepsze i w swojej cenie przyzwoite; z czerwonych żadnego kieliszka wypić bym nie chciała.

Prosecco Barocco; 19,99 zł

NA DUŻĄ IMPREZĘ BRAĆ

Czyste, owocowe, przyjemne z typowym aromatem sałatki macedońskiej o dobrych, nie za twardych, nie za miękkich bąbelkach. W ustach jabłkowo-brzoskiwiniowe, bez soczystości i głębi najlepszych, nieco ściśnięte i szybko niknące w ustach, niemniej całkiem kwasowe i odświeżające. Proseccowe prosecco, które nie rozczaruje miłośników gatunku. Jeśli przyłożyć materialne kryterium, nie są to źle wydane pieniądze.

Duchessa Lia Moscato d’Asti 2011; 24, 99 zł

MIÓD-CUKIEREK

Podobnie jak w przypadku prosecco, dużą zaletą tego wina jest typowość. Bukiet nie ma wielkiej intensywności, ale znajdziemy tu charakterystyczne kwiatowe i miodowe  nuty.  W ustach cukier nieco przykrywa i niejako zastępuje niedostatek aromatyczny, końcówka jednak jest cytrusowo ożywcza.  Bąbelki zrazu agresywne, szybko zanikają, ale ogólnie pije się ten miód-cukierek całkiem przyjemnie. Dla miłośników słodyczy w winie – w tej cenie – jest to dobry strzał.

Corterosso Sangiovese Trilogia di Corteviola 2011; 14,99 zł

WYRZUCONE PIENIĄDZE

Sztuczny zapach tego wina nie zachęca, by posunąć się o krok dalej. Lakier, politura, aceton, pod tym zwietrzałe kakao i niewyraźna wiśnia. Człowiek walczy ze sobą, przemaga się i spotyka się nie tyle z „winem świata”, co z zielonością do bólu, w dodatku bezczelnie przykrytą cukrem. Drewnianość, suchość, niedojrzałość, słodycz – te  cztery parametry najlepiej opisują biedronkowe sangiovese zupełnie pozbawione owocu i winności.

Scanavino Barbaresco 2008;  29,99 zł

DUŻA ŚCIEMA

Nie nastawiałam się na nebbiolową złożoność, ale jakiś cień nadziei na owoc w bukiecie miałam. Wiśnia niestety jest tu utopiona w terpentynowych aromatach. Usta są lekkie, co wpływa pozytywnie na współczynnik pijalności tego wina, ale jest to lekkość osiągnięta kosztem rozwodnienia. Smak dosyć czysty, ale wino jest ściśnięte i krótkie. Nie tylko przynosi wstyd apelacji, ale zdecydowanie nie jest warte swojej ceny.

Primitivo di Manduria Colle al Vento 2009; 14,99 zł

WINO NA SPIRYTUSIE

Najczystszy bukiet ze wszystkich czerwonych degustowanych win: ziemisto-dymno-jeżynowy; nie ma tu chemii, ale niestety wychodzi spirytus. Przy słodkim wpadającym w suszoną żurawinę owocu usta są porządnie kwasowe (dokwaszone?), niestety w końcówce wychodzą gorzkie i niedojrzałe taniny. Suche, bez wdzięku i  pozostawiające w ustach wódczany posmak.

Maurizio B Martino Valpolicella Ripasso; 29,99 zł

PORAŻAJĄCA SZTUCZNOŚĆ

Chemiczność tego bukietu jest drastyczna, spod zapachu schnącej farby olejnej i lakieru akrylowego przy dużej dozie samozaparcia można wyłuskać nieśmiałą nutkę przypraw i wspomnienie po konfiturach. W ustach nic nie płynie, wszystko stoi. Dojmująco słodkie, przy tym gorzkie i ściągające przypuszcza zmasowany krótki atak. Na szczęście wspomnienie po nim znika momentalnie.

Podstawowym grzechem wszystkich degustowanych win Biedronki jest nachalny, próbujący zamaskować ich niedojrzałość cukier. Połączenie zielonych garbników ze słodyczą jest jedną z największych smakowych katastrof. Przypomina się kandyzowany tatarak, jaki z braku laku  zdobił w Peerelu hortexowskie torty.

Opublikowano Biedronka, Polska, wino w dyskontach | 7 komentarzy

Burza w szklance wina

Przedwczoraj wicepremier Waldemar Pawlak dołożył wisienkę do niefortunnej wypowiedzi Radosława Sikorskiego, wypowiadając się w TVN 24, że będzie gorąco namawiał pana Marka Kondrata, żeby ten zainterweniował u ministra spraw zagranicznych w kwestii podawania podczas prezydencji Polski win polskich. Sposób, w jaki wicepremier podchodzi do sprawy, jest symptomatyczny dla kraju, gdzie spożywa się per capita 2,5 l wina rocznie (dla porównania na Węgrzech jest to 24 l, we Francji – 45) i gdzie jednocześnie lubi się wykrzykiwać, że „dobre, bo polskie”. To akurat „polskie” wydało się wicepremierowi na tyle egzotyczne i frymuśne, że niepomny na fakt, iż jako minister gospodarki sam mógłby mieć w tej materii coś do powiedzenia, teatralnie postanowił uciec się do autorytetu obytego w świecie aktora, którego krasomówcze umiejętności i – w oczach wicepremiera najwyraźniej szerokie wpływy – niejednego do niejednego wina mogą przekonać. Gdyby Waldemar Pawlak choć raz słyszał mówiącego o winie Marka Kondrata, wiedziałby, że ten wychwalając w każdym wywiadzie cywilizacje, którym dane było „spokojne trwanie”, opowie się raczej za tysiącletnią ciągłością tradycji winiarskiej niż dokona patriotycznego zrywu w obronie win polskich.

Ma rację Wojciech Bońkowski – przez niedorzeczną wypowiedź Pawlaka (sprowadzającą się w gruncie rzeczy do formuły: wszystko da się jakoś załatwić, niech M. pogada z R.) tym jaskrawiej uwydatnioną – że domaga się  jasnego komunikatu o zasadach, wedle których zdecydowano się przez czas polskiej prezydencji podawać wino węgierskie. Przesadza jednak mówiąc, że wybór win węgierskich jest merytorycznie idiotyczny. Ze wszystkich kultur winiarskich Europy Środkowo-Wschodniej, węgierska na przestrzeni historii była zawsze nam najbliższa i wybór węgrzynów można odczytać jako symboliczny gest nawiązujący do tej tradycji.

Niezależnie od faktu, że wypowiedź ministra Sikorskiego sugerująca, że polskie wina są niewystarczająco dobre, słusznie uraziła pionierską branżę ludzi niezwykle wytrwałych, którzy wbrew nonsensownym przepisom uniemożliwiającym im przez lata sprzedaż własnych produktów, nie ustają w trudach, by wnieść do kultury polskiej nową wartość, myślę że w efekcie szum powstały wokół sprawy może mieć jedynie pozytywny skutek: Polacy wreszcie usłyszą, że istnieje polskie wino i że – co przewijało się w publicznej debacie – wytrzymuje porównanie z węgierskim.

Przede wszystkim mam jednak wrażenie, że medialna awantura o wino (nie myślę tu o winiarskiej blogosferze, lecz mediach o szerszym zasięgu), zaskakująca w gruncie rzeczy w kraju niepijącym wina, lecz oczywista w narodzie, który „swoją dumę ma”, zagłusza prawdziwie istotne problemy, z jakimi boryka się kultura wina w Polsce. Nowa ustawa winiarska, o której szerzej w najnowszym MW, jest krokiem w stronę normalności i wreszcie (po ilu latach!) dostosowuje polskie prawo do prawa unijnego; nowe przepisy ponadto ułatwiają winiarzom wprowadzenie wina do obrotu. Nie słyszałam nigdy, by wicepremier Pawlak oburzał się wcześniej publicznie, że polskiego wina nie ma w polskich sklepach. Polska jest krajem niezliczonych absurdów prawnych, które kulturze wina nie sprzyjają. Ustawa o wychowaniu w trzeźwości, zabraniając promocji i reklamy napojów alkoholowych, z wyłączeniem piwa, jest czystą dulszczyzną. Konsekwencją tej ustawy jest znikoma obecność w polskiej prasie  artykułów popularyzujących kulturę wina oraz sprzedaż polskich magazynów winiarskich w miejscach innych niż sklepy specjalistyczne zafoliowanych podobnie jak pornografia. Obok polskich leżą zresztą w Empiku zagraniczne pisma winiarskie – już niezafoliowane, co jest dobrą ilustracją tego, jak państwo dba o krzewienie rodzimej kultury picia.

Cieszyłabym się, gdyby wicepremier świadomie zajął się wprowadzeniem ustaw sprzyjających kulturze wina w kraju, zamiast w imię polskości bronił jak lew polskiego wina, próbując umówić na herbatkę Kondrata z Sikorskim.

Opublikowano Polska, Wino i polityka | 17 komentarzy